poniedziałek, 31 marca 2014

Ja to chyba...

...stara jestem. Jedno, co mnie ratuje, to że w sytuacjach kryzysowych nie panikuję. Za to w sytuacjach niekryzysowych zazwyczaj szlag mnie trafia. Kurde, człowiek powinien mieć dzieci gdy ma naście, dwadzieścia lat. I później już nie. Wtedy jest na tyle wyluzowany, że różne głupoty spływają po nim. A mnie teraz wkurza to, że każdego dnia - jak w tych horrorach, czy thrilerach - najpierw jest wielkie łubudubu a potem napięcie tylko rośnie. Fajnie jest od czasu do czasu przeżyć takie emocje i człowiek jest wtedy zadowolony, że jakieś 'wow', inaczej, gdy te 'wow' dotyczą życia codziennego i są fundowane raz po raz.
Przyszedł Mi ze szkoły i zafundował jedno 'wow'. Malutkie. Jutro nie idzie do szkoły, bo szóstoklasiści piszą test. Czemu reszta szkoły ma przez to być nieobecna? Tym bardziej, że test trwa aż godzinę. Co przez cały dzień rodzice mają robić z dzieciakami? A kogo to obchodzi. Ty rodzicu się zmóżdżaj. Szczęście w nieszczęściu - jestem chora. Mam zapalenie spojówek i zaropiałe, czerwone oczy. W każdym razie mogę jutro zostać z dzieckiem.

[Ciach: właśnie Miłosz mówi, że coś go boli nad okiem]

Uff, problem co zrobić z Mi z głowy. Miłosz siada do l

[ciach: wrzaski z pokoju - Miłosz tłucze się z Po]

Miłosz siada do lekcji, co kończy się wrzaskiem, że 'on nie wie'. Mądre Podręczniki każą z rodzicielską cierpliwością wytłumaczyć problem. Więc tłumaczę. Ciągle wrzask, że 'ja nie wiem' i 'to jest trudne'. Zero nastawienia na zrozumienie. W końcu wychodzę z siebie i zostawiam Mi z problemem, że i tak do czasu, gdy nie skończy lekcji nie wyjdzie na dwór. Niedługo daje mi 'odrobione' lekcje. Jakieś drobne poprawki i

[ciach: Łu wyszedł z siebie i unicestwił balonik, którym Po tłukła Mi, rozpacz Po trwała kilkadziesiąt minut, więc pisanie musiałam zaprzestać i mogę kontynuować, gdy już tałatajstwo poszło spać]

Odrobione lekcje Miłosza wyglądały tak, że całkiem nieźle poszły mu dwie strony zadań, z wyjątkiem dwóch ostatnich (zadań). Dwa ostatnie polegały na porównaniu zapisów łączących ułamki zwykłe i dziesiętne z różnymi jednostkami: g, dag, kg, t lub m, km, i poszeregowaniu ich w kolejności. No cóż, trochę trzeba się pobawić w przeliczanie. Powinien to umieć, w razie czego można mu trochę pomóc. A tu na 'odwal się' drugie z tych zadań wpisana numeracja jak leci. Szlag mnie trafił po raz kolejny, bo to próba oszukiwania. Wtedy nie ma odpuść. I się zaczęło. Na marginesie, to drabianie tych dwóch zadań, później już z dużym udziałem Łu, trwało do 20:30. Ale to nie wszystko wszystkie atrakcje. Większe 'wow' dopiero na mnie czekało...

Ja z Mi w pokoju, a tymczasem Po poszła zrobić siusiu. Siedzi w tej łazience coś za długo.

[ciach: Mimi jęczy, bo go głowa boli :( Wcześniej dostał tabletkę. Trochę musiałam pójść go pogłaskać. Mam nadzieję, że zaraz mu przejdzie. :( ]

W każdym razie poszłam w końcu do Po w łazience, a tu... Po siedzi na nocniku i robi kupę, a na szyję ma założoną taką podkładkę, co to nakłada się na toaletę, żeby dziecko do środka nie wpadło. I niemalże ją oblizuje. Z jednej strony ręce mi opadły, z drugiej śmiać się chce, ale widzę, że Po minę ma nietęgą i coś mnie tknęło. Tak. Podkładki nie dało się zdjąć bez oberwania któregoś ucha. Coś tam zaczęłam zagadywać do Po na spokojnie, żeby dziecko nie spanikowało. Zabezpieczyłam przed oblizywaniem. Zadzwoniłam do Łu (jedyny plus, że wcześniej wyszedł z pracy ;) ) i zaczęłam kombinować, co tu robić, zanim dziecko zacznie się denerwować. Wygodne to przecież nie było. Ani z tym chomątem chodzić, ani się bawić; Łu wróci najwcześniej za pół godziny; a tu efekt prawie jakby Polka głowę w toalecie trzymała. Znalazłam piłkę. Taką okrągłą. Do metalu znaczy się. I bziut, bziut; no utnę; albo nos, albo ramię może Polka stracić. Poowijałam ją ręcznikami, żeby piłą po ciele jej nie pojechać i tnę. I tu Poli ryk, bo na czym ona teraz będzie siusiu robić. Wzięłam się za przekupstwo (kurde, coś ostatnio za często to robię) i obiecałam jej, że jej kupię ładniejszą podkładkę - różową. I tak bziut, bziut podkładkę przepiłowałam i dziecko uratowałam.
Konkluzja jest taka, że gdybym miała teraz dwadzieścia lat, to uśmiałabym się jak norka. A tak, to już wcale nie chce mi się śmiać. Fifka, jak Tobie to ciągle wychodzi?

Zdjęcia z akcji piłowania mam, ale nie dam.

Dlaczego pompa ciepła?

