niedziela, 21 grudnia 2014

Raport z oblężonego miasta

Oczywiście obecna sytuacja nie ma nic związanego z oblężonym miastem, ale trochę tak się czuję: zupełnie oderwana od świata (czytaj: internetu). Wpadłam teraz do opustoszałego już mieszkania, co daje trochę taki klimat pustki, ukrycia, niesamowitości. I nadaję w szeroki świat.
Internet 'u siebie' mamy mieć 5. stycznia. Czyli z dużym prawdopodobieństwem do tego czasu się nie odezwę. A dzieje się oczywiście trochę. Wczoraj 'nadejszła wielkopomna chwila' i pierwszą noc spędziliśmy u siebie. Zasłony wisiały i - muszę przyznać - bardzo przyjemnie wyglądają. Na tak ogromnej powierzchni danie jakiegoś koloru lub wzoru bardzo zdominowałoby przestrzeń. A tak jest zgrane ze ścianami i podłogą. Dzisiaj skończyłam ostateczne podszywanie i nie mam zamiaru dotknąć tych zasłon przez najbliższych parę miesięcy. Potem trzeba będzie wyprać. Zobaczymy czy się jeszcze zbiegną. Po tych wszystkich zabiegach z namaczaniem na gorąco, wirowaniem i prasowaniem (żeby się zbiegły przed podszyciem), gdyby jeszcze się skróciły, to bym się wkurzyła.

W domu jest raz przyjemnie, raz nerwowo i wrzaskliwie. Dzieciaki nie mają praktycznie zabawek, ale i tak rozwlekają wszytko niemożliwie. Gdy tylko na chwilę skupiłam się na jakiejś robocie, to zaraz miałam pryzmę do uprzątnięcia za plecami. Zaczynam nerwowych drgawek dostawać na takie widoki, bo to z jednej strony ciągle jeszcze stoją drabiny, rzeczy malarskie (nie napisałam, że Łu wczoraj szlifował gładź w korytarzyku, gruntował i malował); z drugiej w różnych kątach stoją pudła, wory; walają się zasłony, szpilki, skrawki materiałów; jednocześnie trzeba żyć, czyli np. zrobić śniadanie, ugotować obiad. Dzieciaki dostają rzucawki: tarzają się po wszystkim co się da a jednocześnie trudno je zagonić choćby do zgarnięcia brudnych skarpet.
Z miłych momentów to na przykład te, gdy robimy i jemy wspólne posiłki. Jakoś tak miło i sympatycznie to wychodzi. I widoki w koło (na razie tylko na niebo) przyjemne. To pa, prawdopodobnie do 5. stycznia (albo i później).

piątek, 19 grudnia 2014

Jutro będzie...

...WIELKI DZIEŃ! Taką przynajmniej mamy nadzieję. Zapakujemy ostatnie 'śmieci' i wyniesiemy się do chałupki. Ale po kolei...

Nad firankami spędziłam już cztery wieczory szyjąc (we wtorek byłam na wywiadówce, w środę na szczepieniu) i dwa piorąc w gorącej wodzie i prasując, ale są praktycznie gotowe. Zostało podwinięcie do odpowiedniej wysokości. Jest tylko mały szkopuł, mianowicie kupiłam za mało ślizgów z agrafkami. Nie wiem czemu, bo kupowałam zgodnie z wytycznymi na stronie kompletowania karniszy. Zabrakło tak gdzieś 120! Mały problem, bo w dwóch pasmanteriach, których byłam, takich ślizgów do karniszy nie było. Mam nadzieję, że jutro uda się coś znaleźć w sklepie, w którym kupowałam taśmę.
Zasłony wyszły w miarę. Mogłoby być lepiej, ale chyba nie będzie to wyglądać źle. Na pewno ostatnia jest dużo lepiej uszyta niż pierwsza. W trakcie szycia stwierdziłam też, że dużo lepiej byłoby szyć w innej kolejności: najpierw wszycie taśmy, potem podszycie boków. Dołu nie obszywać do ostatecznego podwinięcia. Mniej roboty, a i efekt będzie lepszy, bo nie będzie dodatkowego zgrubienia. Największy problem był ze szwem łączącym dwa bryty. Uszycie go prosto i tak, aby się nie marszczył materiał, nie jest proste. Ale nie wyszło tragicznie. Na razie pocieszam się, że szew zginie w fałdach. Zobaczymy jutro.
Czyli jutro czeka nas pierwsza noc w domku. Dzieciaki już się cieszą. Na razie będą spały w małym pokoju na dole, a my w salonie. Dlatego były potrzebne zasłony, bo jednak nie w smak mi było, żeby ktoś mi w łóżko zaglądał. Ale poza tym no problem.

Nie pisałam jeszcze, że w tym tygodniu zamontowali wentylację mechaniczną. Co to oznacza? Nie mam pojęcia. We wszystkich domach, z którymi miałam do czynienia wentylacja była grawitacyjna: nawiewało wszystkimi dziurami i nieszczelnościami, wywiewało kominami w kuchni i łazience. A u nas: budynek jest wybudowany maksymalnie szczelnie, świeże i ogrzane powietrze trafi prosto do pokojów. Czy dzięki temu nie będzie np. rosić na szybach? Pole eksploracji przed nami.

Po wielkim jutrze będzie kolejny dzień, już w nowych warunkach. Czy to oznacza, że 'długa droga do domu' dobiegła końca? Trochę to dziwne uczucie. Z jednej strony ciągle jest tyle do zrobienia, z drugiej jakiś etap zostanie podsumowany. Tym bardziej, że pewnie na dniach będziemy składać zgłoszenie użytkowania i budowa stanie się oficjalnie Domem. Co dalej? Co dalej? ;)

Dalej będą Święta. Takie nasze, rodzinne. Przyjadą rodzice, dziadkowie i siostra Łu. Przyjadą moi rodzice i Dana z chłopakami. Zabraknie Skorki i Buby :(. Może w przyszłym roku? Skooorkaa?
Ciekawe, na ile uda się pogrzać w domowym ciepełku? Może tu jeszcze za surowo? Nie będzie gdzie usiąść wygodnie, zapaść się w miękkości i przytulności. Ale może każdy znajdzie swój kącik i zajęcie dla siebie i będzie się dobrze czuł? Taką mam nadzieję.
Z pracą na święta jesteśmy już mniej więcej podzieleni. No, w każdym razie podzielone. Mama: uszka i ciasta. Mama Łu: pierogi w kilku odmianach, śledzie(?), ryby w galarecie; Babcia: ryby smażone; ja: barszcz, paszteciki, sałatkę, pierniczki, ciasteczka owsiane (wg przepisu Babci Marysi).
Łu pewnie będzie musiał zapewnić choinkę i doprowadzić jeszcze jakieś techniczne sprawy do należytego wyglądu. Np. przedsionek: ostatnio zdarł strukturę pracowicie przeze mnie naniesioną i teraz trzeba szlifować, gruntować, malować. Brr... Zapowiedziałam, że się już za to nie chwytam.
Przydałoby się jeszcze chociaż jakąś imitację lampy w ubikacji zrobić. Żarówkom na drucie (po doświadczeniach mieszkaniowych) mówimy stanowcze NIE. ;)
No nic, do roboty...




niedziela, 14 grudnia 2014

Trzy wieczory...

...z maszyną do szycia przede mną. Maszyna ma takie ciepłe światełko, to przyjemnie się przy niej siedzi. Trochę tylko plecy bolą. ;)
Jak pisałam: wczoraj pojechaliśmy do hurtowni tkanin. Dużo różnych było, ale w zieleniach i w czerwieniach nie. W każdym razie nie takich, jak chcieliśmy. Znaleźliśmy jeden szary (taki w tonacji płytek podłogowych, tylko jaśniejszy) materiał z grubym splotem, bodajże lniano-bawełniano-poliestrowy. Cena materiału i dodatków to 450 zł. Dzisiaj dotarła do mnie maszyna pożyczona od rodziców i cały wieczór obszywałam i zszywałam bryty. Pierwszy poszedł średnio - Łu potem pracowicie rozpruwał łączenie - ale kolejne już lepiej. Największy problem jest z zszyciem dwóch brytów, żeby za bardzo łączenia nie było widać. Grunt to nie naciągać tkaniny - sama ma się układać.
Maszyna szyje całkiem dobrze, nic się nie plącze, nie ściąga. Nici też chyba dobre (jedną całą szpulkę już 'wydziergałam' bez problemów). Zostały mi jeszcze trzy firanki do uszycia i taśmy do wszycia. Potem pranie - żeby się materiał zbiegł - i ostateczne podszycie. Chyba, że macie jakieś inne doświadczenia co do kolejności?
Mileno, jak widać namiaru na szycie zasłon już nie potrzebuję. Ale roletki przydadzą się. Szczególnie godne polecenia. Te, co mamy w mieszkaniu, po kilku latach (7?) rozpadają się. Choć być może, siłą rozpędu, uszyję również rolety rzymskie na okna w kuchni i jadalni.

piątek, 12 grudnia 2014

Znowu w domu...

...a właściwie w mieszkaniu. Tym razem pochorował się trochę Mi. W efekcie mam czas, żeby spędzić go z dzieckiem. Pogadaliśmy na tematy, na które zazwyczaj nie mamy czasu rozmawiać; spakowaliśmy trochę kolejnych rzeczy - dzisiaj Łu będzie woził; zaplanowałam menu na święta; przeglądnęłam przepisy, pomysły na prezenty. Okazja, żeby pobyć trochę w domu (no, w mieszkaniu) nie zdarza się często, więc trzeba ją wykorzystać maksymalnie!
O dziwo uda się dzisiaj załatwić kilka spraw, które nie byłyby załatwione, ale i nie były też zaplanowane. Z samego rana zadzwonił kurier, że czeka pod domem, bo przywiózł stację wentylacyjną. Ponieważ właśnie jechałam zarejestrować Mi do lekarza, to przy okazji wyładowaliśmy sprzęt. Potem przyszedł ktoś z firmy budującej przyłącze dla sąsiada. Zdziwił się, gdy mu powiedziałam, że przecież nie musi załatwiać podpisów wszystkich współwłaścicieli działki drogowej, bo jest to załatwione sądownie. Kolejna sprawa, to zadzwonił do Łu gość od bramy garażowej, okien i drzwi zewnętrznych, że dzisiaj mógłby poregulować i zobaczyć, czemu brama odstaje (Łu zauważył szczelinę). Czyli też dzisiaj uda się to chyba załatwić.

* * *
Dwa dni później:
Bramy nie udało się załatwić, bo gość się więcej nie odezwał. Szkoda trochę.

Na budowę zawieźliśmy już co się dało. Można by tylko zapakować pudła z ubraniami, środki do mycia, artykuły szkolne i pójść nocować tam. Ale... ale nie ma tam zasłon, a my musielibyśmy spać na dole, bo schodów jeszcze nie ma. Ponieważ do świąt już mniej więcej wszytko obmyślone, to te zasłony spędzają mi sen z powiek (i obecny post również powinien mieć tytuł 'bezsenne noce inwestora', bo wstałam przed 5). Jak napisałam krawcowa-firanowa wyceniła mi uszycie zasłon i rolet na 2200 zł. Zaczęłam więc grzebać po necie i netowe ceny były nie tak wiele mniejsze, to stwierdziłam, że gdy zrezygnujemy z rolet (ok. 700 zł), to u niej przynajmniej materiał zobaczę i dobiorę taki, żeby fakturowo mi się podobał. Poszłam, powybierałam, po czym wyszłam z wielkimi oczyma. Materiały, które w miarę mi pasowały powyceniała,ale na 2200-3600 zł za sam materiał! Najtańszy na 1600 zł (również za sam materiał). Podziękowałam i poszłam. Znowu wyceniłam sobie w necie (materiał dobierając 'na oko'):
(zdjęcia pochodzą z portalu Dekoria.pl)
Jednak znowu cena rzędu 1600-1800 zł, za materiał, który nie do końca nam się spodobał (ale był najładniejszy - w naszym mniemaniu - z tych wszystkich), to chyba jednak przesada. Jak gdzieś napisali: firanki zawsze można wymienić. Choć w naszym przypadku mówimy w każdym przypadku o całkiem sporej kwocie, w związku z czym nie przewiduję zasłon jednorazowych.
Ponieważ potrzeba około 32 m materiału szerokości 140cm, to w wariancie 10 zł/m wychodzi 320 zł za materiał. W Ikei znalazłam:
w cenach 16-20 zł. Już bardziej znośnie. Tym bardziej, że same tkaniny chwali mama Łu: że bawełna, że gruba, że się nie gniecie praktycznie. My chcieliśmy kolory trochę inne. Niebieski odpadł - przymierzyliśmy się z niebieskim szalem przy zapalonym świetle, i to zupełnie nie było TO. Za to soczysty zielony lub coś z dodatkiem czerwonego wyglądało, że będzie OK. A takich kolorów jakoś nigdzie nie możemy znaleźć. W jednolicie czerwonym materiale z Ikei czerwonego jest za dużo, a czegoś z dodatkiem, ale bez pstrokacizny nie znaleźliśmy. A te zielone i żółte nie pasują nam do czerwonej (wpadającej w pomarańczowy) zastawy, którą 'od Mikołaja', a conto prezentu dostaliśmy.
Znalazłam jeszcze namiary na hurtownię tkanin, gdzie się pewnie udam w sobotę. Jeśli tam nic nie znajdę, to będziemy się Ikeą ratować.

* * *
Tak to czytam, jakie próżne problemy mam. Może dobrze, że tylko takie?

czwartek, 4 grudnia 2014

Zwijamy się

Właściwie to data przeprowadzki nie była zaplanowana.
I dalej nie jest.
Jednak w ferworze walki z kurzem popakowałam różne durnostojki i kurzołapy - sama nie wiedziałam, że tyle ich mam! Jak zapakowałam, to załadowałam na osiołka i - wio - wywiozłam.
Idąc za ciosem poznosiłam pudła z kołdrami, śpiworami i innymi nie-niezbędnymi rzeczami. Zniosłam szafeczkę nocną.
Łu przyjechał przywożąc trochę pudeł. Widząc mnie walczącą z materią też się zabrał za pakowanie książek. Teraz korytarz mamy cały zawalony, ale regalik stoi pusty.
Ponieważ dzisiaj rano przybył pan wyprać kanapy (żeby nie wieźć brudnych), a wczoraj poprałam wszystkie pokrowce - to pokój obwieszony jest różnymi szmatami, niezbyt urodziwe poduchy w watolinie walają się po kątach, półki puste, kanapy i stół poprzesuwane. Żadnego ładu i składu, ale - mam nadzieję - jutro lub pojutrze wyklaruje się już.
Za kilka dni pewnie okaże się, że bardzo potrzebujemy czegoś, co jest wywiezione. I to będzie już chyba ten czas, żeby szybko zapakować ostatnie rzeczy i przenieść się do nowej rzeczywistości. Ciekawe jak będzie?...

