wtorek, 8 sierpnia 2017

Koza w domu

Przypowieść o Żydzie i kozie chyba wszyscy znają.
Teraz się czuję, jakbym takich kóz miała co najmniej kilka w domu, ale żadnej nie mogła wystawić.
Ot choćby przykład: jest Kota. Ta Kota od sąsiada. Przychodzi, karmię ją. Odrobaczam nawet. Miła, chciałaby się pogłaskać. Tylko czasu na to nie ma. Po raz kolejny mam wrażenie, że mam kota (sąsiada) żeby go karmić, bo na przyjemność głaskania już mi jakoś czasu brak. Po co więc Kota? Żeby było miło pogłaskać?
Drugi przykład: domek z ogródkiem. Super sprawa! Tylko co z tego, jeśli na ogródek tęsknym okiem rzucam z daleka bo czasu na wyjście do ogródka to nie staje. Nie mówiąc o robocie w ogródku, która ciągle sprawia mi przyjemność. Czas na grzebanie w ziemi takie obowiązkowe, żeby nie zarosło wszystko po pachy wyrywam z innych prac (głównie kosztem dzieciaków lub spania), ale na cieszenie się, że się coś ogarnęło - znowu brak.
Dalej:
Spacery.
Rowery.
Fitness w ogródku lub w pobliskiej siłowni (od dwóch miesięcy mam kartę MultiSport a jeszcze dłużej 6 niewykorzystanych godzin na karnecie).
No i wakacje. Coś czuję, że w tym roku znowu z nich nic nie będzie bo będziemy nadrabiać zaległości.

Ale jakby mi tego było mało to wzięłam sobie kolejną kozę na głowę. Głupia ja.
Może ktoś wreszcie mnie jakimś kijem przez łeb zdzieli?


piątek, 26 maja 2017

Między pracą a...

...pracą.
Trafił mi się dziwny stan. Zakończyłam współpracę z jednym pracodawcą (po 9 latach) i zaczynam z drugim. Właściwie jeszcze nie zakończyłam - jestem na urlopie - ale już obiegówką pobiegałam, rozliczyłam wszystko, odebrano mi wszystkie dostępy, klucze, karty. Mam kilka dni na pozałatwianie kilku zaległych spraw, bieżących też jest niemało i na robienie tego, na co mam ochotę.
I siedzę. Mogłabym zrobić coś w ogródku, ale nie mogę ruszyć ręką.
Mogłabym posprzątać, bo naniosłam kupę kupy. Siedzę w tym wszystkim.
Mogłabym ugotować obiad jak sobie obiecywałam. Produkty nakupiłam, nic, tylko gotować.
Tyle bym mogła, że nic nie robię. Najchętniej poszłabym spać, tylko że jak się już obudzę, to w koło będzie ten sam bajzel co teraz. Więc nie idę.
Nie cierpię tego stanu.

środa, 17 maja 2017

Przy porannej kawie...

...właściwie to herbacie, bo kawę wypiłam jakąś godzinę temu. Ale kawa brzmi jakoś tak bardziej 'porannie'.
Klasyczna bezsenność czwartej nad ranem mnie dopadła. Jak zwykle był to czas na nadrobienie spraw zaległych, które to 'jeszcze nie są tak pilne, a muszę się nad nimi zastanowić', więc czas ucieka, a tematy leżą. Kilka zatem udało się przerobić i dzień zacząć z miłym poczuciem, że już się coś pożytecznego zrobiło.

Budzik właśnie obwieścił 5:50, czyli czas na pobudkę. A mnie się właśnie zachciało ogromnie spać. Jakoś ten dzień przetrzymam.

Miesiąc minął od ostatniego wpisu, czyli mniej więcej i od świąt. Jako że raczej zimno było na dworze (również i przymrozki), wiatry i deszcze, więc pogoda na rozwój ogródka średnia. Choć od kilku dni temperatury sięgnęły kilkunastu do nawet ponaddwudziestu stopni Celcjusza, czyli wszystkie rośliny dostały nagłego przyspieszenia. Wygląda na to, że bukszpany przyjęły się. Chyba wszstkie mają świeże przyrosty. To byłby chyba czas na pierwsze ich cięcie, ale nie wiem jak się do tego zabrać. I chyba jakieś nożyce powinnam do tego kupić?

