niedziela, 25 września 2016

A był wrzesień...

...pogoda prześliczna.
Wszystko w złocie stało i w zieleni...

Jak co roku piosenka Waligórskiego nawiedza mnie. I wszystko się zgadza. I chyba jestem coraz bardziej takim staruszkiem, co to już wie i czuje, że zbliża się zima.
Ale jeszcze jest pięknie. Po upałach i deszczach wszystko rośnie. Temperatury wieczorne i poranne są takie przyjemnie rześkie. Można posiedzieć czy rano czy wieczorem i popatrzeć na ogród.

Z myślą o wiośnie wsadziłyśmy już z Po ponad 100 cebul. Kilkadziesiąt tulipanów, irysów; hiacynty, żonkile, szafirki, szachownice, czosnki i jeszcze inne. I dosyć.
Na rabatach jest jeszcze dużo do zrobienia takich stałych nasadzeń, ale na to w tym roku już nie ma szansy. Za to taras - co prawda nieskończony - ale służy nam dzielnie od kilku tygodni. Bardzo to miłe, gdy można w kapciach wyjść do ogródka i usiąść w fotelu patrząc jak trawa rośnie.

Od półtora roku myślę sobie, że jestem szczęśliwa.

niedziela, 7 sierpnia 2016

Zombi...

...na budowie.
To o nas.
Mamy urlop. Co robi każdy normalny człowiek w trakcie urlopu? Odpoczywa? Pewnie tak. Jednak my się do tej grupy nie zaliczamy.
Przeszła już nam połowa urlopu. Zdążyłam pomalować górę garażu. Jutro ma przyjść wykładzina (wyglądająca jak blacha ryflowana). Ale jutro nie będziemy pewnie kończyć garażu. Zrobimy to w wolnej chwili, bo obecnie robimy taras.

Przyjechały drewniane elementy więc zasuwamy. Właściwie to nie wiem czemu ja zasuwam, bo nie planowałam robić tarasu. Łu się pewnie cieszy, bo to jednak praca trochę szybciej mu do przodu idzie. A ja ledwie ręką i nogą powłóczę. Wczoraj było impregnowanie drewna. Dzisiaj ciąg dalszy i skręcanie konstrukcji. Strasznie się boję co z tego wyjdzie. Na razie jest (było) tak:








 Nie wiem czy jutro skończymy się obrobić z konstrukcją. A jeszcze cały dek został do kupienia no i zrobienia.

Poza tym ciągle się zżymam na te sąsiedzkie pretensje. Co to niby kompost śmierdzi. Dzisiaj przewaliłam całą kupę. Wybrałam z dna taczkę już gotowego i użyźniłam kawałek grządki. Kurde, no śmierdzieć nie chciał. Żałowałam, że sądziad (tak mi się przez przypadek napisało, ale jakoś tak świetnie pasuje) nie przyjechał. Bym go specjalnie zaprosiła do wąchania.


 
A tu jeszcze ścieżka do kompostownika i do naszego zakątka ogniskowego. No po prostu pieczemy kiełbaski na kupie gnoju.
Aha. A sądziad swoje siano wywalił na naszą wspólną działkę drogową. Będzie się działo. Wrr...

piątek, 22 lipca 2016

Kamieni kupa...

...zniknęła.
Zamiast niej pojawiły się przygotowane grządki. Zagospodarowanie działki zmienia się z dnia na dzień, bo przy pracach mamy pomocnika. Niestety, potrzebne były aż dwie dwudziestotonowe wywroty ziemi do uzupełnienia do wysokości obwódek. Dużo też dodatkowych kosztów związanych z przygotowaniem tarasu. Przez to wszystko nasadzenia będą musiały poczekać do jesieni albo i wiosny. Jest jednak coraz śliczniej, co cieszy mnie niezmiernie.
Tu już widać miejsce po 'kupach' i przygotowany teren pod taras:



 A tu dwa zdjęcia tego samego miejsca. Z maja:
I dwa miesiące później:
 Różne rzuty na część południowo-wschodnią:


 A tu fragment z miętą i papryką. Z maja:
I lipca:

 A tu, po lewej będzie ogródek warzywny, który planuję założyć w przyszłym roku, zaś po prawej trawa. Tam gdzie będzie warzywniak na razie przykryłam agrowłókniną, bo nie wpadłam na pomysł, aby posiać poplon, czyli zielony nawóz. Poczytałam na ogrodowisku to i za robotę pewnie wezmę się dzisiaj wieczorem, żeby ściągnąć agro i wysiać gorczycę i łubin.

Poza tym mam zżymania z sąsiadem, a właściwie jego teściem. Mam nadzieję, że sąsiad będzie bardziej życiowy. Otóż co chwilę się coś nie podoba.
Albo słyszę:
 - "pani, a bo drzewa... to liście będą lecieć..."
 - No będą. Taka uroda drzew.
Albo:
 - "pani, a bo kompostownik będzie śmierdział!"
 - "A śmierdzi panu?"
 - "No nie."
 - "No właśnie. Bo nie ma śmierdzieć."

To dzisiaj usłyszałam:
 - "Pani, kompostownik śmierdzi."
Obeszłam w koło.
 - "Mnie nic nie śmierdzi."
 - "Ale śmierdzi zgniłym."
 W tym momencie mi lawendą, która rośnie obok zapachniało.
 - "Ja tylko lawendę czuję. Widocznie każdy sobie czuje, co chce sobie poczuć."
I sobie poszłam.
Z drugiej strony działki sąsiedzi sobie kurnik zrobili w którym mają 10 kurek i koguta. Z kórnika trochę zalatuje. Pogonić mam ich? Tym bardziej, że kogut, o wdzięcznym imienu 'Rosół', czyni swoją powinność i kukuryka co rano i regularnie w ciągu dnia. Jeśli sąsiedzi będą jak ten teść, to czuję, że wojować będą z wszystkimi w koło.

A na koniec zagadka od Poli - co przedstawia rysunek:

poniedziałek, 18 lipca 2016

Zdjęcia...

...wreszcie jakieś zrobiłam.
Pogoda jest dość pochmurna, ale w tej pochmurności kolory są jakby bardziej umyte i głębsze. Dlatego dzisiaj nastał ten dzień...

















niedziela, 3 lipca 2016

Eksperyment...

...trawnikowy.

Mamy trawnik. Nic dziwnego.
Trawnik jest proporcjonalnie do trawników sąsiadów niewielki, ale jest.
O jego przygotowaniach jest coś napisane dwa lata temu. W ubiegłym roku na kolanach odchwaszczałam trawnik jak dzika, chyba przez kilka tygodni. W efekcie tam, gdzie uchował się pierwotny, jest w miarę niezachwaszczony. Jest za to nierówny.
Poza tym przyszli kamieniarze i zrobili swoją robotę, czyli obwódki między trawnikiem a rabatami, i tu jest pies pogrzebany...
Panowie bardzo chcieli trzymać poziom i nawet wyznaczyli mi, że obwódki od strony płotu naprzeciw dużych okien będą jakieś 20 cm nad obecnym poziomem trawnika. Za głowę się złapałam, kazałam panom obniżyć poziom obwódek do poziomu gruntu i stwierdziłam, że 20 cm obniżenia mi nie przeszkadza. Panowie coś pomruczeli, że powinien być poziomy jak stół, ale jak sobie pomyślałam ile wywrot ziemi mielibyśmy jeszcze przywieź, to kazałam im spadać na drzewo.

