czwartek, 26 lipca 2012

Budowlańcy w natarciu cd.

I kto by uwierzył, po przedwczorajszym poście, że dzisiaj mogę podlewać kwiatki na działce z własnego przyłącza? Jest ktoś taki?
A to prawda. Choć nie sprawdziłam, więc się nie zarzekam.
Niemniej... wczoraj cały dzień nas nie było. Wyjechaliśmy na jeden dzień na zagramaniczną wycieczkę. Jak to w takich przypadkach bywa, telefon się urywał, więc musiałam wyłączyć. Wracając włączyłam, znowu zaczął się urywać. Po 21 byliśmy po polskiej stronie granicy, więc mogłam sama zadzwonić pod najbardziej natarczywy numer.
Wykonawca.
Bo on chciałby się jutro spotkać.
OK, tylko o której?
Rano, 8:30.
OK.

Więc o 8:30 pokazałam plany, mapki, dokumenty. Dzięki temu, że zgłoszenie było, ok. godzinę później panowie przyjechali z koparką. Po 14 jak wstąpiliśmy na działkę, to rura już była, właśnie zaczynali zakopywać i przyjechał geodeta, aby wszystko pomierzyć.
Ok. 18. wizyta wykonawcy, bo prace już zgłoszone i odebrane - nie pytajcie w jaki sposób tak szybko. Został jeszcze tylko geodeta (to trochę potrwa, ok. 3 tyg.) i podpisanie umowy z zgk o dostawę wody (+ założenie wodomierza).
Wsio.


wtorek, 24 lipca 2012

"Witaj wśród budowlańców"...

...jak to rzekł Mój Najdroższy.
Jak pisałam, sprawy się rozkręcają. Umówiony wykonawca przyłącza wody. Prowadzimy rozmowy z wykonawcami głównymi. Ten pierwszy najpierw mówił, że czas będzie miał dopiero we wrześniu, po czym zaskoczył mnie tym, że właściwie to już wchodzi. W piątek telefon, że w poniedziałek będzie kopał. W niedzielę, że w środę zaczyna. Dzisiaj (wtorek), że... bym sobie poszukała kogoś innego. Właściwie to nawet dał mi namiary na kolegę i obietnicę, że zrobi to za umówione 4800 zł brutto.
Nazwisko kolegi właściwie to mi znajome. Robił u mnie na osiedlu różne rzeczy. Pytanie, czy będzie miał czas, i czy stawka się utrzyma. A ja już zgłoszenie rozpoczęcia robót złożyłam.
O naiwności. Chyba jednak faktycznie wszystko na umowach trzeba będzie zaklepywać. Choć Łu się dziwił 'po co?'.
:)

poniedziałek, 23 lipca 2012

...realizacja planu...

..."Dwa do przodu..."
nic do tyłu.
:)

A nawet trzy do przodu.
1. Byłam dziś w ZGK. Nic nie trzeba aktualizować. W związku z tym zgłosiłam tylko budowę przyłącza. Czyli jesteśmy trzy kroki dalej niż planowałam.
2. Nic nie zrobiłam.
3. Nic nie zrobiłam.
4. Nic. Czekam. Dzwonię. Nic.
5. Jutro zadzwonię i się przypomnę.
6. Dziś wieczorem.
7. Prawie skończone. Jeszcze tylko łazienka, ale tę obfotografujemy jutro.
8. Właściwie zrealizowane w poprzednim poście. ;)
9. Niech sobie wykonawca to zorganizuje. Chyba, że kiedyś przy okazji się trafi...
10. Połowicznie wykonane. Do drugich nie mam maila.
11. Zadzwoniłam do energetyki. Trzeba postawić jakąś rozdzielnicę i później zgłosić się do nich po podpięcie i odbiór. Wydzwoniłam już sąsiedniego elektryka. Koszt ok. 800-900 zł + czas 3 dni roboty + ok. tydzień na formalności. Ale Łu uspokaja, że w sumie nie ma się z tym co spieszyć. W razie czego wykonawca ma bądź powinien mieć agregat. Niech sobie radzi. Słusznie.
12. Dzwoniłam, ale się nie zapytałam o umowę. Umowę o przyłącze mamy podpisaną. To chyba o tą chodziło. O dostawę prądu to nie ma się co spieszyć.
13. Byłam. Pożyczyli. Chabazi nasadziłam, kawał pola (hihi) przekopałam. I dobrze mi z tym.

