wtorek, 22 marca 2016

Chwile radosne...

...ostatnio jakoś często mnie dopadają. Siadam sobie gdzieś na chwilę (np. na kibelku) i myślę, że w sumie to szczęśliwa jestem. Po 13 latach od wyznaczenia celu, szarpania się z tym, co by się chciało i możliwościami wreszcie trochę  mogę spocząć na laurach. Czego pewnie nie zrobię, bo dobrze mi z tym, że wszystko się tak toczy. Może tylko spokojniej bym chciała i mieć czas na odczuwanie, że jest właśnie jak ma być. W pędzie dość łatwo się zgubić.

Kolejna wiosna, to kolejny czas optymizmu. Do jesieni. ;) W ogólnym pędzie udało mi się jednak dzisiaj wsadzić do ziemi jeszcze nie posadzone roślinki. Zostały mi 'na wierzchu' tylko juki, które musiałam wykopać, bo rosły w miejscu, gdzie powstał zagon żurawin. Jukom było zdecydowanie za mokro. Żurawinom będzie pewnie za sucho. Nic to.

Dzieci już śpią. Ja za chwilę jadę po Łu na lotnisko. Wraca z Belgii. Z tej Belgii, w której dzisiaj zamachy były. I pomyśleć, że samolot do Brukseli mu nie pasował, bo trochę za wcześnie był. Polecieli do Duseldorfu i stamtąd pożyczali samochochód, aby dojechać do miejsca docelowego, więc również tam samochód odstawili. Smutny dzień na świecie, ale ja mam powód do radości.

Głupio może do tej radości dodawać kolejną, że stół dotarł przed świętami. Wygląda tak (w wersji mniejszej):
Rozkłada się o dwie dostawki (leżą przy oknie) o dodatkowy metr. I tak cała rodzina zmieściłaby się spokojnie. Szkoda, że nie wszyscy są blisko.

niedziela, 20 marca 2016

Ja znowu...

...z pogodą...
Znaczy się z jej niezmiennością. Tak mniej więcej drugi miesiąc (a i wcześniej było podobnie) temperatura utrzymuje się między 0 a 5 stopni. Czasem skoczy trochę wyżej lub niżej. Rośliny jakoś tam sobie radzą. Widać, że zareagowały na większą ilość światła. Wierzba już dostała 'kreseczek' na gałązkach. Wiśnie pęcznieją. Zielska z ziemi zaczynają wyłazić na potęgę, więc chyba będę musiała z haczką pobiegać.
Kupiłam dzisiaj hortensję piłkowaną do wsadzenia przed domem. Będzie pewnie lada dzień i przynajmniej jedną z  wysepek zieleni będzie można skończyć. :) Ta 'wysepka' ma akurat mniej więcej metr na metr. W tym tempie to skończymy ogród za jakieś sześćset lat.

Dwa dni później...

Dzisiaj, po piątej przyszła sobie wiosna. I faktycznie, dużo ptaków nagle się objawiło. Miałam piękny motyw na zdjęcie, bo na dachu naszej chałupki siadło sobie stado szpaków równym rządkiem. Pogwizdały, zerwały się i poleciały dalej.
Dwa dni spędziłam ostro harując w ogródku. Dodałam zdjęcia do Dropa, ale coś mi się wyświetlić nie chcą. Obrobiłam dwa fragmenty przy wlocie ścieżki do ogniska. Po lewej jest zagonek żurawin. Po prawej będzie kwietnie, zielono, czyli różnorodnie. Uhetałam się niemożliwie i boli mnie wszystko łącznie z nasadą włosów.
Wczoraj było trochę słońca, dzisiaj jednak niby 6 stopni, ale odczuwalna 0. Ciekawe ile roślinek przeżyje. Najbardziej się boję o budleję, bo już całkiem spore listki ma. A może wszystko przeżyje? I będzie super rosło? I będzie ślicznie?


wtorek, 15 marca 2016

Skorka napisała,...

... że wiosna się czołga w tym roku. Potwierdzam, że nie tylko na wyspach. U nas połowa marca a dzisiaj rano znowu białość za oknem powitała nas z rana. Dobrze, bo wilgoć. Źle, bo ile można. I taka pogoda ma się utrzymać praktycznie do końca marca, a w każdym razie do świąt i przez święta. Potem może lepiej.

