środa, 29 października 2014

Znowu kroczek...

...do zamieszkania bliżej.
Łu ostro siedzi nad schodami. Znaczy się projektuje je. Do realizacji przez Tatę Łu i stolarza (stopnie drewniane). Ciekawa jestem efektu. Schody w garażu są fajne, ale trochę nie do końca ktoś coś zmierzył. Nie do końca też wykonawca trzymał się projektu. Grunt że są solidne, wygodne, zgrabne. I służą do czego mają służyć. Jednak schody w chałupie powinny być bardziej dopracowane, co ostatnio spędza sen z powiek Łu.
Ja nabyłam zmywarkę i lodówkę do mebli. Dzisiaj potwierdzili nam montaż w przyszłym tygodniu, więc do tego czasu trzeba skompletować sprzęt do zabudowy. Raczej trudno byłoby się obyć bez płyty i lodówki. Zmywarka to też sprzęt codziennego użycia. Zabraknie na razie kombajnu do pieczenia, czyli kompaktu kuchenki mikrofalowej z piekarnikiem. Nie wiem jak się sprawdzi ten patent, ale za to miejsca będzie zajmował mniej niż kuchenka i piekarnik osobno. Zobaczymy. Jednak na razie jest to zakup odłożony na bliżej nieokreśloną przyszłość. Pewnie na czas po sprzedaży mieszkania. Na razie będziemy musieli dać radę ze zwykłą kuchenką mikrofalową.
Tylko co z tymi świętami jeszcze nie wiem. Bo bez piekarnika to nie upiekę ani ciasta, ani mięcha.

Aha, i Łu wysłał wniosek o nadanie numeru adresowego. Czyli niedługo będziemy już oficjalnie mogli wysyłać do siebie listy. :)

wtorek, 28 października 2014

Pierwszy papierek...

...do odbioru budynku przygotowany. Czytaj: kominiarz wystawił dokument odbioru wentylacji. Ale tylko wentylacji. Trochę dziwnie to wyglądało, bo popatrzył tylko na komin, resztę - czyli moje wywody na temat wentylacji mechanicznej - jakby słuchał jednym uchem. Pomieszczenia z piecem, czyli pompą ciepła, nawet nie chciał oglądać. Za 10 minut pracy zgarnął 250 zł i poleciał robić odbiory na pobliskim osiedlu. Teraz tylko trochę mnie męczy, czy ktoś nie będzie żądał jeszcze odbioru komina jako przewodu dymowego czy spalinowego. Komin w końcu jest. Nie będzie używany w najbliższym czasie, ale może ktoś będzie drążył?
Zadzwonił też do mnie geodeta dopytać się jakie instalacje będzie miał jeszcze zinwentaryzować. Faktycznie, elektryk nic nie inwentaryzował. Podobnie z instalacją sanitarną. Woda już jest na mapach, więc chyba to nam darują. Sam budynek ma prostą bryłę, bo to dwa przyległe prostokąty, bez żadnych wcięć czy ryzalitów. Czyli tu powinno być w miarę rozsądnie.
Rozmawiałam też z kierownikiem budowy, czy nie będzie problemów ze zgłoszeniem budynku do użytkowania, ze względu na brak schodów. Powiedział, że nie. Czyli jakby wszystkie przeszkody odsuwały się na bok.
Jeszcze tylko kwestia dojazdu (czyli fragmentu drogi, którego nie ma i jest błoto) oraz podjazdu do garażu - czy przypadkiem nie będzie musiał być przed pomiarem geodezyjnym. Coś tam załatwiam w tym temacie, ale ciągle się nie dowiedziałam jaki może być koszt takiego przedsięwzięcia, czyli pod znakiem zapytania jest w ogóle wykonanie podjazdu. Ech, gdyby udało się sprzedać wreszcie to mieszkanie, to ogarnęlibyśmy wszystko i mieli spokojne głowy. Wprowadzać, na upartego, można się choćby dzisiaj. Na szczęście nie musimy się tak upierać. Może by coś zaczarować z tym mieszkaniem? Żeby się już wreszcie sprzedało. Chyba znowu zapłacę haracz za wystawienie na portalach. Trzymajcie kciuki. Mocno... mocno.