A z innych rzeczy:
Miałam dziś telefon od doradcy kredytowego. Zadałam mu jeszcze kilka pytań na które dostałam dość satysfakcjonujące odpowiedzi.
Byłam 'w gminie', czyli w Kątach Wrocławskich. W sumie to bardzo lubię tam jeździć. Małomiasteczkowy klimat mnie rozkłada. ;) Domki, domeczki, sklepy, sklepeczki, uliczki, uliczencienciuncie. Pod jednym sklepem prawie stałam się właścicielką maltańczyka. Poleciał za mną ze smyczą, zaczął się łasić i mówić: 'weź mnie ze sobą'. Miał pecha, maltańczyka nie przewiduję. Owczarek będzie na pewno, tylko jeszcze nie wiemy jaki. Na razie przewijają się: niemiecki, szwajcarski, berneńczyk, belgijski. Ale to dopiero za parę lat.
Wracając na ziemię, załatwiłam formalności wodne - i tu również 'gmina' rozkłada mnie. Po prostu uwielbiam tam załatwiać sprawy urzędowe. Z czym bym nie pojechała, zadzwoniła, napisała, zawsze jest załatwione lepiej i milej niż bym oczekiwała. Czego wszystkim aktualnym i przyszłym budującym życzę.

piątek, 20 lipca 2012

Plan na najbliższe dni...

1. Aktualizacja warunków dostawy wody: wniosek + stare warunki -> złożyć w ZGK.
2. Złapać sąsiada z forum Muratora, wypytać o wykonawcę.
3. Podjechać do domu, którego budowa mi się podobała, wypytać o wykonawcę.
4. Dowiedzieć się o wycenę budowy przez pana S.
5. Pilnować wyceny budowy przez firmę ZB (mieli przysłać w przyszłym tygodniu).
6. Przygotować ogłoszenie w sprawie mieszkania.
7. Przygotować mieszkanie do zdjęć; zrobić zdjęcia.
8. Zrobić listę miejsc do wstawienia ogłoszenia:
- gratka;
- gumtree;
- domiporta;
- tablica ogłoszeń w mojej firmie;
- forum osiedlowe;
- strona wsi;
- mieszkanie.pl - portal ogłoszeń bezpośrednich;
- ...(może ktoś podpowie gdzie się ogłaszać?)
9. Wziąć poświadczenie (pieczątkę) o uprawomocnieniu się pozwolenia na budowę (bo jeszcze nie wzięliśmy). Choć w sumie może zrobić to wykonawca.
10. Jutro powiadomić najbliższych sąsiadów o rozkopach drogi (woda).
11. W poniedziałek/wtorek zadzwonić do wykonawcy skrzynki energetycznej, czy w skrzynce jest gniazdko, do którego można się podłączyć, czy trzeba jeszcze robić przyłącze budowlane. Wykonawca P mówił, że pewnie nie trzeba robić takiego przyłącza. Byłoby super, bo to oczywiście kosztuje. Ale sąsiedzi zdaje się, że robili.
12. Zadzwonić do energetyki, co z podpisaniem umowy. W sumie to nie pamiętam, czy po postawieniu skrzynki poinformowali nas o tym. Hmm...
13. No, i jutro rano pojadę sobie na działkę. O właśnie, muszę zadzwonić do sąsiadki, czy by mi łopatę i grabki pożyczyli.

Już sama nie wiem...

