wtorek, 8 sierpnia 2017

Koza w domu

Przypowieść o Żydzie i kozie chyba wszyscy znają.
Teraz się czuję, jakbym takich kóz miała co najmniej kilka w domu, ale żadnej nie mogła wystawić.
Ot choćby przykład: jest Kota. Ta Kota od sąsiada. Przychodzi, karmię ją. Odrobaczam nawet. Miła, chciałaby się pogłaskać. Tylko czasu na to nie ma. Po raz kolejny mam wrażenie, że mam kota (sąsiada) żeby go karmić, bo na przyjemność głaskania już mi jakoś czasu brak. Po co więc Kota? Żeby było miło pogłaskać?
Drugi przykład: domek z ogródkiem. Super sprawa! Tylko co z tego, jeśli na ogródek tęsknym okiem rzucam z daleka bo czasu na wyjście do ogródka to nie staje. Nie mówiąc o robocie w ogródku, która ciągle sprawia mi przyjemność. Czas na grzebanie w ziemi takie obowiązkowe, żeby nie zarosło wszystko po pachy wyrywam z innych prac (głównie kosztem dzieciaków lub spania), ale na cieszenie się, że się coś ogarnęło - znowu brak.
Dalej:
Spacery.
Rowery.
Fitness w ogródku lub w pobliskiej siłowni (od dwóch miesięcy mam kartę MultiSport a jeszcze dłużej 6 niewykorzystanych godzin na karnecie).
No i wakacje. Coś czuję, że w tym roku znowu z nich nic nie będzie bo będziemy nadrabiać zaległości.

Ale jakby mi tego było mało to wzięłam sobie kolejną kozę na głowę. Głupia ja.
Może ktoś wreszcie mnie jakimś kijem przez łeb zdzieli?


piątek, 26 maja 2017

Między pracą a...

...pracą.
Trafił mi się dziwny stan. Zakończyłam współpracę z jednym pracodawcą (po 9 latach) i zaczynam z drugim. Właściwie jeszcze nie zakończyłam - jestem na urlopie - ale już obiegówką pobiegałam, rozliczyłam wszystko, odebrano mi wszystkie dostępy, klucze, karty. Mam kilka dni na pozałatwianie kilku zaległych spraw, bieżących też jest niemało i na robienie tego, na co mam ochotę.
I siedzę. Mogłabym zrobić coś w ogródku, ale nie mogę ruszyć ręką.
Mogłabym posprzątać, bo naniosłam kupę kupy. Siedzę w tym wszystkim.
Mogłabym ugotować obiad jak sobie obiecywałam. Produkty nakupiłam, nic, tylko gotować.
Tyle bym mogła, że nic nie robię. Najchętniej poszłabym spać, tylko że jak się już obudzę, to w koło będzie ten sam bajzel co teraz. Więc nie idę.
Nie cierpię tego stanu.

środa, 17 maja 2017

Przy porannej kawie...

...właściwie to herbacie, bo kawę wypiłam jakąś godzinę temu. Ale kawa brzmi jakoś tak bardziej 'porannie'.
Klasyczna bezsenność czwartej nad ranem mnie dopadła. Jak zwykle był to czas na nadrobienie spraw zaległych, które to 'jeszcze nie są tak pilne, a muszę się nad nimi zastanowić', więc czas ucieka, a tematy leżą. Kilka zatem udało się przerobić i dzień zacząć z miłym poczuciem, że już się coś pożytecznego zrobiło.

Budzik właśnie obwieścił 5:50, czyli czas na pobudkę. A mnie się właśnie zachciało ogromnie spać. Jakoś ten dzień przetrzymam.

Miesiąc minął od ostatniego wpisu, czyli mniej więcej i od świąt. Jako że raczej zimno było na dworze (również i przymrozki), wiatry i deszcze, więc pogoda na rozwój ogródka średnia. Choć od kilku dni temperatury sięgnęły kilkunastu do nawet ponaddwudziestu stopni Celcjusza, czyli wszystkie rośliny dostały nagłego przyspieszenia. Wygląda na to, że bukszpany przyjęły się. Chyba wszstkie mają świeże przyrosty. To byłby chyba czas na pierwsze ich cięcie, ale nie wiem jak się do tego zabrać. I chyba jakieś nożyce powinnam do tego kupić?

Wczoraj wieczorem odebrałam przesyłkę z paprociami. Mam nadzieję zrobić pod jesionem taki trochę leśny zakątek. Nie wiem na ile, na tych paru metrach kwadratowych, się to uda.  W planie mam obsadzenie paprociami, konwaliami i innymi wiosennymi kwiatkami, które pod paprociami będą mogły w lecie zniknąć. Poza tym gdzieś oglądałam paprocie w połączeniu z tulipanami. Najpierw wiosną rzucał się łan tulipanów, a potem z pąków wyłaziły paprocie, które - gdy już urosły - zasłaniały zwiędłe tulipany przez resztę roku. Zobaczymy jak u nas wyjdzie. Na razie ogromnie się cieszę z jesiennych nasadzeń roślin cebulowych. No i jakoś tak wyszło, że róże (kolory) przechodzące w odcienie amarantu pięknie się tu prezentują. I w tę stronę będę szła: nie żółte, nie czerwone, ale różne formy różowych. Ładnie mi się komponują do niebieskich innych kwiatów (barwinki, hiacynty, szafirki, len).

Dzisiaj wyczytałam, że ceny owoców w tym roku będą obłędne: 26 zł za polskie truskawki w skupie. Zastnanawiam się, na ile ten problem jest faktyczny, na ile napędzany. Z roku na rok obserwuję ogromny wzrost 'wartości' polskich owoców i warzyw. Kiedyś to były najtańsze produkty. Teraz zaczynają mieć miano luksusowych, przy tych sprowadzanych z zagranicy. Czemu? Wg mnie to cwaniactwo a nie faktyczny wzrost kosztów. Jak to mi kiedyś jeden z lokalnych rolników stojących 'z pietruszką', na pytanie, czemu ma drożej niż w pobliskim sklepie, choć nie ma kosztów, podatków itd., wypalił: "a bo państwo wszystko kupią". Otóż nie. Choć bardzo bym chciała, to do lokalnych rolników jestem zrażona. Od czasu do czasu staram się na nowo przekonać, z różnym efektem.

