piątek, 28 listopada 2014

Certyfikat energetyczny - podsumowanie

--- Blok reklamowy ---
Zgodnie ze spodziewaniami współpraca z wykonawcą certyfikatu przebiegała bez zarzutu i spokojnie mogę zarekomendować RW Projekt z Białegostoku. Mimo, iż to przeciwległy koniec Polski, to świadectwo dostaliśmy w ciągu 4 dni do rąk własnych. Wykonanie i kontakt bez zarzutu, przy najniższej, znalezionej przeze mnie cenie.
---------------------- ;)

Czyli certyfikat już mamy. Do zakończenia formalności brakuje nam prac geodety. No i podsumowania z kierownikiem budowy. Oznacza to, że przed końcem roku powinniśmy się wyrobić ze złożeniem zgłoszenia użytkowania budynku. Git.

Ale o certyfikacie miało być.
Najważniejsze parametry:
- wskaźnik rocznego zapotrzebowania na energię użytkową - EU = 41,3 kWh/(m2•rok),
- wskaźnik rocznego zapotrzebowania na energię końcową EK = 16,2 kWh/(m2•rok),
- wskaźnik rocznego zapotrzebowania na nieodnawialną energię pierwotną EP = 59,0 kWh/(m •rok),
i dodatkowo
- wskaźnik rocznego zapotrzebowania na energię użytkową na ogrzewanie i wentylację EUco = 17,29 kWh/(m •rok).

W skrócie oznacza to tyle, że mamy dom o zużyciu energii na grzanie na poziomie domu niskoenergetycznego, czyli prawie pasywnego. I o taki wynik nam chodziło. Co to oznacza? Powinniśmy zobaczyć na rachunkach. Jak na razie Łu tylko przykręca ogrzewanie, bo mimo że nie mieszkamy, nie gotujemy, nie grzejemy własnymi ciałami, komputerami i innymi rzeczami, to na górze jest ciągle 22 st.C. Jak dla nas za dużo.

* * *

Towarzysko, wiem, niestety, zaniedbuję odpowiadanie na komentarze. Nie wyrabiam. W zasadzie powinniśmy się przeprowadzać. I jest gdzie. Ale czasu na przeprowadzkę jakby brak. Urlopy powybierane. Zostało mi kilka dni, które na święta trzymam. Ostatnio po powrocie z pracy jestem tak zmęczona, że około 20 nie mam już siły na nic i staram się kłaść wcześnie. Rano starałam się coś wywieźć na budowę. Udało mi się z resztą kwiatów, ale to wszystko. Jutro może pojadą półki z zabawkami Po i fotel z łazienki. Staram się wywozić to, czego nie potrzebujemy, ale np. ciuchów jeszcze nie chcę, bo z korytarzykiem jeszcze nie skończyliśmy. Pisałam? Nałożyłam strukturę, ale brzydko to wygląda i Łu szykuje się do zdarcia i położenia jednak gładzi. Jak o tym myślę, to cierpnie mi skóra. Brr...
W tygodniu mają podobno montować konstrukcję schodów. Obawiam się tego bardzo, bo to sama konstrukcja pod stopnie. A gdzie pomysł na balustrady i poręcz? Do stopni jeszcze też nawet wykonawcy nie mamy wybranego. Szukam na oferteo, ale kiepsko mi idzie. Boszzz, ile roboty jeszcze, którą powinniśmy zrobić przed zimą; a ile przed przeprowadzką! A tu czasu jak na lekarstwo. Łu tylko opędza to, co na budowie wyskakuje w ciągu tygodnia. Dobrze, że ma taką możliwość, ale potem siedzi do 20 w pracy.
Byle do wiosny...

niedziela, 23 listopada 2014

Certyfikat energetyczny

Dzisiaj o tym papierku. Papierek jest wymagany przy zgłoszeniu do użytkowania - co mamy zrobić, więc zaczęłam szukać wykonawców. Popytałam w okolicy, poszukałam w necie. W okolicach Wrocławia ceny oscylują między 200-300 zł. Poszukałam gdzieś dalej, znalazłam ofertę za 119 zł. Napisałam, ale gość się nie odezwał. Trudno.
Zgłosiłam się na oferteo. W ciągu doby dostałam 3 oferty. Najbliższa w cenie standardowej dla okolic (200 zł). Trochę dalsza (Rybnik) 130-150 zł. Z drugiego końca Polski (Białystok) 100 zł brutto + 10 zł przesyłka. Pewnie jeszcze napiszę coś, jak przebiegła współpraca (na razie kontakt bardzo OK), ale różnica w cenach rzędu 200 % jest zadziwiająca, tym bardziej, że tutaj jest duża konkurencja.

