czwartek, 16 marca 2017

Bezsenne noce inwestora

Kolejny post wygrzebany z wersji roboczych, czyli nieskończony. Myślałam, że wskoczą w daty, gdy były pisane. Teraz nawet nie mam ich jak dobrze zlokalizować w czasie, ale szkoda by mi było tracić.
Będą więc pod wspólnym tagiem 'wygrzebane z lamusa'.

* * *
Wiosna 2014 r.

Wpis
Po raz kolejny spać po nocy nie mogę. Choć to może raczej efekt wiosny? Zazwyczaj tak mam, że przez kilka dni (nocy) wiosną budzę się rześka. Gorzej w ciągu dnia. Choć może i wpływ na bezsenność ma ilość spraw budowlanych, które były do załatwienia w ostatnie dni?
Dzisiaj jest wielki dzień. Przynajmniej ja to tak odczuwam. Mianowicie robione będą wylewki, czyli posadzka betonowa. Dla mnie to trochę takie zamknięcie etapu instalacji i najcięższych (w znaczeniu materiałowym a nie fizycznym) prac. Jednocześnie główny wykonawca skończył swoje zajęcia na boku (twierdził, że szkolenie) i chyba wrócił do nadrabiania zaległości, czyli np. budowy schodów wejściowych i garażowych. Powinna dzięki temu zniknąć ostatnia kupa bloczków.


Powakacyjny poniedziałek...

Kolejny post wygrzebany z wersji roboczych, czyli nieskończony. Myślałam, że wskoczą w daty, gdy były pisane. Teraz nawet nie mam ich jak dobrze zlokalizować w czasie, ale szkoda by mi było tracić.
Będą więc pod wspólnym tagiem 'wygrzebane z lamusa'.

* * *
Około września 2014 r.

...przebiegł bardzo owocnie. Domknęliśmy sprawę dotacji do pompy ciepła i w ciągu dwóch tygodni powinniśmy dostać przelew. Rozwiązała się również sprawa zwrotu vatu (na co czekamy cztery miesiące!). Zadzwoniła wczoraj pani, że w skanach brakuje jednej korekty, a poza tym to wychodzi do zwrotu 11 600 zł. Super. To chyba kwota, którą ja wyliczyłam. Myślałam, że coś obetną. A jeśli obcięli, to niedużo. Cały problem w tym, że papiery do zwrotu przygotowywałam sama. Zajęło mi to kilka nocy! Lista materiałów kwalifikujących się jest tak nieprecyzyjna, że trudno się po niej poruszać. Na forach czasem piszą, że coś może być zakwalifikowane, innym razem że nie. Nie kierowałam się tymi radami, tylko sama starałam określić co.
Dzisiaj Łu podjedzie dokończyć formalności.

Małe dzieci...

Kolejny post wygrzebany z wersji roboczych, czyli nieskończony. Myślałam, że wskoczą w daty, gdy były pisane. Teraz nawet nie mam ich jak dobrze zlokalizować w czasie, ale szkoda by mi było tracić.
Będą więc pod wspólnym tagiem 'wygrzebane z lamusa'.

* * *
Około listopada 2014 r.

...mały kłopot. Duże... tak, tak, każdy to zna.
Ostatnio spotkałam znajomego, z dziećmi w wieku licealnym. Potwierdził powyższe.

Po, jak napisałam w poprzednim poście, kończy 4 lata. Przy Miłku oznaczało to dla mnie osiągnięcie etapu jakiegoś takiego większego luzu. Już nie trzeba było non stop pilnować; zdecydowanie zwiększyła się fantazja i pomysły na samodzielne zabawy; jeśli pojawiali się towarzysze zabaw w zbliżonym wieku, to wystarczyło tylko nie przeszkadzać.
Po zrobiła się samodzielna nawet trochę wcześniej. Jest bardzo samodzielna, często widać, że wręcz niezależna. Ma swoje plany, czasem bardzo rozbudowane, i realizuje je z dużą konsekwencją. Co z tego wyniknie w przyszłości? Na pewno trzeba będzie dać jej dużo 'przestrzeni', a próby ukierunkowania będą wymagały od nas nagimnastykowania się, aby nie skończyły się oporem i postawą 'i tak zrobię swoje'.

Pod tym względem z Miłkiem na razie było prościej.