Jeszcze...
Idąc za ciosem wystawiłam mieszkanie. Mam przeczucie, że coś z tego będzie. Choć, niestety, moje przeczucia zazwyczaj zawodzą. Ale ciiii...
Nie napisałam też, że Łu odebrał już płytę (indukcyjną, do kuchni), a ja właśnie smsa, że bateria już jedzie. Aha, i maila, że mogę się zgłaszać po resztę rzeczy do kuchni, bo już wszytko zgromadzili (a pisali o 28 dniach roboczych). Dużo tego, ale chałupa, to nie tylko cztery ściany i jakoś z życiem rodzinnym czterech osób trzeba ruszyć.
Ciągle nie wiemy przy czym i na czym będziemy siedzieć. Na cieplutkiej podłodze też będzie przyjemnie, tylko jakąś miękką poduchę pod cztery litery trzeba by podłożyć.
I teraz znowu będę miała dylematy, czy święta u nas? Już niby wszystko jest, ale nie do końca. Z babciami siedzenie na podłodze nie przejdzie. Spinać się, czy się nie spinać? Bardzo nie chcę się spinać. Bardzo chciałabym, żeby było już spokojnie i bez większych perturbacji.

Tak na koniec tylko mi przyszło do głowy po napisaniu tego posta, że Nadzieja moją Matką. Wiesz Matulu. ;)

poniedziałek, 27 października 2014

Trochę słońca...

...i od razu jakoś więcej zapału do pracy.
Dzisiaj:
- Na jutro umówiłam się z kominiarzem na odbiór. Choć nie wiem co z tego wyjdzie, bo jeszcze nie ma schodków kominiarskich. Mam nadzieję, że jednak się uda.
- Odezwałam się do jednego geodety z prośbą o wycenę obmiaru powykonawczego. Jedną stawkę już mam. Jutro dostanę namiary na geodetę, który wcześniej nam coś mierzył, a był stosunkowo tani. W każdym razie tu też trochę do przodu.
- Zamówiłam rury spustowe do rynien.
- Dogadałam transport tynku.
- Zamówiłam baterię kuchenną. Niestety nie mamy za dużego wyboru, bo bateria będzie pod oknem i będzie musiała być składana. Padło na Kludi Scope, która wystaje (po złożeniu) 3 cm. Zastanawiam się, czy to nie za dużo.
- Łu zamówił płytę do kuchni. Przyspieszy to (mam nadzieję) realizację zamówienia zmywarki i lodówki, bo płyty nie mogli dokompletować.
- W przyszłym tygodniu mają składać kuchnię i dlatego te sprzęty potrzebne, żeby zamontować i móc korzystać z kuchni.
- Z elewacjami mają również startować w przyszłym tygodniu. Martwi mnie, że tak późno, bo wg twojapogoda.pl w połowie przyszłego tygodnia miało być załamanie i temperatura poniżej 0. A jednak nie. Już pokazują, że ma być lepiej. To może się uda przed zimą? Znowu jedziemy po bandzie: zdążymy, albo nie. Ubiegłej zimy to był standard, ale zima była łaskawa. A teraz?

A teraz do pełni szczęścia będzie brakowało nam głównie schodów na górę. Potem jeszcze parę rzeczy, ale to już po kolei, powolutku.

sobota, 25 października 2014

Ostatni weekend...

...października.
Zaczął się urodzinami naszej królowej, czyli Po. Ciut wcześniej (czyli w piątkowe rano), z tortem i koroną na głowie powędrowała do przedszkola, gdzie jaśnie panowała cały dzień. Królewskie przywileje polegały na tym, że podczas obiadu i częstowania poddanych tortem mogła nobliwie przechadzać się pomiędzy stolikami. Bycie równiejszą od wszystkich na tyle zawróciło jej w głowie, że po południu była trochę nieznośna. A może to zwyczajne zmęczenie?
Fajny jest ten pomysł przedszkolny, żeby jubilat był uhonorowany cały dzień. W domu byłoby trudno. I jakoś dzięki temu nikt nie wpada na pomysł, żeby zapraszać dzieci na imprezy w różnych bobolandiach, co w innych przedszkolach jest nagminne.