Z suchych faktów... Spotkałam dzisiaj geodetę. Przez przypadek, bo umówieni byliśmy na jutro. Pogadaliśmy co gdzie przebiega. W poniedziałek ma zanieść mapy do 'powiatu', skąd gotowe papiery mają być za jakieś trzy tygodnie. Czyli może się okazać, że nie uda się nam wprowadzić do zgłoszonej chałupki. Mam nadzieję, że nikt nas przez te parę tygodni nie będzie ścigał. A może nie będzie o co?
Ubezpieczałam dzisiaj nieruchomości. Namieszałam zupełnie z cesjami, w chałupie wpisałam bank mieszkania, w mieszkaniu zapomniałam zaznaczyć cesję. Napisałam już gdzie trzeba, żeby sprawę odkręcić, ale nie dostałam jeszcze odpowiedzi.
Z firankami nie ruszyłam się. Za to wypytałam na okolicznej budowie drogi o dostawcę tłucznia granitowego. Namiary dostałam, zadzwoniłam: 860 zł za 25 ton materiału brutto. Zakładając, że na podjazd do garażu i kawałek drogi potrzeba dwie wywroty i jakieś 600-700 zł za pracę koparki, to w sumie wychodzi ok. 2400 zł. Ostatnio prosiłam 'koparkowego', który 'gładził' nam ogródek o wycenę. Wyszło mu 4,5 tys. zł!

środa, 3 grudnia 2014

- 'Mamo,...

...nie mogę oglądać tych głupotów, bo jestem małkowcem!'
To oczywiście Po. :)

Porządki, czyli...

...idą święta... idą święta...
Skręconą nogę Po (Po już szaleje, choć czasem noga o sobie przypomina) mogę traktować jak prezent przedświąteczny. Grzejemy się w rodzinnym ciepełku. Porządki na całego, co oznacza obwieszone wszystko praniami (wczoraj zrobiłam siedem, dzisiaj na razie cztery czy pięć), porozrzucane poduchy z kanap, powyciągane różne rzeczy z łazienki (szczotka do wc stoi obok drzwi wejściowych), wyrzucona część z szafek (zapudłowałam i wywiozłam już wszystkie płyty z muzyką i filmami). Trudno przejść, ale widać, że dzieciaki są szczęśliwe. Wcześniej było małe Waterloo, teraz jakoś spokojniej, ale widać, że kooperacja kwitnie. Aż trudno jakoś zagonić Mi do lekcji.
Od wczoraj na oknie czekają dwa listy do Mikołaja i jeszcze jedna karteczka, z komentarzem, że staruszek będzie sobie mógł wziąć drugą kanapkę z nutellą, jak rozwiąże zagadkę matematyczną. Listy leżą od wczoraj, może dlatego, że ktoś zapomniał przygotować te kanapki. ;)

Tak piorę te wszystkie rzeczy, coś staram się poukładać (już trzeci dzień) i myślę sobie: ile to czasu trzeba na przedświąteczne porządki! Patrząc na to, że zostały tylko trzy tygodnie, a tu termin przeprowadzki ciągle nieustalony, Łu zmaga się ze schodami i samochodem (konieczna naprawa), ja z zasłonami, geodetą, ubezpieczeniami, to czasu jakby nie było wcale. Chyba zaczynam wpadać w przedświąteczną panikę.

wtorek, 2 grudnia 2014

Porządki i...

...wredna matka. Tak, tak, to o mnie. ;)
Tytułem wstępu: Pola ma skręconą nogę i nie może chodzić. W efekcie jesteśmy trochę przykute do mieszkania. Pozytywnie jednak trzeba przekuć całą sytuację, więc może wreszcie wezmę się za sprzątnięcie zarosłych kątów, wywalenie czego się da, spakowanie do przeprowadzki. Na pewno nie można tego czasu zmarnować choć, przy jesiennej, depresyjnej i usypiającej pogodzie nie jest to łatwe.
Więc porządki... Wczoraj ogarnęłam 'po wierzchu', czyli teoretycznie mniej więcej nic się nie powalało. Niemniej nastał wieczór, kolacja, wieczorne mycie, kładzenie się spać. Dzisiaj śniadanie. Czyli sprzątanie od początku. Zabrałam się za układanie rzeczy, czyli branie ich z miejsca gdzie nie powinny leżeć i odkładać w miejsce bardziej oczywiste. Niekoniecznie idealne, bo po drodze np. pranie zdjęte z suszarki wygląda jednak tak, że trzeba będzie je wyprasować.
- Koce poskładać (mamy godzinę 11 a już po raz trzeci);
- ręczniki (wiecznie rozwalone! - naprawdę nie wiem jak to się dzieje) poskładane;
- trzecie sprzątanie po śniadaniu (tego też nie rozumiem! - jedliśmy w dwóch turach);
- gumki do włosów włożone do pudełeczka (wczoraj użyłam na Poli dwie a posprzątałam pięć);
- no i mnóstwo rzeczy, które biorę do ręki i nie wiem, gdzie mam wsadzić (np. kawałek ołowiu, który Mi dostał od dziadka na ciężarki do wędki - Mimi wędki jeszcze nie użył, ciężarki jakieś dostał a dopasowane można kupić, a mnie szkoda wyrzucić bryły ołowiu do śmieci ze względów ekologicznych);
- pozbierane i powieszone na lampie medale z biegów Mi (nikomu w sumie niepotrzebne, ciągle w niewiadomy mi sposób pojawiające się w różnych miejscach, no i kurzące się niemiłosiernie);
- pozgarniane drobiazgi Po (wrzucam do jednego pudła, skąd oczywiście wywędrowują);
- koraliki Po i kulki do strzelania Mi sumiennie zbieram odkurzaczem z nadzieją, że to już ostatnie, a one wyłażą chyba ze wszystkich dziur w ścianach - horror po prostu;
- ścieranie blatu w kuchni (też tak macie, że ilekroć wchodzicie do kuchni, to blat jest brudny?);
- wstawiona zmywarka (za chwilę wywleczone kolejne dwa brudne kubki z półki Mi);
- wstawione pranie (po chwili wygrzebane ubranka Po zza kosza w łazience i ubrania Mi wciśnięte w kąt za półkami ((co już pierdyliard razy skończyło się karczemną awanturą, wywalaniem na środek wszystkiego, samodzielnym sprzątaniem przez Mi, ale ciągle NIE DOTARŁO, że tak się nie robi)) );
- przygotowanie 'dyżurnego' worka na śmieci w dziecięcym pokoju i pudła na recycling (przy każdym sprzątaniu wywalam jakieś tony papierów, połamanych zabawek, pierdółek dodanych do słodyczy (uwierzcie, nigdy nie kupuję zestawów słodycz + zabawka, bo trzęsie mnie na sam widok tych dodatkowych śmieci, ale one ciągle się pojawiają, chyba znowu z 'dziur w ścianie');
- ogarnięte parapety (notorycznie zakurzone, ale ponieważ ciągle ktoś coś na nich kładzie, mimo moich nieustających sprzeciwów, to ot, tak przetrzeć ścierką nie da się - trzeba najpierw odgruzować).

Żeby nie było, że mam czas pisać, to od rozpoczęcia tego posta zdążyłam już postawić czwarte pranie, ugotować dwudaniowy obiad (rosół z makaronem, ziemniaczki z kotletami mielonymi - siedzę w domu, to przynajmniej obiad taki 'po domowemu' w odróżnieniu od tych wszystkich ryżów i makaronów na szybko). Przybyło też parę nowych rzeczy do odgruzowania, bo Po zdążyła wygrzebać z 'dyżurnego' worka na śmieci kilka śmieci, książeczki, gazetki, zaparzaczkę do herbaty, słuchawki itp. (tyle w zasięgu wzroku).

Ponieważ post jest pisany na raty, to i pewnie trochę taki nieskładny wyjdzie. Ale mam nadzieję, że w końcu go skończę. Może i jakąś puentę znajdę?


Sprzątam w każdym razie i sprzątam. W międzyczasie gotuję, czytam bajkę o rybaku i rybce, składamy z Po literki (coraz więcej ich zna i pewnie niedługo zacznie sama coś składać, bo całkiem dobrze jej idzie), bloguję, odbieram telefony od jakiejś zagubionej duszy z ING Bank Śląski (jeśli dobrze zrozumiałam), negocjuję z geodetą, wysyłam Łu dyspozycje co do jakichś wydruków, rozczarowuję się wyceną pani od firanek (najtańsza opcja za zasłony na trzy wielkie okna i dwie rolety rzymskie to około 2200 zł), no to jeszcze zrobiłam sobie kawę. A co! Tak na uspokojenie na skołotane nerwy. I ciągle jeszcze nie dotarłam do planu na dziś, czyli do rozgrzebania jakiejś szafy pod kątem przeglądnięcia rzeczy: co do wyrzucenia, co do spakowania, co do zostawienia 'na ostatnią chwilę'. 'Jakby co, to zrobię to jutro, przynajmniej trochę bardziej posprzątane będzie, to prędzej się do tego zabiorę' - myślę sobie, ale nie, bo dzwoni Łu, że już mi na jutro czas rezerwuje, bo przyjdą panowie drzwi poprawić. A jeszcze mnie Po ciągnie na spacer. I tu mam najwięcej wyrzutów sumienia i w środku woła 'idź na spacer!' a gary wołają 'wyłącz nas i ogarnij', a pralka 'właśnie kończę, zaraz będziesz musiała powyciągać i wsadzić kolejne', a odkurzacz 'to już skończyłaś? to przynajmniej mnie pozbieraj ze środka', pranie: 'ciągle tu leżymy niepoprasowane' itd. itd. Kociokwik jednym słowem. Uff...

O wrednej matce też miało być. No to jestem. Mam nadzieję, że po tym powyższym wywodzie, to jakoś bardziej zrozumiałe będzie, że gdy przyjdzie Mi, zostawi za sobą ścieżkę: plecak, czapka, kurtka, buty; o lekcjach powie, że nic nie ma, po czym, gdy jednak bardziej zainteresuję się zeszytami, okaże się, że jednak są przynajmniej z trzech przedmiotów; gdy go wreszcie pogonię do sprzątnięcia butów, to okaże się, że błoto z nich rozsypane jest po całym korytarzu; gdy po raz n-ty przypomnę o lekcjach; to w pewnym momencie po prostu wyjdę z siebie (stanę obok) i wydrę się w niebogłosy. I wtedy, jeszcze tylko w spojrzeniu, zobaczę: 'jaka wredna matka!'.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Życie rodzinne

- Mama, jesteś ode mnie wyższa o część portretową! - powiedział Miłosz, gdy przymierzyliśmy się 'dokąd mi sięga'. :)

* * *

Jedziemy sobie samochodem, Polka zagaja dyskusję na temat zwierząt zasypiających na zimę:
- No, bo są różne zwierzęta, które zasypiają na zimę. Na przykład zebra...

* * *

Większość weekendu spędziliśmy w domu. Trochę coś robiliśmy, trochę sprzątaliśmy, trochę skręcaliśmy meble dla dzieci. Z dzieciakami kupiliśmy też karmnik dla ptaków (taka butelka, z której wysypują się ziarenka do podstawki) i karmę. Karmnik zawiesiliśmy na jesionku. W niedzielę mogliśmy się walnąć na podłodze w jadalni i obserwować zza szyby stadko czyżyków pędzlujących karmnik. Wypatrzyliśmy też rudzika, który chyba mieszka w stercie desek i innych drewnianych odpadów pobudowlanych. Nagle jednak słyszymy, jak Po mówi:
- Ja to jednak najbardziej lubię sikorkę zimoworkę!


piątek, 28 listopada 2014

Certyfikat energetyczny - podsumowanie

--- Blok reklamowy ---
Zgodnie ze spodziewaniami współpraca z wykonawcą certyfikatu przebiegała bez zarzutu i spokojnie mogę zarekomendować RW Projekt z Białegostoku. Mimo, iż to przeciwległy koniec Polski, to świadectwo dostaliśmy w ciągu 4 dni do rąk własnych. Wykonanie i kontakt bez zarzutu, przy najniższej, znalezionej przeze mnie cenie.
---------------------- ;)

Czyli certyfikat już mamy. Do zakończenia formalności brakuje nam prac geodety. No i podsumowania z kierownikiem budowy. Oznacza to, że przed końcem roku powinniśmy się wyrobić ze złożeniem zgłoszenia użytkowania budynku. Git.

Ale o certyfikacie miało być.
Najważniejsze parametry:
- wskaźnik rocznego zapotrzebowania na energię użytkową - EU = 41,3 kWh/(m2•rok),
- wskaźnik rocznego zapotrzebowania na energię końcową EK = 16,2 kWh/(m2•rok),
- wskaźnik rocznego zapotrzebowania na nieodnawialną energię pierwotną EP = 59,0 kWh/(m •rok),
i dodatkowo
- wskaźnik rocznego zapotrzebowania na energię użytkową na ogrzewanie i wentylację EUco = 17,29 kWh/(m •rok).

W skrócie oznacza to tyle, że mamy dom o zużyciu energii na grzanie na poziomie domu niskoenergetycznego, czyli prawie pasywnego. I o taki wynik nam chodziło. Co to oznacza? Powinniśmy zobaczyć na rachunkach. Jak na razie Łu tylko przykręca ogrzewanie, bo mimo że nie mieszkamy, nie gotujemy, nie grzejemy własnymi ciałami, komputerami i innymi rzeczami, to na górze jest ciągle 22 st.C. Jak dla nas za dużo.

