niedziela, 29 stycznia 2017

A jeszcze...

...tak mi się dzisiaj przypomniało... stary śmieszek rodzinny.
Po była trochę młodsza. Lubiała, zresztą dalej lubi, jak się za nią ganiało i mówiło np. 'zjem cię'; albo 'zjem ci nóżkę/rączkę/boczek'.
Kiedyś przy takim przekomarzaniu wypaliła do Łu:
- 'No zjedz mnie bestio.'
:)
Jakoś mi się to z Sapkowskim skojarzyło.

piątek, 27 stycznia 2017

Jak długo...

...można nie jeść makaronu z pesto? Długo. Dla przykładu taki dialog z Po z wczoraj:
- Mamo, zrób mi makaron.
- Dzisiaj nie planuję. Mogę ci dać ziemniaczka.
- Mamo, ale zrób mi makaron z pesto. Nie jadłam go od 2016 roku!

Co prawda, to prawda. Nie jadła od 2016.

czwartek, 26 stycznia 2017

Nocne przygody...

...z kotem w roli głównej.
Jak pisałam wcześniej kota bywa często, również w nocy. Gdy chce wyjść to przychodzi i włącza światło w garderobie. Ale ostatnio ma pecha, bo garderoba jest zazwyczaj zamknięta. Więc chodzi i tupie po pokoju.
Jakoś dziwnym trafem tupanie kota działa na mnie jak płacz dziecka więc (na razie) budzę się natychmiast. Ale wstawać mi się nie chce, więc dzisiaj chciałam kotę trochę przetrzymać i zobaczyć co zrobi. Tupała. Wlazła pod łóżko i chyba zaczęła na mnie oddziaływać telepatycznie, bo spać mi się odechciało i, aby nie podkręcać napięcia, zwlekłam się i poszłam ją wypuścić.
Ale teraz kota wpadła na pomysł, że mnie przetrzyma i jak wlazła pod łóżko, to stwierdziła, że jej tam dobrze i nigdzie nie idzie.
'Oż, cholera jedna' - pomyślałam. 'Nie idziesz jak cię wołam, to już ja znajdę na ciebie sposób'. Poszłam do kuchni, ledwie zastukałam michami, to leciała tak, że prawie ze schodów spadła.
No cóż, dałam jej mleka i wywaliłam za drzwi. Znaczy się sama grzecznie poszła.

A to wszystko to tak na zachętę dla Skorki, aby też coś napisała.
Nie wierzę, że nie masz nic ciekawego z kotami. ;P

niedziela, 15 stycznia 2017

Tfu...

...politycznie znowu będzie.
Dzisiaj kolejny finał WOŚP. Co roku bierzemy udział. Finałami się nie emocjonujemy, ale uważamy, że akcja jest ważna społecznie. Więc z przyjemnością i poczuciem dobrze wydanych pieniędzy 'opodatkowujemy' się na ten cel. I nie zdziwiłabym się, że gdyby nawet na 'obsługę' poszło 50% zebranych pieniędzy, to i tak byłby to mniejszy odsetek niż 'zeżarty' przez system państwowy.

Mi urodził się w trakcie długiego weekendu. We Wrocławiu z tej okazji zamknęły się (pod pozorem dezynfekcji) dwa szpitale. Ten, w którym leżeliśmy był więc oblężony i na oddziale noworodków pod inkubatorami leżało pewnie blisko dziesięć dzieciaczków. Tych inkubatorów ze znaczkami WOŚP zabrakło i gdzieś z lamusa wyciągnięto szpitalne. Zgroza. Jakieś czarne, ebonitowe, sparciałe.
Inkubatory oczywiście to nie wszystko. Dzieci miały monitory różnych funkcji. Wszystko dostosowane do tak małych pacjentów. Miłek ważył wtedy 1750 g, a przecież nie był najmniejszym dzieckiem, które ratują nasze szpitale. Komfort dzieci i personelu w takim przypadku jest ogromnie ważny.
Sprzęt medyczny wtedy to nie było wszystko. Mało zresztą pamiętam z takich 'technicznych' szczegółów z tamtego okresu, więc trudno mi opisać co jeszcze. Na pewno braliśmy wtedy udział w badaniu przesiewowym słuchu finansowanym przez WOŚP. U wcześniaków zagrożenie uszkodzeniami różnych organów jest spore. Nam się udało wyjść na prostą i mamy zdrowego, dzielnego dzieciaka. No, już młodzież. Na ile w tym zasługa WOŚP? Choćby minimalna jesteśmy im ogromnie wdzięczni i wspierać będziemy.