Obwódki obniżyli. Obecnie spadku jakoś nie widzę i mi nie przeszkadza. Problem jest taki, że trawnik w niektórych miejscach jest na wysokości obwódek, w innych jednak jest niżej, i to o jakieś nawet 20 cm.
I teraz rozwiązaniem jest np. zakładać trawnik na nowo. Ale jak sobie wyobrażę, że ten by trzeba było zedrzeć, bądź nawet tylko zjechać glebogryzarką (choć nie wierzę, że wtedy uzyskalibyśmy ładny równy trawnik) to ilość roboty i pieniędzy przeraża mnie. Wymyśliłam sobie coś innego.
Pewnie głupiego.
Ale co mi tam.
Łukasz trochę kręci nosem, ale chyba i jemu wizja zakładania trawnika zupełnie od początku nie bardzo się podoba.
Wymyśliłam sobie, że skoro trawa tak ładnie rośnie w górę i wystarczy, że po przysypaniu choć trochę wystaje z ziemi, żeby rosła dalej, to może wystarczy jej po trochu dosypywać ziemi. Ona się będzie wyciągać, może będzie lepiej (głębiej) ukorzeniona, a poziom będzie się podnosić, aż się kiedyś wyrówna.

O pomysł swój zapytałam na forum Ogrodowisko. Dużo różnych problemów z trawą ludzie tam przedstawiają. Mojego tematu jednak nikt nie podjął. Nic mi nie zostało, jak pionierem zostać. No i teraz sobie tak eksperymentuję powoli.

Trawnika nie przewidywaliśmy na ten rok. Jeśli już, to w przyszłym byśmy go robili. To może do przyszłego, moim eksperymentalnym sposobem, go na tyle wyciągnę, że już będzie równo i wyżej?

W każdym razie już po raz drugi 8 pięćdziesięciolitrowych worków z ziemią do trawników rozgrabiłam po trawie tak, aby ziemia powpadała między źdźbła. Potem jeszcze spłukałam wodą. Za jakieś 3-4 tygodnie kolejna powtórka. Myślę, że po jakichś 4-5 razach będzie widać jakiś efekt. Mam nadzieję, że nie będę musiała puknąć się w głowę.

Jednego nie rozumiem. Czemu ciągle mam jakieś problemy z kosmosu. Inni robią sobie ogródki jakoś szybko i bezproblemowo. A ja ciągle od d(rugiej) strony.

Dzisiejsze zmagania...

...czyli jak posadzić trzy krzaczki lawendy - w moim wydaniu.

To trochę w odpowiedzi Skorce na komentarz pod poprzednim postem, że jej wszysto zarosło.
 