* * *

Towarzysko, wiem, niestety, zaniedbuję odpowiadanie na komentarze. Nie wyrabiam. W zasadzie powinniśmy się przeprowadzać. I jest gdzie. Ale czasu na przeprowadzkę jakby brak. Urlopy powybierane. Zostało mi kilka dni, które na święta trzymam. Ostatnio po powrocie z pracy jestem tak zmęczona, że około 20 nie mam już siły na nic i staram się kłaść wcześnie. Rano starałam się coś wywieźć na budowę. Udało mi się z resztą kwiatów, ale to wszystko. Jutro może pojadą półki z zabawkami Po i fotel z łazienki. Staram się wywozić to, czego nie potrzebujemy, ale np. ciuchów jeszcze nie chcę, bo z korytarzykiem jeszcze nie skończyliśmy. Pisałam? Nałożyłam strukturę, ale brzydko to wygląda i Łu szykuje się do zdarcia i położenia jednak gładzi. Jak o tym myślę, to cierpnie mi skóra. Brr...
W tygodniu mają podobno montować konstrukcję schodów. Obawiam się tego bardzo, bo to sama konstrukcja pod stopnie. A gdzie pomysł na balustrady i poręcz? Do stopni jeszcze też nawet wykonawcy nie mamy wybranego. Szukam na oferteo, ale kiepsko mi idzie. Boszzz, ile roboty jeszcze, którą powinniśmy zrobić przed zimą; a ile przed przeprowadzką! A tu czasu jak na lekarstwo. Łu tylko opędza to, co na budowie wyskakuje w ciągu tygodnia. Dobrze, że ma taką możliwość, ale potem siedzi do 20 w pracy.
Byle do wiosny...

niedziela, 23 listopada 2014

Certyfikat energetyczny

Dzisiaj o tym papierku. Papierek jest wymagany przy zgłoszeniu do użytkowania - co mamy zrobić, więc zaczęłam szukać wykonawców. Popytałam w okolicy, poszukałam w necie. W okolicach Wrocławia ceny oscylują między 200-300 zł. Poszukałam gdzieś dalej, znalazłam ofertę za 119 zł. Napisałam, ale gość się nie odezwał. Trudno.
Zgłosiłam się na oferteo. W ciągu doby dostałam 3 oferty. Najbliższa w cenie standardowej dla okolic (200 zł). Trochę dalsza (Rybnik) 130-150 zł. Z drugiego końca Polski (Białystok) 100 zł brutto + 10 zł przesyłka. Pewnie jeszcze napiszę coś, jak przebiegła współpraca (na razie kontakt bardzo OK), ale różnica w cenach rzędu 200 % jest zadziwiająca, tym bardziej, że tutaj jest duża konkurencja.

Zobaczymy jeszcze jak wyliczenia. Łu spodziewa się, że wynik będzie ok. 10% lepszy, niż w oryginalnym projekcie.

sobota, 22 listopada 2014

Nie wiem kto ma więcej szczęścia...

...my czy wykonawca, ale fakt faktem, że znowu zima odwołana. A przynajmniej przymrozki przeniosły się dopiero na piątek. I dzisiaj... tadam... wykonawca obtrąbił skończenie elewacji. Mały drobiazg, że jedna ze ścianek (na głównym budynku, na styku z garażem) jest szara, a druga w połowie szara a w połowie biała. Cudnie jest, robota skończona. Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdyby coś jeszcze nie było do zrobienia, mianowicie listwy trzymające folię kubełkową. Ale to taki drobiazg, że nie będziemy zaprzątać sobie nim głowy. Dodatkowo wykonawca wybetonował najazd do garażu. Oczywiście znowu nie byłby sobą, gdyby nie zabrakło dwóch worków cementu. Łukasz pomknął do Castoramy uratować sytuację.

Z dzieciakami wzięliśmy szpadel i chcieliśmy kopać tego batata, o którym pisałam w poprzednim poście. A tu mały zonk, bo żadnej bulwy nie było. A wilec to na pewno, bo nawet kwiaty ma identyczne, jak na tym obrazku [zdjęcie ukradzione z forum ogrodniczego.]
No i o co chodzi? A już mi się roiły pieczone w ognisku bataty. W każdym razie roślinę wykopałam, usunęłam wszystkie przemarźnięte pędy, powsadzałam do trzech doniczek. I tu mały problem, bo rośliny docelowo mają zimować w pomieszczeniu nad garażem, a pomieszczenie dopiero 'się robi'. Wetknęłam doniczki pod schody w garażu, żeby za bardzo nie przeszkadzały. Pewnie powinnam je podlewać co jakiś czas, ale znając mój czas, to obawiam się, że do wiosny mogą nie przetrwać. Ale może...
Zagłębiłam też w ziemi doniczki z szczepkami na żywopłot. Trochę się obawiałam, czy stojąc w doniczkach nie poprzemarzają za bardzo. Cieszę się ogromnie, bo wygląda na to, że przyjęły się zarówno ogniki (w dużej ilości) jak i co najmniej 2 ostrokrzewy, i te takie krzewy o liściach podobnych do laura (znowu nie pamiętam nazwy). I nawet jedna trzmielina malutka rośnie w doniczce. Lubię takie roślinki, co je 'od małego' mam. Czasem sama się dziwię, że ze mną wytrzymują, bo traktuję je często po macoszemu, znaczy się przypominam sobie o nich, gdy już wołają rozpaczliwie. Ale jakoś dają radę. Pewnie, gdybym o nie bardziej dbała, nawoziła jak trzeba, przesadzała na czas (a nie gdy już z doniczki wychodzą), byłyby piękniejsze i zdrowsze. Ciągle jednak jakoś dają radę. Kwiatki w doniczkach, które przeniosłam już tydzień czy dwa temu do chałupy, jakieś takie bardziej zadowolone i puszczają nowe listki.

Łu dzisiaj poprzykręcał wszystkie klamki. I znowu kroczek bardziej domowo. Ja z kolei pomalowałam przedsionek (miałam nadzieję ostatni raz) farbą, z takim dodatkiem strukturalnym, który miał ukryć niedoskonałości gładziowania. I kicha. Ani wady nie są ukryte, ani struktura nie powala urodą. Wygląda ble... Miał być taki zwykły baranek, ale jakoś tak strasznie nierówno to powychodziło, choć się starałam. Dodatkowo jeszcze zabrakło na część ściany (na szczęście tam będzie szafa). I teraz nie wiemy co robić: dokupić jeszcze struktury i starać się wyrównać rzucik, czy zdzierać wszystko i wrócić do gładziowania? Miał być koniec roboty, a jest jej jeszcze więcej. Jutro pomyślimy.
Udało się za to udomowić jeszcze Poli łóżeczko. Łóżeczko ma na wezgłowiu psa i kota. Jakoś go w ofercie Ikei nie widzę, to nie pokażę.

'Takie dziwne czasy'...

...próba druga. Poprzednio, jak widać, nie udało mi się napisać więcej niż zdanie. Z tych zaplanowanych. A opisywania mam dużo. A tego, co chciałam poprzednio (o tym, że nie ma się czasu pomieszkać), to już chyba innym razem.
Może zacznę od elewacji, co to ciągle jeszcze skończona nie jest. Już trzy tygodnie! :( Patrząc na to, że miała przyjść już zima i temperatury poniżej 0 (a potrzebne są wyższe niż 5 st.C), to może się okazać, że w takim stanie chałupka przestoi do wiosny.
Z daleka nie wygląda to źle, ale jednak część cokołu i wąska ścianka budynku od strony garażu są tylko pogruntowane. Może wizytator z banku nie zauważy i odfajkuje gotową elewację a my będziemy mieli powód, żeby jednak do skończenia nie płacić.
Co się stało z samym tynkiem, czyli dlaczego go zabrakło, to nie wiemy. I jest to drażliwy temat, który nie wiemy jak rozwiązać. Z jednej strony z wykonawcą współpracujemy od początku budowy. Z drugiej, nie tylko tynków było ciągle mało. Próbowałam kontrolować ilość zużywanych materiałów, ale przy braku permanentnej kontroli było to niemożliwe. Nawet do tego stopnia, że prosiłam zamawiając cement w hurtowni, żeby zaznaczyli mi markerem worki. Nie było szans na doliczenie się. Jeszcze nie wiem, co ostatecznie zrobimy z tymi tynkami, tym bardziej, że kilka prac jest ciągle do wykonania.

W środku pojawiły się drzwi. Zdjęcia nie mam. Proste, białe, ramiak dookoła i płycina. Jak pisałam wcześniej: bez klamek, więc wczoraj Łu pojechał nadrobić ten drobiazg. Aha, mam jakieś zdjęcie z klamką:
Wyszło, że wszystkie klamki to chińszczyzna. Urodą i dopasowaniem nie powalają. Jednak teraz musieliśmy wybrać coś, co po prostu spełni swoje zadanie. Poza problemami z klamkami wyszło też, że otwory są za wysokie, trzeba było 'na gwałt' czymś uzupełniać. Teraz w niektórych drzwiach jest szczelina nad framugą, którą trzeba będzie jakoś zaklajstrować, zaakrylować i pomalować.

W ubiegły weekend udało się nam pojechać do Ikei i zakupić dzieciakom łóżka. Na zmontowanie czasu jeszcze nie było. Może dzisiaj?

Kolejna sprawa, z którą Łu mnie pogania, a na którą, jak myślę, obecnie nas nie stać, to zasłony. Cały dół jest praktycznie otwarty i widoczny z każdej strony świata. Wcale by mi to nie przeszkadzało, gdyby nie fakt, że na początku będziemy tam również spać. Poza tym trzeba w miarę jednolicie dobrać wystrój i do tych wielkich okien, i do okna kuchennego (nad zlewem), i do okna w jadalni. Nad tymi wielkimi oknami trudno zawiesić jakieś zwykłe, proste karnisze. No i jest też problem, jak zasłony odsunąć 'na bok' tak, żeby nie zasłaniały sporej części okna. Materiału w końcu będzie bardzo dużo. Podczas bytności w Ikei znaleźliśmy takie systemy szynowe z zakrętami. Zastanawiam się, czy tej dużej ilości materiału nie przesuwać po prostu na ścianę boczną? Na mniejszych oknach chcielibyśmy zrobić rolety rzymskie, czyli takie podciągane do góry. Jednolitość mógłby zapewnić materiał - jednakowy i na dużych i na mniejszych oknach. Łu (mi zresztą też) podobają się tkaniny naturalne, typu lnu tkanego. I jakieś takie, w kolorach naturalnych, znaleźliśmy w I., ale... Dzisiaj przyszło mi do głowy, żeby jednak zasłonami nadać kolor wnętrzom. Co myślicie o bławatkowym niebieskim? Na lnie powinien być taki lekko przygaszony, stonowany, a jednocześnie łączyć bądź zastępować niebo za oknem. ;)

Ze spraw finalizujących budowę, to mamy już nadany numer adresowy. Numer 7 stał się faktem. :) Uruchomiony jest też geodeta, poszukuję również kogoś, kto wykona świadectwo energetyczne. Ponieważ ktoś, kto miał niskie ceny, nie odpisał na maila, to wystawiłam się na oferteo. Ze spraw formalnych zostanie nam domknięcie sprawy z kierownikiem budowy. I chyba wszystko.

Okazało się też, że zrobiłam sobie niespodziankę w ogródku. Wiosną kupiłam COŚ, co pani mi zachwalała. Podawała nawet nazwę, ale zapomniałam, i przez całe lato starałam się dowiedzieć co to jest. Bezskutecznie. Dwa dni temu oglądałam 'Maję w ogrodzie', gdzie pojawiło się coś, co miało takie same liście, choć innego koloru. Ale... bingo. Okazało się, że mam w ogródku wilca ziemniaczanego, czyli batata. Przynajmniej wiem, że muszę go wykopać. I, jeśli znajdę czas, to może uda mi się wysadzić bulwy do doniczek. Choć, ponieważ Po od nocy kaszle jak opętana, może zabraknąć czasu i na to. :(

czwartek, 20 listopada 2014

Takie dziwne czasy...

...nastały, że człowiek nie ma czasu pomieszkać. Ani nawet napisać. Już muszę lecieć. Pa.

poniedziałek, 17 listopada 2014

'Jestem kwiatem lotosu...

...kołyszącym się na spokojnej tafli jeziora...'
'Jestem kwiatem lotosu kołyszącym się na spokojnej tafli jeziora...'
'Jestem k... kwiatem'...

Tynków że brakło pisałam. W piątek domówiłam 4 opakowania 25kg białego i jedno szarego. W sobotę zabrakło białego. Mi uszami para poszła, ale domówiłam jeszcze jedno opakowanie. Dzwonię dzisiaj na budowę pod koniec dnia z pytaniem jak idą prace.
- Eee, bo tynku zabrakło...
- Jak to zabrakło? Nie jest skończone?
- Jest skończone. Szpalety są skończone, lukarna jest skończona...
- Niech mi pan nie mówi co jest, tylko czego nie ma!
- No bo zabrakło, to się zrobi szare i pomaluje...
- Ile zabrakło?
- No kawałeczek, ale nie mają małych opakowań, tylko po 25 kg.
- Jaki kawałeczek?
- 1 m2.
- Nosz kuku mać.

Łu właśnie siedzi i liczy te metry elewacji, bo mi nie wierzył. Ja namierzyłam 229 m2. W tym mały naddatek.
Siedzi, i liczy te metry:
- Bo wiesz, jutro montują drzwi.
- O, fajnie. Zapomniałam.
- Tylko klamek nie będzie.
- Jak to 'nie będzie'?
- A zamawiałaś jakieś?
Ja byłam przekonana, że wybieraliśmy.

Czyli budujemy dom bez klamek. 'Witajcie w małpiarni'. Vonnegut jest całkowicie na miejscu.

sobota, 15 listopada 2014

Bezsenne noce inwestora...

...tym razem z powodu tynku.
Nie, nie, tynk w porządku. Wygląda ślicznie i z daleka, i z bliska. Przynajmniej w naszym mniemaniu. Ale... Zabrakło materiału. 'Pani dokupi'. Liczę, liczę, i doliczyć się nie mogę i nie wiem o co chodzi. Policzyłam elewację, w bardzo dużym zaokrągleniu w górę. Obecnie zużycie tynku wychodzi na poziomie 3,05 kg/m2 wobec 2,7 kg/m2 deklarowanej przez producenta i 2,4-2,5 kg/m2 deklarowanej przez sprzedawcę. Poszukałam w necie jakie są doświadczenia ludzi, co piszą producenci, to mniejsze bądź większe zużycie zależy od jakości tynku (my mamy dobrej bo Caparol) i gładkości ścian (ściany gładkie, bo to metoda BSO, a do tego robione przez tego samego wykonawcę). Zużycie materiału większe o 15-25% przerasta moje pojmowanie.
Wpadłam wczoraj rano na budowę i z kupionych 23 baniaków materiału naliczyłam 15.
Samo powyższe niby jeszcze o niczym nie świadczy, ale czuję się rąbana. Tym bardziej, że w trakcie budowy ciągle brakowało jakichś materiałów. Ciągle utyskiwałam, że nie nadążam kupować. Próbowałam jakoś kontrolować zużycia, ale ktoś by musiał ciągle bywać na budowie, żeby to ogarnąć. Nie ma. Nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Wystarczyło w każdym razie, żeby się obudzić o 2 w nocy, bo może jednak coś źle policzyłam czy coś.
Więc jeszcze raz, dokładniej. Trochę skorygowałam, ale ciągle dużo za dużo. Ech...