Zobaczymy jeszcze jak wyliczenia. Łu spodziewa się, że wynik będzie ok. 10% lepszy, niż w oryginalnym projekcie.

sobota, 22 listopada 2014

Nie wiem kto ma więcej szczęścia...

...my czy wykonawca, ale fakt faktem, że znowu zima odwołana. A przynajmniej przymrozki przeniosły się dopiero na piątek. I dzisiaj... tadam... wykonawca obtrąbił skończenie elewacji. Mały drobiazg, że jedna ze ścianek (na głównym budynku, na styku z garażem) jest szara, a druga w połowie szara a w połowie biała. Cudnie jest, robota skończona. Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdyby coś jeszcze nie było do zrobienia, mianowicie listwy trzymające folię kubełkową. Ale to taki drobiazg, że nie będziemy zaprzątać sobie nim głowy. Dodatkowo wykonawca wybetonował najazd do garażu. Oczywiście znowu nie byłby sobą, gdyby nie zabrakło dwóch worków cementu. Łukasz pomknął do Castoramy uratować sytuację.

Z dzieciakami wzięliśmy szpadel i chcieliśmy kopać tego batata, o którym pisałam w poprzednim poście. A tu mały zonk, bo żadnej bulwy nie było. A wilec to na pewno, bo nawet kwiaty ma identyczne, jak na tym obrazku [zdjęcie ukradzione z forum ogrodniczego.]
No i o co chodzi? A już mi się roiły pieczone w ognisku bataty. W każdym razie roślinę wykopałam, usunęłam wszystkie przemarźnięte pędy, powsadzałam do trzech doniczek. I tu mały problem, bo rośliny docelowo mają zimować w pomieszczeniu nad garażem, a pomieszczenie dopiero 'się robi'. Wetknęłam doniczki pod schody w garażu, żeby za bardzo nie przeszkadzały. Pewnie powinnam je podlewać co jakiś czas, ale znając mój czas, to obawiam się, że do wiosny mogą nie przetrwać. Ale może...
Zagłębiłam też w ziemi doniczki z szczepkami na żywopłot. Trochę się obawiałam, czy stojąc w doniczkach nie poprzemarzają za bardzo. Cieszę się ogromnie, bo wygląda na to, że przyjęły się zarówno ogniki (w dużej ilości) jak i co najmniej 2 ostrokrzewy, i te takie krzewy o liściach podobnych do laura (znowu nie pamiętam nazwy). I nawet jedna trzmielina malutka rośnie w doniczce. Lubię takie roślinki, co je 'od małego' mam. Czasem sama się dziwię, że ze mną wytrzymują, bo traktuję je często po macoszemu, znaczy się przypominam sobie o nich, gdy już wołają rozpaczliwie. Ale jakoś dają radę. Pewnie, gdybym o nie bardziej dbała, nawoziła jak trzeba, przesadzała na czas (a nie gdy już z doniczki wychodzą), byłyby piękniejsze i zdrowsze. Ciągle jednak jakoś dają radę. Kwiatki w doniczkach, które przeniosłam już tydzień czy dwa temu do chałupy, jakieś takie bardziej zadowolone i puszczają nowe listki.

Łu dzisiaj poprzykręcał wszystkie klamki. I znowu kroczek bardziej domowo. Ja z kolei pomalowałam przedsionek (miałam nadzieję ostatni raz) farbą, z takim dodatkiem strukturalnym, który miał ukryć niedoskonałości gładziowania. I kicha. Ani wady nie są ukryte, ani struktura nie powala urodą. Wygląda ble... Miał być taki zwykły baranek, ale jakoś tak strasznie nierówno to powychodziło, choć się starałam. Dodatkowo jeszcze zabrakło na część ściany (na szczęście tam będzie szafa). I teraz nie wiemy co robić: dokupić jeszcze struktury i starać się wyrównać rzucik, czy zdzierać wszystko i wrócić do gładziowania? Miał być koniec roboty, a jest jej jeszcze więcej. Jutro pomyślimy.
Udało się za to udomowić jeszcze Poli łóżeczko. Łóżeczko ma na wezgłowiu psa i kota. Jakoś go w ofercie Ikei nie widzę, to nie pokażę.

'Takie dziwne czasy'...