* * *
Zaczęłam ten post pisać nad ranem. Trochę bez przekonania, że powinnam go kończyć. Tym bardziej, że zaczynając, nie miałam, i ciągle nie mam, jakiejś puenty. Ale trafiłam na post Kaliny o Dużym. I tak mi przyszło do głowy, że może jednak nie tylko o tych pozytywnych czy zabawnych sytuacjach pisać?

* * *
Post znaleziony w wersjach roboczych. Nie wiem czy skończony, ale zawsze to kawałek historii.



Ogrodzeniowe...

Kolejny post wygrzebany z wersji roboczych, czyli nieskończony. Myślałam, że wskoczą w daty, gdy były pisane. Teraz nawet nie mam ich jak dobrze zlokalizować w czasie, ale szkoda by mi było tracić.
Będą więc pod wspólnym tagiem 'wygrzebane z lamusa'.

* * *

Wiosna 2016 r.

...zżymania inwestora.
O ogrodzeniach głównie będzie, choć zacznę od bruków. Pisałam już chyba, że skończone są, ale ciągle zdjęć nie zrobiłam. Głównie chyba dlatego, że próbujemy okiełznać ziemię, kamienie i różne śmieci pobudowlane. Praca bez końca. Przygotowane są trzy niewielkie rabatki, a w pozostałych albo będziemy jeszcze grzebać (przy budowie ogrodzenia), albo jest taki śmietnik, że nie wiadomo jak się za to zabrać. Powoli do przodu. O, dam jedno zdjęcie, na którym widać kawałek wgłębnika:
No i widać piękną tęczę, jaka dwa dni temu pojawiła się u nas. Na końcu tęczy, jak śmieje się Łu, jest dzbanek z tymi 500 zł dla każdego dziecka.
I jeszcze jedno:
na którym widać kawałej jednej przygotowanej rabatki i wszystko inne w rozsypce. A przynajmniej dzbanek z pieniędzmi siedzi u nas za kominem. ;)
Widać też kawałek trampoliny, którą po raz drugi do nas przywiało od sąsiada. Na pierwszym zdjęciu widać również, że chałupa sąsiada rośnie. Rosną też kwasy. Gdzieś około kwietnia przyszedł do nas sąsiad, czy byśmy mu prądu w wiaderko nie nalali, bo jakieś  ma problemy z podłączeniem. Że za 2-3 miesiące będzie już miał swój. Że same drobne rzeczy będą, żadne betoniarki, bo nie chcą do byle wiertarki generatora odpalać. Co tam będę sąsiadowi żałować, niech bierze. I tak z dwóch miesięcy zrobił się cały sezon (grudzień za pasem). Chałupa prawie stoi. Drobny sprzęt wygląda tak:
No faktycznie, mniejsza ta betorniarka, niż ta co u nas pracowała.
Ostatnio mieliśmy jeszcze taką przyjemność, że siedzimy sobie raniutko, wcinamy śniadanie. Łu w piżamie, ja już prawie do pracy wychodziłam, więc bardziej ubrana. A tu pod samymi oknami tup, tup, ktoś przemyka. Ale jak to? Wychodzę na dwór idę za gościem, przyglądam się jak mi z kranika wodę bezczelnie kradnie. Ze dziwnym zbiegiem okoliczności nasz wykonawca akurat stał na rusztowaniu przy chałupce z drugiej strony, to krzyczę do niego:
- 'Panie Janie, ale o co chodzi? Nie umawialiśmy się na żadną wodę.'
- 'Ale to nie ode mnie!' - znaczy się od tego sąsiada, co prąd dostaje (na wodę nie umawialiśmy się). Kradziej wody sobie nabrał i tup, tup, pomyka do siebie.
- 'A kto panu tu pozwolił wejść?'
- 'No, Kowalski powiedział, że można.'
- 'Jaki Kowalski? Nie znam człowieka!'
- 'No, bo on powiedział, że prąd można sobie wziąć. Nie chcieliśmy pani budzić, to się podłączyliśmy.'
Znaczy się sami wleźli nam do garażu i się obsłużyli.
Szlag mnie trafił, wywaliłam im kable i powiedziałam, że prądu nie dam. Cieśle musieli sobie poradzić bez prądu. Kilka dni temu przyszedł Kowalski, żeby jednak prą dać, to Łu dał. A tu taki kolejny zonk. Ech...
Ale o ogrodzeniach miało być. Może najpierw o bocznych. Miały być najprostsze (najtańsze), ale w miarę porządne. Czyli jakaś grubsza siatka ocynkowana i powlekana na słupkach. Sąsiedzi znaleźli w miarę ciekawą ofertę, za 68 zł/mb. Wszyscy się zgodzili. Panowie przyjechali. Pokiwali głową, że krzywo. Grzebnęli w ziemi dwa razy, stwierdzili, że twardo

* * *

Post nieskończony, ale znalazłam w roboczych, to daję. Ku pamięci.



sobota, 11 marca 2017

...i jeszcze przy sobocie...