Jutro (dzisiaj) mnie nie będzie na budowie, żeby wyjaśniać te sprawy. A z nas dwojga, to ja robiłam za tego złego policjanta. Do czego w sumie chyba średnio się nadaję.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Dwa dni ciężkiej pracy...

...za nami.
Dzieci u dziadków, my na budowie. Łu walczył z włącznikami zmierzchowymi do świateł zewnętrznych. Dwa dni, trzy wizyty w marketach na Bielanach, a końca jeszcze nie widać. Musi się uporać przed jutrzejszymi pracami na elewacji, więc z samego rana trzeba będzie pędzić na budowę. Teraz jeszcze siedzi i zasuwa z projektem schodów. Coś trzeba zupełnie pozmieniać.
Ja na spokojnie. Wczoraj robiłam ostatnie malowanie kuchni i salonu na dole. Na szczęście wcześniej już dwukrotnie wymalowałam wszystkie wnęki okienne i inne trudniejsze miejsca. Teraz zostało głównie pociągnąć równo po dużych powierzchniach i domalować szczegóły. Dzisiaj z kolei zagruntowałam i pomalowałam łazienki. Nie bez przygód, bo...
...na budowę przywiozłam sobie kapcie. Takie skórzane 'góralskie'. Wsuwane. I co weszłam w nich na drabinę to zaczynałam dostawać głupawki, bo Łu mnie wcześniej ostrzegał, żebym uważała, bo jak wejdę na drabinę to mogę wyjechać z tych kapci. Wizja wyjeżdżania z laczków na drabinie była cokolwiek zabawna.
...łazienki chciałam skończyć za jasności. Nie udało się (Dana sorry, że się Tobą nie zajęłam, ale naprawdę chciałam się uwinąć przed zmierzchem, a skończyłam około 21). Łazienkę na górze kończyłam 'na pamięć', co pewnie zaskutkuje plamami. Na ostatni fragment łazienki na dole zabrakło dosłownie szklanki farby. Co robić? Ponieważ farby były Beckersa, to wiedziałam, że w sklepach są próbki tych farb. Lepiej wziąć kilka próbek, niż 2,5 litrowy baniak. Popędziłam więc na Bielany. Niestety, białej farby nie było w próbkach. :( Wzięłam najmniejsze możliwe opakowanie podobnej farby, czyli litr Śnieżki (kuchnia + łazienka), dodatkowo 5 próbek czerwonej (w łazience będzie dosłownie ok. pół metra kwadratowego pomalowane na czerwono - mniej więcej jak na projekcie). Łu kupił całe 2,5 litrowe opakowanie Beckersa Deep Ruby. Ale szkoda je napoczynać. Może uda się oddać? A może komuś się przyda?
Kolor, wg mnie, nie będzie nam pasował, bo jest taki czerwony wpadający w malinowy. Ale Łu mówi, że będzie pięknie. Pół metra pomalować, to nie problem, więc stwierdziłam, że nie będę się kłócić tylko zobaczymy jak wyjdzie. ;)
W każdym razie mam nadzieję, że malowanie łazienek na finiszu. Choć ostatecznie okaże się to jutro, przy dziennym świetle.
Dodatkowo pojechałam akrylem w kuchni i teraz jest już (prawie) ślicznie wykończone. I nie będę teraz myśleć nawet nad tym, co jeszcze jest do zrobienia. O nie! Pomyślę o tym jutro. Tym bardziej, że bełkoczę już chyba niemożliwie.

sobota, 8 listopada 2014

O wszystkim...

...i o niczym. Z pigwą na koniec.

Mam jakąś blokadę na pisanie. Coś się dzieje, mam jakąś zajawkę, żeby coś mądrego napisać, a potem nic nie pamiętam. 'Coś mądrego' w znaczeniu takiego łapania chwil. Tych momentów, kiedy coś się 'zauważa' i to wydaje się takie... brakuje mi słów... fajne? ważne? podniosłe? W takim małym wymiarze, który zaraz gdzieś ucieka, ale zostaje jakiś okruch w sercu. Boszzz, jak ja nie cierpię takich określeń! ;)

Tydzień kolejny minął. Kuchnia stoi - nie pokażę. A raczej pokażę, ale pod kontrolą. Kto nie ma linka, to poproszę o informację. Ostatnio kilkukrotnie zmienialiśmy zarządzanie zdjęciami, więc stare linki nie działają. Choć, jeśli chodzi o kuchnię, to ostatecznych zdjęć jeszcze nie ma. Może dzisiaj wieczorem wrzucę.
W każdym razie miło, że można sobie herbatę zrobić, usiąść i popatrzeć w okno. Oczywiście zaraz widać, ile jeszcze rzeczy trzeba zrobić i znowu człowieka ogarnia myśl, że tyle już zrobione, a ciągle ta droga daleka. Dziwne to też uczucie, że się siedzi w takiej - jeszcze obcej - kuchni. Ale z tą świadomością, że nie ma nikogo, dla kogo byłaby ona mniej obca. I w najbliższym czasie czeka nas wzajemne oswajanie się. Jak ze zwierzątkiem?
W ramach oswajania zapakowałam już troszkę gratów, jakieś herbaty, sztućce, garnek, i umieściłam w szafkach i szufladach. Dzisiaj prawdopodobnie ugotuję (no, może bardziej odgrzeję) obiadek, czyli na posiłek nie trzeba będzie wracać do mieszkania. Może i na śniadanie tam pojedziemy? Czekam aż Łu wstanie i powie coś na ten pomysł.
Choć w pierwszej kolejności planujemy pojechać na zakupy. Trzeba kupić parę rzeczy do domalowania, czy wykończenia niektórych miejsc. No i chciałabym też kupić wszystkim kapcie, bo albo chodzimy w butach - co zawsze się kończy naniesieniem błota, albo na bosaka - co zaskutkowało dziurami w rajstopkach Po i skarpetach Mi. Znaczy się dzieciaki szaleją, bo miejsca do biegania mają dosyć. W małym pokoju na dole znalazły się wszystkie opakowania tekturowe po meblach i w tej chwili - po szaleństwach - trudno tam wejść. Może więc jednak dla dzieciaków nie jest to taki straszny okres? Mimo naszych ciągłych zakazów, poganiań i połajanek. Ciekawe, jakie będą mieli wspomnienia za kilka lat. Ja w sumie nie mogę narzekać. Nie skończyło się (na razie) jakąś katastrofą. Chałupa stoi, w całkiem (jak myślę) dobrym standardzie zbudowana. Gdy pomyślę sobie, że mogliśmy kupić dom od dewelopera, to wiem, że bym nie chciała. Że to, że ten znam niemalże od podszewki, dużo daje dla takiego poczucia osadzenia w odpowiednim miejscu, oswojenia. Porównując do kuchni: gdybyśmy sami choćby poskładali meble, to pewnie bardziej bym się czuła 'oswojona'.
A dzieciaki znalazły sobie jeszcze jedno zajęcie, mianowicie nocną eksplorację działki. O dziwo Po nie ma żadnego stracha i biega za Miłoszem. Miłosz ostatnio ma fazę bycia w innym świecie. Świecie walki, podchodów, śledzenia. Po ciemku szukał dzikich zwierząt i - podobno - udało mu się zobaczyć kunę, czy coś takiego.
Jeszcze o zwierzątkach: ostatnio, gdy wychodziłam z Po z przedszkola, to na trawniku przed buszował jeż. Pola była zachwycona. Bardzo mnie korciło, żeby go zgarnąć i przywieźć do nas. Tym bardziej, że był stosunkowo niewielki, czyli może zimy nie przetrwać, a obok przechodzi też ruchliwa droga. Ponieważ jednak gdzieś jeszcze jechałyśmy, to jeż został. Mam nadzieję, że powodzi mu się dobrze, choć teraz codziennie, gdy idę po Polę, to wypatruję, czy gdzieś tam się nie kręci. Miło byłoby mieć takiego gościa w ogródku.
W chałupie to nie wszystko. Od poniedziałku trwa tynkowanie. Niestety, prace nie posuwają się jakoś dynamicznie. Muszę jeszcze zobaczyć, co wczoraj zrobili, ale do czwartku to otynkowana była połowa jednej ściany szczytowej. Patrząc na to, że i nie wszystko jest pogruntowane, to robota idzie jak krew z nosa. Na szczęście na razie temperatura ma nie spadać poniżej 5 st.C, ale za to pada i jest mokro. Co chyba też nie jest za korzystne. Mam nadzieję, że do końca przyszłego tygodnia jednak skończą, choć nie zdziwiłabym się, gdyby nie. A obiecywali tydzień. Ech...

Jeśli zaś chodzi o pigwę, to w ramach udomawiania się zrobiłam dzisiaj takie coś, właściwie nie wiem co to jest. Ma być do herbaty. Trzeba było pigwę pokroić, przesypać cukrem, zostawić na parę dni potrząsając od czasu do czasu, po czym zawekować. Ja zmieniłam przepis o tyle, że dodałam limonkę i cytrynę. Zastanawiam się jeszcze, czy ostatecznie nie zalać miodem, ale wtedy musiałoby stać bez wekowania. Może wypróbuję część i w taki sposób.
Z pigwą doświadczenia nie mam żadnego. Podobno po wojnie było ich dużo w poniemieckich ogrodach, ale Polacy jej nie znali i nie wiedzieli co zrobić z tą twardą i niesmaczną 'gruszką'. Mama Łu opowiadała, że większość drzewek wycięli. Ja planowałam posadzić w ogródku, ale przestraszyłam się, że to podobno duże drzewo rośnie. Trochę mam za mało miejsca na duży sad, a tym bardziej duże drzewa. Te co posadziłam będę chciała utrzymać w ryzach. Może jednak kiedyś posadzę pigwowca, bo owoce tych krzewów, z którymi miałam do czynienia, pachniały dużo bardziej niż te pigwy, co je dzisiaj przygotowywałam. Czemu?

poniedziałek, 3 listopada 2014

Przyspieszenie...

...znowu.
Dziś od rana coś się działo na budowie. Najpierw zjechały rusztowania. Stanęły i... stoją. To chyba wszystko, co wykonawca na dzisiaj przewidział. Musiał (chyba wbrew sobie) trochę dłużej pobyć na budowie, bo miał jeszcze odebrać tynki i rynny. Odebrał, bo materiał jest w garażu, ale na tym prace zakończył. Poleciał chyba na tę budowę, co to ją tłucze od paru miesięcy. A na nas nie ma czasu.

Łu po pracy pojechał wykańczać gładzie w korytarzyku. Na szczęście nie zdecydowaliśmy się na gładzie w całej chałupie, bo - po wyliczeniach - wyszło tego około tony. Bodajże 2000 zł za materiał i 25 zł za metr robocizny. Dziękuję.
W zasadzie to nawet nie wiem, czemu je robimy w korytarzyku. Czemu nie został tam zrobiony tynk, jak wszędzie? Nie wiem. Może Łu miał jakąś inną koncepcję? A wyszło, że trzeba było coś połatać, bo ściany nie nadawały się do pomalowania po prostu, a jakieś okładziny też nie wyszły? W każdym razie wczoraj i dzisiaj Łu gładziuje korytarzyk i taką nadbudowę nad meblami w kuchni.
Dobrze, że Łu na budowie, bo dostałam telefon, że jadą lodówka i zmywarka. Załapaliśmy się na 'super' promocję, że dowóz gratis. Dowóz niby tak, ale wniesienie już nie. Za prawie 40 zł musiałam dokupić wniesienie po trzech schodkach! bo nie wiedziałam, czy damy radę we dwójkę, i czy w ogóle we dwójkę będziemy mieli możliwość je odbierać. Nie mieliśmy. Ale i tak musiałam zostawić dzieci same w domu i pędzić na budowę, bo jakieś papiery z kupna były potrzebne. Drugi 'bonus' dostawy polegał na tym, że niby darmowa, ale czas dostawy między 11 a 21 i nikt się nie pofatyguje, żeby chociaż powiedzieć, któremu się jest w kolejce. Ba, pani nawet nie była w stanie mi powiedzieć, czy ktokolwiek, kiedykolwiek zadzwoni. Szczęśliwie się złożyło, że akurat Łu był.
Dostawa udała się w połowie. Zmywarka wyglądała ok., ale lodówka - już po odpakowaniu - okazała się całkiem mocno trzaśnięta. Czyli pojechała z powrotem do Warszawy. Następny transport w środę. Dobrze, że już zaplanowałam wolne.
No i jutro... tadam... kuchnia. Znowu napięcie rośnie. Jak to wszystko będzie wyglądało, czy wszystko przebiegnie bez większych perturbacji? Do przyszłego tygodnia chałupa powinna się zmienić z zewnątrz i wewnątrz. Ale ciągle będzie daleka do kompletności.
Spotkałam jeszcze sąsiadkę. Przez chwilę pożartowałyśmy właśnie na temat mieszkania na placu budowy. Że w zasadzie to się człowiek przyzwyczaja i cieszy tym co jest. Po dwóch latach skupiania tylko na jednym zaczyna patrzeć i nie widzieć budowy. Znajomi zresztą opowiadali, że myśleli, że jak się wprowadzą, to szybko wykończą co zostało. A potem przez dwa lata nie zrobili prawie nic. Dopiero po tym czasie pozbierali się na tyle, żeby zacząć dociągać braki: żarówki, listwy, firanki, ogród. A u nas?
A u nas Mimon ostatnio słucha na okrągło:


niedziela, 2 listopada 2014

Piękny dzień...