Nakupiłam sobie roślin i dzisiaj przywiózł je kurier. Chciał wrzucić za płot (na szczęście nie mam takiego wysokiego jak Aga), ale że jeszcze brama otwarta, to kazałam mu zanieść za dom. Z nadzieją, że nikt nie gwizdnął zaraz po pracy tam pobiegłam. Były. Zapakowane całkiem, całkiem. Musiałam wszystko powyciągać. Około 50 doniczek. Zostały do soboty na dworze, mam nadzieję, że nic im się nie stanie!
Szłam z obawą, bo w coraz większym szoku jestem, jak to ludzie potrafią sobie nic nie robić z cudzej własności. Wycieczki nam już po działce chodziły. Wodę nam z węża kradli. Po garażu sobie gospodarzyli. Zagrodziliśmy już prawie z każdej strony, jeszcze tylko brama została do skończenia. I co? Dwa dni i trzy obserwacje, że czyjś (czyli nasz) podjazd to świetne miejsce do parkowania czy zawracania. Czy to bus kuriera, czy listonosz. Nie zamkniesz i płotu z ostrokołem nie zrobisz, to każdy ci wlezie i rozwali (bo tymi samochodami, to tak jeździli, że ciągle jeszcze luźne kostki w rozmiękczonej ziemi  latają).

W sobotę może zacznę wielkie sadzenie! A może nie zdążę. :(

czwartek, 10 marca 2016

Ach, jak lubię...

...siedzieć w domu. :) I w ogrodzie.
Od ponad roku sprawia mi to niezmierną przyjemność, choć ciągle narzekałam, że nie mam kiedy pomieszkać. No to właśnie sobie mieszkam dwa tygodnie, bo najpierw ja chorowałam, teraz choruje Mimi. Utyskiwałam też, że liczyłam na grzebactwo ogrodowe, co nie bardzo wyszło, bo pada i to głównie śnieg. Choć już prawie połowa marca. Śnieg mnie cieszy, bo przynajmniej ziemia się nachłonie i może wystarczy na kawałek roku. Nie będzie tak sucho jak w ubiegłym. Oby. Niemniej mokro jest i błocko. Pomimo tego, i pomimo placków śniegu co gdzieniegdzie zalegają na trawnikach i dachach, to dzisiaj poszłam powsadzać trochę cebul i korzeni, co je ponakupowałam jak głupia. Co z tego, że człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że te marketowe to się średnio do czegoś nadają, że jest wcześnie a one w sklepie już puszczają jakieś pędy a początek marca to średni termin na wsadzanie. Nakupiłam, to powtykać trzeba. Więc nawtykałam liatry i drugie coś podobne, gipsówkę, dwa rodzaje jeżówki i orliki. I rabarbar.
Jakiś czas temu nakupiłam trochę prymulek, a że w domu za ciepło im było, to je też powsadzałam już w lutym do ziemi. Śnieg pada a one sobie dają radę. Ciekawe, czy dotrwają do przyszłego roku.
Poza tym z ziemi wyłażą już tulipany (będę musiała je przesadzić w tym roku i to pewnie w okresie kwitnięcia, więc nie wiem czy przeżyją). Wiosenne cebule kamieniarze rozrzucili mi po kawałku działki (razem z ziemią), bo akurat tam robili obwódki. Teraz co jakiś czas natykam się na wyłażące listki i przesadzam je w jedno miejsce. Odzyskałam jakieś 7 cebul.

Poza tym kupiłam sobie nowy sekator. Chciałam friskarsa, ale jedno, że jakiś taki mały był i plastikowy, drugie, że za blisko 150 zł. Kupiłam taki za niespełna 30 zł, ale z kutej stali. Tato bardzo chwali sobie kutą (kupioną na targu od 'ruskich') siekierę. Ten sekatorek też miał jakieś oznaczenie twardości stali, co mi co prawda niewiele powiedziało, ale zakładam, że mają się czym chwalić, skoro się chwalą. Poza tym importer niby ukraiński, choć Łu się śmieje, że i tak pewnie z Chin ten sekator. Ja mam nadzieję, że jednak nie. Jest prosty, mam nadzieję że z dobrej stali (rączki są tylko powlekane plastikiem), więc jest szansa, że posłuży mi dłużej.
Zrobiłam dzisiaj przecinkę krzaków i drzewek. Większość będę musiała jeszcze poprzesadzać. Wisienki przyjęły się chyba całkiem dobrze. Porzeczki i agrest również. Zobaczymy jak reszta drzewek (śliwki i czereśnia). Z magnoliami miałam w ubiegłym roku przeboje - zasuszyłam je - przez co straciły wszystkie liście i ponownie je wydawały. Zdecydowanie nie zakwitną w tym roku, ale oby dały radę. Zima nie była ciężka, ale drzewka na pewno były bardzo osłabione. :(

wtorek, 8 marca 2016

Wiosna...