...próba druga. Poprzednio, jak widać, nie udało mi się napisać więcej niż zdanie. Z tych zaplanowanych. A opisywania mam dużo. A tego, co chciałam poprzednio (o tym, że nie ma się czasu pomieszkać), to już chyba innym razem.
Może zacznę od elewacji, co to ciągle jeszcze skończona nie jest. Już trzy tygodnie! :( Patrząc na to, że miała przyjść już zima i temperatury poniżej 0 (a potrzebne są wyższe niż 5 st.C), to może się okazać, że w takim stanie chałupka przestoi do wiosny.
Z daleka nie wygląda to źle, ale jednak część cokołu i wąska ścianka budynku od strony garażu są tylko pogruntowane. Może wizytator z banku nie zauważy i odfajkuje gotową elewację a my będziemy mieli powód, żeby jednak do skończenia nie płacić.
Co się stało z samym tynkiem, czyli dlaczego go zabrakło, to nie wiemy. I jest to drażliwy temat, który nie wiemy jak rozwiązać. Z jednej strony z wykonawcą współpracujemy od początku budowy. Z drugiej, nie tylko tynków było ciągle mało. Próbowałam kontrolować ilość zużywanych materiałów, ale przy braku permanentnej kontroli było to niemożliwe. Nawet do tego stopnia, że prosiłam zamawiając cement w hurtowni, żeby zaznaczyli mi markerem worki. Nie było szans na doliczenie się. Jeszcze nie wiem, co ostatecznie zrobimy z tymi tynkami, tym bardziej, że kilka prac jest ciągle do wykonania.

W środku pojawiły się drzwi. Zdjęcia nie mam. Proste, białe, ramiak dookoła i płycina. Jak pisałam wcześniej: bez klamek, więc wczoraj Łu pojechał nadrobić ten drobiazg. Aha, mam jakieś zdjęcie z klamką:
Wyszło, że wszystkie klamki to chińszczyzna. Urodą i dopasowaniem nie powalają. Jednak teraz musieliśmy wybrać coś, co po prostu spełni swoje zadanie. Poza problemami z klamkami wyszło też, że otwory są za wysokie, trzeba było 'na gwałt' czymś uzupełniać. Teraz w niektórych drzwiach jest szczelina nad framugą, którą trzeba będzie jakoś zaklajstrować, zaakrylować i pomalować.

W ubiegły weekend udało się nam pojechać do Ikei i zakupić dzieciakom łóżka. Na zmontowanie czasu jeszcze nie było. Może dzisiaj?

Kolejna sprawa, z którą Łu mnie pogania, a na którą, jak myślę, obecnie nas nie stać, to zasłony. Cały dół jest praktycznie otwarty i widoczny z każdej strony świata. Wcale by mi to nie przeszkadzało, gdyby nie fakt, że na początku będziemy tam również spać. Poza tym trzeba w miarę jednolicie dobrać wystrój i do tych wielkich okien, i do okna kuchennego (nad zlewem), i do okna w jadalni. Nad tymi wielkimi oknami trudno zawiesić jakieś zwykłe, proste karnisze. No i jest też problem, jak zasłony odsunąć 'na bok' tak, żeby nie zasłaniały sporej części okna. Materiału w końcu będzie bardzo dużo. Podczas bytności w Ikei znaleźliśmy takie systemy szynowe z zakrętami. Zastanawiam się, czy tej dużej ilości materiału nie przesuwać po prostu na ścianę boczną? Na mniejszych oknach chcielibyśmy zrobić rolety rzymskie, czyli takie podciągane do góry. Jednolitość mógłby zapewnić materiał - jednakowy i na dużych i na mniejszych oknach. Łu (mi zresztą też) podobają się tkaniny naturalne, typu lnu tkanego. I jakieś takie, w kolorach naturalnych, znaleźliśmy w I., ale... Dzisiaj przyszło mi do głowy, żeby jednak zasłonami nadać kolor wnętrzom. Co myślicie o bławatkowym niebieskim? Na lnie powinien być taki lekko przygaszony, stonowany, a jednocześnie łączyć bądź zastępować niebo za oknem. ;)

Ze spraw finalizujących budowę, to mamy już nadany numer adresowy. Numer 7 stał się faktem. :) Uruchomiony jest też geodeta, poszukuję również kogoś, kto wykona świadectwo energetyczne. Ponieważ ktoś, kto miał niskie ceny, nie odpisał na maila, to wystawiłam się na oferteo. Ze spraw formalnych zostanie nam domknięcie sprawy z kierownikiem budowy. I chyba wszystko.

Okazało się też, że zrobiłam sobie niespodziankę w ogródku. Wiosną kupiłam COŚ, co pani mi zachwalała. Podawała nawet nazwę, ale zapomniałam, i przez całe lato starałam się dowiedzieć co to jest. Bezskutecznie. Dwa dni temu oglądałam 'Maję w ogrodzie', gdzie pojawiło się coś, co miało takie same liście, choć innego koloru. Ale... bingo. Okazało się, że mam w ogródku wilca ziemniaczanego, czyli batata. Przynajmniej wiem, że muszę go wykopać. I, jeśli znajdę czas, to może uda mi się wysadzić bulwy do doniczek. Choć, ponieważ Po od nocy kaszle jak opętana, może zabraknąć czasu i na to. :(

czwartek, 20 listopada 2014

Takie dziwne czasy...

