wtorek, 18 kwietnia 2017

Kamień milowy i zdjęcia

Niniejszym obwieszczam, że w przedświąteczną sobotę - Wielką Sobotę - zamiast szykować wszystko na święta zakończyłam jeden z życiowych etapów. Mianowicie zagospodarowałam ostatni ugór po budowie, czyli dwie frontowe grządki. Uff!
Radocha z tego faktu była porównywalna do bólu mięśni po robocie. Po dwóch dniach w ogródku wyjście na spacer skończyło się rejteradą i powrotem do domu, bo czułam się niemalże jak pod koniec Rysia, czyli nocnego maratonu z przeszkodami, który mi się trafił w ubiegłym roku.
No cóż, przeżyłam, więc jest dobrze.
A ogródek wygląda teraz tak:












I na koniec jeszcze Kota:



czwartek, 6 kwietnia 2017

Pratchett...

...raz jeszcze. Nie mogłam się powstrzymać:



Zdjęcie użytkownika The Norwegian Atheist.
Ze strony: https://www.facebook.com/NorseHumanist/photos/a.717702384916399.1073741828.717227564963881/1482338408452789/?type=3

wtorek, 4 kwietnia 2017

Pet challenge i "ludzki pan"

Ten drugi zrobił ostatnio karierę polityczną. Od tfu-polityki chciałabym się trzymać z daleka. Trudno jednak. Na szczęście (może) to tylko takie odniesienie będzie.

Ale od początku. W ramach mojej małej cegiełki w naprawianiu świata, choć może raczej realizowania swojej potrzeby wyżywania się na ludziach, prowadzę akcję, którą ostatnio z Mimonem roboczo nazwaliśmy Pet Challenge. A może już pisałam o tym? Pamięć jakaś krótka.
W każdym razie Pet Challenge polega na tym, że gdy ktoś przy mnie rzuci peta na ziemię, to starając się miło i z troską zagaduję: 'przepraszam, coś panu/pani upadło'. Zazwyczaj delikwent zaczyna szukać wzrokiem o co chodzi i dopiero po chwili następuje chwila olśnienia. Reakcje są bardzo różne, ale może innym razem opiszę kilka co ciekawszych.
Dzisiaj znowu mi się trafiło, że akurat z koleżanką szłyśmy za panem, który - hyc - pecika wyrzucił na chodnik.
- Proszę pana, coś panu upadło. - Koleżanka była pierwsza.
Pan zaliczył chwilę konsternacji, nie mógł się zorientować co mu upadło. Ale po chwili BINGO!
- To pani tu porządku pilnuje?
- Jak trzeba, to pilnuje.
- To niech pani miotłę weźmie i pozamiata!
- Widzi pan, tu, cztery kroki stoi kubeł. Śmiecia można tam wyrzucić.
Poskutkowało. Śmieć trafił na swoje miejsce!

* * *

Drugą część wyzwania w sprzątanie świata miałam wieczorem. Wybrałam się z Po na spacer. Idąc jedną z uliczek wypatrzyłam pana, który worek ze śmieciami opróżnił na jeszcze niezabudowanej działce - jakby nie było - sąsiada. Pytam więc:
- Ładnie to tak sąsiadowi śmieci podrzucać?
- Ale to tylko takie biodegradowalne!
- Proszę pana, gmina odbierze od pana wszystkie śmieci. To czemu pan tak komuś podrzuca?
- blablabla.
Trochę spokoju i przechodząc obok domu tegoż właśnie śmieciarza:
- Niech pani uważa chodząc tak z dzieckiem, bo następnym razem może się pani nie spotkać z tak ludzkim traktowaniem.
- No proszę, jaki 'ludzki pan'. Ostatnio już takiego jednego mieliśmy.

Jakby mnie ktoś zadźgał w ciemnym kącie to szukać pana z Akacjowej 6.


czwartek, 16 marca 2017

Bezsenne noce inwestora

Kolejny post wygrzebany z wersji roboczych, czyli nieskończony. Myślałam, że wskoczą w daty, gdy były pisane. Teraz nawet nie mam ich jak dobrze zlokalizować w czasie, ale szkoda by mi było tracić.
Będą więc pod wspólnym tagiem 'wygrzebane z lamusa'.

* * *
Wiosna 2014 r.