Kilka osób już nas o to pytało. Tym bardziej, że w okolicy jest gaz sieciowy i przyłączenie się to nie są duże koszty - bodajże ryczałtowa opłata mieści się w 2 tys. zł.
Przyłączenie gazu zablokowała nam jedna z sąsiadek, która przestała wyrażać zgody na prowadzenie instalacji we wspólnej drodze. Czemu? A bo to ktoś wie, co ktoś inny ma pod kopułką? Nie jest to tylko nasz problem i w tej chwili kilku innych sąsiadów zmaga się z materią, przez co sprawa trafiła do sądu. Jednak my budujemy teraz i teraz potrzebujemy jakichś logicznych rozwiązań problemu.
Dlaczego nie ekogroszek lub inny piec na paliwo stałe? Ze względu na to, że nie przewidujemy zajmować się obsługą pieca, jego sprzątaniem, dokładaniem, zakupem i noszeniem paliwa. Czyli z jednej strony jesteśmy wygodniccy, z drugiej, ze względu na życie w ciągłym pędzie, trudno nam to sobie wyobrazić. Piec taki wymaga regularnych zabiegów, nawet, jeśli robi się to raz w tygodniu. Dodatkowo, jak wszędzie trąbią, paliwa stałe rozmijają się energooszczędnością. Są pewnie tacy, co by polemizowali z tym, czy wytworzenie np. prądu w elektrowni i jego transport z dużej odległości jest bardziej ekologiczne niż mała kotłownia. Nie bez znaczenia było też, że nie chcieliśmy robić sobie tutaj drugiego Krakowa*. Miejscowe plany zagospodarowania tuż obok wykluczają kotłownie na paliwo stałe. Nasz mpz nie reguluje tej kwestii, ale jeśli chcemy mieć czystą wieś, to sami też powinniśmy się postarać coś zrobić ku temu.
Prąd rozważaliśmy. Sąsiedzi obok (nie mogąc skorzystać z pieca gazowego z tego samego powodu co my) zamontowali ogrzewanie katodowe. Malutki element praktycznie nie zajmuje miejsca. I git. Nie wiem jak koszty, podobno też nie są jakieś ogromne, ale...
Inżynier Łu wziął się do liczenia i porównań poszczególnych sposobów ogrzewania. Ponieważ zrobił to na etapie stanu zero wyszło mu, że podliczając koszty rezygnacji z komina, budowy instalacji gazowej, pieca i przyłączenia, są one porównywalne z budową instalacji dla powietrznej pompy ciepła. Kwot w tej chwili nie pamiętam. Eksploatacja pompy jest porównywalna z gazem, lub nawet trochę tańsza. A trzeba pamiętać, że w cenie gazu również lwią część zajmują opłaty stałe i przesyłowe, a nie sam gaz. Ponieważ wcześniej już wiedzieliśmy, że nie będziemy gotować na gazie (ze względu na koszmarną smołę lepiącą się do wszystkiego) i byłby on potrzebny tylko do ogrzewania, dlatego tym łatwiej było nam zdecydować się na jakąś alternatywę.
Dlaczego nie pompa wodna? Koszt pompy i instalacji podobny, z jednym wyjątkiem - wykonanie odwiertów to mniej więcej drugie tyle.
Pompa ciepła, to nie tylko zalety ekologiczne, które wszędzie są podkreślane, ale również problemy wynikające np. z małej znajomości tego typu ogrzewania. My, po namowach instalatorów, zdecydowaliśmy się na ogrzewanie wyłącznie podłogowe. Zyskaliśmy dzięki temu prostszą instalację (nie trzeba łączyć podłogówki z kaloryferami), w żadnym pomieszczeniu (z wyjątkiem łazienek) nie będzie kaloryferów, ale... bezwładność takiej instalacji jest znaczna. Co to będzie oznaczało dla komfortu? Zobaczymy. Nigdzie nie mieliśmy okazji zobaczyć na żywo takiego rozwiązania, więc robimy eksperyment sami na sobie. Źeby nie było, to nie jest to taki hurraoptymizm. Poczytaliśmy trochę na temat domów pasywnych (a nasz będzie zbliżony) i czas wychłodzenia takiego domku w zimie, to np. ok. 3 st.C po tygodniu stania domu bez ogrzewania. Więc ta duża bezwładność może całkiem dobrze sobie radzić. Tym bardziej, że domek jest pomyślany na pozyskiwanie i akumulowanie energii np. słonecznej. Dodatkowo wyposażony będzie w niewielki piec akumulacyjny, który, jak myślę, bez problemu pokryje lub uzupełni straty ciepła. Kształt domu i jego otwarty środek będzie wpływał na szybkie rozprowadzenie ciepła po każdym kącie. W sumie to nie zdziwiłabym się, gdyby jedna farelka była w stanie ogrzać całość. Tak mniej więcej wynika z wyliczeń, ale bez sprawdzenia w praktyce trudno to sobie wyobrazić.
Nie mówię, że pompa to najlepsze rozwiązanie, bo 'parametrów', które są do rozważenia jest dużo i dla każdego inaczej ułożą się priorytety. Myślę jednak, że Łu jest świetnie przygotowany do tematu. A jak Łu jest przygotowany, to - nie ma bata - jest dobrze. :)



*Dla niezorientowanych, to smog w Krakowie, ze względu na grzanie piecami, jest ogromnym problemem tego miasta.

sobota, 29 marca 2014

Inspiracje...

A tak dla pamięci zamieszczę sobie zdjęcie z nowego domu jednej celebrytki:
Na zdjęciu podoba mi się ognisko w glinianej donicy. Może to jakiś pomysł na nasze miejsce ogniskowe. Zobaczy się. ;)

piątek, 28 marca 2014

"Tyle słońca..."