Tym bardziej własne miejsce zaopatrzenia w postaci ogródka wydaje mi się cenne. Jeszcze nie robię tego dwuarowego ogródka, z którego mają być płody na rok dla całej rodziny (tutaj o nim pisałam), ale mam cichą nadzieję, że truskawek w tym roku kupować nie będę. Fakt, że pewnie będą później niż zazwyczaj, ale kwitną prześlicznie i w ogromnych ilościach. Nic mi w tym roku nie przemarzło, nawet oregano przetrwało zimę na dworze, więc biadoleń rolników nie rozumiem. Liczę na własne owoce. Warzyw jeszcze nie będzie, bo warzywnik czeka na swój czas. Na razie nawóz zielony go porasta. Choć pewnie to ostatnia chwila sadzić coś w tym roku, ale sprawy wsi odsuwają prywatne na bok. Ech, sprawdza się moje motto: jak ktoś gdzieś ma za dużo, to mu gdzie indziej brakuje.

Czas szykować śniadania. I do roboty.


wtorek, 18 kwietnia 2017

Kamień milowy i zdjęcia

Niniejszym obwieszczam, że w przedświąteczną sobotę - Wielką Sobotę - zamiast szykować wszystko na święta zakończyłam jeden z życiowych etapów. Mianowicie zagospodarowałam ostatni ugór po budowie, czyli dwie frontowe grządki. Uff!
Radocha z tego faktu była porównywalna do bólu mięśni po robocie. Po dwóch dniach w ogródku wyjście na spacer skończyło się rejteradą i powrotem do domu, bo czułam się niemalże jak pod koniec Rysia, czyli nocnego maratonu z przeszkodami, który mi się trafił w ubiegłym roku.
No cóż, przeżyłam, więc jest dobrze.
A ogródek wygląda teraz tak:












I na koniec jeszcze Kota:



czwartek, 6 kwietnia 2017

Pratchett...

...raz jeszcze. Nie mogłam się powstrzymać:



Zdjęcie użytkownika The Norwegian Atheist.
Ze strony: https://www.facebook.com/NorseHumanist/photos/a.717702384916399.1073741828.717227564963881/1482338408452789/?type=3

wtorek, 4 kwietnia 2017

Pet challenge i "ludzki pan"

Ten drugi zrobił ostatnio karierę polityczną. Od tfu-polityki chciałabym się trzymać z daleka. Trudno jednak. Na szczęście (może) to tylko takie odniesienie będzie.

Ale od początku. W ramach mojej małej cegiełki w naprawianiu świata, choć może raczej realizowania swojej potrzeby wyżywania się na ludziach, prowadzę akcję, którą ostatnio z Mimonem roboczo nazwaliśmy Pet Challenge. A może już pisałam o tym? Pamięć jakaś krótka.
W każdym razie Pet Challenge polega na tym, że gdy ktoś przy mnie rzuci peta na ziemię, to starając się miło i z troską zagaduję: 'przepraszam, coś panu/pani upadło'. Zazwyczaj delikwent zaczyna szukać wzrokiem o co chodzi i dopiero po chwili następuje chwila olśnienia. Reakcje są bardzo różne, ale może innym razem opiszę kilka co ciekawszych.
Dzisiaj znowu mi się trafiło, że akurat z koleżanką szłyśmy za panem, który - hyc - pecika wyrzucił na chodnik.
- Proszę pana, coś panu upadło. - Koleżanka była pierwsza.
Pan zaliczył chwilę konsternacji, nie mógł się zorientować co mu upadło. Ale po chwili BINGO!
- To pani tu porządku pilnuje?
- Jak trzeba, to pilnuje.
- To niech pani miotłę weźmie i pozamiata!
- Widzi pan, tu, cztery kroki stoi kubeł. Śmiecia można tam wyrzucić.
Poskutkowało. Śmieć trafił na swoje miejsce!

* * *

Drugą część wyzwania w sprzątanie świata miałam wieczorem. Wybrałam się z Po na spacer. Idąc jedną z uliczek wypatrzyłam pana, który worek ze śmieciami opróżnił na jeszcze niezabudowanej działce - jakby nie było - sąsiada. Pytam więc:
- Ładnie to tak sąsiadowi śmieci podrzucać?
- Ale to tylko takie biodegradowalne!
- Proszę pana, gmina odbierze od pana wszystkie śmieci. To czemu pan tak komuś podrzuca?
- blablabla.
Trochę spokoju i przechodząc obok domu tegoż właśnie śmieciarza:
- Niech pani uważa chodząc tak z dzieckiem, bo następnym razem może się pani nie spotkać z tak ludzkim traktowaniem.
- No proszę, jaki 'ludzki pan'. Ostatnio już takiego jednego mieliśmy.

Jakby mnie ktoś zadźgał w ciemnym kącie to szukać pana z Akacjowej 6.


czwartek, 16 marca 2017

Bezsenne noce inwestora

Kolejny post wygrzebany z wersji roboczych, czyli nieskończony. Myślałam, że wskoczą w daty, gdy były pisane. Teraz nawet nie mam ich jak dobrze zlokalizować w czasie, ale szkoda by mi było tracić.
Będą więc pod wspólnym tagiem 'wygrzebane z lamusa'.

* * *
Wiosna 2014 r.