...mamy dzisiaj. 2. dzień listopada. I zapowiedzi na przyszły tydzień są optymistyczne, czyli że będzie ciepło. Pogoda w sam raz na kładzenie tynków!
Na elewacji nie będzie nic wymyślnego. Na razie narysowałam coś takiego:
Kolory pewnie w rzeczywistości okażą się zupełnie inne. W każdym razie biały i jasnoszary. No i brązowa stolarka. Zupełnie nie wiem czy będziemy zadowoleni z ostatecznego efektu czy nie. Aby nie przedobrzyć staraliśmy się, żeby było jak najprościej. Uda się?
Pierwotnie był plan, żeby drzwi i/lub bramę garażową zrobić szare. Albo bramę garażową zrobić białą - jak elewację. Ale po namyśle stwierdziliśmy, że ani z białym, ani z szarym nie trafimy w kolor. Dlatego stolarka drzwiowa jest jak okienna, czyli winchester. Trochę inny kolor ma podbitka, bo nie było możliwości dobrania bejcy. I w taki sposób na elewacji znalazły się 4 (a z antracytem dachu to 5), a nie (zgodnie z jakąś tam zasadą projektowania) 3 kolory. Mam nadzieję jednak, że nie jest przeładowana. Że troszeczkę będzie odwoływało się do tradycyjnej, lokalnej architektury: ciemniejszymi (w oryginale drewnianymi) szczytami ścian szczytowych; a trochę do aktualnych trendów i prostych kolorów.

Łu skończył projekt schodów i pod koniec tygodnia konstrukcja ma być gotowa. Gorzej ze stopnicami. Jak się pozbieramy (czytaj: sprzedamy mieszkanie) to je zamówimy.

A ze sprzedaży mieszkania na razie nici. Dostałam dwa szablonowe maile z jakimiś dziwnie podobnymi danymi. Raczej jakiś robot zbierający dane je wysłał. Zdawkowo odpowiedziałam, oczywiście bez odzewu. Doczekałam się też spamu telefonicznego (a raczej SMSowego). I wszystko. Może wrzesień przespałam?

We wtorek montaż kuchni (pisałam?), więc Łu dzisiaj robi zabudowę nad częścią mebli. Garaż przez to czeka na swój czas. Ja mam zaplanowane 2-3 dni malowania w przyszły, długi weekend. I to już będzie praktycznie TEN CZAS. Ten czas, czyli czas na przeprowadzkę na stałe. I teraz zaczynają pojawiać się zupełnie inna gama uczuć, niż w trakcie budowy. Nawet nie wiem jak to opisać. W trakcie budowy było dużo takiego napięcia związanego z oczekiwaniem. Gdy się już to coś, na co się oczekiwało, pojawiło, to mówiło się 'fajnie' i trzeba było zaraz przestawiać na planowanie/oczekiwanie czegoś następnego. Nie było czasu na 'cieszenie' się. I patrząc na to od strony praktycznej, to fajnie, że jest kuchnia, ale przecież nie można sobie w niej nawet zrobić herbaty. Gdy będzie można zrobić herbatę, to nie będzie na czym usiąść. Gdy będzie na czym usiąść, to ciągle jeszcze coś nie będzie skończone, co będzie 'uwierało'. Nie znaczy to, że nie będzie cieszyło, ale mam teraz wrażenie, że mimo wszystko nie będzie czasu na to, żeby siąść i się pocieszyć. A może to w ogóle takie materialistyczne? Siąść i się cieszyć z tych murów, nowych sprzętów? W sumie chyba raczej chodziło o to, żebyśmy mieli gdzie wspólnie posiedzieć. Razem. A ja do tej pory nawet nie zdążyłam się walnąć w tę trawę i popatrzeć w płynące chmury. Ani sama, ani tym bardziej z dzieciakami. Pewnie, że bym mogła, ale to nie byłoby to, bo gdzieś by mi tam w głowie szumiało 'wstawaj szybko, bo coś jest do zrobienia'.

Może to za wcześnie na jakieś podsumowania. Najtrudniejszy okres być może dopiero przed nami: odnalezienie się w nowej rzeczywistości, udźwignięcie tych wszystkich kredytów i dociąganie tego wszystkiego, czego jeszcze nie zrobiliśmy, ale na razie radzimy sobie chyba całkiem poprawnie. Łu zajmuje się jednymi sprawami, ja ciągnę inne. Jeśli coś trzeba przerzucić na 'drugą połówkę' to z instrukcją co, gdzie i jak załatwić. Tylko pewnie dzieci ciągle odbijają się od niemających czasu rodziców. Ciekawe, czy to się zmieni? Czy zacznie mi się chcieć, tak jak obecnie mi się nie chce np. grać z nimi w gierki, czytać czytanki? Czy to zmęczenie materiału, czy już jakieś zniechęcenie życiem? Czy patrzenie na ogródek będzie dawało power, czy myśli 'o boziu, znowu trzeba zgrabić/sprzątnąć/wynieść/pozamiatać'?

No nic, w końcu piękny dzień mamy, więc szybciutko obiadek, potem zawieźć też porcję Łu zasuwającemu na budowie. Może wyjdą odwiedziny u sąsiadów, którzy właśnie się wprowadzają i mają podobne dylematy do naszych. A potem, obiecana dzieciakom wyprawa na tor do jazdy na rolkach. Ciekawe, czy zdążymy przed zmierzchem, czy je wystawię do wiatru? Może najpierw z dzieciakami, a potem do sąsiadów? Pa.

środa, 29 października 2014

Znowu kroczek...

...do zamieszkania bliżej.
Łu ostro siedzi nad schodami. Znaczy się projektuje je. Do realizacji przez Tatę Łu i stolarza (stopnie drewniane). Ciekawa jestem efektu. Schody w garażu są fajne, ale trochę nie do końca ktoś coś zmierzył. Nie do końca też wykonawca trzymał się projektu. Grunt że są solidne, wygodne, zgrabne. I służą do czego mają służyć. Jednak schody w chałupie powinny być bardziej dopracowane, co ostatnio spędza sen z powiek Łu.
Ja nabyłam zmywarkę i lodówkę do mebli. Dzisiaj potwierdzili nam montaż w przyszłym tygodniu, więc do tego czasu trzeba skompletować sprzęt do zabudowy. Raczej trudno byłoby się obyć bez płyty i lodówki. Zmywarka to też sprzęt codziennego użycia. Zabraknie na razie kombajnu do pieczenia, czyli kompaktu kuchenki mikrofalowej z piekarnikiem. Nie wiem jak się sprawdzi ten patent, ale za to miejsca będzie zajmował mniej niż kuchenka i piekarnik osobno. Zobaczymy. Jednak na razie jest to zakup odłożony na bliżej nieokreśloną przyszłość. Pewnie na czas po sprzedaży mieszkania. Na razie będziemy musieli dać radę ze zwykłą kuchenką mikrofalową.
Tylko co z tymi świętami jeszcze nie wiem. Bo bez piekarnika to nie upiekę ani ciasta, ani mięcha.

Aha, i Łu wysłał wniosek o nadanie numeru adresowego. Czyli niedługo będziemy już oficjalnie mogli wysyłać do siebie listy. :)

wtorek, 28 października 2014

Pierwszy papierek...

...do odbioru budynku przygotowany. Czytaj: kominiarz wystawił dokument odbioru wentylacji. Ale tylko wentylacji. Trochę dziwnie to wyglądało, bo popatrzył tylko na komin, resztę - czyli moje wywody na temat wentylacji mechanicznej - jakby słuchał jednym uchem. Pomieszczenia z piecem, czyli pompą ciepła, nawet nie chciał oglądać. Za 10 minut pracy zgarnął 250 zł i poleciał robić odbiory na pobliskim osiedlu. Teraz tylko trochę mnie męczy, czy ktoś nie będzie żądał jeszcze odbioru komina jako przewodu dymowego czy spalinowego. Komin w końcu jest. Nie będzie używany w najbliższym czasie, ale może ktoś będzie drążył?
Zadzwonił też do mnie geodeta dopytać się jakie instalacje będzie miał jeszcze zinwentaryzować. Faktycznie, elektryk nic nie inwentaryzował. Podobnie z instalacją sanitarną. Woda już jest na mapach, więc chyba to nam darują. Sam budynek ma prostą bryłę, bo to dwa przyległe prostokąty, bez żadnych wcięć czy ryzalitów. Czyli tu powinno być w miarę rozsądnie.
Rozmawiałam też z kierownikiem budowy, czy nie będzie problemów ze zgłoszeniem budynku do użytkowania, ze względu na brak schodów. Powiedział, że nie. Czyli jakby wszystkie przeszkody odsuwały się na bok.
Jeszcze tylko kwestia dojazdu (czyli fragmentu drogi, którego nie ma i jest błoto) oraz podjazdu do garażu - czy przypadkiem nie będzie musiał być przed pomiarem geodezyjnym. Coś tam załatwiam w tym temacie, ale ciągle się nie dowiedziałam jaki może być koszt takiego przedsięwzięcia, czyli pod znakiem zapytania jest w ogóle wykonanie podjazdu. Ech, gdyby udało się sprzedać wreszcie to mieszkanie, to ogarnęlibyśmy wszystko i mieli spokojne głowy. Wprowadzać, na upartego, można się choćby dzisiaj. Na szczęście nie musimy się tak upierać. Może by coś zaczarować z tym mieszkaniem? Żeby się już wreszcie sprzedało. Chyba znowu zapłacę haracz za wystawienie na portalach. Trzymajcie kciuki. Mocno... mocno.

Jeszcze...
Idąc za ciosem wystawiłam mieszkanie. Mam przeczucie, że coś z tego będzie. Choć, niestety, moje przeczucia zazwyczaj zawodzą. Ale ciiii...
Nie napisałam też, że Łu odebrał już płytę (indukcyjną, do kuchni), a ja właśnie smsa, że bateria już jedzie. Aha, i maila, że mogę się zgłaszać po resztę rzeczy do kuchni, bo już wszytko zgromadzili (a pisali o 28 dniach roboczych). Dużo tego, ale chałupa, to nie tylko cztery ściany i jakoś z życiem rodzinnym czterech osób trzeba ruszyć.
Ciągle nie wiemy przy czym i na czym będziemy siedzieć. Na cieplutkiej podłodze też będzie przyjemnie, tylko jakąś miękką poduchę pod cztery litery trzeba by podłożyć.
I teraz znowu będę miała dylematy, czy święta u nas? Już niby wszystko jest, ale nie do końca. Z babciami siedzenie na podłodze nie przejdzie. Spinać się, czy się nie spinać? Bardzo nie chcę się spinać. Bardzo chciałabym, żeby było już spokojnie i bez większych perturbacji.

Tak na koniec tylko mi przyszło do głowy po napisaniu tego posta, że Nadzieja moją Matką. Wiesz Matulu. ;)

poniedziałek, 27 października 2014

Trochę słońca...

...i od razu jakoś więcej zapału do pracy.
Dzisiaj:
- Na jutro umówiłam się z kominiarzem na odbiór. Choć nie wiem co z tego wyjdzie, bo jeszcze nie ma schodków kominiarskich. Mam nadzieję, że jednak się uda.
- Odezwałam się do jednego geodety z prośbą o wycenę obmiaru powykonawczego. Jedną stawkę już mam. Jutro dostanę namiary na geodetę, który wcześniej nam coś mierzył, a był stosunkowo tani. W każdym razie tu też trochę do przodu.
- Zamówiłam rury spustowe do rynien.
- Dogadałam transport tynku.
- Zamówiłam baterię kuchenną. Niestety nie mamy za dużego wyboru, bo bateria będzie pod oknem i będzie musiała być składana. Padło na Kludi Scope, która wystaje (po złożeniu) 3 cm. Zastanawiam się, czy to nie za dużo.
- Łu zamówił płytę do kuchni. Przyspieszy to (mam nadzieję) realizację zamówienia zmywarki i lodówki, bo płyty nie mogli dokompletować.
- W przyszłym tygodniu mają składać kuchnię i dlatego te sprzęty potrzebne, żeby zamontować i móc korzystać z kuchni.
- Z elewacjami mają również startować w przyszłym tygodniu. Martwi mnie, że tak późno, bo wg twojapogoda.pl w połowie przyszłego tygodnia miało być załamanie i temperatura poniżej 0. A jednak nie. Już pokazują, że ma być lepiej. To może się uda przed zimą? Znowu jedziemy po bandzie: zdążymy, albo nie. Ubiegłej zimy to był standard, ale zima była łaskawa. A teraz?

A teraz do pełni szczęścia będzie brakowało nam głównie schodów na górę. Potem jeszcze parę rzeczy, ale to już po kolei, powolutku.

sobota, 25 października 2014

Ostatni weekend...

...października.
Zaczął się urodzinami naszej królowej, czyli Po. Ciut wcześniej (czyli w piątkowe rano), z tortem i koroną na głowie powędrowała do przedszkola, gdzie jaśnie panowała cały dzień. Królewskie przywileje polegały na tym, że podczas obiadu i częstowania poddanych tortem mogła nobliwie przechadzać się pomiędzy stolikami. Bycie równiejszą od wszystkich na tyle zawróciło jej w głowie, że po południu była trochę nieznośna. A może to zwyczajne zmęczenie?
Fajny jest ten pomysł przedszkolny, żeby jubilat był uhonorowany cały dzień. W domu byłoby trudno. I jakoś dzięki temu nikt nie wpada na pomysł, żeby zapraszać dzieci na imprezy w różnych bobolandiach, co w innych przedszkolach jest nagminne.

Dzisiaj Łu z Tatem harowali na budowie regipsując pomieszczenie nad garażem. Ja - objuczona dziećmi - na budowę mogłam zajrzeć tylko wizytacyjnie, co zresztą się stało kilkukrotnie: a to z jakimiś taśmami i kawą; a to z wiertłami; i z kolacją na koniec. Panowie oganiali strych, a ja zapewniałam rozrywkę dzieciakom, co udało mi się (chyba) całkiem skutecznie. Po pierwsze pojechaliśmy na akcję sadzenia drzew w Parku Tysiąclecia. Dzieciaki pod 'ich' jesionem:
Potem były atrakcje w postaci konkursów, strzelania z łuku (Mimi przepadł tu na godzinę i nie dawał się oderwać), grochówki, która smakowała dzieciakom ogromnie, pokazu sokolników, psów, sprzętu leśnego. Chłodno było, ale na dworze.
Drugą atrakcją miał być wyjazd na przedostatni w tym roku pokaz fontann. I pomimo, że nie zdążyliśmy na główną część (standardowy problem przy wybieraniu się gdziekolwiek: Po zdążyła się rozebrać do podkoszulka a odszukanie zdjętych rzeczy bądź skompletowanie czegoś nowego nie było łatwe; Mi marudząc, że przez to, że ma zrobić to, co ma zrobić nie zdążymy - nie robił tego, co miał zrobić), to było miło posiedzieć w ciemnościach, przy różnokolorowych kaskadach.
Nie zdążyliśmy upiec biszkoptu na jutrzejsze spotkanie rodzinne. Mam nadzieję, że z rana się ogarnę ze wszystkim. Różnie to bywa przy kleceniu czegoś tortopodobnego. Ciekawe, że z babkami i drożdżowymi ciastami raczej nie mam tego problemu. A ciasta z masą zawsze są 'pod górkę'. Nie dla mnie, ale zaparłam się. Zobaczymy, co jutro wymęczę.