"...w całym mieście". No, na wsi też. A my mamy okna na całą południową ścianę, która w zimie ma dawać dużo ciepła i światła. Oczywiście w lecie też. I co z tym zrobić?
W zasadzie temat mamy przemyślany. Nie chcieliśmy rolet, nie tylko ze względu na mostek, który się robi przy roletach zabudowanych. Ździorbne takie są. Po prostu. Mnie się nie podobają. Są inne sposoby na osłonę i ochronę.
Wzdłuż południowej i wschodniej ściany będzie taras. Duży. Nad tarasem planujemy pergolę, podobną do tej:
Pergolę chcielibyśmy zachwaścić szybko rosnącymi rdestem d'auberta i wisterią, a z czasem wyciąć rdest na rzecz winogron. W lecie taras i okna byłyby przesłonięte, w zimie liście by spadły i sporą część roślin można by prześwietlać. Problem będzie przez pierwszych parę lat, zanim rośliny wybujają. Drugi poważny problem, to kiedy postawimy pergolę. Zobaczymy. ;)

czwartek, 27 marca 2014

Jak patrzeć...

...żeby widzieć. Post z serii filozofowania.
Mam urlop. Całe trzy dni. Wszystkie już zaplanowane: wczoraj zawiozłam matulę do szpitala na trzytygodniową rehabilitację, dzisiaj miał być dzień wiosennych porządków w mieszkaniu, jutro podobnie, ale u babci Łu. Porządki zaczęłam. Choć nie wiedziałam w co ręce włożyć. Już wczoraj starałam się ogarnąć 'po wierzchu', żeby dzisiaj móc 'szerokim frontem' z miskami i ścierkami wejść do akcji. Efektów wczorajszych starań dzisiaj oczywiście nie było widać i z wielkim dylematem od czego zacząć obleciałam wszystko, postawiłam dwa prania, zmywarkę, namoczyłam koc i poduszki na krzesła i wzięłam się za pokój dzieci. I poległam. Dwie godziny trwało przekładanie rzeczy 'z prawa na lewo i z lewa na prawo'. Dzielenie klocków i wrzucanie do pudełek, wygarnianie papierków po gumach, puszek po sprite (ukrytych przed wzrokiem mamy i taty), pistoletów, rysunków, czołgów, kart wszelakich, gier, kredek, doświadczeń (woda w szalce Petriego z 'hodowlą' bakterii; kubeczki z roztworem jakiejś soli i kamyczkiem - hodowla kryształów), wywleczonych ze świnki monet, fragmentów składanek dinozaurów, całych dinozaurów, elementów puzzli (szukanie gdzie który powinien być) i samotnych pionków do gier, i tak dalej, i tak dalej. Dwie godziny jak w pysk a ja nawet miski z wodą nie zdążyłam naszykować. A chciałam nie tylko poukładać co się da, ale i pomyć okna, podłogi, poprać pościele, pochować zimowe rzeczy. Usapałam się trochę, wyniosłam pierwszą partię rzeczy do śmietnika i siadłam nad kawą. I tu dopadł mnie luksus na jaki rzadko mnie stać. Siąść i popatrzeć na swoje mieszkanie. Na mieszkanie w którym jestem codziennie, w którym codziennie coś robię, przestawiam, znam każdą rzecz. Na mieszkanie, którego ciągle nie widzę! Patrzę, ale nie widzę. W natłoku codziennych spraw, gdy ciągle, bez ustanku coś się robi i ciągle myślami jest się 'gdzieś z przodu', między tym co się powinno zrobić, co trzeba zrobić, brakuje miejsca na takie bycie TU. Bycie tu i teraz. Gdy się jest TU i TERAZ, to widać nie to, że 'ojej, kwiaty nie są podlane od dwóch tygodni, trzeba to zrobić', tylko 'o, na kwiatku są nowe listki'.

Nie wiem, czy to tylko mój problem, żeby widzieć. Że tak rzadko mam czas usiąść na kanapie i z otwartą głową ogarnąć te cztery kąty (lub coś innego). Przeraża mnie jednak trochę taka myśl: kupujemy przedmioty do chałupy, żeby było wygodnie i ładnie. I potem stajemy się niewolnikami tych rzeczy, bo na okrągło trzeba je wycierać, sprzątać, układać, przekładać, prać, odkurzać. Na tyle skupiamy się na obsłudze tych rzeczy, że w głowie powstaje jeden wielki szum. I czy po przeprowadzeniu się z mieszkania do chałupy nie będzie tylko gorzej? Więcej miejsca na stawianie kolejnych zniewalających przedmiotów; więcej podłóg do zawalenia zabawkami, do mycia, sprzątania, odkurzania. Czy człowiek sam siebie przez to nie gubi?

A na marginesie: do posta skłonił mnie śliniak, którego przed chwilą ZOBACZYŁAM. Śliniak wisi nieużywany od paru miesięcy przy zlewie. Jak widać nie przeszkadzał, ale nie był też potrzebny i wisieć nie musiał. Stał się jednak tłem, po którym pewnie kilkadziesiąt razy dziennie przejeżdżałam wzrokiem. Ile takich niepotrzebnych rzeczy jest w koło. A ile prawie niepotrzebnych, takich 'przydasiów'. Jak to ogarnąć?