...nastały, że człowiek nie ma czasu pomieszkać. Ani nawet napisać. Już muszę lecieć. Pa.

poniedziałek, 17 listopada 2014

'Jestem kwiatem lotosu...

...kołyszącym się na spokojnej tafli jeziora...'
'Jestem kwiatem lotosu kołyszącym się na spokojnej tafli jeziora...'
'Jestem k... kwiatem'...

Tynków że brakło pisałam. W piątek domówiłam 4 opakowania 25kg białego i jedno szarego. W sobotę zabrakło białego. Mi uszami para poszła, ale domówiłam jeszcze jedno opakowanie. Dzwonię dzisiaj na budowę pod koniec dnia z pytaniem jak idą prace.
- Eee, bo tynku zabrakło...
- Jak to zabrakło? Nie jest skończone?
- Jest skończone. Szpalety są skończone, lukarna jest skończona...
- Niech mi pan nie mówi co jest, tylko czego nie ma!
- No bo zabrakło, to się zrobi szare i pomaluje...
- Ile zabrakło?
- No kawałeczek, ale nie mają małych opakowań, tylko po 25 kg.
- Jaki kawałeczek?
- 1 m2.
- Nosz kuku mać.

Łu właśnie siedzi i liczy te metry elewacji, bo mi nie wierzył. Ja namierzyłam 229 m2. W tym mały naddatek.
Siedzi, i liczy te metry:
- Bo wiesz, jutro montują drzwi.
- O, fajnie. Zapomniałam.
- Tylko klamek nie będzie.
- Jak to 'nie będzie'?
- A zamawiałaś jakieś?
Ja byłam przekonana, że wybieraliśmy.

Czyli budujemy dom bez klamek. 'Witajcie w małpiarni'. Vonnegut jest całkowicie na miejscu.

sobota, 15 listopada 2014

Bezsenne noce inwestora...

...tym razem z powodu tynku.
Nie, nie, tynk w porządku. Wygląda ślicznie i z daleka, i z bliska. Przynajmniej w naszym mniemaniu. Ale... Zabrakło materiału. 'Pani dokupi'. Liczę, liczę, i doliczyć się nie mogę i nie wiem o co chodzi. Policzyłam elewację, w bardzo dużym zaokrągleniu w górę. Obecnie zużycie tynku wychodzi na poziomie 3,05 kg/m2 wobec 2,7 kg/m2 deklarowanej przez producenta i 2,4-2,5 kg/m2 deklarowanej przez sprzedawcę. Poszukałam w necie jakie są doświadczenia ludzi, co piszą producenci, to mniejsze bądź większe zużycie zależy od jakości tynku (my mamy dobrej bo Caparol) i gładkości ścian (ściany gładkie, bo to metoda BSO, a do tego robione przez tego samego wykonawcę). Zużycie materiału większe o 15-25% przerasta moje pojmowanie.
Wpadłam wczoraj rano na budowę i z kupionych 23 baniaków materiału naliczyłam 15.
Samo powyższe niby jeszcze o niczym nie świadczy, ale czuję się rąbana. Tym bardziej, że w trakcie budowy ciągle brakowało jakichś materiałów. Ciągle utyskiwałam, że nie nadążam kupować. Próbowałam jakoś kontrolować zużycia, ale ktoś by musiał ciągle bywać na budowie, żeby to ogarnąć. Nie ma. Nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Wystarczyło w każdym razie, żeby się obudzić o 2 w nocy, bo może jednak coś źle policzyłam czy coś.
Więc jeszcze raz, dokładniej. Trochę skorygowałam, ale ciągle dużo za dużo. Ech...

Jutro (dzisiaj) mnie nie będzie na budowie, żeby wyjaśniać te sprawy. A z nas dwojga, to ja robiłam za tego złego policjanta. Do czego w sumie chyba średnio się nadaję.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Dwa dni ciężkiej pracy...