Wpis
Po raz kolejny spać po nocy nie mogę. Choć to może raczej efekt wiosny? Zazwyczaj tak mam, że przez kilka dni (nocy) wiosną budzę się rześka. Gorzej w ciągu dnia. Choć może i wpływ na bezsenność ma ilość spraw budowlanych, które były do załatwienia w ostatnie dni?
Dzisiaj jest wielki dzień. Przynajmniej ja to tak odczuwam. Mianowicie robione będą wylewki, czyli posadzka betonowa. Dla mnie to trochę takie zamknięcie etapu instalacji i najcięższych (w znaczeniu materiałowym a nie fizycznym) prac. Jednocześnie główny wykonawca skończył swoje zajęcia na boku (twierdził, że szkolenie) i chyba wrócił do nadrabiania zaległości, czyli np. budowy schodów wejściowych i garażowych. Powinna dzięki temu zniknąć ostatnia kupa bloczków.


Powakacyjny poniedziałek...

Kolejny post wygrzebany z wersji roboczych, czyli nieskończony. Myślałam, że wskoczą w daty, gdy były pisane. Teraz nawet nie mam ich jak dobrze zlokalizować w czasie, ale szkoda by mi było tracić.
Będą więc pod wspólnym tagiem 'wygrzebane z lamusa'.

* * *
Około września 2014 r.

...przebiegł bardzo owocnie. Domknęliśmy sprawę dotacji do pompy ciepła i w ciągu dwóch tygodni powinniśmy dostać przelew. Rozwiązała się również sprawa zwrotu vatu (na co czekamy cztery miesiące!). Zadzwoniła wczoraj pani, że w skanach brakuje jednej korekty, a poza tym to wychodzi do zwrotu 11 600 zł. Super. To chyba kwota, którą ja wyliczyłam. Myślałam, że coś obetną. A jeśli obcięli, to niedużo. Cały problem w tym, że papiery do zwrotu przygotowywałam sama. Zajęło mi to kilka nocy! Lista materiałów kwalifikujących się jest tak nieprecyzyjna, że trudno się po niej poruszać. Na forach czasem piszą, że coś może być zakwalifikowane, innym razem że nie. Nie kierowałam się tymi radami, tylko sama starałam określić co.
Dzisiaj Łu podjedzie dokończyć formalności.

Małe dzieci...

Kolejny post wygrzebany z wersji roboczych, czyli nieskończony. Myślałam, że wskoczą w daty, gdy były pisane. Teraz nawet nie mam ich jak dobrze zlokalizować w czasie, ale szkoda by mi było tracić.
Będą więc pod wspólnym tagiem 'wygrzebane z lamusa'.

* * *
Około listopada 2014 r.

...mały kłopot. Duże... tak, tak, każdy to zna.
Ostatnio spotkałam znajomego, z dziećmi w wieku licealnym. Potwierdził powyższe.

Po, jak napisałam w poprzednim poście, kończy 4 lata. Przy Miłku oznaczało to dla mnie osiągnięcie etapu jakiegoś takiego większego luzu. Już nie trzeba było non stop pilnować; zdecydowanie zwiększyła się fantazja i pomysły na samodzielne zabawy; jeśli pojawiali się towarzysze zabaw w zbliżonym wieku, to wystarczyło tylko nie przeszkadzać.
Po zrobiła się samodzielna nawet trochę wcześniej. Jest bardzo samodzielna, często widać, że wręcz niezależna. Ma swoje plany, czasem bardzo rozbudowane, i realizuje je z dużą konsekwencją. Co z tego wyniknie w przyszłości? Na pewno trzeba będzie dać jej dużo 'przestrzeni', a próby ukierunkowania będą wymagały od nas nagimnastykowania się, aby nie skończyły się oporem i postawą 'i tak zrobię swoje'.

Pod tym względem z Miłkiem na razie było prościej.

* * *
Zaczęłam ten post pisać nad ranem. Trochę bez przekonania, że powinnam go kończyć. Tym bardziej, że zaczynając, nie miałam, i ciągle nie mam, jakiejś puenty. Ale trafiłam na post Kaliny o Dużym. I tak mi przyszło do głowy, że może jednak nie tylko o tych pozytywnych czy zabawnych sytuacjach pisać?

* * *
Post znaleziony w wersjach roboczych. Nie wiem czy skończony, ale zawsze to kawałek historii.



Ogrodzeniowe...

Kolejny post wygrzebany z wersji roboczych, czyli nieskończony. Myślałam, że wskoczą w daty, gdy były pisane. Teraz nawet nie mam ich jak dobrze zlokalizować w czasie, ale szkoda by mi było tracić.
Będą więc pod wspólnym tagiem 'wygrzebane z lamusa'.

* * *

Wiosna 2016 r.