Przejścia z budowlańcami

...bezsennie nie jest (to w nawiązaniu do wcześniejszych postów), przynajmniej ja śpię jak zabita. Niemniej z wykonawcą mamy przepały. Ma duży problem z wykończeniem 'drobiazgów', a my go ciśniemy. Dach miał być skończony w styczniu. Mamy końcówkę marca. Wczoraj był kierbud i odbierał dach. Zgłosił ileś uwag. Na moje pytanie, czy mam uznać dach za odebrany powiedział, że dopiero po poprawkach i w przyszłym tygodniu przyjdzie zobaczyć. Sama też byłam na budowie. W głównym budynku nie miałam czego szukać (robota przy tynkach wre), więc wlazłam sobie na stryszek w garażu. Popatrzyłam przez okno, rozejrzałam się po dachu i...
- folia pod oknem dachowym wyglądała nieźle, ale coś mnie zaniepokoiło - górna była włożona pod dolną. Ruszyłam, rozlazło się i w ogóle okazało się, że jest niewykończone. Babol, znaczy się.
- później zainteresowało mnie, w jaki sposób skręcili ostatnie krokwie, takie przylegające do ściany budynku. No po prostu z jednej strony krokwi jest ściana, z góry krokiew leży przy dachu; a widzę, że śruba sterczy, więc jak włożyli podkładkę i nakrętkę z drugiej strony? Od zewnątrz budynku też nie było szans!
- popatrzyłam na inne śruby i skręcenia krokwi. I co? I część krokwi ma śruby i nakrętki, a część ma tylko włożone śruby. Bez nakrętek. Czyli wcale nie jest skręcona.
Ciekawa jestem, czy kierbud to widział.
Z kolei Łu gdy wrócił do domu i usłyszał, to aż go trafiło (i być może nie mógł spać), bo wykonawca stwierdził, że kierbud odebrał dach i że może by mu coś skapnęło. Ja rozumiem, że za coś trzeba żyć, ale wg umowy to za dach miało być płacone PO robocie. A tu dach właściwie zapłacony (co parę dni wyciągane po kilka stówek) a nieskończony.
W ramach wcześniejszych 'przepałów', w piątek, zapowiedziałam już wykonawcy, że nie dostanie ani grosza do skończenia dachu. I na tym się to skończy. Howgh!

Żeby nie było, to niejedyny numer. Wcześniej już tak sobie pograli z tynkami, że gdy w poniedziałek wpadłam, okazało się, że stan jest inny niż ten, o którym Łu mówił rano. Poprosiłam więc pana na boczek, powiedziałam, że po robocie oczekujemy go u siebie:
- Ale on nie może, bo brata musi odwieźć.
- No to kiedy może?
- Jutro.
- Dobrze, to proszę być jurto.
- To on będzie.

'Jutro' nawet nie zaglądnęłam na budowę - nie mogąc na nich patrzeć. ;) Za to Łu podjechał i się dowiedział, że budowlaniec też nie może, bo... brata musi odwieźć. Będzie w czwartek. Gdy się o tym dowiedziałam, zadzwoniłam do wykonawcy, że w czwartek to już nie będziemy mieć o czym gadać i że czekamy na niego teraz, dzisiaj. Przyjechał wieczorem. Ustaliliśmy część szczegółów dalszej współpracy (zakres, terminy), co do szczegółów płatności, to miał określić sposób mierzenia powierzchni, spisać na kartce i przedstawić nam. Nie zrobił tego. Coś czuję, że dzisiaj zostanie poinformowany, że w takim razie powierzchnia będzie liczona 'po naszemu'. Howgh.

Podsumowując: na moje oko to takie stare metody wyciągania pieniędzy. Po troszeczkę, ile się da. Dopóki inwestor się nie zorientuje i nie powie 'stop', to pieniążki wypływają. Jak inwestor zapomni o jakichś 'drobnych' wypłaconych, to nawet jeśli prowadzi buchalterię, to może zapłaci więcej. Do końca nie będzie ustalony sposób zapłaty, bo cena niby jest, to potem się powie 'jeszcze za to i jeszcze za tamto'. I tak po grosiku. A ty, niezorientowany inwestorze, dajesz się skubać po piórku. No i tak dajemy się skubać. Wrrr...

poniedziałek, 24 marca 2014

Bezsennie?..

...to się dopiero zobaczy, ale dzisiaj wykonawcy podnieśli nam ciśnienie. Szczegółów nie będę rozpisywać, bo po pierwsze byłoby długo, a po drugie - po co? Myślę, że sprawa mimo wszystko rozwiąże się pozytywnie. Na pewno takie 'spięcia' są mobilizujące. Dla mnie, bo przygotowałam dwie umowy na jutro; dla Łu, bo na oferteo czy innym portalu wystawił zapytania o wykonania różnych rzeczy i odzew był optymistyczny; dla wykonawcy, bo powinien się trochę sprężyć. W każdym razie jutro ciąg dalszy batalii.
Łu zadowolony, bo jemu wypadła rola 'dobrego policjanta', a ja za straszydło musiałam robić. Jak ja nie lubię takich sytuacji. Wrr...

sobota, 22 marca 2014

Znowu o wszystkim i o niczym

Pogoda piękna, nic tylko wyjść do ogródka i grzebać w ziemi. A tu nijak grzebać. Działka nierozplantowana. W poniedziałek mieli robić szambo i resztę plantowania, ale gość od szamba sobie trochę w kulki leci. Jak tak dalej pójdzie, to trzeba będzie mu podziękować. Oprócz zżymań z działką to zajmował nas dzisiaj Półmaraton Ślężański to Łu dzisiaj zaczynał sezon. Niestety, nie mogliśmy mu towarzyszyć, bo Mi miał zajęcia na Uniwersytecie Dzieci. Jedno, to wizyta w fabryce 3M, drugie, to zajęcia dotyczące domów inteligentnych i sterowania nimi. Śmiałam się, że niech się dowie, co u nas mógłby sterować. A pewnie nie mało. Oboma zajęciami Mi był zachwycony. I wcale się nie dziwię. Mnie również udało się zobaczyć coś, co mnie zafascynowało. Mianowicie fragment sali prezentacji produktów dla klientów, która przypominała muzeum techniki. Rewelka. Szczególnie ciecz gaśnicza. Ciecz, coś miała w nazwie z fluorem, wyglądała i zachowywała się jak woda. Do pewnego momentu. Do cieczy można było wsadzić urządzenia elektryczne. Przy mnie pani wsadziła swój telefon, bąbelki świadczyły o tym, że telefon został zalany również w środku. Pani wyjęła, komórka obciekła i wyschła momentalnie. Wsadzaliśmy ręce - woda. Wyciągaliśmy, moment trwało obciekanie i za moment ręce (i rękawy, bo i te dzieciaki unurzały) były suche. Tylko lekki chłód świadczył o szybkim odparowaniu. Podobno ciecz jest nietoksyczna, nie niszczy ozonosfery, odparowuje się i rozpada na obojętne gazy. Git. Kończę, bo jedziemy.