...za nami.
Dzieci u dziadków, my na budowie. Łu walczył z włącznikami zmierzchowymi do świateł zewnętrznych. Dwa dni, trzy wizyty w marketach na Bielanach, a końca jeszcze nie widać. Musi się uporać przed jutrzejszymi pracami na elewacji, więc z samego rana trzeba będzie pędzić na budowę. Teraz jeszcze siedzi i zasuwa z projektem schodów. Coś trzeba zupełnie pozmieniać.
Ja na spokojnie. Wczoraj robiłam ostatnie malowanie kuchni i salonu na dole. Na szczęście wcześniej już dwukrotnie wymalowałam wszystkie wnęki okienne i inne trudniejsze miejsca. Teraz zostało głównie pociągnąć równo po dużych powierzchniach i domalować szczegóły. Dzisiaj z kolei zagruntowałam i pomalowałam łazienki. Nie bez przygód, bo...
...na budowę przywiozłam sobie kapcie. Takie skórzane 'góralskie'. Wsuwane. I co weszłam w nich na drabinę to zaczynałam dostawać głupawki, bo Łu mnie wcześniej ostrzegał, żebym uważała, bo jak wejdę na drabinę to mogę wyjechać z tych kapci. Wizja wyjeżdżania z laczków na drabinie była cokolwiek zabawna.
...łazienki chciałam skończyć za jasności. Nie udało się (Dana sorry, że się Tobą nie zajęłam, ale naprawdę chciałam się uwinąć przed zmierzchem, a skończyłam około 21). Łazienkę na górze kończyłam 'na pamięć', co pewnie zaskutkuje plamami. Na ostatni fragment łazienki na dole zabrakło dosłownie szklanki farby. Co robić? Ponieważ farby były Beckersa, to wiedziałam, że w sklepach są próbki tych farb. Lepiej wziąć kilka próbek, niż 2,5 litrowy baniak. Popędziłam więc na Bielany. Niestety, białej farby nie było w próbkach. :( Wzięłam najmniejsze możliwe opakowanie podobnej farby, czyli litr Śnieżki (kuchnia + łazienka), dodatkowo 5 próbek czerwonej (w łazience będzie dosłownie ok. pół metra kwadratowego pomalowane na czerwono - mniej więcej jak na projekcie). Łu kupił całe 2,5 litrowe opakowanie Beckersa Deep Ruby. Ale szkoda je napoczynać. Może uda się oddać? A może komuś się przyda?
Kolor, wg mnie, nie będzie nam pasował, bo jest taki czerwony wpadający w malinowy. Ale Łu mówi, że będzie pięknie. Pół metra pomalować, to nie problem, więc stwierdziłam, że nie będę się kłócić tylko zobaczymy jak wyjdzie. ;)
W każdym razie mam nadzieję, że malowanie łazienek na finiszu. Choć ostatecznie okaże się to jutro, przy dziennym świetle.
Dodatkowo pojechałam akrylem w kuchni i teraz jest już (prawie) ślicznie wykończone. I nie będę teraz myśleć nawet nad tym, co jeszcze jest do zrobienia. O nie! Pomyślę o tym jutro. Tym bardziej, że bełkoczę już chyba niemożliwie.

sobota, 8 listopada 2014

O wszystkim...

...i o niczym. Z pigwą na koniec.

Mam jakąś blokadę na pisanie. Coś się dzieje, mam jakąś zajawkę, żeby coś mądrego napisać, a potem nic nie pamiętam. 'Coś mądrego' w znaczeniu takiego łapania chwil. Tych momentów, kiedy coś się 'zauważa' i to wydaje się takie... brakuje mi słów... fajne? ważne? podniosłe? W takim małym wymiarze, który zaraz gdzieś ucieka, ale zostaje jakiś okruch w sercu. Boszzz, jak ja nie cierpię takich określeń! ;)