Sadzenia w ogródku bez ładu i składu bałam się. Dlatego chciałam projekt. Teraz go realizuję i po kolei odfajkowuję kolejne elementy. Nie jest to proste, bo zasadzenie każdej roślinki wiąże się z masą przygotowań, przesadzań. Dla przykładu: z roślinami w ubiegłym tygodniu przyszło kilka (mikro)krzaczków lawendy, które miały być na rabacie z różami. Pięć udało mi się wsadzić w miarę szybko, ale w miejscu trzech krzaczków rósł lilak meyera, któremu miejsce dopiero musiałam przygotować. Lawendy przyszły we wtorek, do zapanowania nad wszystkim miałam czas dopiero w niedzielę.
Przygotowanie więc miejsca pod lawendę polegało na przekopaniu całej jednej innej rabaty. Tragiczne było to kopanie, bo to w miejscu, gdzie koparkowy nam 'gładził' działkę. Gdybym go teraz dorwała, to za jaja bym go powiesiła! Osiem godzin 'gładził' jakieś 50 m2. Obecnie pod kilkoma centymetrami ziemi jest z gleby zrobiona skała macierzysta, a w tych kilku centymetrach gleby jest masa kamieni nasypanych przez kamieniarzy. Czyli prawie przez cały dzień (mniej więcej od 9 rano do 17) przekopywałam jakieś 20 m2. W międzyczasie przesadziłam trzy roślinki, które rosły tam chyba za karę, wywaliłam masę chwastów, ostów, kłączy perzu. Obkopałam też magnolię, którą ciągle mam nadzieję, że uda się uratować; zmieniłam dookoła niej ziemię na ogrodową - może będzie lepiej rosła - ale tej skały pod spodem nie udało mi się ruszyć. Nalałam mnóstwo wody, aby przynajmniej trochę zmiękła, dosypałam piachu i ziemi uniwersalnej - aby nabrała jakiejś struktury. Może coś tam jeszcze urośnie?
Nową rabatę, aby nie wróciła do stanu z wczoraj, musiałam jeszcze przynajmniej przykryć agrowłókniną. Jak widzę to się dobrze sprawdza, bo ładnie trzyma wilgoć. No i oczywiście w miarę chroni przed rozrostem chwastów. Agrowłókniny miałam już resztki, więc podróż do Casto. Jak już pojechałam, to nie mogłam wrócić tylko z agrowłókniną. Kupiłam też 10 worów ziemi do trawników (o tym w kolejnym poście, o ile zdążę), dokupiłam jedną jeżówkę (bo mi zabrakło), perukowca i rododendron, bo przeceniony był na 5 zł. Co prawda nie ma go w projekcie, ale gdzieś go wcisnę, między laurowiśnie. Powinien pasować. Mały ma być - 40 cm.
Po powrocie więc zasłoniliśmy całą grządkę agrowłókniną i już mogłam przesadzać lilaki. A że grządka już gotowa, to i żywistka też mogłam wreszcie przesadzić.
Potem już tylko przygotować teren pod lawendy, ale tu szybko poszło, bo przezornie ostatnio nasypałam na grządkę piasku i ziemi - wystarczyło tylko rozgrabić i wyrównać. Lawendy mogły trafić na swoje miejsce, czym uratowałam żywot roślin kupionych w ubiegłym tygodniu, a których nie miałam kiedy zasadzić (w piątek sadziłam 60 doniczek wrzosów, a jeszcze w różnych międzyczasach 17 kosówek).
Lawenda zasadzona, ale przecież w międzyczasie nawiozłam sobie innej roboty. Posadziłam więc rododendrona i jeżówkę. Zrobiłam z ziemią do trawników to, o czym w kolejnym poście.
A o perukowcu zapomniałam. Leży sobie pod drzewem. Może jutro, zanim pojadę do pracy zdążę go przesadzić.

sobota, 2 lipca 2016

Przyrodniczo...

...dzisiaj będzie.
Nic to, że ogród powoli nabiera kształtów i powinnam jakieś zdjęcia wrzucić. Kwiaty kwitną; drzewa rosną; wszystko rozrasta się nieziemsko a ja tylko ciągle zaglądam w prognozy pogody i monitoruję deszcze - bo to mi teraz głównie spędza sen z powiek. Oczywiście, jeśli chodzi o ogród. Bo spraw ogólnie mam dużo innych.
Sporo ostatnio obserwacji wszelakich. W okolicach zalęgła się dzieżba srokosz. Wróble już przyzwyczaiły się do poidła z wiadra, jakie dla nich przygotowałam, i regularnie poją się przy oknie w jadalni. Zagląda również ptaszek, którego rozszyfrowałam jako makolągwę. Dzisiaj jednak w okno łupsnęło coś małego, co siadło potem pod fotelem i siedziało sobie chwilę. Ponieważ kotów kręci się tu dużo (za chwilę i o tym), więc poszłam do ptaszka - bez problemów dał się wziąć na ręce, czyli mocno musiał oberwać.
Ptaszek to najprawdopodobniej łozówka. Jest nieco mniejszy od wróbla. Ma taki dość długi i ostry dziobek. Chwilę spędził w moich rękach (dwa razy mnie okupał w tym czasie) i furgnął najpierw na fotel, potem już sobie w dal. Jak i skąd do nas dotarł? Nie widziałam tu takich, ale może wiatr przywiał, bo burza była wcześniej?
Jeśli chodzi o koty, to łapią wszystko co się rusza. Myszy, ptaki, jaszczurki. Ostatnio próbowałam uratować wróbelka-żółtodzioba z paszczy Fifi. Zabrałam jej ptaszka, który był w dość niezłym stanie, choć rankę miał. Niestety, uciekł mi z ręki na co Fifi tylko czekała. Porwała go w zęby, chyc przez płot, i tyle ich widziałam.
Jak już tyle o ptakach to (a może już to opisywałam?) niedawno udało mi się (chyba) uratować wróbelka, kóry leżał na drodze. Najprawdopodobniej po bliższym spotkaniu z jadącym samochodem. Wyglądał jak martwy i gdyby nie to, że łypnął oczkiem, pewnie bym nie zwróciła na niego uwagi. Ale skoro łypnął, to nie mogłam go tak zostawić na środku drogi. Przez jakieś 10 minut dochodził do siebie. Najpierw był jak sparaliżowany, potem myślałam, że odpływa, ale w końcu się pozbierał i w lesie pofrunął na gałązkę i dość sprawnie wylądował.