środa, 19 marca 2014

Kompostownik

Aga, o kompostowniku oczywiście myślałam. Najpierw o takim plastikowym, ale teraz zastanawiam się, czy z materiałów, które zostaną po budowie nie udałoby się sklecić czegoś samodzielnie. Na przykład czegoś takiego:
A szczegóły wykonania tego kompostownika są opisane na blogu bio-ekologicznym.

A nie mówiłam...

...że noc będzie bezsenna? Nie wiem czy z tego, czy z innego powodu, ale nie śpię. W pracy będę dętka. No, ale skoro nie śpię, to sobie coś pooglądam w necie.
Dzisiaj mamy mieć spotkanie z ogrodniczką. W sumie, to już się nie mogę doczekać. Zastanawialiśmy się, co tam w tym ogródku chcielibyśmy. Myślałam, że Łu będzie chciał tak bardziej formalnie. Coś na ten temat można zobaczyć na przykład pod tym linkiem. A tu mnie ostatnio zaskoczył, bo powiedział, że chciałby ogródek naturalny. Nie dam tu zdjęcia przykładu, bo przykładów może być bardzo dużo. Tak jak wiele mamy krajobrazów w naturze. Taki styl jedną, główną zaletę, mianowicie powinien być mało absorbujący. Ogród się planuje, zakłada, a potem większość pracy powinna wykonać sama natura. No, chyba że się wybierze naturę jakąś z czapy, zupełnie nie przystającą do warunków otoczenia.
Ja z kolei nie wyobrażam sobie ogrodu, który jest 'tylko' ładny, a nie użytkowy. Trochę obrazków z ciekawymi i ładnymi pomysłami grządek można znaleźć pod hasłem kitchen garden. Dla przykładu:
albo:

Absurdem jest dla mnie sytuacja, gdy mając kawałek ugoru kupuje się w sklepie wszystkie warzywa i owoce. Oczywiście pytanie ile ma się czasu na dziubanie w ziemi. W naszym przypadku nie będzie to za dużo, ale przecież jest sporo roślin, którym wystarczy tylko nie przeszkadzać, żeby dały jakieś smaczne plony. Natura zbieracza się odzywa. ;)
Wstępnie i na szybko założyłam, że w ogrodzie znajdą się:
- dwie wiśnie,
- czereśnia,
- przynajmniej jedna śliwa (węgierka - bo lubimy, ale chętnie i renkloda
lub podobna),
- może brzoskwinia i papierówka? (jeśli jeszcze znajdzie się miejsce)
- mały maliniak (może w tej najniższej części, choć tam na pewno będzie
mokro, bo na działce jest wysoki poziom wód gruntowych),
- krzewy porzeczek, agrestu, borówki amerykańskiej,
- poziomki, kilka krzaczków truskawek,
- grządka na nowalijki i rośliny, które na pewno będę dostawała od
znajomych (np. pomidorki),
- zioła.
Mało to, czy dużo? Nie wiem. Nie potrafię ocenić ile czego wejdzie na działkę. Jedno jest pewne, nie chcielibyśmy ogródka działkowego (typowych, prostokątnych grządek) widocznego z okien. Dlatego liczę, że to, co się da będzie wymieszane z roślinami ozdobnymi. I między innymi dlatego potrzebujemy pomocy kogoś, kto nam powie, że np. wiśnię można posadzić z ... a absolutnie nie z ... Jak drzew nie sadzić w szpaler (jak w sadzie) tylko wsadzić pomiędzy... Czy 10-15 drzew na działce taka jak nasza to dużo, czy spokojnie się zmieszczą. A jak je porozmieszczać, żeby mieć ładne widoki z okna, żeby zasłonić nas przed innymi i innych przed nami. Jak prowadzić ogród, żeby nie stosować tam jakichś chemicznych środków, tylko własne, naturalne. Jeśli trzeba będzie, to biedronki będziemy przynosić z okolicy, ale nie wyobrażam sobie, że z radupem pryskam cokolwiek. Jak dla mnie to zaprzeczenie filozofii przydomowego ogródka. Ale jak mi coś go zeżre z korzeniami?
W każdym razie podstawy mamy określone: ma być naturalnie i ma być jadalnie. Nie wydaje mi się, żeby to był dla fachowca jakiś skomplikowany temat. Zobaczymy.
Czas zacząć się zbierać do roboty.



wtorek, 18 marca 2014

Bezsenne noce inwestora...

...po raz trzeci.
Kupujemy szambo. Nie mieliśmy namiarów na nikogo, z pomocą przyszedł Koparkowy. Najpierw dał namiary na jednego pana, z którym się umówiliśmy na piątek, po czym w piątek zadzwonił z drugim panem. Pan z piątku zachwalał swoją ofertę, jakie dobre szamba i jak dobrze wykonane. I że z Radomia są do kitu i że tu w koło wymienia masę tych z Radomia. Cena za to, co nas interesowało (całość), to 6900 zł. Po negocjacjach 6 500zł. Netto. Dużo. Zadzwoniłam więc do tego drugiego. Za 6300 zrobi wszystko + gwarancja na 2 lata + rachunek + jakiś dobry montaż. Super fajnie, choć cena też chyba nie mała. Ale mieści się w niej szambo, dowóz, praca dźwigu, wykop, montaż zasypanie, wykonanie przyłącza (15 m) z materiałami, wykonanie takiego złącza do płotu - żeby samochód nie wjeżdżał na posesję, pokrywa + coś tam, żeby mogły po tym jeździć samochody.
Drugi dogadany, pierwszy odmówiony. I tu Joanka zagląda do netu, co to za firma Sałexpol, i czy aby czegoś o ich szambach nie piszą. A piszą. Ale raczej mało ciekawie. I co tu robić?
Co robić panie premierze? Jak żyć?

niedziela, 16 marca 2014

Siedzimy sobie...