Tydzień kolejny minął. Kuchnia stoi - nie pokażę. A raczej pokażę, ale pod kontrolą. Kto nie ma linka, to poproszę o informację. Ostatnio kilkukrotnie zmienialiśmy zarządzanie zdjęciami, więc stare linki nie działają. Choć, jeśli chodzi o kuchnię, to ostatecznych zdjęć jeszcze nie ma. Może dzisiaj wieczorem wrzucę.
W każdym razie miło, że można sobie herbatę zrobić, usiąść i popatrzeć w okno. Oczywiście zaraz widać, ile jeszcze rzeczy trzeba zrobić i znowu człowieka ogarnia myśl, że tyle już zrobione, a ciągle ta droga daleka. Dziwne to też uczucie, że się siedzi w takiej - jeszcze obcej - kuchni. Ale z tą świadomością, że nie ma nikogo, dla kogo byłaby ona mniej obca. I w najbliższym czasie czeka nas wzajemne oswajanie się. Jak ze zwierzątkiem?
W ramach oswajania zapakowałam już troszkę gratów, jakieś herbaty, sztućce, garnek, i umieściłam w szafkach i szufladach. Dzisiaj prawdopodobnie ugotuję (no, może bardziej odgrzeję) obiadek, czyli na posiłek nie trzeba będzie wracać do mieszkania. Może i na śniadanie tam pojedziemy? Czekam aż Łu wstanie i powie coś na ten pomysł.
Choć w pierwszej kolejności planujemy pojechać na zakupy. Trzeba kupić parę rzeczy do domalowania, czy wykończenia niektórych miejsc. No i chciałabym też kupić wszystkim kapcie, bo albo chodzimy w butach - co zawsze się kończy naniesieniem błota, albo na bosaka - co zaskutkowało dziurami w rajstopkach Po i skarpetach Mi. Znaczy się dzieciaki szaleją, bo miejsca do biegania mają dosyć. W małym pokoju na dole znalazły się wszystkie opakowania tekturowe po meblach i w tej chwili - po szaleństwach - trudno tam wejść. Może więc jednak dla dzieciaków nie jest to taki straszny okres? Mimo naszych ciągłych zakazów, poganiań i połajanek. Ciekawe, jakie będą mieli wspomnienia za kilka lat. Ja w sumie nie mogę narzekać. Nie skończyło się (na razie) jakąś katastrofą. Chałupa stoi, w całkiem (jak myślę) dobrym standardzie zbudowana. Gdy pomyślę sobie, że mogliśmy kupić dom od dewelopera, to wiem, że bym nie chciała. Że to, że ten znam niemalże od podszewki, dużo daje dla takiego poczucia osadzenia w odpowiednim miejscu, oswojenia. Porównując do kuchni: gdybyśmy sami choćby poskładali meble, to pewnie bardziej bym się czuła 'oswojona'.
A dzieciaki znalazły sobie jeszcze jedno zajęcie, mianowicie nocną eksplorację działki. O dziwo Po nie ma żadnego stracha i biega za Miłoszem. Miłosz ostatnio ma fazę bycia w innym świecie. Świecie walki, podchodów, śledzenia. Po ciemku szukał dzikich zwierząt i - podobno - udało mu się zobaczyć kunę, czy coś takiego.
Jeszcze o zwierzątkach: ostatnio, gdy wychodziłam z Po z przedszkola, to na trawniku przed buszował jeż. Pola była zachwycona. Bardzo mnie korciło, żeby go zgarnąć i przywieźć do nas. Tym bardziej, że był stosunkowo niewielki, czyli może zimy nie przetrwać, a obok przechodzi też ruchliwa droga. Ponieważ jednak gdzieś jeszcze jechałyśmy, to jeż został. Mam nadzieję, że powodzi mu się dobrze, choć teraz codziennie, gdy idę po Polę, to wypatruję, czy gdzieś tam się nie kręci. Miło byłoby mieć takiego gościa w ogródku.
W chałupie to nie wszystko. Od poniedziałku trwa tynkowanie. Niestety, prace nie posuwają się jakoś dynamicznie. Muszę jeszcze zobaczyć, co wczoraj zrobili, ale do czwartku to otynkowana była połowa jednej ściany szczytowej. Patrząc na to, że i nie wszystko jest pogruntowane, to robota idzie jak krew z nosa. Na szczęście na razie temperatura ma nie spadać poniżej 5 st.C, ale za to pada i jest mokro. Co chyba też nie jest za korzystne. Mam nadzieję, że do końca przyszłego tygodnia jednak skończą, choć nie zdziwiłabym się, gdyby nie. A obiecywali tydzień. Ech...

Jeśli zaś chodzi o pigwę, to w ramach udomawiania się zrobiłam dzisiaj takie coś, właściwie nie wiem co to jest. Ma być do herbaty. Trzeba było pigwę pokroić, przesypać cukrem, zostawić na parę dni potrząsając od czasu do czasu, po czym zawekować. Ja zmieniłam przepis o tyle, że dodałam limonkę i cytrynę. Zastanawiam się jeszcze, czy ostatecznie nie zalać miodem, ale wtedy musiałoby stać bez wekowania. Może wypróbuję część i w taki sposób.
Z pigwą doświadczenia nie mam żadnego. Podobno po wojnie było ich dużo w poniemieckich ogrodach, ale Polacy jej nie znali i nie wiedzieli co zrobić z tą twardą i niesmaczną 'gruszką'. Mama Łu opowiadała, że większość drzewek wycięli. Ja planowałam posadzić w ogródku, ale przestraszyłam się, że to podobno duże drzewo rośnie. Trochę mam za mało miejsca na duży sad, a tym bardziej duże drzewa. Te co posadziłam będę chciała utrzymać w ryzach. Może jednak kiedyś posadzę pigwowca, bo owoce tych krzewów, z którymi miałam do czynienia, pachniały dużo bardziej niż te pigwy, co je dzisiaj przygotowywałam. Czemu?

poniedziałek, 3 listopada 2014

Przyspieszenie...