Dzisiaj Łu z Tatem harowali na budowie regipsując pomieszczenie nad garażem. Ja - objuczona dziećmi - na budowę mogłam zajrzeć tylko wizytacyjnie, co zresztą się stało kilkukrotnie: a to z jakimiś taśmami i kawą; a to z wiertłami; i z kolacją na koniec. Panowie oganiali strych, a ja zapewniałam rozrywkę dzieciakom, co udało mi się (chyba) całkiem skutecznie. Po pierwsze pojechaliśmy na akcję sadzenia drzew w Parku Tysiąclecia. Dzieciaki pod 'ich' jesionem:
Potem były atrakcje w postaci konkursów, strzelania z łuku (Mimi przepadł tu na godzinę i nie dawał się oderwać), grochówki, która smakowała dzieciakom ogromnie, pokazu sokolników, psów, sprzętu leśnego. Chłodno było, ale na dworze.
Drugą atrakcją miał być wyjazd na przedostatni w tym roku pokaz fontann. I pomimo, że nie zdążyliśmy na główną część (standardowy problem przy wybieraniu się gdziekolwiek: Po zdążyła się rozebrać do podkoszulka a odszukanie zdjętych rzeczy bądź skompletowanie czegoś nowego nie było łatwe; Mi marudząc, że przez to, że ma zrobić to, co ma zrobić nie zdążymy - nie robił tego, co miał zrobić), to było miło posiedzieć w ciemnościach, przy różnokolorowych kaskadach.
Nie zdążyliśmy upiec biszkoptu na jutrzejsze spotkanie rodzinne. Mam nadzieję, że z rana się ogarnę ze wszystkim. Różnie to bywa przy kleceniu czegoś tortopodobnego. Ciekawe, że z babkami i drożdżowymi ciastami raczej nie mam tego problemu. A ciasta z masą zawsze są 'pod górkę'. Nie dla mnie, ale zaparłam się. Zobaczymy, co jutro wymęczę.

A w przyszły weekend... po pierwsze halloween, o czym dzieciaki już mi nie dają zapomnieć. Po drugie Święto Zmarłych, co będzie okazją może do ponownego pobycia na dworze i za jasności. Na co już chyba tylko w soboty i niedziele możemy liczyć.
Byle do wiosny...

poniedziałek, 20 października 2014

Pisać...

...się nie chce. I już.
Trochę się dzieje. Ale jakoś tak jesienna ospałość mnie dopadła. Roboty dużo, przez to, że skończone podłogi i łazienki to mogłabym się zabierać za ostatnie malowanie ścian, gruntowanie i malowanie łazienek. Tylko znowu jakoś czasowo nie wyrabiam. Szybko robi się ciemno, dzieci trzeba poprzywozić i ogarnąć. Pojechać na godzinę, żeby zanurzyć wałek i zaraz go myć, mija się z celem. Więcej czasu i farby pójdzie na przygotowanie i zakończenie pracy.
W sobotę Łu z Tatem będą pewnie robić coś w garażu, a w niedzielę będziemy obchodzić urodziny Po. Kończy 4 lata, choć sama rozpowiada, że kończy już 5. :)
W ogródku posadziłam drzewka i krzaki. Od drugiego Taty dostałam śliwkę, agrest i trzy derenie jadalne. Śliwka wylądowała przy studni, a agrest i derenie na razie w tymczasowym miejscu (razem z wisienkami), czyli na grządkach, które planuję wystartować w przyszłym roku. Rośliny wylądują po drugiej stronie działki, ale dopiero, gdy wyzbieramy śmieci, zakopiemy dół po sławojce i przepuścimy tam traktorek. Czyli raczej wiosną.
W tym roku muszę jeszcze ogarnąć moje ogniki szkarłatne. Część posadziłam pod płotem, gdzie zarosły trawą, część między kwiatami, to zupełnie o nich zapomniałam i ostatnio wygrzebywałam spomiędzy chwastów, część jest w doniczkach i chyba lepiej na zimę byłoby je przesadzić do ziemi. Ogniki wystają jakieś 7 cm nad ziemię, więc mikrusy takie, że trudno je zauważyć. Praktycznie wszystkie poprzyjmowały się, więc z wiosną powinny ruszyć ślicznie. Już się nie mogę doczekać. :) Oprócz ogników przyjęły się jeszcze ostrokrzewy, trzmieliny i takie nieznane mi coś, o laurokształtnych liściach. Acha, i zapomniałam zupełnie, że gdzieś mam wsadzonych kilka ligurstrów. Na spory kawał żywopłotu powinno tego wystarczyć. Tylko pytanie, kiedy to będzie można nazwać żywopłotem? Tak na moje oko, to za jakieś 5 lat. Dopiero. Nie martwiłoby mnie to, gdyby nie oznaczałoby również, że ja będę o 5 lat starsza. Ech, jesienne klimaty...