...całą rodziną na kanapie. Pola z Mi najpierw wygryzali się z miejsc, co skończyło się krzykiem i jazgotem. Gdy już wreszcie każdy zajął wygodne (w miarę) dla siebie miejsce Po uraczyła nas piosenką. O rodzinie. O naszej - znaczy się. To co udało mi się wychwycić (niestety, bez najlepszego początku):

Nasza rodzinka

*
[Początek był piękny i o rodzinie, ale nie potrafię już powtórzyć]


raz dwa trzy, głupi pies
raz dwa trzy głupi pies
babcia dziadek lubią tańczyć
babcia dziadek i panowie
i babciowie
lubią grać na skrzypcach
a na gumni a na gimnie
leglolenie lubią
a ona tam jest
ona gdzie a ja tu
i tamta nie jest tam gula a w korzeniu stoisz ty
a w korzeniu to ja jestem

i ja dobrze i ja
ram tam tam

lubisz sama pożałować

raz i pięć
moja rodzina
Mama, mimi, tata i pola
i głupi pies
i mama i ja
i nosorożec

że my ...

e dy, ech je gie
ech je gie
jest nas dużo czy mało
a najwięcej
a czy sami zostaniecie
czy zostaniecie
a może pójdziecie, pójdziecie pójdziecie
a może samochód prowadzi
a może roślinka będzie rosnąć
a może .... wyjdzie z nieba

a może żołądeczki będą same
a poduszki kwitną sierść (?)


To moja ulubiona piosenka
Moja rodzinka grzyby rosną

Nasza rodzinka jest tu ta
Lubisz grać w grzyby
I ta świat i to muchomorki są

a może gąski przed kwiatami
może Gosia lubi się
może kwiaty zakwitną
a kwiaty są
i samotne lampy
a okienka się gaszą

cała piosenka
mama, tata, Mimi
i głupi pies


[Łu: - Mokry pies? - to nawiązanie do ulubionej piosenki Po]
- Przeszkadzasz mi!

Głupie pieski lupendają
i

i dog

I doszene lwy mają kły ogromne
a na brodzie głupi pies
mokre pieski zaróżają się

Robi się całe ninja
Kręć na kółeczku

Idziesz teraz szybko
Masz rogi jak nosorożec
Masz łuk jak neonogot
Masz łuk

mmmm mmmm
tak samo lubi się



Ja też lubię cię
z mamusią się przyttulam
z tatusiem robię łoneczkę


i zakopuję słodką ?
I tańczą
i podlewamy

I wyrosnę cię na ???

Mama też lubi głupi
długi, głupi pies

Głupie psy też zamykają się.

...


A Poli ulubiona piosenka brzmi tak:


Co jej tam w głowie siedzi na temat psa to nie wiem. W każdym razie pi razy oko mamy ustalone z dzieciakami, że pierwszego pchlarza weźmiemy ze schroniska i Po ciągle o nim mówi 'Rudas'. Ale może chodzi o brudasa? Już sama nie wiem.

I na koniec jeszcze Mi coś napisze:
-Pola jest bardzo śmieszna.


* Linijka odstępu oznacza, że czegoś nie nadążyłam bądź nie dosłyszałam.

Chyba na głowę upadłam...

...po tych wszystkich perypetiach ogródkowych, skoro dzisiaj gdy tylko weszłam do marketu i zobaczyłam róże, to je kupiłam. No po prostu pomroczność jasna. I całe 18 zł na nie wydałam. Po prostu jak w błoto (w sumie, to dosłownie można to rozumieć). I co mnie podkusiło? Nie wiem. Po prostu roślina w sklepie sobie leżała, jedna z drugą. Najchętniej, to bym wszystkie stamtąd wzięła. Z żalem wzięłam tylko dwie: czerwoną i herbacianą. Zapewne w przyszłości będę chciała jeszcze kupić taką bladoróżową, pnącą. Bardzo mi się taka podobała u Mamy Łu. Tyle. Koniec. Kropka. Róże wsadzone pod płotem. Zapewne je jakiś dzik zbuchtuje lub inny budowlaniec zdepcze. Albo mróz zetnie. Albo koparka rozjedzie. Albo wrzucą mi tam pryzmę śmiecia wszelakiego. Albo stanie się jeszcze coś, co się filozofom nie śniło. No po prostu nie ma szansy, żeby jakieś rośliny wsadzone w tym ogródku przetrwały. Tfu, tfu, na psa urok.

Aha, zapomniałam dodać, że z Po posiałyśmy na flance pomidorki, bazylię i lubczyk. Wstawiłyśmy je w kubeczkach i innych plastikowych pojemniczkach do pudełka i postawiłyśmy pod oknem. I tu znowu konsternacja: zaraz zaczynają tynkować. No i również raczej nie ma szans, żeby przeżyły te budowlane prace. Nie, no, budowa buduje dom rujnując wszystko inne. :(

piątek, 14 marca 2014

Ustalenia...