...znowu.
Dziś od rana coś się działo na budowie. Najpierw zjechały rusztowania. Stanęły i... stoją. To chyba wszystko, co wykonawca na dzisiaj przewidział. Musiał (chyba wbrew sobie) trochę dłużej pobyć na budowie, bo miał jeszcze odebrać tynki i rynny. Odebrał, bo materiał jest w garażu, ale na tym prace zakończył. Poleciał chyba na tę budowę, co to ją tłucze od paru miesięcy. A na nas nie ma czasu.

Łu po pracy pojechał wykańczać gładzie w korytarzyku. Na szczęście nie zdecydowaliśmy się na gładzie w całej chałupie, bo - po wyliczeniach - wyszło tego około tony. Bodajże 2000 zł za materiał i 25 zł za metr robocizny. Dziękuję.
W zasadzie to nawet nie wiem, czemu je robimy w korytarzyku. Czemu nie został tam zrobiony tynk, jak wszędzie? Nie wiem. Może Łu miał jakąś inną koncepcję? A wyszło, że trzeba było coś połatać, bo ściany nie nadawały się do pomalowania po prostu, a jakieś okładziny też nie wyszły? W każdym razie wczoraj i dzisiaj Łu gładziuje korytarzyk i taką nadbudowę nad meblami w kuchni.
Dobrze, że Łu na budowie, bo dostałam telefon, że jadą lodówka i zmywarka. Załapaliśmy się na 'super' promocję, że dowóz gratis. Dowóz niby tak, ale wniesienie już nie. Za prawie 40 zł musiałam dokupić wniesienie po trzech schodkach! bo nie wiedziałam, czy damy radę we dwójkę, i czy w ogóle we dwójkę będziemy mieli możliwość je odbierać. Nie mieliśmy. Ale i tak musiałam zostawić dzieci same w domu i pędzić na budowę, bo jakieś papiery z kupna były potrzebne. Drugi 'bonus' dostawy polegał na tym, że niby darmowa, ale czas dostawy między 11 a 21 i nikt się nie pofatyguje, żeby chociaż powiedzieć, któremu się jest w kolejce. Ba, pani nawet nie była w stanie mi powiedzieć, czy ktokolwiek, kiedykolwiek zadzwoni. Szczęśliwie się złożyło, że akurat Łu był.
Dostawa udała się w połowie. Zmywarka wyglądała ok., ale lodówka - już po odpakowaniu - okazała się całkiem mocno trzaśnięta. Czyli pojechała z powrotem do Warszawy. Następny transport w środę. Dobrze, że już zaplanowałam wolne.
No i jutro... tadam... kuchnia. Znowu napięcie rośnie. Jak to wszystko będzie wyglądało, czy wszystko przebiegnie bez większych perturbacji? Do przyszłego tygodnia chałupa powinna się zmienić z zewnątrz i wewnątrz. Ale ciągle będzie daleka do kompletności.
Spotkałam jeszcze sąsiadkę. Przez chwilę pożartowałyśmy właśnie na temat mieszkania na placu budowy. Że w zasadzie to się człowiek przyzwyczaja i cieszy tym co jest. Po dwóch latach skupiania tylko na jednym zaczyna patrzeć i nie widzieć budowy. Znajomi zresztą opowiadali, że myśleli, że jak się wprowadzą, to szybko wykończą co zostało. A potem przez dwa lata nie zrobili prawie nic. Dopiero po tym czasie pozbierali się na tyle, żeby zacząć dociągać braki: żarówki, listwy, firanki, ogród. A u nas?
A u nas Mimon ostatnio słucha na okrągło:


niedziela, 2 listopada 2014

Piękny dzień...

...mamy dzisiaj. 2. dzień listopada. I zapowiedzi na przyszły tydzień są optymistyczne, czyli że będzie ciepło. Pogoda w sam raz na kładzenie tynków!
Na elewacji nie będzie nic wymyślnego. Na razie narysowałam coś takiego:
Kolory pewnie w rzeczywistości okażą się zupełnie inne. W każdym razie biały i jasnoszary. No i brązowa stolarka. Zupełnie nie wiem czy będziemy zadowoleni z ostatecznego efektu czy nie. Aby nie przedobrzyć staraliśmy się, żeby było jak najprościej. Uda się?
Pierwotnie był plan, żeby drzwi i/lub bramę garażową zrobić szare. Albo bramę garażową zrobić białą - jak elewację. Ale po namyśle stwierdziliśmy, że ani z białym, ani z szarym nie trafimy w kolor. Dlatego stolarka drzwiowa jest jak okienna, czyli winchester. Trochę inny kolor ma podbitka, bo nie było możliwości dobrania bejcy. I w taki sposób na elewacji znalazły się 4 (a z antracytem dachu to 5), a nie (zgodnie z jakąś tam zasadą projektowania) 3 kolory. Mam nadzieję jednak, że nie jest przeładowana. Że troszeczkę będzie odwoływało się do tradycyjnej, lokalnej architektury: ciemniejszymi (w oryginale drewnianymi) szczytami ścian szczytowych; a trochę do aktualnych trendów i prostych kolorów.

