niedziela, 21 grudnia 2014

Raport z oblężonego miasta

Oczywiście obecna sytuacja nie ma nic związanego z oblężonym miastem, ale trochę tak się czuję: zupełnie oderwana od świata (czytaj: internetu). Wpadłam teraz do opustoszałego już mieszkania, co daje trochę taki klimat pustki, ukrycia, niesamowitości. I nadaję w szeroki świat.
Internet 'u siebie' mamy mieć 5. stycznia. Czyli z dużym prawdopodobieństwem do tego czasu się nie odezwę. A dzieje się oczywiście trochę. Wczoraj 'nadejszła wielkopomna chwila' i pierwszą noc spędziliśmy u siebie. Zasłony wisiały i - muszę przyznać - bardzo przyjemnie wyglądają. Na tak ogromnej powierzchni danie jakiegoś koloru lub wzoru bardzo zdominowałoby przestrzeń. A tak jest zgrane ze ścianami i podłogą. Dzisiaj skończyłam ostateczne podszywanie i nie mam zamiaru dotknąć tych zasłon przez najbliższych parę miesięcy. Potem trzeba będzie wyprać. Zobaczymy czy się jeszcze zbiegną. Po tych wszystkich zabiegach z namaczaniem na gorąco, wirowaniem i prasowaniem (żeby się zbiegły przed podszyciem), gdyby jeszcze się skróciły, to bym się wkurzyła.

W domu jest raz przyjemnie, raz nerwowo i wrzaskliwie. Dzieciaki nie mają praktycznie zabawek, ale i tak rozwlekają wszytko niemożliwie. Gdy tylko na chwilę skupiłam się na jakiejś robocie, to zaraz miałam pryzmę do uprzątnięcia za plecami. Zaczynam nerwowych drgawek dostawać na takie widoki, bo to z jednej strony ciągle jeszcze stoją drabiny, rzeczy malarskie (nie napisałam, że Łu wczoraj szlifował gładź w korytarzyku, gruntował i malował); z drugiej w różnych kątach stoją pudła, wory; walają się zasłony, szpilki, skrawki materiałów; jednocześnie trzeba żyć, czyli np. zrobić śniadanie, ugotować obiad. Dzieciaki dostają rzucawki: tarzają się po wszystkim co się da a jednocześnie trudno je zagonić choćby do zgarnięcia brudnych skarpet.
Z miłych momentów to na przykład te, gdy robimy i jemy wspólne posiłki. Jakoś tak miło i sympatycznie to wychodzi. I widoki w koło (na razie tylko na niebo) przyjemne. To pa, prawdopodobnie do 5. stycznia (albo i później).

piątek, 19 grudnia 2014

Jutro będzie...

...WIELKI DZIEŃ! Taką przynajmniej mamy nadzieję. Zapakujemy ostatnie 'śmieci' i wyniesiemy się do chałupki. Ale po kolei...

Nad firankami spędziłam już cztery wieczory szyjąc (we wtorek byłam na wywiadówce, w środę na szczepieniu) i dwa piorąc w gorącej wodzie i prasując, ale są praktycznie gotowe. Zostało podwinięcie do odpowiedniej wysokości. Jest tylko mały szkopuł, mianowicie kupiłam za mało ślizgów z agrafkami. Nie wiem czemu, bo kupowałam zgodnie z wytycznymi na stronie kompletowania karniszy. Zabrakło tak gdzieś 120! Mały problem, bo w dwóch pasmanteriach, których byłam, takich ślizgów do karniszy nie było. Mam nadzieję, że jutro uda się coś znaleźć w sklepie, w którym kupowałam taśmę.
Zasłony wyszły w miarę. Mogłoby być lepiej, ale chyba nie będzie to wyglądać źle. Na pewno ostatnia jest dużo lepiej uszyta niż pierwsza. W trakcie szycia stwierdziłam też, że dużo lepiej byłoby szyć w innej kolejności: najpierw wszycie taśmy, potem podszycie boków. Dołu nie obszywać do ostatecznego podwinięcia. Mniej roboty, a i efekt będzie lepszy, bo nie będzie dodatkowego zgrubienia. Największy problem był ze szwem łączącym dwa bryty. Uszycie go prosto i tak, aby się nie marszczył materiał, nie jest proste. Ale nie wyszło tragicznie. Na razie pocieszam się, że szew zginie w fałdach. Zobaczymy jutro.
Czyli jutro czeka nas pierwsza noc w domku. Dzieciaki już się cieszą. Na razie będą spały w małym pokoju na dole, a my w salonie. Dlatego były potrzebne zasłony, bo jednak nie w smak mi było, żeby ktoś mi w łóżko zaglądał. Ale poza tym no problem.