...wracając do Pratchetta, to wczoraj dotarły do mnie zaległe tomy. Dzisiaj dokupiłam jeszcze najnowszy, czyli 41. Zostały mi do kupienia jeszcze trzy, choć właśnie dzisiaj sobie pomyślałam, że chyba w tych tomach co mam nie ma "Nauki Świata Dysku", której było coś ze trzy czy cztery części - czytaj: spodziewam się dalszego rozwoju sytuacji.

Dalej czytać nie trzeba, bo będzie to kawałek przepisanej książki - początku tomu 'Wyprawa czarownic'. Takie małe kompendium o tym, co w tej serii jest.

Oto świat Dysku, sunący przez kosmos na grzbietach czterech słoni, które z kolei stoją na skorupie Wielkiego A'Tuina, niebiańskiego żółwia.

Dawno, dawno temu taki wszechświat uważany był za niezwykły, a być może nawet całkiem niemożliwy.

Ale z drugiej strony... dawno, dawno temu wszystko było tak proste...

Ponieważ wszechświat był wtedy pełen ignorancji, a uczony przyglądał mu się jak poszukiwacz schylony nad górskim potokiem i wypatrujący złota wiedzy pośród żwiru głupoty, piasku niepewności i małych, wąsatych, ośmionożnych pływających stworków zabobonu.

Od czasu do czasu prostował się i wołał coś w rodzaju: "Hurra! Właśnie odkryłem trzecie prawo Boyle'a". I wszyscy wiedzieli na czym stoją. Problem w tym jednak, że ignorancja stała się ciekawsza, zwłaszcza ignorancja dotycząca spraw wielkich i ważnych, takich jak materia i kreacja. Ludzie zaprzestali cierpliwej budowy swych domków z patyczków racjonalności wsród chaosu, a zaczęli się interesować samym chaosem - po części dlatego, że o wiele łatwiej być ekspertem od chaosu, ale głównie z tego powodu, że chaos skutkował naprawdę ładnymi deseniami, które można umieścić na koszulkach.

I zamiast zajmować się prawdziwą nauką*, uczeni zaczęli nagle tłumaczyć, że poznanie czegokolwiek jest niemożliwe i że nie ma czegoś takiego, co można by nazwać rzeczywistością, która da się poznawać, i jakie to wszystko strasznie ciekawe... A przy okazji, słyszeliście, że dookoła może latać mnóstwo różnych małych wszechświatów, tylko nikt ich nie widzi, bo są zakrzywione i zwinięte w sobie? Nawiasem mówiąc, ładna ta koszulka, prawda?

W porównaniu z czymś takim spory żółw ze światem na grzbiecie jest całkiem zwyczajny. Przynajmniej nie udaje, że nie istnieje; nikt też na Dysku nie próbował tego nieistnienia udowodnić - by się przypadkiem nie okazało, że ma rację i nagle znajdzie się zawieszony w kosmicznej pustce. Dysk istnieje na samej granicy realności. Najmniejsze małe obiekty potrafią przebić się przez nią na drugą stronę. Dlatego na świecie Dysku ludzie traktują rzeczy z należytą powagą.

Na przykład opowieści.

Ponieważ opowieści są ważne.

* Na przykład odszukaniem tego przeklętego motyla, który - trzepocząc skrzydełkami - powoduje wszystkie burze, jakie ostatnio nas nachodzą, i zmuszeniem go, żeby przestał.

* * *
Dalej jest o opowieściach i urban legend; o lustrach, co to kradną część duszy i człowiek staje się coraz bardziej chudy i przeźroczysty; i wzywaniu pomniejszych bóstw o imionach Tesco czy Bon Anna; o prymitywnych plemionach, które to są uznawane za prymitwne głównie przez takich, co to wyróżniają się głównie tym, że noszą więcej ubrań niż członkowie tych plemion; itd... itd...

...ciąg dalszy soboty - anegdotka...