Wydawałoby się, że problematyczne są te nasze wielkie okna, choć okazuje się, że wielkość nie ma znaczenia, bo ostatnio widziałam, jak ptak walnął w malutkie okienko od garażu sąsiadów.

Obserwacji przyrodniczych jest więcej, choć czasu mało. Dla przykładu ostatnio zastanawiałam się, co się dzieje z 'naszymi' zaskrońcami. W tym roku nie miałam okazji ich zaobserwować. Nasza działka jeszcze się nie 'zakrzaczyła'. Sąsiadów też są coraz bardziej cywilizowane. Pomyślałam, że poszły sobie. A tu wczoraj, gdy kopałam dołki pod wrzosy, jakieś takie białe 'mentosy' wysypały się z ziemi. W pierwszym momencie pomyślałam 'kamyczki', bo ciągle ich dużo w ziemi. Gdyby nie to, że kiedyś na jakimś blogu ogrodowym nie widziałam zdjęć jaj zaskrońca, to pewnie trochę by trwało, zanim bym się zorientowała, że to może żyć. Roślinkę wsadziłam. Jajeczka schowałam. Przykryłam kamieniem (nie za mocno). Nie wiem, czy warunki zostały właściwe. Mam nadzieję, że coś się z tych jajeczek jednak wykluje. Jeśli nie zaskroniec, to przynajmniej jaszczurka. Ostatnio Fifi kilka upolowała. Niestety.

I ostatnia ciekawostka z dzisiaj... rozmawialiśmy sobie z dziadkiem o ogródku. Kiedyś dziadek miał fioła na punkcie działki, a że 'za dziedzica' był przygotowywany przez ogrodnika, to wiedzę ma niemałą. I jakoś tak dziadek dzisiaj rzucił, że jeszcze jeża mi na działce brakuje. Powiedziałam mu, że jak działka bardziej zarośnie i będzie okazja, to i jeż się znajdzie. I jakiś domek dla niego też. Nie minęło parę godzin, a tu przed domem jeż sobie tup, tup. Jeszcze może nie na działce, ale jak mu będzie dobrze, to trafi.

poniedziałek, 23 maja 2016

Ogrodu...

...ciąg dalszy...
Weekend był pracowity. Łu kończył podmurówki przy ogrodzeniu. Potem umył płot myjką, więc wygląda ślicznie. Jeszcze tylko w temacie ogrodzenia:
- zamalować cynkiem uszkodzenia powłoki cynkowej;
- zrobić klamkę;
- podłączyć prąd (do zamka, nie do płotu);
- kupić i zamontować domofon (co we mnie wzbudza postawę 'ale po co?', natomiast Łu ma wizję, że da jakiś taki domofon, który będzie dzwonił na telefon, więc nawet w pracy będzie go można obsłużyć, żeby kogoś wpuścić);
- kupić i zamontować napęd do bramy;
- zapięcie do bramy;
- wyjście szybkozłącza dla szambowozu;
- ...
Czyli jeszcze kawał roboty.
I tak ze wszystkim - niby już jest koniec a tu spraw do załatwienia w temacie nie ubywa.