Wczoraj wieczorem odebrałam przesyłkę z paprociami. Mam nadzieję zrobić pod jesionem taki trochę leśny zakątek. Nie wiem na ile, na tych paru metrach kwadratowych, się to uda.  W planie mam obsadzenie paprociami, konwaliami i innymi wiosennymi kwiatkami, które pod paprociami będą mogły w lecie zniknąć. Poza tym gdzieś oglądałam paprocie w połączeniu z tulipanami. Najpierw wiosną rzucał się łan tulipanów, a potem z pąków wyłaziły paprocie, które - gdy już urosły - zasłaniały zwiędłe tulipany przez resztę roku. Zobaczymy jak u nas wyjdzie. Na razie ogromnie się cieszę z jesiennych nasadzeń roślin cebulowych. No i jakoś tak wyszło, że róże (kolory) przechodzące w odcienie amarantu pięknie się tu prezentują. I w tę stronę będę szła: nie żółte, nie czerwone, ale różne formy różowych. Ładnie mi się komponują do niebieskich innych kwiatów (barwinki, hiacynty, szafirki, len).

Dzisiaj wyczytałam, że ceny owoców w tym roku będą obłędne: 26 zł za polskie truskawki w skupie. Zastnanawiam się, na ile ten problem jest faktyczny, na ile napędzany. Z roku na rok obserwuję ogromny wzrost 'wartości' polskich owoców i warzyw. Kiedyś to były najtańsze produkty. Teraz zaczynają mieć miano luksusowych, przy tych sprowadzanych z zagranicy. Czemu? Wg mnie to cwaniactwo a nie faktyczny wzrost kosztów. Jak to mi kiedyś jeden z lokalnych rolników stojących 'z pietruszką', na pytanie, czemu ma drożej niż w pobliskim sklepie, choć nie ma kosztów, podatków itd., wypalił: "a bo państwo wszystko kupią". Otóż nie. Choć bardzo bym chciała, to do lokalnych rolników jestem zrażona. Od czasu do czasu staram się na nowo przekonać, z różnym efektem.

Tym bardziej własne miejsce zaopatrzenia w postaci ogródka wydaje mi się cenne. Jeszcze nie robię tego dwuarowego ogródka, z którego mają być płody na rok dla całej rodziny (tutaj o nim pisałam), ale mam cichą nadzieję, że truskawek w tym roku kupować nie będę. Fakt, że pewnie będą później niż zazwyczaj, ale kwitną prześlicznie i w ogromnych ilościach. Nic mi w tym roku nie przemarzło, nawet oregano przetrwało zimę na dworze, więc biadoleń rolników nie rozumiem. Liczę na własne owoce. Warzyw jeszcze nie będzie, bo warzywnik czeka na swój czas. Na razie nawóz zielony go porasta. Choć pewnie to ostatnia chwila sadzić coś w tym roku, ale sprawy wsi odsuwają prywatne na bok. Ech, sprawdza się moje motto: jak ktoś gdzieś ma za dużo, to mu gdzie indziej brakuje.

Czas szykować śniadania. I do roboty.


wtorek, 18 kwietnia 2017

Kamień milowy i zdjęcia

Niniejszym obwieszczam, że w przedświąteczną sobotę - Wielką Sobotę - zamiast szykować wszystko na święta zakończyłam jeden z życiowych etapów. Mianowicie zagospodarowałam ostatni ugór po budowie, czyli dwie frontowe grządki. Uff!
Radocha z tego faktu była porównywalna do bólu mięśni po robocie. Po dwóch dniach w ogródku wyjście na spacer skończyło się rejteradą i powrotem do domu, bo czułam się niemalże jak pod koniec Rysia, czyli nocnego maratonu z przeszkodami, który mi się trafił w ubiegłym roku.
No cóż, przeżyłam, więc jest dobrze.
A ogródek wygląda teraz tak:












I na koniec jeszcze Kota:



czwartek, 6 kwietnia 2017

Pratchett...