...zżymania inwestora.
O ogrodzeniach głównie będzie, choć zacznę od bruków. Pisałam już chyba, że skończone są, ale ciągle zdjęć nie zrobiłam. Głównie chyba dlatego, że próbujemy okiełznać ziemię, kamienie i różne śmieci pobudowlane. Praca bez końca. Przygotowane są trzy niewielkie rabatki, a w pozostałych albo będziemy jeszcze grzebać (przy budowie ogrodzenia), albo jest taki śmietnik, że nie wiadomo jak się za to zabrać. Powoli do przodu. O, dam jedno zdjęcie, na którym widać kawałek wgłębnika:
No i widać piękną tęczę, jaka dwa dni temu pojawiła się u nas. Na końcu tęczy, jak śmieje się Łu, jest dzbanek z tymi 500 zł dla każdego dziecka.
I jeszcze jedno:
na którym widać kawałej jednej przygotowanej rabatki i wszystko inne w rozsypce. A przynajmniej dzbanek z pieniędzmi siedzi u nas za kominem. ;)
Widać też kawałek trampoliny, którą po raz drugi do nas przywiało od sąsiada. Na pierwszym zdjęciu widać również, że chałupa sąsiada rośnie. Rosną też kwasy. Gdzieś około kwietnia przyszedł do nas sąsiad, czy byśmy mu prądu w wiaderko nie nalali, bo jakieś  ma problemy z podłączeniem. Że za 2-3 miesiące będzie już miał swój. Że same drobne rzeczy będą, żadne betoniarki, bo nie chcą do byle wiertarki generatora odpalać. Co tam będę sąsiadowi żałować, niech bierze. I tak z dwóch miesięcy zrobił się cały sezon (grudzień za pasem). Chałupa prawie stoi. Drobny sprzęt wygląda tak:
No faktycznie, mniejsza ta betorniarka, niż ta co u nas pracowała.
Ostatnio mieliśmy jeszcze taką przyjemność, że siedzimy sobie raniutko, wcinamy śniadanie. Łu w piżamie, ja już prawie do pracy wychodziłam, więc bardziej ubrana. A tu pod samymi oknami tup, tup, ktoś przemyka. Ale jak to? Wychodzę na dwór idę za gościem, przyglądam się jak mi z kranika wodę bezczelnie kradnie. Ze dziwnym zbiegiem okoliczności nasz wykonawca akurat stał na rusztowaniu przy chałupce z drugiej strony, to krzyczę do niego:
- 'Panie Janie, ale o co chodzi? Nie umawialiśmy się na żadną wodę.'
- 'Ale to nie ode mnie!' - znaczy się od tego sąsiada, co prąd dostaje (na wodę nie umawialiśmy się). Kradziej wody sobie nabrał i tup, tup, pomyka do siebie.
- 'A kto panu tu pozwolił wejść?'
- 'No, Kowalski powiedział, że można.'
- 'Jaki Kowalski? Nie znam człowieka!'
- 'No, bo on powiedział, że prąd można sobie wziąć. Nie chcieliśmy pani budzić, to się podłączyliśmy.'
Znaczy się sami wleźli nam do garażu i się obsłużyli.
Szlag mnie trafił, wywaliłam im kable i powiedziałam, że prądu nie dam. Cieśle musieli sobie poradzić bez prądu. Kilka dni temu przyszedł Kowalski, żeby jednak prą dać, to Łu dał. A tu taki kolejny zonk. Ech...
Ale o ogrodzeniach miało być. Może najpierw o bocznych. Miały być najprostsze (najtańsze), ale w miarę porządne. Czyli jakaś grubsza siatka ocynkowana i powlekana na słupkach. Sąsiedzi znaleźli w miarę ciekawą ofertę, za 68 zł/mb. Wszyscy się zgodzili. Panowie przyjechali. Pokiwali głową, że krzywo. Grzebnęli w ziemi dwa razy, stwierdzili, że twardo

* * *

Post nieskończony, ale znalazłam w roboczych, to daję. Ku pamięci.



sobota, 11 marca 2017

...i jeszcze przy sobocie...

...wracając do Pratchetta, to wczoraj dotarły do mnie zaległe tomy. Dzisiaj dokupiłam jeszcze najnowszy, czyli 41. Zostały mi do kupienia jeszcze trzy, choć właśnie dzisiaj sobie pomyślałam, że chyba w tych tomach co mam nie ma "Nauki Świata Dysku", której było coś ze trzy czy cztery części - czytaj: spodziewam się dalszego rozwoju sytuacji.

Dalej czytać nie trzeba, bo będzie to kawałek przepisanej książki - początku tomu 'Wyprawa czarownic'. Takie małe kompendium o tym, co w tej serii jest.

Oto świat Dysku, sunący przez kosmos na grzbietach czterech słoni, które z kolei stoją na skorupie Wielkiego A'Tuina, niebiańskiego żółwia.

Dawno, dawno temu taki wszechświat uważany był za niezwykły, a być może nawet całkiem niemożliwy.

Ale z drugiej strony... dawno, dawno temu wszystko było tak proste...

Ponieważ wszechświat był wtedy pełen ignorancji, a uczony przyglądał mu się jak poszukiwacz schylony nad górskim potokiem i wypatrujący złota wiedzy pośród żwiru głupoty, piasku niepewności i małych, wąsatych, ośmionożnych pływających stworków zabobonu.

Od czasu do czasu prostował się i wołał coś w rodzaju: "Hurra! Właśnie odkryłem trzecie prawo Boyle'a". I wszyscy wiedzieli na czym stoją. Problem w tym jednak, że ignorancja stała się ciekawsza, zwłaszcza ignorancja dotycząca spraw wielkich i ważnych, takich jak materia i kreacja. Ludzie zaprzestali cierpliwej budowy swych domków z patyczków racjonalności wsród chaosu, a zaczęli się interesować samym chaosem - po części dlatego, że o wiele łatwiej być ekspertem od chaosu, ale głównie z tego powodu, że chaos skutkował naprawdę ładnymi deseniami, które można umieścić na koszulkach.

I zamiast zajmować się prawdziwą nauką*, uczeni zaczęli nagle tłumaczyć, że poznanie czegokolwiek jest niemożliwe i że nie ma czegoś takiego, co można by nazwać rzeczywistością, która da się poznawać, i jakie to wszystko strasznie ciekawe... A przy okazji, słyszeliście, że dookoła może latać mnóstwo różnych małych wszechświatów, tylko nikt ich nie widzi, bo są zakrzywione i zwinięte w sobie? Nawiasem mówiąc, ładna ta koszulka, prawda?

W porównaniu z czymś takim spory żółw ze światem na grzbiecie jest całkiem zwyczajny. Przynajmniej nie udaje, że nie istnieje; nikt też na Dysku nie próbował tego nieistnienia udowodnić - by się przypadkiem nie okazało, że ma rację i nagle znajdzie się zawieszony w kosmicznej pustce. Dysk istnieje na samej granicy realności. Najmniejsze małe obiekty potrafią przebić się przez nią na drugą stronę. Dlatego na świecie Dysku ludzie traktują rzeczy z należytą powagą.

Na przykład opowieści.

Ponieważ opowieści są ważne.