...co się dzieje. Wszystko jakoś dziwnie przyspiesza, choć pewnie w którymś momencie się zatnie. Obaczy się.
Mianowicie...
Wykonawca przyłącza wody... Zapowiadał, że nie weźmie się za robotę wcześniej, niż we wrześniu. Nam rybka. Zależało nam na terminie, żeby się wyrobić ze wszystkim do października, bo jedno z ustaleń ma taką datę, a nie chcieliśmy po raz kolejny tego uzgadniać. Bach, dzisiaj telefon, że on właściwie to w poniedziałek (za trzy dni) będzie wchodził z budową przyłącza. W sumie, to czemu nie. Cena ustalona. Wysupła się ze skarpety.

Generalny wykonawca (o ile tego wybierzemy)... Pierwszy raz dzwoniłam do pana z firmy P jakoś w zeszłym tygodniu. Od razu usłyszałam, że w tym roku terminów nie ma, ale w przyszłym to chętnie. Jak dla nas OK; dopiero ruszyliśmy z tematem, musimy się jeszcze ogarnąć, zaplanować różne rzeczy i NAJWAŻNIEJSZE - sprzedać mieszkanie. W każdym razie wczoraj umówiliśmy się na spotkanie, żeby obgadać wycenę. I tu w zasadzie wyszło, że pan jest zdecydowany już we wrześniu wchodzić na plac robić fundamenty!

Wszystko fajnie, tylko za co? ;) Na razie czekam jeszcze na wyceny z dwóch innych firm. Jutro muszę ruszyć jeszcze dwa miejsca: prawie-sąsiada poznanego na forum Muratora, który miał mi kogoś polecić i właściciela domu, którego budowę obserwowałam jakiś czas (inną, niż tę opisywaną zza okna). W każdym razie muszę się z tym spieszyć.

Ha, ciekawostka. Pierwszy raz użyłam etykiety 'budowa'. Może to już?

poniedziałek, 16 lipca 2012

Dużo się dzieje...

...w tym momencie. Choć pewnie w porównaniu do właściwej budowy, to tyle co nic. ;)

1. Ogródek. Dzisiaj rano, jeszcze przed pracą, pojechałam wsadzić różne chabazie, co je od rodziny przywiozłam. Miało padać, ale niestety, znowu pogoda mnie wystrychnęła. Na szczęście nie ma upału, a ziemia wilgotna, to może nie zeschnie za szybko.



2. Przyłącze wodociągowe. Wykonawcę mamy już dogadanego. Najprawdopodobniej pojutrze spotkamy się i obgadamy szczegóły. Jeśli jest jeszcze co dogadywać. Koszt 4000 + geodeta 400 zł + pewnie vat. Jaki? 7%?



3. Dzisiaj miał nam przysłać wycenę budowy główny planowany przez nas wykonawca. Na razie w skrzynce pusto, ale przypomniał się jeszcze wczoraj, to pewnie siedzi i klnie nad pdfami z projektem. Było tego sporo. W każdym razie spotkamy się jeszcze w tym tygodniu.



4. Nadanie nazwy drodze i (chyba) sprawa pociągnięcia gazu. Jutro spotykam się z sąsiadką 'zza nas'. Ona mi wyda upoważnienie do działań z nadaniem nazwy. Oni bodajże chcieliby ciągnąć gaz.



5. Sprzedaż mieszkania: Sprzątanie. Zdjęcia. Wystawienie ogłoszeń. (Bodajże w poprzednim poście to już pisałam).

piątek, 13 lipca 2012

Rośnie ogródek...

...choć może raczej powinnam napisać 'ogródek'.