...ustalenia. Tylko czasu brak.
W tym tygodniu przywieźli ziemię - 6 wywrotek. Ziemię chcieliśmy możliwie szybko rozplantować, ale jutro nas nie ma, a pogoda ma się załamywać. Jak za bardzo się załamie, to ja też, bo nie splantujemy tego ogródka.
Dzisiaj Łu spotykał się z wykonawcą wykończeń: sufitów (podwieszanych), łazienek i podłóg. Potem spotykaliśmy się z ewentualnym wykonawcą szamba. Wróciłam do domu późno, przed 19, a tu dziecko zapłakane, bo klucza nie wzięło. Telefon oczywiście rozładowany, a że może pójść do sąsiadki jednej drugiej czy trzeciej, to nie wpadł. Wrrr, wrrr. Ale zabawa na podwórku była przednia. Tylko wspomniałam, to Mimon się rozpromienił na myśl. A już miałam nadzieję, że na tyle go trzepnie ta sytuacja, że następnym razem będzie pilnował klucza. Ale coś w to nie wierzę.
Jeśli chodzi o działkę, to zaczęliśmy się dogadywać co do projektu zagospodarowania działki. Wszystko ładnie ślicznie, cena nam też podeszła. A tu w odpowiedzi na maila dostaję wycenę z promocyjną ceną kilkaset złociszy wyższą. Hmm... Dzisiaj zaczęłam szukać więc innych projektantów zieleni i z jednym jesteśmy już umówieni na środę na wizję w terenie. W przyszłym tygodniu być może też będzie kopane szambo, więc działka będzie fruwała.
Poza tym (wreszcie) domykają nam sprawy dachu i elewacji. W domku są poczynione już też przygotowania pod tynkowanie.
Jedno tylko boli, że mamona ucieka jak woda z wanny. Ciekawe na co zabraknie. Problem z tym, że im dalej, tym trudniej jakoś te wszystkie roboty połapać. I coraz więcej ich się robi.

niedziela, 9 marca 2014

Z zeszytów szkolnych...

...Mi.
"Mama jest pracowita jak mrówka. Babcia jest dobra jak anią."

czwartek, 6 marca 2014

Dziś...

...tylko jedno zdjęcie:

niedziela, 2 marca 2014

Trawienie komina

Komin już co prawda przetrawiony jakiś czas temu, ale może jeszcze kogoś zainteresuje.
Nie wiem na ile praktykuje się obecnie tradycyjne stawianie komina (z cegły od fundamentu po czubek), a na ile stawianie systemowych. W projekcie był systemowy, więc taki mamy. Zamieniliśmy tylko mercedesa Schiedel na taki produkowany przez lokalnego producenta polecanego przez hurtownika. Główna część składa się z dwóch rodzajów elemetów: zewnętrznego chyba z keramzytu, i wewnętrznego z ceramiki. W szczegóły techniczne nie będę wchodzić, bo w necie jest dużo na ten temat. Dla inwestora chyba największe znaczenie ma poprawne wykonanie całości i zwieńczenie komina, czyli ostateczny wygląd.
Najprościej jest chyba komin otynkować. Tutaj trochę postraszył nas wykonawca, że tynk odłazi pod wpływem zmiany temperatur, brudzi się. W koło jednak widać sporo tak zakończonych kominów i jak na razie nie widzę, żeby coś złego z nimi się działo. Ale wszystko to są nowe kominy. Może za parę lat nie będą już takie ładne? Komin tynkowany, to obok klinkieru jedyny jaki rozważaliśmy. Znaleźć można różne rozwiązania: obkładanie blachą, takimi płytkami plastikowymi przypominającymi łupek, płytkami klinkierowymi, ale dla nas priorytetem było zachowanie lokalnych i trwałych rozwiązań. Przy klinkierze to trochę ja się uparłam, bo Łu był chyba bardziej za tynkowanym. I teraz mamy śliczny, solidny kominek w kolorze pokrycia dachu:

Chciała Fifka...

...to niech ma. Chwilowo nie trawię, chwilowo wypluwam. Pomysł za pomysłem. To tak pod wpływem działań na działce.
Jak wiadomo, działkę mamy wilgotną, przynajmniej w tej najniższej części. A najniższa część zostanie najniższa, bo leży przy działkach sąsiadów, którzy też mają nisko (prawo zabrania odprowadzania swojej wody na teren nie swój, w związku z tym nie bardzo można zrobić skarpę tuż przy granicy bez narażenia się sąsiadowi i służbom przez niego uruchomionym). Jak napisałam post wcześniej będzie skarpka. Skarpkę chciałam umocnić kamieniami postlodowcowymi, których sporo w okolicy i na naszej działce się poniewiera. Chociaż w sumie to nie wiem, czy aż tyle, żeby jakiś logiczny murek umacniający. Ale ja nie o tym.
W poście sprzed kilku lat przedstawiłam pomysł na płotek wierzbowy. I tak teraz, trawiąc skarpę/wilgoć/szybkorosnące rośliny/chęć zasłonięcia ogródka/sugestie Łu o gałęziowym płotku wytrawiłam prawdziwy bezoar*. Moim bezoarem jest wierzba energetyczna, która - tadam - na Alledrogo kosztuje np. 9 zł za 200 sadzonek. W ciągu kilku miesięcy powinna mi stworzyć gęstwę, której jednak nie będzie szkoda wyciąć za jakiś czas. Bądź wycinać sukcesywnie i splatać sobie wiklinowe płotki do ogródka. A teraz powinna zadziałać na te wszystkie rzeczy. Ponadto, jeśli zdecydujemy się na przydomową oczyszczalnię, to wierzba jest chyba dobra jako naturalny filtrator. Choć nie można jej sadzić w pobliżu drenaży, bo rozwali wszystko.


*Kto nie wie, czym jest bezoar, to nie czytał Harrego Pottera. ;)

sobota, 1 marca 2014

Koparka i grabki...

...dzisiaj urzędowały na działce.
Jakby ktoś nie pamiętał, to w głównej części 'ogrodu' stały dwa pagórki, kopczyki piachu, nawiezionej ziemi i mnóstwo śmieci:
Dzisiaj, przez osiem godzin walczyliśmy z materią na przykład tak:
W efekcie działka została splantowana. Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdyby wszystkie prace zostały ukończone. Co to, to nie. Jeszcze zabrakło jakichś pięciu wywrotek (90 ton) i ze czterech godzin pracy. :(

Za to z okien mamy już widok na całą połać działki. I trzeba stwierdzić, że jest przerażająco duża. Co my będziemy na niej robić?!?!?