Nie pisałam jeszcze, że w tym tygodniu zamontowali wentylację mechaniczną. Co to oznacza? Nie mam pojęcia. We wszystkich domach, z którymi miałam do czynienia wentylacja była grawitacyjna: nawiewało wszystkimi dziurami i nieszczelnościami, wywiewało kominami w kuchni i łazience. A u nas: budynek jest wybudowany maksymalnie szczelnie, świeże i ogrzane powietrze trafi prosto do pokojów. Czy dzięki temu nie będzie np. rosić na szybach? Pole eksploracji przed nami.

Po wielkim jutrze będzie kolejny dzień, już w nowych warunkach. Czy to oznacza, że 'długa droga do domu' dobiegła końca? Trochę to dziwne uczucie. Z jednej strony ciągle jest tyle do zrobienia, z drugiej jakiś etap zostanie podsumowany. Tym bardziej, że pewnie na dniach będziemy składać zgłoszenie użytkowania i budowa stanie się oficjalnie Domem. Co dalej? Co dalej? ;)

Dalej będą Święta. Takie nasze, rodzinne. Przyjadą rodzice, dziadkowie i siostra Łu. Przyjadą moi rodzice i Dana z chłopakami. Zabraknie Skorki i Buby :(. Może w przyszłym roku? Skooorkaa?
Ciekawe, na ile uda się pogrzać w domowym ciepełku? Może tu jeszcze za surowo? Nie będzie gdzie usiąść wygodnie, zapaść się w miękkości i przytulności. Ale może każdy znajdzie swój kącik i zajęcie dla siebie i będzie się dobrze czuł? Taką mam nadzieję.
Z pracą na święta jesteśmy już mniej więcej podzieleni. No, w każdym razie podzielone. Mama: uszka i ciasta. Mama Łu: pierogi w kilku odmianach, śledzie(?), ryby w galarecie; Babcia: ryby smażone; ja: barszcz, paszteciki, sałatkę, pierniczki, ciasteczka owsiane (wg przepisu Babci Marysi).
Łu pewnie będzie musiał zapewnić choinkę i doprowadzić jeszcze jakieś techniczne sprawy do należytego wyglądu. Np. przedsionek: ostatnio zdarł strukturę pracowicie przeze mnie naniesioną i teraz trzeba szlifować, gruntować, malować. Brr... Zapowiedziałam, że się już za to nie chwytam.
Przydałoby się jeszcze chociaż jakąś imitację lampy w ubikacji zrobić. Żarówkom na drucie (po doświadczeniach mieszkaniowych) mówimy stanowcze NIE. ;)
No nic, do roboty...




niedziela, 14 grudnia 2014

Trzy wieczory...