Na chaszczowisku jakiś czas temu przekopałam kawalątek. Dosłownie metr na metr. Żeby posadzić dostane pomidorki (trzy) i poziomki. Z myślą o plantacji przekopałam jeszcze kawałeczek i powstała grządka jakoś dziwnie z grobem się kojarząca - bo mniej więcej metr na dwa i pół. ;) Wczoraj rozgrzebałam kawał pola, czyli uprawa urosła do niebotycznych rozmiarów mniej więcej trzy na trzy metry. Hihi. (Jak widać, przynajmniej radochy mam z tego trochę :) )

Oczywiście wyjazd na działkę nie obył się bez piętrzących problemów. Miałam jechać rano - padało. Później - znowu padało. Pojechałyśmy jak przestało i troszkę obeschło; po około pół godzinie, gdy Po zjadła już dwie buły i wypiła butlę picia (czyli wszystko co miałyśmy ze sobą w wałówce) znowu zaczęło lać. Myślałam, że nic z prac ogródkowych nie wyjdzie, a miałam trochę pnączy do posadzenia na płot (rdest auberta i wino) i przygotowane na sadzonki ciski. Za czwartym podejściem, gdy już pojechałam sama udało mi się skopać, powsadzać szczątki roślinek, które przeżyły przekładanie tam i siam i wożenie w te i we wte. No i na koniec wygoniła mnie burza z ulewą. W sumie dobrze, bo woda do podlewania mi się skończyła przedwcześnie. Hehe, tym razem to aura zrobiła się w jajo, zamiast mi dokopać, to mi pomogła. ;)

Jadę dziś zobaczyć, czy to co posadziłam przeżyło.

czwartek, 12 lipca 2012

Start? Falstart?

Chyba dojrzeliśmy na tyle z różnymi myślami i przemyśleniami, że powiedzieliśmy sobie START. Generalnie plan opisałam w notce 'nowy pomysł'. Doszło do niego kilka dodatkowych pozytywnych (o ile wyjdą) czynników.
Z założeniem, że mieszkanie uda się szybko sprzedać, to jak najbardziej realna staje się możliwość wzięcia kredytu 'rodzina na swoim'. Co to daje? A no tyle, że przy 300 tys. kredycie, z państwową dopłatą do odsetek, przez pierwsze 8 lat płacimy ratę ok. 1400-1500 zł. Co jest kwotą niewiele wyższą niż obecnie płacimy za kredyty. Dodatkowo oszczędzilibyśmy ok. 42 tys. zł na odsetkach. Wg mnie dużo.


Harmonogram:

Co

Kiedy

Sprzedaż mieszkania

Jak najszybciej

Sprzątnięcie mieszkania
Zrobienie zdjęć
Przygotowanie ogłoszenia
Ogłoszenie od gazet 5. sierpnia (po powrocie z wakacji)

Wynajęcie mieszkania

...

Zarezerwowanie ekip(y) wykonawczej

...

Załatwienie formalności kredytowych

...

cdn.

wtorek, 10 lipca 2012

Sucha pielucha

Dzisiaj święcimy dzień sukcesów pieluszkowych.
Po porannej zmianie pieluszki, ponieważ pogoda jest więcej niż ciepła (choć nie tak strasznie jak przez ostatnie parę dni), w ramach wietrzenia czterech liter, Po biegała sobie dłuższy czas bez pieluchy. Później założyłyśmy, co skończyło się ślicznym wołaniem 'siusiu' i zapełnieniem nocnika. Sytuacja powtórzyła się ze 3 razy, czwarty skończył się kupą w pieluszce wspomnianą (a może raczej myślą przewodnią) w poprzednim poście. Niemniej...
Przyszła godzina 13, czas popołudniowej drzemki. Pola z pewnym oporem ale jednak wylądowała w swoim pokoju, drzwi zostały zamknięte. Trochę zrzędzenia, ale ogólnie spokój, choć pewne oznaki życia nie cichły. Jakieś pół godziny później w dalszym ciągu słyszę lekkie skrobanie w drzwi. Że też jej się nie znudziło? Po kolejnym jakimś czasie skrobanie nie ustaje. Podchodzę więc do drzwi, naciskam lekko klamkę, skoro skrobanie w drzwi, to sprawca musi być gdzieś blisko.
W pierwszej chwili moim oczom ukazuje się pielucha. W drugiej - mokra plama. W trzeciej piękne wielkie oczy śmieją się do mnie z wielkim zadowoleniem.
W zasadzie ja też powinnam mieć powód do zadowolenia i dumy, w końcu pielucha cały dzień pozostaje sucha.