Politycznie jednak miało być. Telewizji nie mam to i nie oglądam, ale właśnie przeczytałam, że na TVP.info informacji o akcji, która porusza cały kraj zabrakło. Podobnie GazetaPolska.pl, Niezależna.pl, portal telewizji Trwam. Portal Polskiego Radia pisze aktualną informację o 13 zebranych milionach zł, gdy Rzepa podaje już kwotę 21 mln zł.

Cóż, panowie politycy, nie wszystko się uda pominąć.




piątek, 13 stycznia 2017

Mandarynka...

...mocy.
Nawiązując do kapci mocy, to dzisiaj Po wpadła do kuchni krzycząc:
- Tato, daj mi mandarynkę mocy!
- Mandarynki mocy nie ma, ale możesz dostać kiwi supermocy.
- Super! Miłek, ja dostanę KIWI SUPERMOCY!

Mamy kota...

...na punkcie psa. ;) To żart słowny oczywiście.
Kota mamy prawie. A pies to moje dziecięce marzenie. Jeszcze trochę muszę poczekać.
Wracając jednak do kota, to kotka, którą już wcześniej przedstawiałam - Fifi, stała się już jakby trochę nasza. Albo my jej.
Nakreślając stan, to w jej rewirze jej córka z pierwszego miotu miała trzy kociaki. I Fifi jakby trochę ustąpiła pola przenosząc rewir bardziej do naszego ogródka. Jak ogródek, to i zaanektowała taras. Z tarasu często otwarte w lecie drzwi zaprowadziły ją na poduszki w salonie. No i do kuchni, gdzie jakiś frykas się trafił. Jakiś czas temu przyszły chłody, więc nikt zwierzątka za drzwiami trzymać nie zamierzał.
Najpierw dół. Potem góra. Teraz w nocy podsypia na kołderce Poli - przecież do własnej sypialni i łóżka jej nie wpuścimy. Chociaż...
Od jakiegoś czasu mamy stały rytuał nocny. Kotę wpuszczamy wieczorem, ale że kuwety nie mamy i nie zamierzamy, to w nocy... najpierw słychać tupanie, potem zapala się światło w garderobie, która zazwyczaj jest otwarta, kot siada w drzwiach i czeka. Czeka aż wstanę, pozbieram się, zlezę na dół i wypuszczę ją lub wyrzucę na dwór.
Może jej oczekiwania są inne, ale tak to wygląda. Ja nie myślę sprzątać po ewentualnych wpadkach w kątach, ona regularnie to światło zapala (samo się zapala na ruch), więc rytuał się wytworzył.
Dzisiaj jednak...
Słychać tupanie, nale hyc, na nasze łóżko, więc Łu na nią fuknął. Kot zeskoczył.
- Zobaczysz, teraz pójdzie zapalić światło! (Łu).
Ale światło się jakimś cudem nie zapaliło, choć Kota poszła do garderoby.
- Co? Bogowie nie wysłuchali twoich próśb? (Łu).
Ryknęłam śmiechem i poszłam wyrzucić Kotę na dwór.

czwartek, 12 stycznia 2017

Nigdy nie myślałam...