...z rodzinnych rozmów przy śniadaniu:
Po: "A wiesz mama, że Dawid to najszybciej nauczył się mówić 'sz'?"
Jo: "Tak? A najszybciej z czego?" - bo zastanawiałam się, czy chodzi jej o takie trudne głoski jak 'sz', 'cz' czy coś innego.
Po: "No bo jak mu mówię: 'raz.., dwa...' to on odpowiada 'szy!'".

Kolejna sobota...

...i kolejna szansa na zrobienie czegoś w ogródku.
Po pierwsze pewnie będę się powtarzać. Rośliny rosną, słońce świeci, trochę zrgabiłam, coś posadziłam. Ale w sumie sprawia mi to przyjemność, to sobie opiszę.

Pogoda niby ładna, ale temperatura w okolicach 0 st. C. Zimno więc, i wychodzić się nie bardzo chciało. Tym bardziej, że poranek mieliśmy z przygodami i może od tego zacznę. Mi jechał dzisiaj na wycieczkę o godz. 6 rano. Położyliśmy się dość późno, ale jeszcze wieczorem pytałam Łu, czy na pewno nastawił budzik. W nocy miałam bezsenne godziny - starość nie radość i już tak mam, że np. godzinę muszę sobie zrobić przerwy w spaniu - za to o 6 spałam jak zabita. O 6.11 zadzwonił telefon, że przecież wycieczka i czy Miłosz będzie. 8 minut trwało zbieranie się chłopaków, o 6.25 Łu przekazał Mimona do busa przy wyjeździe na autostradę. Czyli od zera do setki przyspieszenie mieliśmy na poziomie jakiegoś GTX (to chyba jakiś wyścigowy, a nie na przykład terenówka?).
Łu chciał od rana, od tej szóstej biegać, ale w sumie padliśmy na kanapie w salonie i nie mieliśmy siły się już wczołgać na górę. Przed 8 jednak się pozbierał i poszedł biegać budząc mnie, żebym wstała. Padłam dalej i dopiero 8.30 radosny telefon taty obudził mnie. Nie powiem, że na dobre, bo ćmiło mnie chyba do południa. Ale do ogródka się wygrzebałam i do obiadu zdążyłam:
- przekopać do końca grządkę przy narożniku tarasu;
- posadzić tam kilka krzaczków rozchodnika okazałego;
- posadzić tam trzy rozplenice. Jak dobrze, że w ubiegłym roku kupiłam 8 zamiast 18. Dopiero w tym roku będzie miejsce na resztę, a - mam nadzieję - kępki rozrosły się na tyle, że można je już podzielić. Taka mała oszczędność, a cieszy. Zresztą rozchodniki też mają źródło tylko z jednego okazu. Najpierw był jeden, którego w ubiegłym roku udało mi się rozszczepić na cztery małe kępki. W tym roku z dwóch już właśnie zrobiłam 6 kolejnych. Pozostałe dwie chyba zostaną, może w części rozdzielone, ale w tym samym miejscu.
- Poza tym wycięłam pozostałe trawy i kocimiętki (jak one ładnie pachną!, tak trochę żywicznie, może ambrą?);
- znalazłam jeszcze jedno miejsce gdzie nawsadzałam tulipany i teraz wychodzi mi, że kolorowych kęp powinno być na wiosnę około dziewięciu. Mało to czy dużo, w każdym razie w które okno się nie popatrzy, to coś powinno się kolorowić za oknem.
Za porządki w ogródku wzięli się też sąsiedzi, więc praca miło mijała wszystkim na pracy na świeżym powietrzu. I git.

Przelecieliśmy się też po sklepach. Pozytywy, że w miarę porządne spodnie dla dzieciaków można kupić za 45 zł. Szukanych róż jednak nie znalazłam. Czekam aż na Biedronkę i Dino rzucą.

Na koniec pracy miałam jeszcze taki dziwny przebłysk, że 'kurcze, ile to już jest zrobione, ile roślin posadzonych!'. Zazwyczaj jak patrzę na ogród, to widzę tylko to, co trzeba jeszcze zrobić. Nie mam zupełnie poczucia, czy wygląda ładnie, czy brzydko, czy jest harmonijny, czy coś może kłuć po oczach. Widzę tylko niedoróbki, to, czego brakuje, szmaty leżące i łysą ziemię tam, gdzie nic nie ma. I chwasta na chwaście, co to właśnie ruszyły pełną parą do boju o miejsce do życia.