...z maszyną do szycia przede mną. Maszyna ma takie ciepłe światełko, to przyjemnie się przy niej siedzi. Trochę tylko plecy bolą. ;)
Jak pisałam: wczoraj pojechaliśmy do hurtowni tkanin. Dużo różnych było, ale w zieleniach i w czerwieniach nie. W każdym razie nie takich, jak chcieliśmy. Znaleźliśmy jeden szary (taki w tonacji płytek podłogowych, tylko jaśniejszy) materiał z grubym splotem, bodajże lniano-bawełniano-poliestrowy. Cena materiału i dodatków to 450 zł. Dzisiaj dotarła do mnie maszyna pożyczona od rodziców i cały wieczór obszywałam i zszywałam bryty. Pierwszy poszedł średnio - Łu potem pracowicie rozpruwał łączenie - ale kolejne już lepiej. Największy problem jest z zszyciem dwóch brytów, żeby za bardzo łączenia nie było widać. Grunt to nie naciągać tkaniny - sama ma się układać.
Maszyna szyje całkiem dobrze, nic się nie plącze, nie ściąga. Nici też chyba dobre (jedną całą szpulkę już 'wydziergałam' bez problemów). Zostały mi jeszcze trzy firanki do uszycia i taśmy do wszycia. Potem pranie - żeby się materiał zbiegł - i ostateczne podszycie. Chyba, że macie jakieś inne doświadczenia co do kolejności?
Mileno, jak widać namiaru na szycie zasłon już nie potrzebuję. Ale roletki przydadzą się. Szczególnie godne polecenia. Te, co mamy w mieszkaniu, po kilku latach (7?) rozpadają się. Choć być może, siłą rozpędu, uszyję również rolety rzymskie na okna w kuchni i jadalni.

piątek, 12 grudnia 2014

Znowu w domu...

...a właściwie w mieszkaniu. Tym razem pochorował się trochę Mi. W efekcie mam czas, żeby spędzić go z dzieckiem. Pogadaliśmy na tematy, na które zazwyczaj nie mamy czasu rozmawiać; spakowaliśmy trochę kolejnych rzeczy - dzisiaj Łu będzie woził; zaplanowałam menu na święta; przeglądnęłam przepisy, pomysły na prezenty. Okazja, żeby pobyć trochę w domu (no, w mieszkaniu) nie zdarza się często, więc trzeba ją wykorzystać maksymalnie!
O dziwo uda się dzisiaj załatwić kilka spraw, które nie byłyby załatwione, ale i nie były też zaplanowane. Z samego rana zadzwonił kurier, że czeka pod domem, bo przywiózł stację wentylacyjną. Ponieważ właśnie jechałam zarejestrować Mi do lekarza, to przy okazji wyładowaliśmy sprzęt. Potem przyszedł ktoś z firmy budującej przyłącze dla sąsiada. Zdziwił się, gdy mu powiedziałam, że przecież nie musi załatwiać podpisów wszystkich współwłaścicieli działki drogowej, bo jest to załatwione sądownie. Kolejna sprawa, to zadzwonił do Łu gość od bramy garażowej, okien i drzwi zewnętrznych, że dzisiaj mógłby poregulować i zobaczyć, czemu brama odstaje (Łu zauważył szczelinę). Czyli też dzisiaj uda się to chyba załatwić.

* * *
Dwa dni później:
Bramy nie udało się załatwić, bo gość się więcej nie odezwał. Szkoda trochę.