A w przyszły weekend... po pierwsze halloween, o czym dzieciaki już mi nie dają zapomnieć. Po drugie Święto Zmarłych, co będzie okazją może do ponownego pobycia na dworze i za jasności. Na co już chyba tylko w soboty i niedziele możemy liczyć.
Byle do wiosny...

poniedziałek, 20 października 2014

Pisać...

...się nie chce. I już.
Trochę się dzieje. Ale jakoś tak jesienna ospałość mnie dopadła. Roboty dużo, przez to, że skończone podłogi i łazienki to mogłabym się zabierać za ostatnie malowanie ścian, gruntowanie i malowanie łazienek. Tylko znowu jakoś czasowo nie wyrabiam. Szybko robi się ciemno, dzieci trzeba poprzywozić i ogarnąć. Pojechać na godzinę, żeby zanurzyć wałek i zaraz go myć, mija się z celem. Więcej czasu i farby pójdzie na przygotowanie i zakończenie pracy.
W sobotę Łu z Tatem będą pewnie robić coś w garażu, a w niedzielę będziemy obchodzić urodziny Po. Kończy 4 lata, choć sama rozpowiada, że kończy już 5. :)
W ogródku posadziłam drzewka i krzaki. Od drugiego Taty dostałam śliwkę, agrest i trzy derenie jadalne. Śliwka wylądowała przy studni, a agrest i derenie na razie w tymczasowym miejscu (razem z wisienkami), czyli na grządkach, które planuję wystartować w przyszłym roku. Rośliny wylądują po drugiej stronie działki, ale dopiero, gdy wyzbieramy śmieci, zakopiemy dół po sławojce i przepuścimy tam traktorek. Czyli raczej wiosną.
W tym roku muszę jeszcze ogarnąć moje ogniki szkarłatne. Część posadziłam pod płotem, gdzie zarosły trawą, część między kwiatami, to zupełnie o nich zapomniałam i ostatnio wygrzebywałam spomiędzy chwastów, część jest w doniczkach i chyba lepiej na zimę byłoby je przesadzić do ziemi. Ogniki wystają jakieś 7 cm nad ziemię, więc mikrusy takie, że trudno je zauważyć. Praktycznie wszystkie poprzyjmowały się, więc z wiosną powinny ruszyć ślicznie. Już się nie mogę doczekać. :) Oprócz ogników przyjęły się jeszcze ostrokrzewy, trzmieliny i takie nieznane mi coś, o laurokształtnych liściach. Acha, i zapomniałam zupełnie, że gdzieś mam wsadzonych kilka ligurstrów. Na spory kawał żywopłotu powinno tego wystarczyć. Tylko pytanie, kiedy to będzie można nazwać żywopłotem? Tak na moje oko, to za jakieś 5 lat. Dopiero. Nie martwiłoby mnie to, gdyby nie oznaczałoby również, że ja będę o 5 lat starsza. Ech, jesienne klimaty...

Bardzo dużo przyjemności sprawia mi to grzebanie w ziemi. Ostatnio, sadząc drzewka podsypywałam je własnym kompostem. W ziemi jest też sporo dżdżownic, co mnie bardzo cieszy. Proszę, jak to robalami można się radować. Gorzej ze ślimakami. Odkryłam w niedzielę, przewalając drewniane pozostałości pobudowlane, kilka gniazd chyba ślimaczych jaj. Duże to jak żabi skrzek. Jedne były przeźroczyste jak galaretka, inne białe. I znowu żałuję, że zdjęć nie zrobiłam. Albo zdjęcia, albo robota.
Przez tą robotę, to nie zdążyłam się jeszcze wywalić na trawie, co sobie przecież już jakiś czas temu obiecałam. Może dopiero na śniegu orła zrobię? Wcale się nie zdziwię...

wtorek, 14 października 2014

Bezsenne noce...

...tym razem jakby nie inwestora. Budowa jest na swoim miejscu, różne prace czekają na swój czas, ale bez parcia. Nic stresującego się nie dzieje, wręcz przeciwnie. A ja i tak mam nocną pobudkę. Menopauza, czy co?

Śniło mi się, i to nie pierwszy tego typu sen w ostatnim czasie, że z kimś uciekałam przed niedźwiedziem. Niedźwiedź uwięził nas w pustym domu w budowie, znaczy się udało mi i komuś (komu?) schronić gdzieś na wyższym poziomie, ale że zwierz łaził poniżej to nie można było sobie pójść. Dom miał dużo różnych ciekawych rozwiązań technicznych, zakamarków, ale - ponieważ był w budowie - wszystko było napoczęte, ale jeszcze nie do użycia.
Może to jednak takie strachy inwestorskie, że ta chałupa budowana z radością, to jednak taka pułapka? Na przykład finansowa. Że uwiążemy się bez możliwości ucieczki? I w śnie takie strachy wychodzą, na swój dziwaczny sposób.
Po tych snach zostaje jakieś takie wrażenie, że problem nie został rozwiązany. Nie mają zakończenia, że wszystko szczęśliwie się rozwiązało, choć staram się 'dośnić' końcówkę. Jakaś taka nieprzekonująca wychodzi.

Ale w sumie nie o tym chciałam napisać. Bardziej dlatego, że natchnęła mnie Matka Po Godzinach tym obrazkiem:
i komentarzem do niego: Wasze dzieciaki też mają detektor najbrzydszych i najbardziej sponiewieranych liści w okolicy? ;-)
do przemyśleń, że dzieciaki ciągle nas zaskakują, niekoniecznie 'w tę stronę' co byśmy chcieli. Dla przykładu...
Przedwczoraj sadziliśmy drzewka. Ponieważ dzieci rwały się do pomocy, to poprosiłam Po, żeby przyniosła piasku (do rozluźnienia ziemi). Po poszła, poleciał za nią Mi. Zrobili 'lepiej', mianowicie Mi nawrzucał kamyków 'żeby ziemia była bardziej rozluźniona'.
Po całkiem ładnie potrafi się sama poubierać. Oczywiście jak chce. Ale ma jedną wadę 'techniczną': buty ZAWSZE ubierze nie na tę nogę co trzeba. No ja nie wiem jak to jest. Wg rachunku prawdopodobieństwa powinno być 50/50. A nie jest. Wczoraj ubierała się w przedszkolu, przed wyjściem. I mówi:
- Mamo, popatrz, umiem ubierać buty z zamkniętymi oczami!
Faktycznie, oczy zamknięte, but ląduje na nodze. I to PRAWIDŁOWO.
Może to jest jakieś rozwiązanie? Dziwne, ale zawsze jakieś. Jutro spróbujemy ponownie ubierać buty z zamkniętymi oczami.
Dobranoc.

sobota, 11 października 2014

Czas na...

...drzewka!
Planowałam za tydzień pojechać do Strzelina i tam na targu zakupić. Tak się jednak złożyło, że dzisiaj wpadłam do Casto po jakieś przedłużki do rurek i akurat stały wystawione badyle. Pochodziłam wkoło nich, pooglądałam. Ale nie wzięłam. Po południu jednak zgarnęłam Po i we dwie pojechałyśmy nabyć:
- dwie wisienki,
- czereśnię,
- śliwkę renklodę (od Taty mam obiecaną drugą - węgierkę),
- morelę i
- brzoskwinię.

Po powrocie udało mi się zaznaczyć miejsca pod część drzewek i wsadzić morelę. Reszty się nie dało, bo komary mnie zżarły. Jutro ciąg dalszy.

A tak ku pamięci, to kupiłyśmy (wszystkie opisy za www.sadowniczy.pl:
- wiśnie odmiany Pandy 103
Drzewo rośnie silnie, tworząc jajowatą, luźną koronę. Jest wytrzymałe na mróz i odporne na choroby grzybowe. Stosunkowo późno zaczyna owocować, dając umiarkowanie obfite plony. Rodzi duże (lub bardzo duże), nerkowate, ciemnoczerwone owoce o mięsistym, słodkokwaskowatym, deserowym i wyjątkowo smacznym miąższu. Jest to jedna z najsmaczniejszych odmian wiśni. Odmiana godna polecenia, zarówno do nasadzeń produkcyjnych, jak i amatorskich.
Dojrzałość zbiorcza: połowa lipca
Odmiana: średniowczesna
Pochodzenie: Węgry
Zapylacze: Northstar, Wołyńska, Lucyna
Rozstawa: 2-3m X 4-4,5m = ok. 741-1 250szt./ha


- i Łutówkę (na podkładkach z antypki),
Drzewo rośnie średnio silnie i tworzy luźną, kulistą koronę. Jest wytrzymałe na mróz, ale wrażliwe na choroby grzybowe. Bardzo wcześnie wchodzi w okres owocowania. Plonuje obficie i regularnie, ale tylko w sadach chronionych. Rodzi duże, kuliste, ciemnoczerwone owoce o soczystym, kwaśnym, nieco cierpkim, ale smacznym miąższu. Jest czołową odmianą sadów towarowych.

Dojrzałość zbiorcza: koniec lipca
Odmiana: późna
Pochodzenie: nieznane
Zapylacze: samopylna
Rozstawa: 2-3m X 4-4,5m = ok. 741-1 250szt./ha,

- morelę Harcot (na ałyczy)
Drzewo rośnie silnie i tworzy szeroką, rozłożystą koronę. Jest wytrzymałe na mróz, ale pąki kwiatowe są średnio wytrzymałe. Rodzi średniej wielkości lub duże owoce (35-50 g), kulistojajowate lub owalne, pomarańczowe, pokryte dość dużym jaskrawoczerwonym, rozmytym rumieńcem, o ciemnopomarańczowym, zwięzłym, soczystym i lekko aromatycznym miąższu, łatwo odchodzącym od pestki. Dojrzałe raczej nie odpadają. Odmiana samopłodna, dobrze owocuje tylko w obecności innych odmian o podobnym terminie kwitnienia.
Morele stanowią świetny surowiec na przetwory. Są najbogatsze ze wszystkich naszych owoców w witaminę A. Największy odsetek ludzi dozywających sedziwego wieku, notuje się właśnie w rejonach masowej uprawy i konsumpcji moreli.
Dojrzałość zbiorcza: koniec lipca
Odmiana: wczesna
Pochodzenie: Kanada
Zapylacze: Early Orange, Wczesna z Morden,


- czereśnię Burlat (podkładka colt)
Drzewo rośnie bardzo silnie. Jest średnio wytrzymałe na mróz, a dość odporne na raka bakteryjnego. W okres owocowania wchodzi stosunkowo wcześnie, plonując obficie i regularnie. Daje duże, szerokosercowate, purpurowoczerwone owoce, z soczystym, słodkim i aromatycznym miąższem. Są podatne na pękanie w czasie deszczu.
Dojrzałość zbiorcza: koniec czerwca
Odmiana: wczesna
Pochodzenie: Francja
Zapylacze: Van, Vega, Hedelfińska, Büttnera Czerwona
Rozstawa: 3-4m X 4-4,5m = ok. 556-834szt./ha,


- sliwę Ruth Gerstetter (czerowna renkloda, na ałyczy)
Drzewo rośnie średnio silnie. Jest niezbyt wytrzymałe na mróz i dość odporne na szarkę. W okres owocowania wchodzi wcześnie, plonując w miarę obficie, ale niezbyt regularnie. Daje średniej wielkości, owalne owoce, granatowe, pokryte niebieskim nalotem, z soczystym, słodkawym i lekko cierpkim miąższem, dobrze odchodzącym od pestki. Jest to odmiana wybitnie amatorska, częściowo samopłodna.
Dojrzałość zbiorcza: koniec lipca
Odmiana: wczesna
Wrażliwość na szarkę: mała
Pochodzenie: Niemcy
Zapylacz: częściowo samopłodna, Opal, Earliblue, Renkloda Ulena, Stanley, President
Rozstawa: 2-3m X 4-4,5m = ok. 741-1250szt./ha,


- brzoskwinia Red Haven (na siewce rakoniewickiej)
Drzewo rośnie silnie, tworząc kulistą, zagęszczoną koronę. Jest średnio wytrzymałe na mróz. Rodzi duże, kuliste i regularne owoce, złocistożółte, pokryte silnym jaskrawoczerwonym, marmurkowo-kropkowanym rumieńcem, z żółtopomarańczowym, słabo włótnistym, jędrnym, słodkokwaskowatym, bardzo soczystym miąższem, dobrze odchodzącym od pestki.
Brzoskwinię uważa sie za jeden z najsmaczniejszych owoców na swiecie. Prócz tego odznacza sie dużą wartością zarówno odżywczą, jak i biologiczną. Zawartościa witaminy A ustępuje tylko morelom. Stanowi ozdobę każdego zestawu owoców świerzych podawanych na deser, jak również wspaniały surowiec do najsmaczniejszych kompotów.
Dojrzałość zbiorcza: połowa sierpnia
Odmiana: średniowczesna
Pochodzenie: USA
Rozstawa: 2-3m X 4-4,5m = ok. 741-1 250szt./ha.


Trochę martwią mnie te zapylacze. Rozumiem, że może okazać się, że brak takowego będzie oznaczał brak owoców. Czekać? Czy kupować?

Bezsenne noce inwestora...