* Na przykład odszukaniem tego przeklętego motyla, który - trzepocząc skrzydełkami - powoduje wszystkie burze, jakie ostatnio nas nachodzą, i zmuszeniem go, żeby przestał.

* * *
Dalej jest o opowieściach i urban legend; o lustrach, co to kradną część duszy i człowiek staje się coraz bardziej chudy i przeźroczysty; i wzywaniu pomniejszych bóstw o imionach Tesco czy Bon Anna; o prymitywnych plemionach, które to są uznawane za prymitwne głównie przez takich, co to wyróżniają się głównie tym, że noszą więcej ubrań niż członkowie tych plemion; itd... itd...

...ciąg dalszy soboty - anegdotka...


...z rodzinnych rozmów przy śniadaniu:
Po: "A wiesz mama, że Dawid to najszybciej nauczył się mówić 'sz'?"
Jo: "Tak? A najszybciej z czego?" - bo zastanawiałam się, czy chodzi jej o takie trudne głoski jak 'sz', 'cz' czy coś innego.
Po: "No bo jak mu mówię: 'raz.., dwa...' to on odpowiada 'szy!'".

Kolejna sobota...

...i kolejna szansa na zrobienie czegoś w ogródku.
Po pierwsze pewnie będę się powtarzać. Rośliny rosną, słońce świeci, trochę zrgabiłam, coś posadziłam. Ale w sumie sprawia mi to przyjemność, to sobie opiszę.

Pogoda niby ładna, ale temperatura w okolicach 0 st. C. Zimno więc, i wychodzić się nie bardzo chciało. Tym bardziej, że poranek mieliśmy z przygodami i może od tego zacznę. Mi jechał dzisiaj na wycieczkę o godz. 6 rano. Położyliśmy się dość późno, ale jeszcze wieczorem pytałam Łu, czy na pewno nastawił budzik. W nocy miałam bezsenne godziny - starość nie radość i już tak mam, że np. godzinę muszę sobie zrobić przerwy w spaniu - za to o 6 spałam jak zabita. O 6.11 zadzwonił telefon, że przecież wycieczka i czy Miłosz będzie. 8 minut trwało zbieranie się chłopaków, o 6.25 Łu przekazał Mimona do busa przy wyjeździe na autostradę. Czyli od zera do setki przyspieszenie mieliśmy na poziomie jakiegoś GTX (to chyba jakiś wyścigowy, a nie na przykład terenówka?).
Łu chciał od rana, od tej szóstej biegać, ale w sumie padliśmy na kanapie w salonie i nie mieliśmy siły się już wczołgać na górę. Przed 8 jednak się pozbierał i poszedł biegać budząc mnie, żebym wstała. Padłam dalej i dopiero 8.30 radosny telefon taty obudził mnie. Nie powiem, że na dobre, bo ćmiło mnie chyba do południa. Ale do ogródka się wygrzebałam i do obiadu zdążyłam:
- przekopać do końca grządkę przy narożniku tarasu;
- posadzić tam kilka krzaczków rozchodnika okazałego;
- posadzić tam trzy rozplenice. Jak dobrze, że w ubiegłym roku kupiłam 8 zamiast 18. Dopiero w tym roku będzie miejsce na resztę, a - mam nadzieję - kępki rozrosły się na tyle, że można je już podzielić. Taka mała oszczędność, a cieszy. Zresztą rozchodniki też mają źródło tylko z jednego okazu. Najpierw był jeden, którego w ubiegłym roku udało mi się rozszczepić na cztery małe kępki. W tym roku z dwóch już właśnie zrobiłam 6 kolejnych. Pozostałe dwie chyba zostaną, może w części rozdzielone, ale w tym samym miejscu.
- Poza tym wycięłam pozostałe trawy i kocimiętki (jak one ładnie pachną!, tak trochę żywicznie, może ambrą?);
- znalazłam jeszcze jedno miejsce gdzie nawsadzałam tulipany i teraz wychodzi mi, że kolorowych kęp powinno być na wiosnę około dziewięciu. Mało to czy dużo, w każdym razie w które okno się nie popatrzy, to coś powinno się kolorowić za oknem.
Za porządki w ogródku wzięli się też sąsiedzi, więc praca miło mijała wszystkim na pracy na świeżym powietrzu. I git.

Przelecieliśmy się też po sklepach. Pozytywy, że w miarę porządne spodnie dla dzieciaków można kupić za 45 zł. Szukanych róż jednak nie znalazłam. Czekam aż na Biedronkę i Dino rzucą.

Na koniec pracy miałam jeszcze taki dziwny przebłysk, że 'kurcze, ile to już jest zrobione, ile roślin posadzonych!'. Zazwyczaj jak patrzę na ogród, to widzę tylko to, co trzeba jeszcze zrobić. Nie mam zupełnie poczucia, czy wygląda ładnie, czy brzydko, czy jest harmonijny, czy coś może kłuć po oczach. Widzę tylko niedoróbki, to, czego brakuje, szmaty leżące i łysą ziemię tam, gdzie nic nie ma. I chwasta na chwaście, co to właśnie ruszyły pełną parą do boju o miejsce do życia.

niedziela, 5 marca 2017

Wiosna...

...w ogrodzie.
W tym roku mamy niespodziankę od losu, bo zima była. Nie tak jak kilka lat temu np. w środę (to chyba w 2013), czy w niedzielę (jakoś rok wcześniej), ale mróz nawet ze śniegiem trzymał od początków stycznia do połowy lutego.
Za to z początkiem marca rozpoczęła się wiosna. Choć może to falstart, ale można już było zacząć różne ogrodowe prace.
I tak:
1. Udało mi się już przygotować do wiosny rabatę z różami i lawendami;
2. przekopać rabatę obok;
3. zasadzić 8 róż;
4. kupić i zasadzić różaneczniki na rabacie pod kuchennym oknem (w projekcie były tam laurowiśnie, ale tych ma być sporo w innych miejscach to stwierdziłam, że jedna z rododendronami też się nada, tym bardziej, że są zimozielone i kwitną pięknie wiosną);
5. ściągnąć szmatę i zgrabić rabatę między śmietnikiem i  bramką;
6. wygrabić i odchwaścić rabatę od wschodniej strony, w tym pościnać wrzosy, trawy, poziomki; również poprawić agrowłókninę - tę co się ostała. Jeszcze trochę mi zostało, ale już bliżej końca niż dalej.