Na budowę zawieźliśmy już co się dało. Można by tylko zapakować pudła z ubraniami, środki do mycia, artykuły szkolne i pójść nocować tam. Ale... ale nie ma tam zasłon, a my musielibyśmy spać na dole, bo schodów jeszcze nie ma. Ponieważ do świąt już mniej więcej wszytko obmyślone, to te zasłony spędzają mi sen z powiek (i obecny post również powinien mieć tytuł 'bezsenne noce inwestora', bo wstałam przed 5). Jak napisałam krawcowa-firanowa wyceniła mi uszycie zasłon i rolet na 2200 zł. Zaczęłam więc grzebać po necie i netowe ceny były nie tak wiele mniejsze, to stwierdziłam, że gdy zrezygnujemy z rolet (ok. 700 zł), to u niej przynajmniej materiał zobaczę i dobiorę taki, żeby fakturowo mi się podobał. Poszłam, powybierałam, po czym wyszłam z wielkimi oczyma. Materiały, które w miarę mi pasowały powyceniała,ale na 2200-3600 zł za sam materiał! Najtańszy na 1600 zł (również za sam materiał). Podziękowałam i poszłam. Znowu wyceniłam sobie w necie (materiał dobierając 'na oko'):
(zdjęcia pochodzą z portalu Dekoria.pl)
Jednak znowu cena rzędu 1600-1800 zł, za materiał, który nie do końca nam się spodobał (ale był najładniejszy - w naszym mniemaniu - z tych wszystkich), to chyba jednak przesada. Jak gdzieś napisali: firanki zawsze można wymienić. Choć w naszym przypadku mówimy w każdym przypadku o całkiem sporej kwocie, w związku z czym nie przewiduję zasłon jednorazowych.
Ponieważ potrzeba około 32 m materiału szerokości 140cm, to w wariancie 10 zł/m wychodzi 320 zł za materiał. W Ikei znalazłam:
w cenach 16-20 zł. Już bardziej znośnie. Tym bardziej, że same tkaniny chwali mama Łu: że bawełna, że gruba, że się nie gniecie praktycznie. My chcieliśmy kolory trochę inne. Niebieski odpadł - przymierzyliśmy się z niebieskim szalem przy zapalonym świetle, i to zupełnie nie było TO. Za to soczysty zielony lub coś z dodatkiem czerwonego wyglądało, że będzie OK. A takich kolorów jakoś nigdzie nie możemy znaleźć. W jednolicie czerwonym materiale z Ikei czerwonego jest za dużo, a czegoś z dodatkiem, ale bez pstrokacizny nie znaleźliśmy. A te zielone i żółte nie pasują nam do czerwonej (wpadającej w pomarańczowy) zastawy, którą 'od Mikołaja', a conto prezentu dostaliśmy.
Znalazłam jeszcze namiary na hurtownię tkanin, gdzie się pewnie udam w sobotę. Jeśli tam nic nie znajdę, to będziemy się Ikeą ratować.

* * *
Tak to czytam, jakie próżne problemy mam. Może dobrze, że tylko takie?

czwartek, 4 grudnia 2014

Zwijamy się

Właściwie to data przeprowadzki nie była zaplanowana.
I dalej nie jest.
Jednak w ferworze walki z kurzem popakowałam różne durnostojki i kurzołapy - sama nie wiedziałam, że tyle ich mam! Jak zapakowałam, to załadowałam na osiołka i - wio - wywiozłam.
Idąc za ciosem poznosiłam pudła z kołdrami, śpiworami i innymi nie-niezbędnymi rzeczami. Zniosłam szafeczkę nocną.
Łu przyjechał przywożąc trochę pudeł. Widząc mnie walczącą z materią też się zabrał za pakowanie książek. Teraz korytarz mamy cały zawalony, ale regalik stoi pusty.
Ponieważ dzisiaj rano przybył pan wyprać kanapy (żeby nie wieźć brudnych), a wczoraj poprałam wszystkie pokrowce - to pokój obwieszony jest różnymi szmatami, niezbyt urodziwe poduchy w watolinie walają się po kątach, półki puste, kanapy i stół poprzesuwane. Żadnego ładu i składu, ale - mam nadzieję - jutro lub pojutrze wyklaruje się już.
Za kilka dni pewnie okaże się, że bardzo potrzebujemy czegoś, co jest wywiezione. I to będzie już chyba ten czas, żeby szybko zapakować ostatnie rzeczy i przenieść się do nowej rzeczywistości. Ciekawe jak będzie?...