Łu skończył projekt schodów i pod koniec tygodnia konstrukcja ma być gotowa. Gorzej ze stopnicami. Jak się pozbieramy (czytaj: sprzedamy mieszkanie) to je zamówimy.

A ze sprzedaży mieszkania na razie nici. Dostałam dwa szablonowe maile z jakimiś dziwnie podobnymi danymi. Raczej jakiś robot zbierający dane je wysłał. Zdawkowo odpowiedziałam, oczywiście bez odzewu. Doczekałam się też spamu telefonicznego (a raczej SMSowego). I wszystko. Może wrzesień przespałam?

We wtorek montaż kuchni (pisałam?), więc Łu dzisiaj robi zabudowę nad częścią mebli. Garaż przez to czeka na swój czas. Ja mam zaplanowane 2-3 dni malowania w przyszły, długi weekend. I to już będzie praktycznie TEN CZAS. Ten czas, czyli czas na przeprowadzkę na stałe. I teraz zaczynają pojawiać się zupełnie inna gama uczuć, niż w trakcie budowy. Nawet nie wiem jak to opisać. W trakcie budowy było dużo takiego napięcia związanego z oczekiwaniem. Gdy się już to coś, na co się oczekiwało, pojawiło, to mówiło się 'fajnie' i trzeba było zaraz przestawiać na planowanie/oczekiwanie czegoś następnego. Nie było czasu na 'cieszenie' się. I patrząc na to od strony praktycznej, to fajnie, że jest kuchnia, ale przecież nie można sobie w niej nawet zrobić herbaty. Gdy będzie można zrobić herbatę, to nie będzie na czym usiąść. Gdy będzie na czym usiąść, to ciągle jeszcze coś nie będzie skończone, co będzie 'uwierało'. Nie znaczy to, że nie będzie cieszyło, ale mam teraz wrażenie, że mimo wszystko nie będzie czasu na to, żeby siąść i się pocieszyć. A może to w ogóle takie materialistyczne? Siąść i się cieszyć z tych murów, nowych sprzętów? W sumie chyba raczej chodziło o to, żebyśmy mieli gdzie wspólnie posiedzieć. Razem. A ja do tej pory nawet nie zdążyłam się walnąć w tę trawę i popatrzeć w płynące chmury. Ani sama, ani tym bardziej z dzieciakami. Pewnie, że bym mogła, ale to nie byłoby to, bo gdzieś by mi tam w głowie szumiało 'wstawaj szybko, bo coś jest do zrobienia'.

Może to za wcześnie na jakieś podsumowania. Najtrudniejszy okres być może dopiero przed nami: odnalezienie się w nowej rzeczywistości, udźwignięcie tych wszystkich kredytów i dociąganie tego wszystkiego, czego jeszcze nie zrobiliśmy, ale na razie radzimy sobie chyba całkiem poprawnie. Łu zajmuje się jednymi sprawami, ja ciągnę inne. Jeśli coś trzeba przerzucić na 'drugą połówkę' to z instrukcją co, gdzie i jak załatwić. Tylko pewnie dzieci ciągle odbijają się od niemających czasu rodziców. Ciekawe, czy to się zmieni? Czy zacznie mi się chcieć, tak jak obecnie mi się nie chce np. grać z nimi w gierki, czytać czytanki? Czy to zmęczenie materiału, czy już jakieś zniechęcenie życiem? Czy patrzenie na ogródek będzie dawało power, czy myśli 'o boziu, znowu trzeba zgrabić/sprzątnąć/wynieść/pozamiatać'?

No nic, w końcu piękny dzień mamy, więc szybciutko obiadek, potem zawieźć też porcję Łu zasuwającemu na budowie. Może wyjdą odwiedziny u sąsiadów, którzy właśnie się wprowadzają i mają podobne dylematy do naszych. A potem, obiecana dzieciakom wyprawa na tor do jazdy na rolkach. Ciekawe, czy zdążymy przed zmierzchem, czy je wystawię do wiatru? Może najpierw z dzieciakami, a potem do sąsiadów? Pa.