Mimo takiej roboty oceniam, że pracy mam jeszcze na jakieś 2 tygodnie (14 roboczodniówek). Wydawało mi się, że to bardzo dużo, choć jakoś, gdy dziadek dzisiaj zagadał, że niedługo będę  mogła zacząć prace w ogródku zrobiło mi się ciepło na serduchu, że już tyle mam zrobione.

Aha, nie napisałam, że kupiłam też dwa bukszpany w kuli o śrenicy ok. 40 cm (w Lerła były) i wsadziłam. Wyglądają ślicznie, choć trochę mnie martwią, że były wykopywane z ziemi, czyli korzenie mają pocięte dość mocno. Przycięłam zatem liście również. Myślę, że jednak trochę za mało. I teraz mam dylemat, czy czekać co z tego wyniknie: czy 'kulki' pousychają czy dadzą sobie radę. W pierwszym przypadku będę żałowała wydanych pieniędzy (100 zł) w drugim, że nie kupiłam więcej. Tak po polsku powinnam się cieszyć, bo pretekst do zmartwienia się znajdzie. ;)

Na Allegro kupiłam też pigwowca wspaniałego (takiego na nalewki), kalinę japońską (bodajże) i trzy sosny kosówki 'gnom'. Te ostatnie mnie trochę martwią, bo za 26 zł kupuje się taki mały pipsztyczek zaszczepiony na patyku. Rośnie toto powoli - po 10 latach ma mieć pół metra, czy jakoś tak. Po 30 - metr czy półtora. Przecie toto zostanie zdeptane zanim te pół metra urośnie. No nie wiem co z tego będzie. A trzy musiałam kupić (tak w projekcie stało). Na zmarnowanie pewne.

Jedna rzecz bardzo mnie pocieszała, że takie przygotowanie do wiosny gdy już rośliny są, w porównaniu do tego, gdy trzeba przygotować grunt, idzie stosunkowo szybko. Trochę powycinać, trochę pograbić, wybrać chwasty. Voila!
Tylko grabienie trawnika jest chyba gorsze niż kopanie. Na razie nie musimy wertykulować, ale pewnie za rok czy dwa trzeba będzie takie ustrojstwo nabyć.

czwartek, 2 marca 2017

"Świat Dysku"...

...Terry'ego Pratchetta!
Dzisiaj będzie na zupełnie inny temat, a to głównie z powodu mojego zadowolenia. Bo wreszcie się ruszyłam i zamówiłam sobie brakujące tomy serii "Świata Dysku" wydawanego przez EdiPresse. Wydawnictwo to przygotowało bardzo ładne wydanie (w twardej oprawie), w małym, więc wygodnym formacie bodajże B6. Tomów jest 42, choć już zapowiadają dwa kolejne. A mam ich na półce już 35. Materialistka i efekciarka jestem, skoro się cieszę, że ładnie na półce będą wyglądać (wszystkie grzbiety tworzą obrazek). Łu się dziwi, że skoro mam kindla, to czemu sobie na niego nie kupię wersji elektronicznej. Chyba właśnie ze względu na tę 'ładność' serii, która zmobilizowała mnie do regularnego pilnowania, aby mieć kolejny tom.
* Zdjęcie z http://hitsalonik.pl/produkt/swiat-dysku

Tak sobie kiedyś myślałam, że gdybym miała trafić na bezludną wyspę to właśnie z tym zestawem książek. Kindl by się nie nadał. Przeczytanych mam chyba ponad połowę, ale nigdy nie pamiętam które, to czytam jak popadnie. W efekcie ciągle są takie, których nie znam. Na pewno na emeryturze wezmę się za przeczytanie wszystkiego jednym ciągiem.

W serii brakuje pierwszej książki Pratchetta "Warstwy wszechświata", która co prawda nie jest częścią opowieści o tym uniwersum, ale w inny sposób nawiązuje do zderzenia dwóch rzeczywistości: światów w całości tworzonych przez ludzi (o ile to są jeszcze ludzie), podlegających jednak znanym nam prawom fizyki, a ptolemejskiej idei funkcjonowania rzeczywistości, z którą chyba najbardziej kojarzy mi się ten obrazek:
* Obrazek pobrany stąd: http://www.pa.msu.edu/people/frenchj/4-inch-telescope/Flammarion.jpg

Świat Pratchetta, który łączy stare wyobrażenia z najnowszymi odkryciami fizyki kwantowej, a jakże prawdziwe stwierdzenie, że 'szansa jedna na milion sprawdza się w dziewięciu przypadkach na dziesięć' wciągają mnie wciąż ogromnie. No i kapitan Marchewa - swego czasu ulubiona postać Mi. Mmm... ;)


* Obrazek stąd: https://naekranie.pl/artykuly/przewodnik-po-swiecie-dysku-7-glownych-watkow

Niestety, Terry Pratchett zmarł niedługo przed rozpoczęciem wydawania tej serii - a może raczej Jego śmierć była przyczyną wydania właśnie takiej zamkniętej edycji, bo przynajmniej wiadomo, że kolekcja nie będzie się rozszerzać. Szkoda, bo kolejne tomy w jakiś sposób nawiązywały i do starego, i do nowego. Do aktualnych wydarzeń i do tradycyjnych choćby przysłów (obyś żył w ciekawych czasach). Oswajał strachy przed tym wszystkim, na co nie mamy wpływu: Śmierć jeżdżąca na Pimpusiu, czy Wojna słuchająca żony, że ma włożyć czapkę (a  może to inna Zaraza była?) wydają się bardziej akceptowalne niż diabeł gotujący ludzi żywcem w kotle. No i ciągle to co może się wydarzyć z szansą jedną na milion, to pozytywne wydarzenie. Co optymistycznie nastraja do całego świata.