Z suchych faktów... Spotkałam dzisiaj geodetę. Przez przypadek, bo umówieni byliśmy na jutro. Pogadaliśmy co gdzie przebiega. W poniedziałek ma zanieść mapy do 'powiatu', skąd gotowe papiery mają być za jakieś trzy tygodnie. Czyli może się okazać, że nie uda się nam wprowadzić do zgłoszonej chałupki. Mam nadzieję, że nikt nas przez te parę tygodni nie będzie ścigał. A może nie będzie o co?
Ubezpieczałam dzisiaj nieruchomości. Namieszałam zupełnie z cesjami, w chałupie wpisałam bank mieszkania, w mieszkaniu zapomniałam zaznaczyć cesję. Napisałam już gdzie trzeba, żeby sprawę odkręcić, ale nie dostałam jeszcze odpowiedzi.
Z firankami nie ruszyłam się. Za to wypytałam na okolicznej budowie drogi o dostawcę tłucznia granitowego. Namiary dostałam, zadzwoniłam: 860 zł za 25 ton materiału brutto. Zakładając, że na podjazd do garażu i kawałek drogi potrzeba dwie wywroty i jakieś 600-700 zł za pracę koparki, to w sumie wychodzi ok. 2400 zł. Ostatnio prosiłam 'koparkowego', który 'gładził' nam ogródek o wycenę. Wyszło mu 4,5 tys. zł!

środa, 3 grudnia 2014

- 'Mamo,...

...nie mogę oglądać tych głupotów, bo jestem małkowcem!'
To oczywiście Po. :)

Porządki, czyli...

...idą święta... idą święta...
Skręconą nogę Po (Po już szaleje, choć czasem noga o sobie przypomina) mogę traktować jak prezent przedświąteczny. Grzejemy się w rodzinnym ciepełku. Porządki na całego, co oznacza obwieszone wszystko praniami (wczoraj zrobiłam siedem, dzisiaj na razie cztery czy pięć), porozrzucane poduchy z kanap, powyciągane różne rzeczy z łazienki (szczotka do wc stoi obok drzwi wejściowych), wyrzucona część z szafek (zapudłowałam i wywiozłam już wszystkie płyty z muzyką i filmami). Trudno przejść, ale widać, że dzieciaki są szczęśliwe. Wcześniej było małe Waterloo, teraz jakoś spokojniej, ale widać, że kooperacja kwitnie. Aż trudno jakoś zagonić Mi do lekcji.
Od wczoraj na oknie czekają dwa listy do Mikołaja i jeszcze jedna karteczka, z komentarzem, że staruszek będzie sobie mógł wziąć drugą kanapkę z nutellą, jak rozwiąże zagadkę matematyczną. Listy leżą od wczoraj, może dlatego, że ktoś zapomniał przygotować te kanapki. ;)

Tak piorę te wszystkie rzeczy, coś staram się poukładać (już trzeci dzień) i myślę sobie: ile to czasu trzeba na przedświąteczne porządki! Patrząc na to, że zostały tylko trzy tygodnie, a tu termin przeprowadzki ciągle nieustalony, Łu zmaga się ze schodami i samochodem (konieczna naprawa), ja z zasłonami, geodetą, ubezpieczeniami, to czasu jakby nie było wcale. Chyba zaczynam wpadać w przedświąteczną panikę.

wtorek, 2 grudnia 2014

Porządki i...