...raz jeszcze. Nie mogłam się powstrzymać:



Zdjęcie użytkownika The Norwegian Atheist.
Ze strony: https://www.facebook.com/NorseHumanist/photos/a.717702384916399.1073741828.717227564963881/1482338408452789/?type=3

wtorek, 4 kwietnia 2017

Pet challenge i "ludzki pan"

Ten drugi zrobił ostatnio karierę polityczną. Od tfu-polityki chciałabym się trzymać z daleka. Trudno jednak. Na szczęście (może) to tylko takie odniesienie będzie.

Ale od początku. W ramach mojej małej cegiełki w naprawianiu świata, choć może raczej realizowania swojej potrzeby wyżywania się na ludziach, prowadzę akcję, którą ostatnio z Mimonem roboczo nazwaliśmy Pet Challenge. A może już pisałam o tym? Pamięć jakaś krótka.
W każdym razie Pet Challenge polega na tym, że gdy ktoś przy mnie rzuci peta na ziemię, to starając się miło i z troską zagaduję: 'przepraszam, coś panu/pani upadło'. Zazwyczaj delikwent zaczyna szukać wzrokiem o co chodzi i dopiero po chwili następuje chwila olśnienia. Reakcje są bardzo różne, ale może innym razem opiszę kilka co ciekawszych.
Dzisiaj znowu mi się trafiło, że akurat z koleżanką szłyśmy za panem, który - hyc - pecika wyrzucił na chodnik.
- Proszę pana, coś panu upadło. - Koleżanka była pierwsza.
Pan zaliczył chwilę konsternacji, nie mógł się zorientować co mu upadło. Ale po chwili BINGO!
- To pani tu porządku pilnuje?
- Jak trzeba, to pilnuje.
- To niech pani miotłę weźmie i pozamiata!
- Widzi pan, tu, cztery kroki stoi kubeł. Śmiecia można tam wyrzucić.
Poskutkowało. Śmieć trafił na swoje miejsce!

* * *

Drugą część wyzwania w sprzątanie świata miałam wieczorem. Wybrałam się z Po na spacer. Idąc jedną z uliczek wypatrzyłam pana, który worek ze śmieciami opróżnił na jeszcze niezabudowanej działce - jakby nie było - sąsiada. Pytam więc:
- Ładnie to tak sąsiadowi śmieci podrzucać?
- Ale to tylko takie biodegradowalne!
- Proszę pana, gmina odbierze od pana wszystkie śmieci. To czemu pan tak komuś podrzuca?
- blablabla.
Trochę spokoju i przechodząc obok domu tegoż właśnie śmieciarza:
- Niech pani uważa chodząc tak z dzieckiem, bo następnym razem może się pani nie spotkać z tak ludzkim traktowaniem.
- No proszę, jaki 'ludzki pan'. Ostatnio już takiego jednego mieliśmy.

Jakby mnie ktoś zadźgał w ciemnym kącie to szukać pana z Akacjowej 6.


czwartek, 16 marca 2017

Bezsenne noce inwestora

Kolejny post wygrzebany z wersji roboczych, czyli nieskończony. Myślałam, że wskoczą w daty, gdy były pisane. Teraz nawet nie mam ich jak dobrze zlokalizować w czasie, ale szkoda by mi było tracić.
Będą więc pod wspólnym tagiem 'wygrzebane z lamusa'.

* * *
Wiosna 2014 r.

Wpis
Po raz kolejny spać po nocy nie mogę. Choć to może raczej efekt wiosny? Zazwyczaj tak mam, że przez kilka dni (nocy) wiosną budzę się rześka. Gorzej w ciągu dnia. Choć może i wpływ na bezsenność ma ilość spraw budowlanych, które były do załatwienia w ostatnie dni?
Dzisiaj jest wielki dzień. Przynajmniej ja to tak odczuwam. Mianowicie robione będą wylewki, czyli posadzka betonowa. Dla mnie to trochę takie zamknięcie etapu instalacji i najcięższych (w znaczeniu materiałowym a nie fizycznym) prac. Jednocześnie główny wykonawca skończył swoje zajęcia na boku (twierdził, że szkolenie) i chyba wrócił do nadrabiania zaległości, czyli np. budowy schodów wejściowych i garażowych. Powinna dzięki temu zniknąć ostatnia kupa bloczków.