Wpis
Po raz kolejny spać po nocy nie mogę. Choć to może raczej efekt wiosny? Zazwyczaj tak mam, że przez kilka dni (nocy) wiosną budzę się rześka. Gorzej w ciągu dnia. Choć może i wpływ na bezsenność ma ilość spraw budowlanych, które były do załatwienia w ostatnie dni?
Dzisiaj jest wielki dzień. Przynajmniej ja to tak odczuwam. Mianowicie robione będą wylewki, czyli posadzka betonowa. Dla mnie to trochę takie zamknięcie etapu instalacji i najcięższych (w znaczeniu materiałowym a nie fizycznym) prac. Jednocześnie główny wykonawca skończył swoje zajęcia na boku (twierdził, że szkolenie) i chyba wrócił do nadrabiania zaległości, czyli np. budowy schodów wejściowych i garażowych. Powinna dzięki temu zniknąć ostatnia kupa bloczków.


Powakacyjny poniedziałek...

Kolejny post wygrzebany z wersji roboczych, czyli nieskończony. Myślałam, że wskoczą w daty, gdy były pisane. Teraz nawet nie mam ich jak dobrze zlokalizować w czasie, ale szkoda by mi było tracić.
Będą więc pod wspólnym tagiem 'wygrzebane z lamusa'.

* * *
Około września 2014 r.

...przebiegł bardzo owocnie. Domknęliśmy sprawę dotacji do pompy ciepła i w ciągu dwóch tygodni powinniśmy dostać przelew. Rozwiązała się również sprawa zwrotu vatu (na co czekamy cztery miesiące!). Zadzwoniła wczoraj pani, że w skanach brakuje jednej korekty, a poza tym to wychodzi do zwrotu 11 600 zł. Super. To chyba kwota, którą ja wyliczyłam. Myślałam, że coś obetną. A jeśli obcięli, to niedużo. Cały problem w tym, że papiery do zwrotu przygotowywałam sama. Zajęło mi to kilka nocy! Lista materiałów kwalifikujących się jest tak nieprecyzyjna, że trudno się po niej poruszać. Na forach czasem piszą, że coś może być zakwalifikowane, innym razem że nie. Nie kierowałam się tymi radami, tylko sama starałam określić co.
Dzisiaj Łu podjedzie dokończyć formalności.

Małe dzieci...

Kolejny post wygrzebany z wersji roboczych, czyli nieskończony. Myślałam, że wskoczą w daty, gdy były pisane. Teraz nawet nie mam ich jak dobrze zlokalizować w czasie, ale szkoda by mi było tracić.
Będą więc pod wspólnym tagiem 'wygrzebane z lamusa'.

* * *
Około listopada 2014 r.

...mały kłopot. Duże... tak, tak, każdy to zna.
Ostatnio spotkałam znajomego, z dziećmi w wieku licealnym. Potwierdził powyższe.

Po, jak napisałam w poprzednim poście, kończy 4 lata. Przy Miłku oznaczało to dla mnie osiągnięcie etapu jakiegoś takiego większego luzu. Już nie trzeba było non stop pilnować; zdecydowanie zwiększyła się fantazja i pomysły na samodzielne zabawy; jeśli pojawiali się towarzysze zabaw w zbliżonym wieku, to wystarczyło tylko nie przeszkadzać.
Po zrobiła się samodzielna nawet trochę wcześniej. Jest bardzo samodzielna, często widać, że wręcz niezależna. Ma swoje plany, czasem bardzo rozbudowane, i realizuje je z dużą konsekwencją. Co z tego wyniknie w przyszłości? Na pewno trzeba będzie dać jej dużo 'przestrzeni', a próby ukierunkowania będą wymagały od nas nagimnastykowania się, aby nie skończyły się oporem i postawą 'i tak zrobię swoje'.

Pod tym względem z Miłkiem na razie było prościej.

* * *
Zaczęłam ten post pisać nad ranem. Trochę bez przekonania, że powinnam go kończyć. Tym bardziej, że zaczynając, nie miałam, i ciągle nie mam, jakiejś puenty. Ale trafiłam na post Kaliny o Dużym. I tak mi przyszło do głowy, że może jednak nie tylko o tych pozytywnych czy zabawnych sytuacjach pisać?

* * *
Post znaleziony w wersjach roboczych. Nie wiem czy skończony, ale zawsze to kawałek historii.



Ogrodzeniowe...