Bardzo dużo przyjemności sprawia mi to grzebanie w ziemi. Ostatnio, sadząc drzewka podsypywałam je własnym kompostem. W ziemi jest też sporo dżdżownic, co mnie bardzo cieszy. Proszę, jak to robalami można się radować. Gorzej ze ślimakami. Odkryłam w niedzielę, przewalając drewniane pozostałości pobudowlane, kilka gniazd chyba ślimaczych jaj. Duże to jak żabi skrzek. Jedne były przeźroczyste jak galaretka, inne białe. I znowu żałuję, że zdjęć nie zrobiłam. Albo zdjęcia, albo robota.
Przez tą robotę, to nie zdążyłam się jeszcze wywalić na trawie, co sobie przecież już jakiś czas temu obiecałam. Może dopiero na śniegu orła zrobię? Wcale się nie zdziwię...

wtorek, 14 października 2014

Bezsenne noce...

...tym razem jakby nie inwestora. Budowa jest na swoim miejscu, różne prace czekają na swój czas, ale bez parcia. Nic stresującego się nie dzieje, wręcz przeciwnie. A ja i tak mam nocną pobudkę. Menopauza, czy co?

Śniło mi się, i to nie pierwszy tego typu sen w ostatnim czasie, że z kimś uciekałam przed niedźwiedziem. Niedźwiedź uwięził nas w pustym domu w budowie, znaczy się udało mi i komuś (komu?) schronić gdzieś na wyższym poziomie, ale że zwierz łaził poniżej to nie można było sobie pójść. Dom miał dużo różnych ciekawych rozwiązań technicznych, zakamarków, ale - ponieważ był w budowie - wszystko było napoczęte, ale jeszcze nie do użycia.
Może to jednak takie strachy inwestorskie, że ta chałupa budowana z radością, to jednak taka pułapka? Na przykład finansowa. Że uwiążemy się bez możliwości ucieczki? I w śnie takie strachy wychodzą, na swój dziwaczny sposób.
Po tych snach zostaje jakieś takie wrażenie, że problem nie został rozwiązany. Nie mają zakończenia, że wszystko szczęśliwie się rozwiązało, choć staram się 'dośnić' końcówkę. Jakaś taka nieprzekonująca wychodzi.

Ale w sumie nie o tym chciałam napisać. Bardziej dlatego, że natchnęła mnie Matka Po Godzinach tym obrazkiem:
i komentarzem do niego: Wasze dzieciaki też mają detektor najbrzydszych i najbardziej sponiewieranych liści w okolicy? ;-)
do przemyśleń, że dzieciaki ciągle nas zaskakują, niekoniecznie 'w tę stronę' co byśmy chcieli. Dla przykładu...
Przedwczoraj sadziliśmy drzewka. Ponieważ dzieci rwały się do pomocy, to poprosiłam Po, żeby przyniosła piasku (do rozluźnienia ziemi). Po poszła, poleciał za nią Mi. Zrobili 'lepiej', mianowicie Mi nawrzucał kamyków 'żeby ziemia była bardziej rozluźniona'.
Po całkiem ładnie potrafi się sama poubierać. Oczywiście jak chce. Ale ma jedną wadę 'techniczną': buty ZAWSZE ubierze nie na tę nogę co trzeba. No ja nie wiem jak to jest. Wg rachunku prawdopodobieństwa powinno być 50/50. A nie jest. Wczoraj ubierała się w przedszkolu, przed wyjściem. I mówi:
- Mamo, popatrz, umiem ubierać buty z zamkniętymi oczami!
Faktycznie, oczy zamknięte, but ląduje na nodze. I to PRAWIDŁOWO.
Może to jest jakieś rozwiązanie? Dziwne, ale zawsze jakieś. Jutro spróbujemy ponownie ubierać buty z zamkniętymi oczami.
Dobranoc.

sobota, 11 października 2014

Czas na...

...drzewka!
Planowałam za tydzień pojechać do Strzelina i tam na targu zakupić. Tak się jednak złożyło, że dzisiaj wpadłam do Casto po jakieś przedłużki do rurek i akurat stały wystawione badyle. Pochodziłam wkoło nich, pooglądałam. Ale nie wzięłam. Po południu jednak zgarnęłam Po i we dwie pojechałyśmy nabyć:
- dwie wisienki,
- czereśnię,
- śliwkę renklodę (od Taty mam obiecaną drugą - węgierkę),
- morelę i
- brzoskwinię.

Po powrocie udało mi się zaznaczyć miejsca pod część drzewek i wsadzić morelę. Reszty się nie dało, bo komary mnie zżarły. Jutro ciąg dalszy.