...że niniejszy blog będzie polityczny. Miał być  nasz, rodzinny. Zaczął się od chałupy, trochę rodzinnych rzeczy zaczęłam dorzucać, bo fajne i fajnie byłoby je mieć gdzieś zachowane. Tak sobie spokojnie jako rodzina dojrzewaliśmy.
A tu dzisiaj kolejna granica 'dobrej TFU! zmiany' została przekroczona.
Z ogromnym żalem i poczuciem krzywdy podaję link.
Gdyby w przyszłości zniknął, to jest tam o tym, że:

Władze Trójki zdjęły "Urywki z rozrywki" z anteny

Program Piotra Bukartyka został zdjęty z anteny po ponad dekadzie. Radiowiec poinformował swoich fanów, że mimo to ciągle będą mogli usłyszeć go w Trójce. Będzie występował prywatnie jako gość Wojciecha Manna.

Teraz już tylko zostało czekać, aż Manna wywalą. W końcu brak warsztatu już mu wypomnieli.

piątek, 6 stycznia 2017

Kapcie

Ja tylko tak szybciutko, bo mi w końcu ucieknie. To tak z życia rodzinnego...
Dzieciaki bawiły się ganiając za sobą i przekrzykując się coś w rodzaju:
- Strzeliłem cię magicznym długopisem. Wybuchłaś.
- Nie, to ja strzeliłam z magicznej bransoletki. Powinieneś leżeć.
- Ale ja mam pistolet na specjalne promienie.
- Ale NIE MASZ KAPCI MOCY TO NIE MASZ MOCY KAPCI! - jakże logiczne - nieprawdaż?

niedziela, 1 stycznia 2017

2017...

...rok.
Nigdy się nie zastanawiałam, czy do tego roku dożyję. Gdy byłam mała wyliczałam ile będę mieć lat w 2000 roku. Wydawał mi się wtedy taki odległy... i że taka stara wtedy będę... A tu mamy 17 lat później, a ja ciągle na jakimś chodzie. Jeśli dobrze pójdzie, to jakieś pół życia za mną. Chyba te lepsze pół życia, chociaż trzeba się zastanowić co zrobić, żeby to kolejne było w miarę przyjemne.
I tu - niestety - główne chmury chyba rysuje sytuacja geopolityczna. Niby jest cudownie, ale jakiś taki coraz większy niepokój w środku rośnie, że nie wiadomo kiedy walnie. Tym bardziej, że zerknięcie w portale to same 'awantura'... 'nie żyje'... 'zamach'... 'tragedia'... (gazeta.pl); 'niespokojnie'... 'psucie demokracji'... 'terrorysta'... (rp.pl); 'zamieszki'... 'krwawy zamach'... 'rosyjskie służby'... (onet.pl); 'krew na rękach'... 'Smoleńsk 2010'... 'bestia'... 'strach'... (gazetapolska.pl); 'wstrząsające'... 'zamieszki'... 'przerażające'... (niezalezna.pl).
To takie mniej lub bardziej głupie przykłady.

I tu - nostalgicznie - to, co 'przed stu lety':
a co potem życie zgotowało to 'człowiek nigdy nie wie, co go czeka'.

Ale w sumie siadając nie o tym miałam pisać. Miałam o tym, że listopad i grudzień ciężki był. Do pracy po ciemku. Z pracy po ciemku. Praktycznie jak ten kret. Źle to na mnie wpływa. Obowiązki cały listopad i grudzień. Dużo rzeczy poszło w odstawkę, jednak świadomość, że to chyba nie o to chodzi rosła. Ogródek to tylko czasem w weekend udawało mi się zobaczyć, choć nie znaczy to, że coś zrobić, czy nawet posiedzieć na krześle.
Z początkiem stycznia zazwyczaj coś się w człowieku zaczyna budzić na nowo. Jakoś więcej werwy się ma. Potem ten wydłużający się dzień pozwala już wyjść na zewnątrz, coś zobaczyć, zrobić. Jakby na dobrą wróżbę dzisiaj pogoda była piękna. Siedliśmy sobie z Mi i Po na tarasie i powystawialiśmy twarze do słońca. Potem pograliśmy w badmingtona (babingtona - jak poprawiała w Mi zeszycie nauczycielka!), a potem pojechaliśmy na spacer na Radunię. Było pięknie, nie licząc śmieci po sylwestrowej nocy, które jakieś bydło zostawiło na szczycie (posprzątaliśmy - żeby nie było).
A jutro do roboty.