...wredna matka. Tak, tak, to o mnie. ;)
Tytułem wstępu: Pola ma skręconą nogę i nie może chodzić. W efekcie jesteśmy trochę przykute do mieszkania. Pozytywnie jednak trzeba przekuć całą sytuację, więc może wreszcie wezmę się za sprzątnięcie zarosłych kątów, wywalenie czego się da, spakowanie do przeprowadzki. Na pewno nie można tego czasu zmarnować choć, przy jesiennej, depresyjnej i usypiającej pogodzie nie jest to łatwe.
Więc porządki... Wczoraj ogarnęłam 'po wierzchu', czyli teoretycznie mniej więcej nic się nie powalało. Niemniej nastał wieczór, kolacja, wieczorne mycie, kładzenie się spać. Dzisiaj śniadanie. Czyli sprzątanie od początku. Zabrałam się za układanie rzeczy, czyli branie ich z miejsca gdzie nie powinny leżeć i odkładać w miejsce bardziej oczywiste. Niekoniecznie idealne, bo po drodze np. pranie zdjęte z suszarki wygląda jednak tak, że trzeba będzie je wyprasować.
- Koce poskładać (mamy godzinę 11 a już po raz trzeci);
- ręczniki (wiecznie rozwalone! - naprawdę nie wiem jak to się dzieje) poskładane;
- trzecie sprzątanie po śniadaniu (tego też nie rozumiem! - jedliśmy w dwóch turach);
- gumki do włosów włożone do pudełeczka (wczoraj użyłam na Poli dwie a posprzątałam pięć);
- no i mnóstwo rzeczy, które biorę do ręki i nie wiem, gdzie mam wsadzić (np. kawałek ołowiu, który Mi dostał od dziadka na ciężarki do wędki - Mimi wędki jeszcze nie użył, ciężarki jakieś dostał a dopasowane można kupić, a mnie szkoda wyrzucić bryły ołowiu do śmieci ze względów ekologicznych);
- pozbierane i powieszone na lampie medale z biegów Mi (nikomu w sumie niepotrzebne, ciągle w niewiadomy mi sposób pojawiające się w różnych miejscach, no i kurzące się niemiłosiernie);
- pozgarniane drobiazgi Po (wrzucam do jednego pudła, skąd oczywiście wywędrowują);
- koraliki Po i kulki do strzelania Mi sumiennie zbieram odkurzaczem z nadzieją, że to już ostatnie, a one wyłażą chyba ze wszystkich dziur w ścianach - horror po prostu;
- ścieranie blatu w kuchni (też tak macie, że ilekroć wchodzicie do kuchni, to blat jest brudny?);
- wstawiona zmywarka (za chwilę wywleczone kolejne dwa brudne kubki z półki Mi);
- wstawione pranie (po chwili wygrzebane ubranka Po zza kosza w łazience i ubrania Mi wciśnięte w kąt za półkami ((co już pierdyliard razy skończyło się karczemną awanturą, wywalaniem na środek wszystkiego, samodzielnym sprzątaniem przez Mi, ale ciągle NIE DOTARŁO, że tak się nie robi)) );
- przygotowanie 'dyżurnego' worka na śmieci w dziecięcym pokoju i pudła na recycling (przy każdym sprzątaniu wywalam jakieś tony papierów, połamanych zabawek, pierdółek dodanych do słodyczy (uwierzcie, nigdy nie kupuję zestawów słodycz + zabawka, bo trzęsie mnie na sam widok tych dodatkowych śmieci, ale one ciągle się pojawiają, chyba znowu z 'dziur w ścianie');
- ogarnięte parapety (notorycznie zakurzone, ale ponieważ ciągle ktoś coś na nich kładzie, mimo moich nieustających sprzeciwów, to ot, tak przetrzeć ścierką nie da się - trzeba najpierw odgruzować).

Żeby nie było, że mam czas pisać, to od rozpoczęcia tego posta zdążyłam już postawić czwarte pranie, ugotować dwudaniowy obiad (rosół z makaronem, ziemniaczki z kotletami mielonymi - siedzę w domu, to przynajmniej obiad taki 'po domowemu' w odróżnieniu od tych wszystkich ryżów i makaronów na szybko). Przybyło też parę nowych rzeczy do odgruzowania, bo Po zdążyła wygrzebać z 'dyżurnego' worka na śmieci kilka śmieci, książeczki, gazetki, zaparzaczkę do herbaty, słuchawki itp. (tyle w zasięgu wzroku).

Ponieważ post jest pisany na raty, to i pewnie trochę taki nieskładny wyjdzie. Ale mam nadzieję, że w końcu go skończę. Może i jakąś puentę znajdę?