A tak ku pamięci, to kupiłyśmy (wszystkie opisy za www.sadowniczy.pl:
- wiśnie odmiany Pandy 103
Drzewo rośnie silnie, tworząc jajowatą, luźną koronę. Jest wytrzymałe na mróz i odporne na choroby grzybowe. Stosunkowo późno zaczyna owocować, dając umiarkowanie obfite plony. Rodzi duże (lub bardzo duże), nerkowate, ciemnoczerwone owoce o mięsistym, słodkokwaskowatym, deserowym i wyjątkowo smacznym miąższu. Jest to jedna z najsmaczniejszych odmian wiśni. Odmiana godna polecenia, zarówno do nasadzeń produkcyjnych, jak i amatorskich.
Dojrzałość zbiorcza: połowa lipca
Odmiana: średniowczesna
Pochodzenie: Węgry
Zapylacze: Northstar, Wołyńska, Lucyna
Rozstawa: 2-3m X 4-4,5m = ok. 741-1 250szt./ha


- i Łutówkę (na podkładkach z antypki),
Drzewo rośnie średnio silnie i tworzy luźną, kulistą koronę. Jest wytrzymałe na mróz, ale wrażliwe na choroby grzybowe. Bardzo wcześnie wchodzi w okres owocowania. Plonuje obficie i regularnie, ale tylko w sadach chronionych. Rodzi duże, kuliste, ciemnoczerwone owoce o soczystym, kwaśnym, nieco cierpkim, ale smacznym miąższu. Jest czołową odmianą sadów towarowych.

Dojrzałość zbiorcza: koniec lipca
Odmiana: późna
Pochodzenie: nieznane
Zapylacze: samopylna
Rozstawa: 2-3m X 4-4,5m = ok. 741-1 250szt./ha,

- morelę Harcot (na ałyczy)
Drzewo rośnie silnie i tworzy szeroką, rozłożystą koronę. Jest wytrzymałe na mróz, ale pąki kwiatowe są średnio wytrzymałe. Rodzi średniej wielkości lub duże owoce (35-50 g), kulistojajowate lub owalne, pomarańczowe, pokryte dość dużym jaskrawoczerwonym, rozmytym rumieńcem, o ciemnopomarańczowym, zwięzłym, soczystym i lekko aromatycznym miąższu, łatwo odchodzącym od pestki. Dojrzałe raczej nie odpadają. Odmiana samopłodna, dobrze owocuje tylko w obecności innych odmian o podobnym terminie kwitnienia.
Morele stanowią świetny surowiec na przetwory. Są najbogatsze ze wszystkich naszych owoców w witaminę A. Największy odsetek ludzi dozywających sedziwego wieku, notuje się właśnie w rejonach masowej uprawy i konsumpcji moreli.
Dojrzałość zbiorcza: koniec lipca
Odmiana: wczesna
Pochodzenie: Kanada
Zapylacze: Early Orange, Wczesna z Morden,


- czereśnię Burlat (podkładka colt)
Drzewo rośnie bardzo silnie. Jest średnio wytrzymałe na mróz, a dość odporne na raka bakteryjnego. W okres owocowania wchodzi stosunkowo wcześnie, plonując obficie i regularnie. Daje duże, szerokosercowate, purpurowoczerwone owoce, z soczystym, słodkim i aromatycznym miąższem. Są podatne na pękanie w czasie deszczu.
Dojrzałość zbiorcza: koniec czerwca
Odmiana: wczesna
Pochodzenie: Francja
Zapylacze: Van, Vega, Hedelfińska, Büttnera Czerwona
Rozstawa: 3-4m X 4-4,5m = ok. 556-834szt./ha,


- sliwę Ruth Gerstetter (czerowna renkloda, na ałyczy)
Drzewo rośnie średnio silnie. Jest niezbyt wytrzymałe na mróz i dość odporne na szarkę. W okres owocowania wchodzi wcześnie, plonując w miarę obficie, ale niezbyt regularnie. Daje średniej wielkości, owalne owoce, granatowe, pokryte niebieskim nalotem, z soczystym, słodkawym i lekko cierpkim miąższem, dobrze odchodzącym od pestki. Jest to odmiana wybitnie amatorska, częściowo samopłodna.
Dojrzałość zbiorcza: koniec lipca
Odmiana: wczesna
Wrażliwość na szarkę: mała
Pochodzenie: Niemcy
Zapylacz: częściowo samopłodna, Opal, Earliblue, Renkloda Ulena, Stanley, President
Rozstawa: 2-3m X 4-4,5m = ok. 741-1250szt./ha,