Chyba powinnam dodać licznik przerywania pisania posta. Tym razem -3-. Poprawka: 4.
Dlatego pewnie wątek i pointa nie lepią się zbytnio. Trudno utrzymać rytm pisania, gdy co chwilę 'obuchem przez łeb' (ponownie odsyłam do 'Witajcie w małpiarni') dostaję: ściera od ścierania mokrej plamy wylądowała na stoliku; przelewanie herbatki z kubeczka do kubeczka to jakże rozwijająca zabawa; robienie kałuż z tejże herbatki na stole też jest super; a mamy nogi mogą służyć za drążek, huśtawkę czy trampolinę (ała).

Fizyka teoretyczna a życie rodzinne

Wydawałoby się, że nie ma nic bardziej sprzecznego jak czysta fizyka, poubierana we wzory, prawa, wykresy, teorie, a życie rodzinne z jego chaosem, obs... pieluchami (ooo, właśnie jedną czuję, sorki na moment, choć pewnie wątek mi się urwie...).
Po 7 minutach...
Jestem, choć po drodze, oprócz zmiany pieluchy: mycie pupy; Chcesz siusiu do nocniczka? - nie... TAK!; oczywiście siusiu nie zrobiła, ale zdążyłam w tym czasie przygotować kubełek na pieluchy, który był w myciu; właśnie sobie przypomniałam, że pieluchy chyba ostatecznie w tym kubełku nie umieściłam (będę to musiała zrobić za najbliższej bytności w łazience); mieszanie zupy w garze; wyniesienie kilku zabawek z pokoju. Aha, i Pola właśnie 'gryzie' mnie jaszczurką. No nic, spróbuję wrócić do wątku...
W każdym razie wydawałoby się, że między jednym a drugim podmiotem tematu nic nie ma wspólnego... a jednak.
A jednak dopiero jak zostałam mamą, to zrozumiałam czym jest entropia układu. Na pewno jest ona wprost proporcjonalna do ilości osób w rodzinie i odwrotnie proporcjonalna do wieku. Przy czym ta druga zależność zmienia się wykładniczo (czy też może logarytmicznie?). Czuję się potraktowana 'wyrównywaczem' (co powinien zrozumieć ktoś, kto czytał 'Witajcie w małpiarni' Vonneguta) i nie mam siły zastanowienia się nad tym.
Hmm, siadłam do pisania posta, bo przyszło mi jeszcze inne (myślałam, że świetne) zestawienie tytułowych zagadnień, ale aktualnie obserwuję jak Po chowa telefon pod Kindla i zastanawiam się, co pierwsze wyląduje na podłodze.
Jednak telefon.

Ratunku... tonę...