Sprzątam w każdym razie i sprzątam. W międzyczasie gotuję, czytam bajkę o rybaku i rybce, składamy z Po literki (coraz więcej ich zna i pewnie niedługo zacznie sama coś składać, bo całkiem dobrze jej idzie), bloguję, odbieram telefony od jakiejś zagubionej duszy z ING Bank Śląski (jeśli dobrze zrozumiałam), negocjuję z geodetą, wysyłam Łu dyspozycje co do jakichś wydruków, rozczarowuję się wyceną pani od firanek (najtańsza opcja za zasłony na trzy wielkie okna i dwie rolety rzymskie to około 2200 zł), no to jeszcze zrobiłam sobie kawę. A co! Tak na uspokojenie na skołotane nerwy. I ciągle jeszcze nie dotarłam do planu na dziś, czyli do rozgrzebania jakiejś szafy pod kątem przeglądnięcia rzeczy: co do wyrzucenia, co do spakowania, co do zostawienia 'na ostatnią chwilę'. 'Jakby co, to zrobię to jutro, przynajmniej trochę bardziej posprzątane będzie, to prędzej się do tego zabiorę' - myślę sobie, ale nie, bo dzwoni Łu, że już mi na jutro czas rezerwuje, bo przyjdą panowie drzwi poprawić. A jeszcze mnie Po ciągnie na spacer. I tu mam najwięcej wyrzutów sumienia i w środku woła 'idź na spacer!' a gary wołają 'wyłącz nas i ogarnij', a pralka 'właśnie kończę, zaraz będziesz musiała powyciągać i wsadzić kolejne', a odkurzacz 'to już skończyłaś? to przynajmniej mnie pozbieraj ze środka', pranie: 'ciągle tu leżymy niepoprasowane' itd. itd. Kociokwik jednym słowem. Uff...

O wrednej matce też miało być. No to jestem. Mam nadzieję, że po tym powyższym wywodzie, to jakoś bardziej zrozumiałe będzie, że gdy przyjdzie Mi, zostawi za sobą ścieżkę: plecak, czapka, kurtka, buty; o lekcjach powie, że nic nie ma, po czym, gdy jednak bardziej zainteresuję się zeszytami, okaże się, że jednak są przynajmniej z trzech przedmiotów; gdy go wreszcie pogonię do sprzątnięcia butów, to okaże się, że błoto z nich rozsypane jest po całym korytarzu; gdy po raz n-ty przypomnę o lekcjach; to w pewnym momencie po prostu wyjdę z siebie (stanę obok) i wydrę się w niebogłosy. I wtedy, jeszcze tylko w spojrzeniu, zobaczę: 'jaka wredna matka!'.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Życie rodzinne

- Mama, jesteś ode mnie wyższa o część portretową! - powiedział Miłosz, gdy przymierzyliśmy się 'dokąd mi sięga'. :)

* * *

Jedziemy sobie samochodem, Polka zagaja dyskusję na temat zwierząt zasypiających na zimę:
- No, bo są różne zwierzęta, które zasypiają na zimę. Na przykład zebra...

* * *

Większość weekendu spędziliśmy w domu. Trochę coś robiliśmy, trochę sprzątaliśmy, trochę skręcaliśmy meble dla dzieci. Z dzieciakami kupiliśmy też karmnik dla ptaków (taka butelka, z której wysypują się ziarenka do podstawki) i karmę. Karmnik zawiesiliśmy na jesionku. W niedzielę mogliśmy się walnąć na podłodze w jadalni i obserwować zza szyby stadko czyżyków pędzlujących karmnik. Wypatrzyliśmy też rudzika, który chyba mieszka w stercie desek i innych drewnianych odpadów pobudowlanych. Nagle jednak słyszymy, jak Po mówi:
- Ja to jednak najbardziej lubię sikorkę zimoworkę!