środa, 1 marca 2017

1 dzień marca...

...zaczął się porządkami. Czyli nic ciekawego, chociaż po ciągłym bieganiu praca - dom i braku czasu na porządki, to jakoś inaczej się do tego podchodzi. Tym bardziej, że to już takie wiosenne: pranie można wystawić na dwór (nic to, że wraz z suszarką 'stanęło na głowie', czyli przewróciło się), okna pomyć (choć udało mi się tylko w sypialni - zawsze to dwa z trzynastu z głowy).
Słońce ładnie świeciło, to i na ogród przyszedł czas. Ziemia jeszcze mokra. Trawnik ugina się, że ciągle mam wrażenie, że dziury w nim robię. Ale że w okolicznych ogródkach (tych zakładanych przez firmy) widać, że robotnicy się uwijają, to i samemu też trzeba się zabrać. Tam kilku chłopa pewnie w jeden dzień się obrobi ze strzyżeniem, grabieniem i wertykulacją trawnika. Dla mnie zapowiada się praca na kilka tygodni. Zanim skończę, to tu się już będzie działo...

Więc im szybciej się zabiorę, tym lepiej. Plan na dzisiaj to było wsadzenie tych ośmiu róż. Zrealizowany  w części, bo istniejącą rabatę po zimie trzeba było doprowadzić do stanu wiosennego: wyciąć lawendy, róże, trawy, przegrabić, wyrównać dziury. O dziwo z taką zagospodarowaną już (prawie) rabatą dość szybko się mogłam się uwinąć - nie więcej niż 20 minut mi zajęła. Potem mogłam wsadzić brakujące róże (dosadziłam cztery) i - tadam - prace przy tej rabacie można by uznać za zakończone, gdyby nie to, że trawki będę pewnie rozsadzać. Nakupiłam w  ubiegłym roku, to w tym będę miała już własne - po co kupować?

Drugą rabatę musiałam najpierw przekopać. I dobrze, bo wygrzebałam całkiem sporo perzu. Ciągle się nie pozbyłam tego tałatajstwa, choć w tym roku pewnie będzie o niebo lepiej niż w zeszłym. W międzyczasie jakoś zrobiłam odskok w celu posprzątania uschłych papryk i mięty. Mięta to osobna historia, bo puszcza rozłogi jak dzika. Wywaliłam wszystko, co odstawało z pierwotnych krzaczków. Ciekawe, czy to coś da. Zdziwiłam się, że oregano przeżyło zimę. Do spagetti było rewelacyjne. Jeszcze w listopadzie z niego korzystałam. Tak sobie myślę, że całkiem sporo z rzeczy zakupionych w ubiegłym roku będziemy mieć w tym pożytek. Oby tylko drzewa i krzewy szybko porosły. Bo niby sporo rośnie, ale wszystko jakieś takie małe. Oczywiście w sierpniu złapię się za głowę, że się to wszystko nie mieści. Już się cieszę. Oby się tylko zdążyć obrobić!

Zrobiłam też kilka zdjęć 'dla potomności'. Wiosenne kwiatki ledwie się przebijają:

Powyżej to takie mini irysy, które mają wystawać tylko trochę nad ziemię. Część tulipanów i hiacynty są na podobnym etapie. Na części miejsc, gdzie coś wiosennego wsadziłam nic nie widać.
Poza tym brudno i ponuro na działce. Straszy czarna ziemia i szmaty agrowłókniny, którą ostatnie wiatry pościągały, a ja mam dylemat czy ją ściągać czy poprawiać.
Moje dzisiejsze wyczyny widać tutaj:



A takich kilka luźnych rzutów na działkę - do porównań w lecie:


Na tym ostatnim zdjęciu są grządki, za które będę musiała się jak najszybciej zabrać. I obsadzić bukszpanowymi obwódkami. Zakładam, że będzie ślicznie.






wtorek, 28 lutego 2017

Polowanie...

...udane. O dziwo.
Wiosna ciągle przed nami, mnie się jednak już włącza instynkt wyszukiwania tego, co potrzebuję. Jakby nie było to różnica zapłacić za np. trawkę imperata 'red baron' 36 zł a 5 zł. Podobnie z różami - w ubiegłym roku Queen Elizabeth w Dino i Biedronce była po ok. 5 zł, w sprzedaży wysyłkowej nie mniej niż 27 zł. Ponieważ róże z Dino przyjęły się ślicznie (choć 3 sztuki okazały się inne niż QE), to jednak stwierdziłam, że warto, i że w tym roku również w dyskontach czy innych marketach zaopatrzę się w tę różę. Potrzebuję 30 szt., więc to, czy kupię je po 5 czy po 30 zł ma ogromną różnicę.
Z Po wybrałyśmy się do Carrefoura po zeszyty. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wlazła do Castoramy (nic ciekawego - trochę prymulek po niespełna 3 zł) i na stoisko ogrodnicze w Carrefourze. I tu: Bingo! Już wystawili nową dostawę różnych sadzonek. Za tydzień będą pewnie przekwitłe i wysuszone, ale dzisiaj wszystko jeszcze dopiero trafiło do sklepu. W tym jakieś pudło róż, wśród których znalazłam 8 Queen of England*. Zgarnęłam wszystkie i jutro mam zamiar je wsadzić do ziemi.

A brakuje mi jeszcze 18. Znajdę pewnie w Dino. A może i jeszcze jakiś Carrefour znajdę w okolicy.

* * *

* - Queen of England to to samo co Queen Elizabeth.

Wiosenne porządki...