Wstępny plan był taki z górką 'zamykającą' widok z okna. Po prostu grunt miał się podnosić (patrząc z dużych okien), żeby w miarę możliwości przesłonić płot i sąsiadów. Powstała nawet makieta, choć nie wiem, czy na zdjęciach będzie widać o co chodziło:
Ale nic z tego nie wyszło. W miejscu górki jest płasko. Za to może jednak zrobimy sobie jakąś skarpę w zachodnim kącie działki. W tej chwili założenie jest takie, że do pewnego momentu (patrząc od okien) będzie płasko, a jakieś 3-4 metry od płotu teren będzie kilkadziesiąt centymetrów obniżony, ponieważ taki poziom mają działki za płotem. W obniżeniu, jeśli za bardzo nie będzie się zbierała woda, będzie ogródek warzywny i miejsce na ognisko. Dojście do niego będzie albo łagodnym spadkiem z południowego kąta działki (tego vis-a-vis dużych okien), albo po schodkach przy garażu. Tak przynajmniej to widzę ja. Łu być może wyobraża sobie moje wizje, które mu wkładałam do głowy, zupełnie inaczej. Wyjdzie w praniu. :S

A dzisiaj...

...ma być wreszcie koparka do ogrodu. Będą więc wykopki i grabki. :)

Parapety zewnętrzne

Na prośbę Fi wejdę w trawienie. Dzisiaj potrawię sobie parapety. Choć akurat z nimi długo to nie trwało. Byliśmy po przeczytaniu jakiegoś artykułu w temacie, coś w rodzaju tego blogu, czyli wiedzieliśmy co na okna można założyć i pi razy oko jakie to ma wady i zalety. Jak to się stało, że praktycznie bezmyślnie pojechałam i kupiłam to co kupiłam? Nie do końca to do mnie dociera. Chyba przyszedł Łu, i powiedział, że wykonawca powiedział, że granitowe byłyby najlepsze. Z racji, żem geolog (przynajmniej na papierze) i to na granicie wychowany i odpowiednio nim napromieniowany, niewiele myśląc jeden wieczorek spędziłam w necie szukając jakie i ile to kosztuje, po czym następnego dnia wpadłam do pierwszego zakładu kamieniarskiego jaki się nawinął i zapytałam o szczegóły. Z kamieniarzem krótka piłka:
- Cena?
- 400zł za metr kwadrat parapetu.
- W necie widziałam po 350 zł.
- Może być po 350.
Od razu więc zaczęłam żałować, że tak mało po necie szukałam i że pewnie po 300 to też bym znalazła, ale jakoś wycofać się było głupio. Jeszcze tylko pomarudziłam, że nie mniej niż 3 cm grubości ("- będzie pani miała 3 cm") i że z kapinosem ("- wszystkie zewnętrzne robimy z kapinosem") i zamówienie stało się faktem. Z jednej strony zadowolona, że ekspresowo i konkretnie, z drugiej z zawrotem głowy 'dziewczyno, czy na pewno wszystko wcześniej przemyślałaś, choćby cenę' wróciłyśmy (bo byłam z Po) do domu. I to prawie cała historia. Z takim drobnym drobiazgiem, że zapomniałam o jednym parapecie i go potem SMSowo domawiałam. Jeszcze potem pojechaliśmy po odbiór, ja trochę z obawą, że skoro zamówienie poszło tak gładko, to pewnie później coś wyjdzie w praniu. Ale nic nie wyszło. Parapety całe, ładne, zgodne z zamówieniem. Część już zamontowana, co może dziś uwiecznię i pokażę. Zamontowana wbrew trochę temu, co napisali w artykule, który przytoczyłam, że na ścianie dwuwarstwowej kamiennych parapetów się nie da zamontować ze względu na wagę. Hmm?
A parapet granitowy w oknie wygląda tak (tym razem już nasz):
A tak podchodząc bardziej konkretnie do tematu, to wcześniej zastanawialiśmy się (ja się zastanawiałam? - bo Łu jakoś w tym temacie akurat nie wykazywał zainteresowania) co położyć. Najtaniej wychodzą parapety blaszane, ale blacha rdzewieje i nie wierzę, że po kilku latach nie byłoby tego widać na elewacji. Aluminiowe? Okno kuchenne pewnie będziemy wykorzystywać, do 'wydawania posiłków' na taras. Szybko by się pogięły. A chyba głupio dawać w jednym miejscu inny parapet. Plastikowe? - fuj. Zresztą nie wiem, czy w ogóle robią plastikowe zewnętrzne. Najbardziej w głowie mi leżał klinkier, choć temu, na używanym parapecie groziło obtłuczenie. Trochę jak objawienie potraktowałam sugestię wykonawcy, bo kamiennych wcale nie rozważałam. Wydawały mi się drogie i poza zasięgiem. Wykonawca pewnie zasugerował takie, bo je pewnie najprościej zamontować. Ale jeśli chodzi o trwałość i estetykę, to są nie do pobicia. No i pięknie podpasują do naszego antracytowego dachu i biało szarej elewacji.

Jeśli chodzi o szczegóły techniczne, to są z granitu strzegomskiego. Wymiary:
- długość = szerokość okna + 6 cm (po 3 cm z każdej strony na wcięcie w elewację;
- szerokość = szerokość ocieplenia + 2 cm na podłożenie pod okno + 4-5 cm wystają poza lico ściany.
- grubość = 3 cm. Cieńszy byłby bardziej podatny na pęknięcia.
Kapinos 2 cm od krawędzi. Konieczny, żeby nie podciągało ściekającej wody w kierunku muru.
I to chyba wszystko.
Dlaczego granit i dlaczego ten?
Bo ma idealne parametry techniczne: bardzo niską nasiąkliwość, dużą wytrzymałość itp., a jednocześnie najniższą cenę i idealnie powinien pasować do elewacji. No i jest to produkt lokalny, co też jest dla nas nie bez znaczenia.