- brzoskwinia Red Haven (na siewce rakoniewickiej)
Drzewo rośnie silnie, tworząc kulistą, zagęszczoną koronę. Jest średnio wytrzymałe na mróz. Rodzi duże, kuliste i regularne owoce, złocistożółte, pokryte silnym jaskrawoczerwonym, marmurkowo-kropkowanym rumieńcem, z żółtopomarańczowym, słabo włótnistym, jędrnym, słodkokwaskowatym, bardzo soczystym miąższem, dobrze odchodzącym od pestki.
Brzoskwinię uważa sie za jeden z najsmaczniejszych owoców na swiecie. Prócz tego odznacza sie dużą wartością zarówno odżywczą, jak i biologiczną. Zawartościa witaminy A ustępuje tylko morelom. Stanowi ozdobę każdego zestawu owoców świerzych podawanych na deser, jak również wspaniały surowiec do najsmaczniejszych kompotów.
Dojrzałość zbiorcza: połowa sierpnia
Odmiana: średniowczesna
Pochodzenie: USA
Rozstawa: 2-3m X 4-4,5m = ok. 741-1 250szt./ha.


Trochę martwią mnie te zapylacze. Rozumiem, że może okazać się, że brak takowego będzie oznaczał brak owoców. Czekać? Czy kupować?

Bezsenne noce inwestora...

...jak widać, zaczynają się w cykl układać. Znowu zbudziłam się po 3 w nocy i sprawy budowlane spać mi nie dają.
Nie dają z takiegoż powodu, że wykonawca od płytek wyciągnął rachunki za szlifowanie płytek, i mówi 'płać pan'. W naszym mniemaniu robocizna była po jego stronie i to, że nie ma narzędzia do szlifowania nie powinno nas obchodzić. Coś mi marudził, że to nie są standardowe płytki, które się daje na ściany. Fakt, bo są to podłogowe gresy. Ale wyceniał robociznę na podstawie projektu i w tym zakresie nic się nie zmieniło. Na wstępie również nie zająknął się, że będą dodatkowe koszty i to w kwocie blisko 5% jego wynagrodzenia. A ceni się.
Jak dla mnie to jest wyciąganie, bo nie bardzo się potrafimy targować. Nie łapiemy się też każdego niedociągnięcia, choć naczytałam i nasłuchałam się legend, do czego inwestorzy potrafią się przyczepić. I tak nie zostanie mi chyba nic innego, jak teraz swoje rogi pokazać.
Wykonawca jest dobry, choć wkurzał nas trochę swoim zadufaniem, krytykowaniem i obśmiewaniem wszystkich w koło. A baboli zrobił kilka, ale szczególnie jeden będzie mnie wkurzał pewnie co tydzień. Żeby było pięknie i praktycznie chcieliśmy, żeby na ścianach były doklejone płyty g-k zlicowane z płytkami. Dzięki temu ściany miały być równe, bez występu, który tworzy się po naklejeniu płytki na ścianę. Wg nas naklejona powinna być płyta zwykłej grubości 12 mm (gres ma 1 cm, kleju też troszeczkę pod niego idzie), ale goście sobie zażyczyli płyt bodajże 6 czy 9 mm, które są sporo droższe niż te standardowe. I co? I próg jest. Jakieś 2 mm. 'Bo on tak robi'. Jedno, że o taki występ będzie się haczyło (jest na wysokości 120 cm), drugie, że będzie się tam zbierał kurz, co właśnie miało być wyeliminowane. !@#$%^& Czyli będzie się brudziło i trzeba będzie co chwilę wycierać.
Coś czuję, że ten i kilka innych argumentów (za szeroka szczelina, niedająca się zasłonić cokołem, w przynajmniej jednym miejscu; zrobienie takiego 'progu' na półeczce, która co prawda ma być w przyszłości zasłonięta zabudową, ale na razie będzie musiała funkcjonować; montaż części armatury samodzielnie przez Łu) wyciągnę jutro. I albo będziemy renegocjować cenę, albo będą to poprawiać. I pewnie trzeba będzie przyjrzeć się jeszcze kilku rzeczom z bliska. Na razie, ponieważ czepliwi nie jesteśmy i wolimy na niektóre rzeczy patrzeć przez palce niż się użerać, nie przyglądaliśmy się zbyt dokładnie. Wrr...