...pod masą rzeczy, łachów, przedmiotów. No i, niestety, kurzu. :( Ale od początku...
Właściwie do czasu studiów (czyli połowę mojego życia) gnieździłam się wraz z rodzicami i dwiema siostrami na niespełna 40 m. Jak pewnie większość polskich rodzin do perfekcji mieliśmy opanowane upychanie rzeczy po pawlaczach, szafach, szafkach, schowkach, piwnicach. Było jak było, często wesoło i tłumnie (otwarty dom), jakoś nikt się nie przejmował zagęszczeniem ludzi i przedmiotów. Sprzątanie też nie było stresującą czynnością (jak to siostra sobie podśpiewywała: 'przewróciło się, niech leży...').
Czasy się zmieniły.
Od studiów i zamieszkania z Przyszłym/Obecnym mieliśmy dobre warunki lokalowe. Początkowo u teściów, w domu; dwa spore pomieszczenia (początkowo pokoje, później jeden zamieniony na kuchnię, ale doszła wtedy antresola). Zrobiło się przestrzennie, a i własnego dobytku było niewiele, to i nie plątało się wszystko pod wszystkimi kończynami. Przybyło nas trochę, to i lokal zmieniliśmy na większy - dwa i pół pokoju z kuchnią i dużą łazienką (z oknem). To pół, to antresola, na której znalazło się idealne miejsce na małżeńską sypialnię - z dolnej strefy dziennej nie kuły w oczy bety.
Mieszkanko początkowo prawie puste - ot, wielka szafa w korytarzu pomieściła wszystkie łachy i masę innych rzeczy, materac, wyposażenie kuchni, mały stolik, lekkie foteliki, dziecięce łóżeczko i jakaś szafka. Do tej pory się śmiejemy, że cała przeprowadzka to 2 czy 3 przejazdy Volvoka (kombi) (w tym przewóz całej rodziny ;) ).
Minęło 6 lat...
Rzeczy przybyło, dzieci przybyło. I dziś po raz kolejny, po dwóch godzinach biegania i przekładania rzeczy, stwierdziłam, że coś tu jest nie tak! Nie wiem jak to opisać, chyba powinnam chodzić z dyktafonem i cały czas mówić co robię. Byłoby to coś w rodzaju: idę do łazienki niosąc brudne ubranka Poli, które znalazłam na półce z zabawkami; właśnie potknęłam się o klocka, więc biorę go do ręki; w łazience wrzucam ubranko i zgarniam samochodzik i kaczuszkę; idę do pokoju wrzucić zabawki, po drodze rejestruję pomiętą kartkę w kącie; wrzuciłam zabawki do pudełka, więc zgarniam jakieś kartki z bazgrołami z biurka i idę po tego śmiecia, co go zanotowałam w pamięci; zgarniam śmiecia i lecę do kubła na śmieci; kubeł jest pełny, przy okazji upychania śmieci wysypuje się trochę plastików z przepchanego kubła ze śmieciami 'eko', biorę szufelkę, ale na dnie szafki jest wilgotno, bo ktoś wrzucając butelkę przy okazji rozlał resztkę zawartości do szafki; biorę ścierę (dziwnie oślizgła) i zanim wezmę się za szafkę chcę wypłukać ścierę; ale w zlewie studzi się herbatka dla Poli; boczkiem płuczę ręce, wyciągam herbatkę; piorę ścierkę; Pola dobiera się do woreczka z zakrętkami (wszyscy zbierają, to my też); ścieram szafkę; notuję w pamięci, że soli do zmywarki nie ma; upycham śmieci do kubłów, ale że już się nie da, to rozwlekam wszystko na środek, segreguję, upycham po reklamówach, ustawiam pod drzwiami trzy wory; ładuję worki do kubłów, kubły do szafki, jeszcze przecieram drzwiczki, zamykam ufff; odwracam się... Pola zadowolona rozwlokła zakrętki po całym pokoju, poupychała w kanapach (na szczęście wyrzucam wypłukane); Poli jednak przy zakętkach już nie ma, więc zgarniam je i kilka innych zabawek walających się pod nogami; zgarniam Polę i idziemy stawiać pranie. I tu zaczyna się nowy wątek w którym proszek się rozsypuje, z kieszeni na łazienkę sypią się tony piachu, jakieś plamy wymagają zaprania, Pola robi kupę albo krzyczy, że chce pić, nowe zabawki lądują w wannie a mama musi udawać że pije 'niby-kakałko' nalewane pieczołowicie z dzbanuszeczka do filiżaneczki; pranie się pierze, ale trzeba zebrać wcześniejsze, żeby to nowe było gdzie powiesić, latanie z upychaniem rzeczy po szafach; niestety, trudno zmieścić; Pola dzielnie sekunduje naśladując mamę i wywalając to, co udało się przed chwilą niemałym wysiłkiem upchnąć; z braku czasu na kolejne składanie wszystko ląduje w takim stanie w jakim się znalazło w najbliższej szafce/szufladzie (następnym razem z rajstopkami wysypią się klocki); uff... choć 'po wierzchu' pi razy oko nic się nie wala.
Albo nas tu jest za dużo, albo mieszkanie za małe.
To jeszcze nie koniec wniosków, ale ciąg dalszy następnym razem...