...zbliża się. Jeszcze niespełna dwa tygodnie do tej kalendarzowej. Aura jednak jakaś taka bardziej jesienna. Pada. Albo śnieży. Dzisiaj na naszym lokalnym portalu zobaczyłam podsumowanie, że na osiem dni marca siedem było deszczowych. To dlatego, że siedzę w domu (choram najpierw ja, teraz Mi) i na ogródek mam chrapkę. Już bym tam coś pogrzebała, trochę posprzątała, przygotowała grunt pod nawożenie ziemi.
Jak pisałam wcześniej, to jesienią zostały skończone prace brukarskie, czyli pi razy oko mamy zamknięte sprawy drobnej architektury ogrodowej(czy obwódki, to architektura?). Nie znaczy to, że można już sadzić, bo do nawiezienia jest jeszcze tak ze 20 ton ziemi. Jedna albo dwie wywroty. Zamówiłam na allegro trochę roślin, głównie krzaków, z terminem dowiezienia w połowie marca. Czyli lada moment! A tu rabatki ciągle nieprzygotowane. I nie wiadomo kiedy będą. Jedno, że walczę z tymi kamieniami, drugie, że ziemię trzeba będzie porozwozić. Trzecie, że ta ziemia co jest, to tak zaperzona, że mam poważne wątpliwości jak oczyścić ją z tego. Herbicyd mi skacze po głowie, czego bardzo nie chcę. Walczyć ręcznie? Poza tym na herbicyd to chyba za wcześnie, bo perze co prawda troszkę wychodzą, ale może za mało, żeby wciągnęło w części podziemne i robota będzie na marne? No i czekać trzeba będzie parę tygodni, a tak urobię się, ale będę COŚ robić. A nie tylko patrzeć jak zamiera. Jestem mistrzem w robieniu rzeczy żmudnych, nieefektownych i nikomu niepotrzebnych. Ale trochę to lubię. Grzebać i grzebać. Tylko efektu potem nie widać.
Znam takich, co to efekt od razu duży robią, za to zostawiają niedorobione kąty, które mnie doprowadzają do szewskiej pasji. I kto by pomyślał, że taką bałaganiarę?

Na allegro zamówiłam jakieś hortensje, lilaki meyera, krasavica moskvy i jeszcze jeden bordowy, borówki amerykańskie, żurawiny, rokitnika, ale dopiero się zorientowałam, że tylko jednego, a jest rozdzielnopłciowy, pigwowca, kalinę koralową, jarzębinę jadalną i najciemniejszą granatową budleję. Ogólnie sporo roślin mamy zaprojektowanych kwitnących, żeby pszczoły miały pożytek. Zobaczymy tylko, czy sąsiedzi nie będą wszystkiego truli, bo jakoś tak to widzę, że jak ktoś sadzi tuje i chce mieć tylko trawnik i czyściutko i nic do roboty, to będzie robił wszystko, żeby się nie narobić tylko chemią popryskać. :(

Z jednymi może nie będzie źle, bo co rusz coś ekologicznego wymyślają, a to tunelik foliowy, albo domek dla pszczół (niestety, przewrócił się, ale leży, to może pszczoły sobie poradzą). Teraz mają fazę na kury. Ciekawa jestem jak im wyjdą. Kurniczek stoi.