...jak widać, zaczynają się w cykl układać. Znowu zbudziłam się po 3 w nocy i sprawy budowlane spać mi nie dają.
Nie dają z takiegoż powodu, że wykonawca od płytek wyciągnął rachunki za szlifowanie płytek, i mówi 'płać pan'. W naszym mniemaniu robocizna była po jego stronie i to, że nie ma narzędzia do szlifowania nie powinno nas obchodzić. Coś mi marudził, że to nie są standardowe płytki, które się daje na ściany. Fakt, bo są to podłogowe gresy. Ale wyceniał robociznę na podstawie projektu i w tym zakresie nic się nie zmieniło. Na wstępie również nie zająknął się, że będą dodatkowe koszty i to w kwocie blisko 5% jego wynagrodzenia. A ceni się.
Jak dla mnie to jest wyciąganie, bo nie bardzo się potrafimy targować. Nie łapiemy się też każdego niedociągnięcia, choć naczytałam i nasłuchałam się legend, do czego inwestorzy potrafią się przyczepić. I tak nie zostanie mi chyba nic innego, jak teraz swoje rogi pokazać.
Wykonawca jest dobry, choć wkurzał nas trochę swoim zadufaniem, krytykowaniem i obśmiewaniem wszystkich w koło. A baboli zrobił kilka, ale szczególnie jeden będzie mnie wkurzał pewnie co tydzień. Żeby było pięknie i praktycznie chcieliśmy, żeby na ścianach były doklejone płyty g-k zlicowane z płytkami. Dzięki temu ściany miały być równe, bez występu, który tworzy się po naklejeniu płytki na ścianę. Wg nas naklejona powinna być płyta zwykłej grubości 12 mm (gres ma 1 cm, kleju też troszeczkę pod niego idzie), ale goście sobie zażyczyli płyt bodajże 6 czy 9 mm, które są sporo droższe niż te standardowe. I co? I próg jest. Jakieś 2 mm. 'Bo on tak robi'. Jedno, że o taki występ będzie się haczyło (jest na wysokości 120 cm), drugie, że będzie się tam zbierał kurz, co właśnie miało być wyeliminowane. !@#$%^& Czyli będzie się brudziło i trzeba będzie co chwilę wycierać.
Coś czuję, że ten i kilka innych argumentów (za szeroka szczelina, niedająca się zasłonić cokołem, w przynajmniej jednym miejscu; zrobienie takiego 'progu' na półeczce, która co prawda ma być w przyszłości zasłonięta zabudową, ale na razie będzie musiała funkcjonować; montaż części armatury samodzielnie przez Łu) wyciągnę jutro. I albo będziemy renegocjować cenę, albo będą to poprawiać. I pewnie trzeba będzie przyjrzeć się jeszcze kilku rzeczom z bliska. Na razie, ponieważ czepliwi nie jesteśmy i wolimy na niektóre rzeczy patrzeć przez palce niż się użerać, nie przyglądaliśmy się zbyt dokładnie. Wrr...

sobota, 27 września 2014

Wiem, wiem...

...zdjęcia by się przydały. Postaram się wlepić kilka, ale czasowo się nie wyrabiam, więc tak z doskoku.
Prawie skończona jest podłoga na dole. Niestety 'prawie', bo zabrało kilku kafli (wiatrołap), potem zabrakło ciut fugi (mała łazienka). Czyli PRAWIE skończona. Wrr...
Tutuaj zdjęcie po położeniu pierwszego fragmentu:

Łu zaczął montować światła. Takie naścienne wyglądają całkiem OK:

Gorzej z sufitowymi. Ledy - niby o ciepłej barwie - dają okropne zielone światło. Tylko co z tym zrobić? Dzisiaj Łu ma jechać je wymieniać.

Montaż światła ujawnił też wady tynku. Zgroza!. Zdjęć specjalnych nie mam, ale troszkę widać na zdjęciu z 'białym' światłem. Wrr...

W łazienkach też się dzieje, ale na razie zdjęć nie mam. I oczywiście zabrakło kilku bloczków do obudowy wanny. Dodatkowo panowie zaskoczyli nas dodatkowym rachunkiem za cięcie kafli. Rozumiem, że kupujemy materiały, ale cięcie - wg nas - było po ich stronie. I co z tym zrobić?

W ogródku nic, bo czasu nie mam. W czasie mojej niebytności chyba jakaś sarna dostała się na działkę i obżarła mi mnóstwo roślinek. Wrr... Aha, i pomidory już padły zupełnie, więc je zlikwidowałam i zaczęłam szykować miejsce pod warzywniak na przyszły rok.

Pogodowo: w drugi dzień jesieni doczekaliśmy się przymrozków, znaczy się szyby musiałam skrobać. Na miły i optymistyczny nastrój ta jesień coś nie wpływa. Oj, nie.

A na koniec zagadka: gdzie udało mi się zawędrować?:

niedziela, 14 września 2014

Głupio się przyznać,...

...ale od wakacyjnego wyjazdu w Bieszczady maaało bywam na budowie. Czasu jakby jeszcze mniej? I choć dzieje się trochę, to sprawy pozabudowlane zajmują mnie jakby bardziej. I tak po kolei:
Siostrzeniec mi się urodził. :) Śpi toto takie, a absorbuje cały świat. W każdym razie ten bliższy.
Czyli jedna Siorka w szpitalu. :(
Druga przyjechała i jest. :)
Mama ma dzisiaj urodziny. :)
Tato w szpitalu. :(
Łu się rozchorował. :(
A ja jutro jadę na tydzień daleko, daleko. No i teraz pytanie, jaką emotkę mam przy tym postawić? Taką słodko-gorzką chyba. Jak wrócę, to może będę wiedziała w którą stronę bardziej.

A z budowlanych:
1. Skończyły się obróbki drzwi. W bramie garażowej wciąż trzeba zrobić najazd i odpływ.
2. Łazienki się nie zaczęły robić. Panowie nie mieli czasu. Może będą mieli czas od poniedziałku (z akcentem na 'może').
3. Projekt kuchni gotowy. Ale nie wiem czy tu wystawię. Już chyba aż tak nie będziemy się upubliczniać. Zainteresowanym podeślę link.
4. Zrobione są :) podłogi na górze. Oczywiście nie do końca, bo brakuje cokołów i listew w przejściach, które to będą robione po montażu drzwi.

A trawnik zarasta chwastami. :(

poniedziałek, 8 września 2014

Ojej...

...ile spraw w tym tygodniu!
Łu mi właśnie uświadomił...
- jutro cd. rozmów dot. kuchni,
- pojutrze pomiary drzwi,
- w czwartek ruszają prace przy łazienkach i podłogach na dole (płytki),
- w piątek wchodzi ekipa położyć podłogi na górze (panele).

Poza tym już robią się schody do garażu i pewnie niedługo będą mogły być zamontowane. Na montaż również czeka barierka okna balkonowego, ale to już raczej po elewacjach. Elewacje - mam nadzieję, że do końca września. Do skończenia jest próg najazdowy do garażu, czekają materiały na wykończenie poddasza. No i ogródek. Nie ma kiedy go skosić! Kupiłam w niedzielę porzeczki (czarną i czerwoną) oraz aktinidię. Stoją w doniczkach i czekają, aż je wysadzę. Dobrze, że chociaż pada.

A ja w niedzielę wyjeżdżam na tydzień i zostawiam Łu z dzieciakami i całym tym majdanem. Da radę!

niedziela, 7 września 2014

Schody

Mój wszechstronnie uzdolniony mąż zrobił projekt schodów. W dwóch wariantach:
gięte



i łamane.



I co Wy na to?

piątek, 5 września 2014

Niektórzy chodzą na spacer ze zwierzątkiem...

...a ja się dzisiaj wybrałam na przejażdżkę rowerową z kwiatkiem. A właściwie z trawką. Trawą! ;) I jeszcze rozmarynem. Trawkę (trawę!) dostałam od Mamy Łu taką ładną ozdobną. Zieloną, z żółtym paskiem przez środek.
Najpierw wsadziłam rozmaryn do plecaka, a trawka za bardzo wystawała i nie miałam jak zamknąć plecaka. Łu powiedział, żebym takimi gumami z haczykami (przy rowerze były na stanie) przyczepiła. Taa, najlepiej na głowie. ;-/ Trawkę wzięłam, wsadziłam do torby na kierownicy, faktycznie gumą z haczykami oplotłam i przytroczyłam do kierownicy i pojechałam. Śmiesznie musiałam wyglądać. ;)
W każdym razie trawka, nie licząc jednej katastrofy na klatce schodowej, dojechała na budowę i posadziłam ją na skraju skarpy w kilku kępkach. Na razie pewnie oszałamiająco nie wygląda, bo jedną kępkę rozdzieliłam, ale pewnie się rozrośnie.

Poza trawą powsadzałam kilkadziesiąt cebul kwiatów wiosennych. Głównie narcyzów, ale również szafirki i kolorowe zawilce. Mam nadzieję, że wiosną trawnik uraduje nas barwną plamą. Zastanawiam się tylko, czy potem cebule z ziemi wyciągać i wsadzać znowu jesienią? Czy zostawić w ziemi?

Wetknęłam jeszcze rozmaryn.

A budowlańcy kończą obrabiać wejścia + wjazd do garażu. Mam nadzieję, że we wrześniu zrobią elewację. Wrr...

środa, 3 września 2014

Jeszcze wakacyjnie...

...choć zdjęć nie będzie. Wiem, wiem, obiecywałam. Może dzięki temu powstanie jakiś jeszcze jeden wakacyjny post.

A wakacyjnie, bo przypomniała mi się anegdotka z dzieciakami.
W Bieszczadach na szczęście nie było całego jarmarcznego chłamu i dzieciaki nie naciągały nas co chwilę. Jednak w ramach jakiejś nagrody powiedziałam (w łaskawości swojej), że na stoisku lokalnego wykonawcy mogą sobie coś wybrać. Mi przebierał i przebierał, utonął w książce, jakiejś antologii słowiańskich straszydeł. Strasznie chciałam mu ją kupić, bo w sumie ciekawe są te wszystkie dziwożony, konopielki, dziady leśne, dusiołki i inne takie. Mitologia słowiańska miała tego nie mniej niż celtycka czy germańska, a jednak rodzime są jakby mniej znane. Ostatecznie jednak Miłosz zrezygnował z książki.
Po spodobały się ptaszki gliniane, a że w pamięci miałam jednego ptaszka, który ślicznie świergolił gdy wlało się do niego wody, to chciałyśmy przetestować. Trochę wybrakowane były. Pierwszy nie świergolił. Następny trochę lepiej, ale nie tak pięknie jak ten z pamięci. Mimo wszystko Polce tak się podobał, że nic innego już nie chciała i ptaszek został nabyty. Mi przebierał i przebierał, ale na nic nie mógł się zdecydować. W końcu też wziął ptaszka. I tak oboje świergoląc i chlapiąc się wodą - bo co chwilę trzeba było dolewać, żeby świergoliły - mieli zabawę, a my pękające czaszki.
Ptaszki były fajne, Po tak się przywiązała do swojego, że przez trzy dni nosiła praktycznie nie wypuszczając z dłoni. Trzeciego dnia ptaszek zakończył żywot, a choć Łu obiecał, że sklei, to ciągle jest w kawałkach.
Niemniej z tymi ptaszkami to mieliśmy, bo wyobraźcie sobie, że mieszaliśmy w tzw. jaskółce, nad pięterkiem. Na pięterku mieszkały sobie inne osoby, które słyszały od nas z góry dialogi typu:
- Miłek, daj mi swojego ptaszka!
- Pola, nie ruszaj! To mój ptaszek!
- Mamo! a ona rusza mojego ptaszka!
- Miłek, mogę się pobawić twoim ptaszkiem?
- Masz swojego, pobaw się swoim.
I w ten deseń. ;)

Aha, a Mimon tak się przejął książką, że w nocy nie mógł spać. I mi też przez to nie dał. A Po za to spała, ale spadła z łóżka, co w spaniu dalej wcale jej nie przeszkadzało.

poniedziałek, 1 września 2014

Jeszcze bardziej...

...jesień.
Przyszedł 1. września. Bla bla bla. Wracając tylko do posta z 27. sierpnia, gdzie wydawało mi się, że jesień już przyszła, to tam odwołuję. Przyszła właśnie dzisiaj. Pada, leje, pada, jest ciemno, zimno i do domu daleko.

* * *

Mieliśmy małe perturbacje z transzą. No, nie wszystko zrobiliśmy, co powinniśmy, bo mieszkanie nadal niesprzedane. Patrząc na to, że wisi od miesiąca z obniżoną ceną i nikt się nie zainteresował, to w najbliższym czasie ze sprzedaży nic nie będzie. Zaś bank na zapytanie, czy transzę wypłaci najpierw odpowiedział twierdząco, później prowadzący doradca poszedł na urlop i zrobiło się małe zamieszanie, bo po inspekcji dali odpowiedź odmowną. Po ponownym pytaniu, 'ale jak to?' znowu się namyślili i jednak do przodu. Możemy kończyć łazienki, podłogi, elewację i stolarkę wewnętrzną. Na kuchnię to już niekoniecznie wystarczy. Postawimy dwa stołki i płytę elektryczną - na początek będzie git.

Bank zwrócił też uwagę na drobiazg, że brakuje nam tablicy informacyjnej. No, brakuje. Wykonawca zabrał barak, do którego sam przyczepił tablicę. I mimo próśb i gróźb, że będzie pokrywał koszty mandatu, nie oddaje. Z tego powodu wybrałam się dziś w drodze powrotnej do domu na Bielany. Odwiedziliśmy najpierw Lerła Merlę - nie ma! OBI - zostało tylko puste miejsce. Casto - jest! Zmarnowałyśmy jakieś 1,5 godziny życia, ale tablicę nabyłyśmy. Kurde, nieprzepisową, bo powinna mieć 90x70 cm, a ma jakieś 70x50 cm. Literki też niekoniecznie na 4 cm napisałam. Trudno. Tablica sztuk raz jutro pojawi się w oknie, zaś koszt odliczę wykonawcy.

* * *

Poza tablicą budowlaną nabyłam dzisiaj małpkę (? 0,2 litra) spirytusu i zalałam maliny z borówką amerykańską i cukrem na nalewkę. Ciekawe jak wyjdzie. I poszukuję obecnie pigwy. Ale takiej prawdziwej, nie pigwowca. Tylko gdzie ja ją wsadzę?

piątek, 29 sierpnia 2014

Dyskusja...

...w samochodzie.
Po ostatnio kilkukrotnie już przeżywała wielkość rekina wielorybiego. Dodatkowo, niedawno zaczęła mówić pięknie 'r', co czasem kończy się dziwnymi zestawieniami w stylu 'are kororowe kredki'. Więc:
Po: [coś tam, coś tam] rekin wierorybi!
Jo: Rekin wielorybi...
Po: Rekin wierorybi!
Jo: Pola, rekin WIELORYBI!
Po: Mama, nie powtarzaj się! Rekin wierorybi!