Kolejny post wygrzebany z wersji roboczych, czyli nieskończony. Myślałam, że wskoczą w daty, gdy były pisane. Teraz nawet nie mam ich jak dobrze zlokalizować w czasie, ale szkoda by mi było tracić.
Będą więc pod wspólnym tagiem 'wygrzebane z lamusa'.

* * *

Wiosna 2016 r.

...zżymania inwestora.
O ogrodzeniach głównie będzie, choć zacznę od bruków. Pisałam już chyba, że skończone są, ale ciągle zdjęć nie zrobiłam. Głównie chyba dlatego, że próbujemy okiełznać ziemię, kamienie i różne śmieci pobudowlane. Praca bez końca. Przygotowane są trzy niewielkie rabatki, a w pozostałych albo będziemy jeszcze grzebać (przy budowie ogrodzenia), albo jest taki śmietnik, że nie wiadomo jak się za to zabrać. Powoli do przodu. O, dam jedno zdjęcie, na którym widać kawałek wgłębnika:
No i widać piękną tęczę, jaka dwa dni temu pojawiła się u nas. Na końcu tęczy, jak śmieje się Łu, jest dzbanek z tymi 500 zł dla każdego dziecka.
I jeszcze jedno:
na którym widać kawałej jednej przygotowanej rabatki i wszystko inne w rozsypce. A przynajmniej dzbanek z pieniędzmi siedzi u nas za kominem. ;)
Widać też kawałek trampoliny, którą po raz drugi do nas przywiało od sąsiada. Na pierwszym zdjęciu widać również, że chałupa sąsiada rośnie. Rosną też kwasy. Gdzieś około kwietnia przyszedł do nas sąsiad, czy byśmy mu prądu w wiaderko nie nalali, bo jakieś  ma problemy z podłączeniem. Że za 2-3 miesiące będzie już miał swój. Że same drobne rzeczy będą, żadne betoniarki, bo nie chcą do byle wiertarki generatora odpalać. Co tam będę sąsiadowi żałować, niech bierze. I tak z dwóch miesięcy zrobił się cały sezon (grudzień za pasem). Chałupa prawie stoi. Drobny sprzęt wygląda tak:
No faktycznie, mniejsza ta betorniarka, niż ta co u nas pracowała.
Ostatnio mieliśmy jeszcze taką przyjemność, że siedzimy sobie raniutko, wcinamy śniadanie. Łu w piżamie, ja już prawie do pracy wychodziłam, więc bardziej ubrana. A tu pod samymi oknami tup, tup, ktoś przemyka. Ale jak to? Wychodzę na dwór idę za gościem, przyglądam się jak mi z kranika wodę bezczelnie kradnie. Ze dziwnym zbiegiem okoliczności nasz wykonawca akurat stał na rusztowaniu przy chałupce z drugiej strony, to krzyczę do niego:
- 'Panie Janie, ale o co chodzi? Nie umawialiśmy się na żadną wodę.'
- 'Ale to nie ode mnie!' - znaczy się od tego sąsiada, co prąd dostaje (na wodę nie umawialiśmy się). Kradziej wody sobie nabrał i tup, tup, pomyka do siebie.
- 'A kto panu tu pozwolił wejść?'
- 'No, Kowalski powiedział, że można.'
- 'Jaki Kowalski? Nie znam człowieka!'
- 'No, bo on powiedział, że prąd można sobie wziąć. Nie chcieliśmy pani budzić, to się podłączyliśmy.'
Znaczy się sami wleźli nam do garażu i się obsłużyli.
Szlag mnie trafił, wywaliłam im kable i powiedziałam, że prądu nie dam. Cieśle musieli sobie poradzić bez prądu. Kilka dni temu przyszedł Kowalski, żeby jednak prą dać, to Łu dał. A tu taki kolejny zonk. Ech...
Ale o ogrodzeniach miało być. Może najpierw o bocznych. Miały być najprostsze (najtańsze), ale w miarę porządne. Czyli jakaś grubsza siatka ocynkowana i powlekana na słupkach. Sąsiedzi znaleźli w miarę ciekawą ofertę, za 68 zł/mb. Wszyscy się zgodzili. Panowie przyjechali. Pokiwali głową, że krzywo. Grzebnęli w ziemi dwa razy, stwierdzili, że twardo

* * *

Post nieskończony, ale znalazłam w roboczych, to daję. Ku pamięci.