Jutro miało być trochę słońca, ale się coś meteo zacięło i nic nie chce pokazywać. Może znowu przewalę kilka wiader kamieni. Trochę mnie kusi, żeby choć parę worków ziemi kupić pod róże i przed domem zrobić grządki. Powoli można by je obsadzać różami, czy co tam w planie było. Czym by je jednak zaściółkować? Nie chciałabym kamieniami. Korą również nie. Poza tym Łu jeszcze ma jakiś kabel położyć. To kabel chyba najpierw. Poza tym w płocie nie są zrobione jeszcze płyty granitowe, które mają być na dole. Zrobię grządki, to przy zakładaniu płyt mi je rozwalą. Ech... A płyty będą robione gdzieś w okolicach przełomu maja i kwietnia. Ech... Powzdycham sobie. ;)

Kamienie

Do tego posta przymierzam się od jesieni, kiedy to kaminiarze skończyli swoją pracę, czyli wykonali podjazd, ścieżki, wgłębnik na ognisko i wszelkie obwódki. Zryli w związku z tym całą działkę, przewalili kupę otoczaków z miejsca na miejsce, nawieźli mnóstwo różnego rodzaju kamieni. I te kamienie są dla mnie od jesieni utrapieniem.
Teoretycznie przed skończeniem ich pracy zapowiedziałam, że kamienie mają posprzątać. Rzeczywistość jednak wygląda tak, że przy kończeniu pracy przez jakąś ekipę zazwyczaj miałam jej już serdecznie dość i chciałam, żeby sobie jak najszybciej poszła. Nie inaczej było i tutaj. Na kompletne ukamieniowanie wszystkiego przymknęłam oko i stwierdziłam: dam radę. No i tak od jesieni daję radę. Z miernym efektem i nie wiem co z tym robić.
Dla przykładu... panowie zrobili wgłębnik z miejscem na ognisko, z którego jestem całkiem zadowolona. Dna mieli nie ruszać, bo zapowiadałam, że ta trawa co tam rośnie, to tak ma zostać. I byłoby świetnie, ale panowie stwierdzili, że oni sobie zdjęcie do portfolio zrobią, a ta trawa trochę jest, a trochę nie ma, więc dawaj... kopareczką trochę ziemi, rozprowadzić po dnie, będzie jednolicie. Tak pewnie na zdjęciu wyglądało, ale tę ziemię co ją wzięli, to z kamerdołami, co je już wszędzie rozprowadzili gdzie się dało. Czyli cały wgłębnik do wysprzątania. Ale to pikuś, kamienie były na wierzchu, to jak ziemniaczki na wykopkach przeleciało się, zebrało wiadro kamieni i jest w miarę. Gorzej, że trawa przysypana ziemią przepadła. Cały fragment jest do odtworzenia.
Na działce mieliśmy sporą pryzmę, co najmniej metr przestrzenny otoczaków. Obok niego pryzma piasku oddzielona folią. Całość miała leżeć na folii, czy leżała, to nie wiem, bo nie wiem co budowlańcy dali. Panowie pryzmę piachu i kamieni musieli przesunąć, bo obwódki trzeba było wykonać. Kopareczką rachu ciachu. W efekcie otoczaki wymieszane z piachem, glebą, folią i czym tam się dało. Bez ładu i składu. No nic, sami powiedzieliśmy, żeby to przesunęli. Ale czemu teraz te kamienie mam wszędzie. Po prostu wszędzie?
Dodatkowo panowie przywieźli do podbudowy własne kamienie - tłuczeń granitowy o różnych frakcjach. Ten też jest wszędzie, gdzie panowie grzebnęli w ziemi. Im bardziej grzebali, tym więcej. W efekcie z każdego metra kwadratowego ziemi (czy to jeszcze można nazwać ziemią?) przed domem i od połudnowej strony wyciągam co najmniej wiadro kamieni. I tak wyciągam od jesieni. I tak sobie myślę, co ja mogę z tym zrobić? Przesiewać? Z połowy działki musiałabym zebrać ziemię i przesiać. W tej chwili chodzę z grabkami i grabię, wyciągam, grabię, wyciągam. W sumie wyciągnęłam kilkadziesiąt wiader kamieni. A końca nie widać. Próbowałam zaprząc dzieci do współpracy. Do rozrzucania, to bardzo chętnie...
Po kamieniarzach przyszedł jeszcze nasz główny wykonawca, bo robił nam ogrodzenie. Szpadelkiem przerzucił sporo ziemi pod płot, żeby się dobrze ułożyło. Akurat tej ziemi z kamieniami. Czyli kolejne metry do przerobienia. Niektórzy by się pewnie nie przejmowali, tylko przykryli obecny stan warstwą ziemi i git. Ale teraz jest tak, że szpadla nie da się wbić. Walczyć z materią przez najbliższe dziesiąt lat? Dziękuję.
Co robić premierze? Co robić?