I druga, parę minut później i już po wyjściu z samochodu:
Po: A ja chcę mieć drugie imię!
Jo: OK, Pola, to jak chciałabyś mieć na imię? To będziemy do Ciebie tak mówić.
Po: Śledź!
Zatkało mnie, ale nic.
Jo: Dobrze, mój Śledziku, idziemy...
Po: [obraziła się].

czwartek, 28 sierpnia 2014

Czas na przeprosiny...

...z Ikeą?
Jak napisałam parę postów wcześniej idea ikeowych mebli kuchennych upadła. Zmienili meble, szafki przestały się nam mieścić w przygotowane miejsca. No i w sumie nie ma frontów, które by się nam podobały. Fajne byłyby HYTTAN, ale te karbowania plus frez dookoła - masakra. Łu podobają się białe, ale jasnoszara podłoga plus białe ściany i białe meble, to już chyba przesada. Tym bardziej, że białe meble teraz wszyscy robią i mam wrażenie, że to będzie taki 'znak czasu', że nie wspomnę o problemach w utrzymaniu ich nieskazitelnej bieli. Rok czy dwa i wszyscy będą od tego uciekać. Ale może się nie znam.
Jako, że jednak jakieś decyzje trzeba podjąć i kuchnię rozpracować, to ruszyliśmy się wczoraj do sklepów na Bielanach. Kilka jest w jednym rządku, to liczyliśmy, że czasowo wyjdzie to korzystnie. Sklepy raczej z tych droższych, ale miały być punktem odniesienia. Odwiedziliśmy trzy. Oferta dość zbliżona. Ceny pewnie też. Obsługa zresztą też stosowała podobne 'chłyty'.
Do rozmów, jak myślę, byliśmy już dość dobrze przygotowani. W zasadzie wszyscy mniej bądź bardziej chwalili nasz plan (nic rewelacyjnego, poukładane po prostu wszytko wg zasad ergonomii; choć być może niewiele więcej dałoby się z niego wycisnąć?). Po wstępnych uprzejmościach i przedstawieniu projektu i naszych 'wizji' nieodmiennie musiało paść pytanie o nasz budżet. Do tego też byliśmy przygotowani. Po wymienieniu kwoty nieodmiennie wszystkim mina się wyciągała, po dodaniu, że to ze sprzętem, widziałam moment paniki w oczach. Nikt się jednak nie wycofał, każdy obiecywał, że coś się da zrobić. Nawet jeden się wygadał, że do 25% rabatu może dać. Jedna wycena, jaką dostaliśmy 'od ręki' opiewała na zakładaną kwotę całkowitą. Jednak obejmowała same meble. Na resztę ofert czekamy. Efekt jednak tych spacerów i oglądania jest taki, że przypomniałam sobie rozwiązanie, które mamy zastosowane w mieszkaniu. Zamiast szafki narożnej daliśmy zwykłą szafkę, zaś drzwiczki zrobiliśmy przesuwne. Stwierdziłam, że też dam Szafkę 80cm, w której jedne drzwiczki będą otwierane. Rankiem siadłam, opracowałam na nowo kuchnię w systemie Ikei. Cena znośna, sporo niższa niż zakładana. Do dogadania kilka szczegółów, m.in. czy szafki zmieszczą się pod okno, bo na wysokość również urosły. Pojechaliśmy pogadać z doradcą. Pod okno się zmieszczą, ba - ta szafka narożna, która rozwaliła nam cały plan, również się zmieści! Trzeba będzie tylko przyciąć jeden element. Jeszcze parę pierdółek ustaliliśmy i git. Tylko jeden szkopuł, że nie ma frontów, które by się nam podobały. :( A mogę się założyć, że jeśli kupimy tam meble, to w ciągu trzech miesięcy pojawią się jakieś fajne fronty. Buuu...

- Jak Miłosz ogląda...

...co ja nie oglądam, to ja będę oglądać co Miłosz ogląda! - zaskoczyła nas wczoraj Po na wieść, że nie będzie oglądać Hobbita. Z pełnym uporem i pewnością swego argumentu. Efekt: nikt nie zobaczył filmu.
Kolejny argument na siłę przebicia Po:
Na wakacjach mieliśmy oglądać bieszczadzkie cerkiewki. Odwiedziliśmy drewniany kościółek w Dwerniku, ale jeśli chodzi o cerkwie, to zaczęliśmy od ruin w zniszczonych wsiach (i daleko od cywilizacji), gdzie zmoczyło nas tak, że musieliśmy wracać do miejsca noclegu, i nie weszliśmy do środka żadnej. Na kilka rzuciliśmy okiem z jadącego samochodu. Jedna z pań, w 'naszej' agroturystyce, coś tak nagadała Poli, że trzeba zajrzeć do jednej z cerkiewek (bo jest śliczna), że tejże siadł temat na głowę i nie chciał zejść. Do cerkiewki nie dotarliśmy, ale ponieważ udało nam się wytłumaczyć dziecku, że cerkiew to taki 'kościółek' ale innej religii, to się uparła, że ona chce do kościółka i do kościółka. Całą powrotną drogę słyszeliśmy, że przecież musimy iść do kościółka! Obiecaliśmy dziecku, że pójdziemy w naszej wsi. Następnego dnia po powrocie od rana było, że 'idziemy do kościółka'. Powiedzieliśmy, że najpierw wstąpimy do jednego i drugiego sklepu, a potem podjedziemy do kościoła. Plan był kilkukrotnie w drodze przypominany, więc nie było możliwości, o kościół musieliśmy zahaczyć. I co? W naszej wsi w czasie poza mszami kościół zamknięty jest na głucho, przez co potrzeby Polki nie zaspokoiliśmy zupełnie. Na szczęście wystarczająco, żeby następnego dnia już tego tematu nie słyszeć. Ale widać, że z wiekiem zarówno upór jak i konsekwencja Po rośnie. Może to dobrze, ale myślę, że momentami może być trudno.

Argument siły, czy...

...siła argumentu?
Pola wykazuje ogromną zdolność do wykorzystywania tego drugiego. Zagina nas czasem swoją pamięcią, logiką, lub właśnie argumentacją. Niestety, dowcipy zapominam w ciągu 5 minut i tylko ogromnym wysiłkiem woli co lepsze udaje mi się zapamiętać. Podobnie jest ze scenkami z Po. Zapamiętuję może co dziesiątą i to tylko wtedy, gdy mam blisko do komputera.
Dzisiaj udało mi się dobiec z podwórka, gdzie byłam świadkiem klasycznej sceny z argumentem starszego brata.
Jakiś starszy od Po chłopaczek huśtał się na huśtawce. Po podeszła, i z grubej rury, że ma starszego brata. To było trochę za mało (może nie uwierzył?), ale gdy dodała, że to Miłosz (trochę starszy od tamtego), to jakoś dziwnie szybko i z własnej inicjatywy kolega ustąpił i stanął z boczku. Później Po, w wianuszku starszych i młodszych dzieci, miała najwięcej do powiedzenia na każdy temat.
Fifka, zawsze jakoś w takich sytuacjach mi się Twoja Kierowniczka przypomina.

środa, 27 sierpnia 2014

Na dworze...

...jesień. No, mgła jest po prostu, wilgotno, zimno, popaduje. Wczoraj rano było 13st.C. Dzisiaj wygląda na to, że jeszcze mniej. A w końcu mamy dopiero końcówkę sierpnia. Prawie miesiąc lata przed nami!
Z moich, co najmniej nastoletnich obserwacji wynika, że we wrześniu pogoda się załamuje i przez kilka dni trwa jesień. Później robi się okres pięknej pogody, ale to już nie lato. To już piękna polska jesień (albo babie lato?). W tym roku wygląda na to, że załamanie przyszło wcześniej niż zazwyczaj. Ciekawe, czy to może coś świadczyć o tym, że zima przyjdzie wcześniej? A może właśnie wręcz odwrotnie?
Wrześniowe załamanie niezmiennie przypomina nostalgiczny tekst Andrzeja Waligórskiego:

Tylko czemu, w tym roku już w sierpniu :(

wtorek, 26 sierpnia 2014

Zagadka matematyczna...

...z zakresu logiki.
Są takie zagadki typu: trafiłeś do jakiejś krainy, gdzie zamieszkuje dwóch ludzi. Jeden kłamie w poniedziałki, wtorki, środy, a drugi w czwartki, piątki i soboty. Jakie pytanie zadać, żeby się czegoś tam dowiedzieć. Albo... jeden kłamie zawsze, a drugi nigdy. I znowu jakie pytanie zadać, żeby coś.
A teraz wyobraźcie sobie dwa ludziki, z których na pytanie: kto to zrobił? jeden mówi prawdę w 90%, a drugi na 90% skłamie. I teraz pytanie: jakie pytanie zadać, żeby się dowiedzieć kto?

niedziela, 24 sierpnia 2014

Wakacje...

...i po wakacjach. W tym roku spędziliśmy z dzieciakami tydzień w Bieszczadach. Niedużo to, ale patrząc na ilość spraw związanych z budową do załatwienia, to i tak dobrze. Może do środy obrobimy się.
Dzisiaj wybieraliśmy drzwi wewnętrzne. Wiemy co chcemy, nic tylko kupować, ale... mimo, że drzwi banalnie proste, to jednak trudno znaleźć to, o co nam chodzi. A chodzi nam o prostą ramę wypełnioną płyciną i żeby były bezprzylgowe. Ja wolałabym w naturalnej (drewnianej) okleinie, ale Łu ma wizję białych, przechodzących płynnie w białe cokoły (zgodne z kolorem ściany), to się poddałam. W każdym razie drzwi wydawałoby się banalnie proste, a tu kuku, mało która firma ma takie proste drzwi. A jak ma, to jakieś dziwnie drogie. Łu znalazł jakąś szwedzką firmę, już prawie kupowaliśmy, ale... okazało się, że wymagają otworów 91 cm, a my mamy zgodne z normą DIN, czyli coś ok. 89 cm. Kuć już nie będziemy. Znaleźliśmy w końcu w Porta Drzwi, ale tam, jak na takie proste drzwi, to są one odpowiednio drogie. Drzwi o takie:
I tu znowu mały zonk nie przemyślany wcześniej. Za drzwi garderoby (podwójne, rozsuwane) wychodziłoby zapłacić 3,2 tys. zł. W życiu! Zrobimy pozostałe, a te sobie zostawimy do przemyślenia.

Dzisiaj jeszcze siedzimy w kalkulacjach i planach co i kiedy zrobimy. Dużo tego do przewalenia.

Jutro do zrobienia:
- wycieczka do Kątów na podpisanie umowy dotacyjnej;
- wycieczka do banku załatwienie kilku spraw;
- wycieczka do Ikei, żeby ich zapytać, co sobie wyobrażają z tą kuchnią;
- koszenie trawnika (jeśli zdążę). Choć w sumie to powinnam go znowu odchwaścić.

W tym tygodniu:
- ciśnięcie wykonawcy o wykończenie obróbek okna trójkątnego;
- j.w. o obróbki drzwi;
- ustalenie, kiedy będzie robiona elewacja;
- zakupy + wykonanie wjazdu do garażu;
- przygotowanie pod żywopłot z ognika;
- sprzątanie działki (to się chyba nigdy nie skończy!);
- podjęcie decyzji co do kuchni, czyli pewnie szukanie innych wykonawców;
- zamówienie drzwi wewnętrznych;
- zamówienie materiałów do łazienek;
- ustalenie startu prac z łazienkami;
- ...

A w górach...
Bieszczady z roku na rok się zmieniają. Są jeszcze dzikie, choć coraz bardziej jest to dzikość ucywilizowana - przybywa dobrej infrastruktury drogowej, turystycznej, noclegowej itd.
Widać, że mieszka tam coraz więcej ludzi, którzy ulegli urokowi tych gór. Tam tworzą nowe, odrestaurowują stare. Z jednej strony pięknie to wszystko wygląda, że drogi i obejścia zadbane, każda ciekawostka ma swoją oprawę, gospodarstwa podtrzymują lokalne tradycje. Z drugiej - przez to ludzi w Bieszczadach coraz więcej. W najdzikszej części tłumy walą na połoniny, Rawki, Tarnicę. Na szczęście wciąż spokojnie można znaleźć szlaki, gdzie praktycznie nikogo przez cały dzień się nie uświadczy. Tylko, jak długo jeszcze? Miło, że wciąż stosunkowo mało jest 'cepeliady', że ciupagi nie z Chin czy Zakopanego (jak np. w Niechorzu), ale lokalne, strugane z bieszczadzkich leszczyn. Może dzięki świadomości i mądrości ludzi tam zamieszkujących tak pozostanie? Zobaczymy za parę lat.
Budujące jest, że sporo działań jest czynionych również dla zachowania naturalności i dzikości. Myśleliśmy, że formą reklamy są ostrzeżenia na drodze przed niedźwiedziami czy rysiami, jednak z rozmów z gospodarzami wynikało, że nie szukając mieli spotkania mniej bądź bardziej bezpośrednie z niedźwiedziem, wilkami, jeleniami. Na terenie Bieszczadów został również utworzony Park Gwiezdnego Nieba. I jest to jedna z atrakcji, którą szczerze mogę polecić. Nocne warsztaty prowadzi Słowak. Jak się okazuje, to na Słowacji dużo bardziej niż u nas przejmują się zanieczyszczeniem światłem. Mimo, iż wydawało mi się, że staramy się świadomie chronić siebie i przyrodę (mam nadzieję, że nie brzmi to za patetycznie ;) ) to stosunkowo mizerne miałam pojęcie, o negatywnym wpływie światła, również na człowieka. Że jasne światło, szczególnie w zimnych rejestrach, hamuje wytwarzanie melatoniny, która naturalnie zaczyna się wytwarzać ok. godziny 21. Nie będę wdawać się w szczegóły - można sobie poczytać choćby na Wikipedii. Poza tym spotkanie z gwiazdozbiorami, galaktykami, pierścieniami Saturna, Drogą Mleczną robiło naprawdę duże wrażenie:
A z anegdotek:
Jednego dnia dopadł nas deszcz w górach. Pytam Po:
- Pola, masz mokro w butach?
- Nie. Ale woda mi się nalała i teraz bakterie biorą kąpiel.