Ale ja o ogródku miałam. Po pierwsze przygotowaliśmy fragment pod trawnik i nawet udało nam się wysiać trawę!:
 Tutaj widać też nasadzenia pod płotem:

Lilaki i świerki. Świerków nie było w projekcie, ale panowie od bruków przesunęli wiatę śmietnikową w lewo (patrząc na zdjęcie) i zrobiło się więcej miejsca po prawej. To wsadziłam. Może za parę lat będę żałować?
Tu z kolei widok na całą południowo-wschodnią część działki:
z liliowcami, wisienką i agrestem.
Wspomniana w poprzednim poście rabata:
i wierzbowy namiot za nią. Już sporo gałązek widać, że puściło. Jednak nie wszystkie. Zastanawiam się, czy jeszcze ruszą, czy będą dziury.

Teraz przyszedł czas, że powinnam zamawiać tony ziemi do nawiezienia od zachodniej strony. I rabaty z przodu... i od tarasu - tu jedna:
na której rosną róże, liatry i zawciągi. Lilaki meyera będą rosły gdzie indziej, tutaj tak tymczasowo. W ich miejsce, ćwierćokręgiem dookoła rabaty będą rosły lawendy. Między różami mają być jakieś trawy, a chciałabym jeszcze powtykać dużo cebul tulipanów, żeby wiosną wystartowały tulipany, a po ich zamarciu pojawiły się róże. Jest to odmiana Queen Elizabeth. Te tutaj pochodzą z Dino i nawet dobrze się przyjęły. Niestety, było tylko 7. Na tę rabatę potrzebuję 10 i na drugą jeszcze 15, ale dokupię, gdy już ta druga rabata będzie przygotowana.

Cóż by tu teraz robić?

wtorek, 17 maja 2016

"...i kamieni kupa"...

...że zacytuję klasyka. ;)
Kupa kamieni wygląda tak:

Ostatnio byłam w fazie, że ciągle łaziłam i nie mogłam się napatrzeć na ogródek. Że taki śliczny. Że kwiatki rosną. Że się pozmieniał.
Przyszła 'zimna Zośka' i po niej kilka dołujących dni. Zmiana nastawienia o 180 stopni. Choć to chwilowe oczywiście. Pozrzędzę sobie jednak.
W sobotę i niedzielę zasuwaliśmy jak motorki. Przekopałam cały pas pod płotem. Założyliśmy wiklinowe maty, aby częściowo odgrodzić się od drogi, gdy siedzimy na fotelach. Co praktycznie ma miejsce tylko w momentach, gdy już ani ręką, ani nogą...
Fotele wyglądają trochę lepiej, choć na tle kamieni:
Kamienie to te, co je zbieram tonami z działki. Nie skłamię, jeśli powiem, że wyzbierałam kilkadziesiąt wiader. Tak ze 40-50. I jeszcze kamerdołów rozniesionych przez budowlańców jest cała masa.
No ale nic.
Tutaj kawałek płotu z podmurówką (która nota bene też mnie trochę nerwów kosztowała):
...z uroczą dechą (co to Po za trampolinę robi) i wiadrami śmieci.
Ten pasek ziemi przy ścieżce, to będzie trawka. Na pasie ziemi przy płocie będzie sporo roślin. Na razie rosną brzózki Long Trunk (miała być betula utilis Doorenbos, ale przestraszyłam się, że duża urośnie i sąsiedzi będą się wściekać, a drzewka są przy samym płocie; Long Trunk ma podobno rosnąć do 3-5 m). Agrowłóknina jest głównie po to, aby zdusić chwasty, co ich roundup nie zdusił. A zostało mnóstwo. Agrowłóknina zostanie zdjęta jesienią lub wiosną. Poza tym mam wrażenie, że trzyma dobrze wilgoć na takiej niezakrytej ziemi i bujnie się pod nią mnoży glebowe życie. W zeszłym roku zastosowałam takie rozwiązanie na malinach, które posadziłam na bardzo zaperzonym kawałku.
Tu spod płotu widok w głąb działki na ostatnio zagospodarowywany kawałek:
...jak widać nic ciekawego. Na pierwszym planie (nie licząc agrowłókniny) trzy kaliny koralowe.
Trochę dalej:
...gdzie widać badyle.
Za badylami:
...kolejny badyl, pod którym rosną mięty (w tym czekoladowa i imbirowa), oregano cytrynowe i (wsadziłam niezgodnie z projektem) dwie papryczki ostre. Może przeżyją. Po prawej pięć juk karolińskich. Widać jedną? Bo reszta w ziemi się zbiera.
Za kolejnym badylem:
...obraz nędzy i rozpaczy, czyli dzisiejsze moje dzieło w postaci liliowców. Bardzo na prawo przy obwódce może widać kocimiętkę 'kogośtam'. Nie ma jej w projekcie, ale podobno pachnie i chciałam. Po prawej widać wisienkę, która chyba nie za dobrze zniosła przesadzkę w najintensywniejszym momencie kwitnienia. Korzeni miała malutko. Nie wiem czy przeżyje. Druga, która zdążyła przekwitnąć przed przesadzaniem wygląda świetnie. Poza tym widać porzeczkę czerwoną, agrest. W głębi derenia, pęcherznicę, trzy hortensje. No i jesionka, co to chyba przeżyje uszkodzenia kory. Kurcze, za trzydzieści lat będzie wielki jak dąb przed domem rodziców. Wierzyć mi się nie chce.
Aha, i nie zrobiłam zdjęcia na ścieżkę i rabatę z bratkami, gdzie wybujała masa roślin. Przy okazji.
Dobrej nocy.





czwartek, 28 kwietnia 2016

Prace w ogrodzie

W ostatnich dniach miałam dostawy transportów ze szkółek. W jednej zamówione już miesiąc temu brzózki Long Trunk (mają być małe i o białej korze), dwa hibiskusy, dzielżany i mikołajki. W drugiej tyczki wierzby energetycznej odmiany gigantea. Tyczki długości 1,9 m miały posłużyć do budowy namiotu dla dzieciaków. Początek prac:

A tu już efekty końcowe na dziś:

Autorką zdjęć jest Pola, która dostała fotoszału i cykała wszystko co się dało. Załapały się więc np. prymulka od sąsiadów:

- ogólny wygląd na najbardziej zagospodarowaną rabatkę:
na której będą właśnie te dzielżany i mikołajki. Oprócz tego jest tam wsadzonych kilkadziesiąt cebul różnych roślin, które dopiero wyłażą. Widać brzózki, których tam być nie powinno, ale się wpasowały (rosły wcześniej). W ich miejscu ma być jakiś iglak i jeszcze coś, ale nie wiem, czy będziemy usuwać brzozy i robić dokładnie zgodnie z projektem. Ponadto widać dopiero ruszające żurawki o trzech kolorach. Kupiłam rok czy dwa lata temu trzy krzaczki, teraz rozsadziłam je na dwadzieścia. Jako ciąg dalszy ciąg rządka żurawek są:
- truskawki, które mam nadzieję, że ładnie się wkomponują:
- a tu jeszcze ja przy pracy (za mną żurawki i truskawki);
- a tu jeszcze się załapał widok ze środka na tworzony namiot. Po lewej stronie okna widać aktinidię od Tatusia.

A Miłek stwierdził, że będzie miał fort i świetnie się on nada gdy na jego urodzinach będą strzelali się z pistoletów nerf.