...czas zacząć.
Jako że siedzę z chorym Mi w domu, to do piątku mogę poszaleć. Choć dziś mi się coś nie chciało, ale dzisiejszy dzień był bogaty w inne wydarzenia.
Niemniej plan jest taki, żeby zacząć od zarośniętej chałupy (może jutro się obrobię?), a dopiero potem ogródek. Bo inaczej będzie rozgrzebane wszędzie.
W ramach pierwszego przeglądu włości i okolic zaczęłam zbierać to, co z budowy obok do nas naleciało i co zostało rozsypane wszędzie w koło. Zebrałam dwa wiadra śmieci! Sądziadowi - kurza jego twarz - miałam ochotę to na progu postawić. Zebrałam ładnie do wora i wywaliłam do kubła. I teraz jak idiotka się czuję.

niedziela, 26 lutego 2017

Sezon ogródkowy...

...uważam za otwarty.
Co prawda w czapce i puchowej kurtce wypiłam sobie na tarasie kawkę. Potem złapałam się za jakieś grabki i kawałek pograbiłam, wycięłam wszystkie maliny do ziemi (to takie co owocują na jednorocznych pędach), namówiłam Łu na wycięcie dwóch wierzb - została jedna docelowa, pocięłam gałęzie, trochę ogarnęłam truskawki, zrobiłam przegląd gdzie co z ziemi wyłazi - kilka miejsc mnie zaskoczyło.
I prognozy pogody bardzo optymistyczne.

Teraz się okaże, że nie nadążę z porządkami zanim to wszystko wybuchnie. :s

poniedziałek, 20 lutego 2017

Inwazja...

...kotów. A może 'Koty' Hitchcocka? Czyli ciąg dalszy ostatniego wpisu.
Sąsiedzi pojechali na ferie. Koty zostały. Nie wiem czy ktoś się nimi zajmuje czy nie, w każdym razie, z niewiadomych mi powodów, wszystkie okoliczne koty przeniosły się do naszego ogródka. Tu się bawią, polują, siedzą na oknach, biegają po tarasie. Czemu?
To trochę straszne, że w które okno się nie zajrzy tam się widzi kota. No i w domu Fifi.

Pod tarasem jesienią postawiłam budkę, aby Fifi miała się gdzie schować w mroźne noce. Teraz służy za miejsce noclegu zazwyczaj tym dwóm małym (wyrośniętym) kociakom. Czasem Stella wciśnie się również do środka, ale wtedy głowa się jej nie mieści. Wyglądają przezabawnie.

Zrobiłam nawet zdjęcie: jeden kot (bury) w środku, trzy na zewnątrz, w tym jeden w skrzynce. Przy okazji dorzucę.

piątek, 17 lutego 2017

Ile mamy kotów?

No ile?
Ja powiedziałabym, że żadnego. Przychodzi jeden rezydent, czyli Fifi, która już dorobiła się swoich mich, sypia u Poli w łóżku i dzisiaj udało się jej przespać do rana i nie musiałam się w nocy zrywać. Fifi jednak jest sąsiadów. Co bardzo mi odpowiada.
Wczoraj jednak Kota przyszła, najadła się, a tu nagle za oknem zaroiło się od jej kopii. 'Pukało w szybkę' jej dwóch wnuków i ich ciotka, czyli córka Fifi czyli Stella. Wszystkie bure. Stella jest cała mamusia, tylko ma oczy nie zielone a miodowe. Wnuki o nieznanych mi imionach są nieco (jeszcze) mniejsze i jaśniejsze.
W każdym razie koty przyszły, siadły na parapetach i tarasie i patrzyły się na nas takim wzrokiem, że... Otworzyłam okno tarasowe i z wielkim zdziwieniem obserwowałam jak koty - jakby nie było obce - pakują mi się do chałupy. Wlazły wszystkie. Do miski się nie dobrały, bo Fifi zaraz czuła się w potrzebie pokazania, czyje to. Wygoniłam tałatajstwo na dwór, wystawiłam im michę.
I co to teraz będzie? Nalot burasów? Jest jeszcze jeden buras - tatuś - i ostatnio pojawił się jeden czarnuch i drugi biało-czarny.
Jednego tylko nie wiem, co Fifi im wszystkim nawygadywała, że wszystkie pakują się nam do ogródka, a i - jak widać - do chałupy bez problemu.
Ratunku!!!

czwartek, 16 lutego 2017

Jak dobrze mieć...

...sąsiada.
Czyli z sądziadem cd.
Z niewiadomych powodów wystawił pustak przed bramę. Na tyle skutecznie, że Łu udało się w niego wjechać. Na szczęście (chyba) bez większych strat.

czwartek, 9 lutego 2017

Imieniny

- Pola, a wiesz, że dzisiaj są imieniny Poli?
- Tak? A której?

Bloger...

...nam rośnie.
Dzisiaj Mi obwieścił radosną nowinę, że jego profil na YT ma już 15 subskrybentów!
- No to sławny się robisz!
- No. Chyba tak.

niedziela, 29 stycznia 2017

A jeszcze...

...tak mi się dzisiaj przypomniało... stary śmieszek rodzinny.
Po była trochę młodsza. Lubiała, zresztą dalej lubi, jak się za nią ganiało i mówiło np. 'zjem cię'; albo 'zjem ci nóżkę/rączkę/boczek'.
Kiedyś przy takim przekomarzaniu wypaliła do Łu:
- 'No zjedz mnie bestio.'
:)
Jakoś mi się to z Sapkowskim skojarzyło.

piątek, 27 stycznia 2017

Jak długo...

...można nie jeść makaronu z pesto? Długo. Dla przykładu taki dialog z Po z wczoraj:
- Mamo, zrób mi makaron.
- Dzisiaj nie planuję. Mogę ci dać ziemniaczka.
- Mamo, ale zrób mi makaron z pesto. Nie jadłam go od 2016 roku!

Co prawda, to prawda. Nie jadła od 2016.

czwartek, 26 stycznia 2017

Nocne przygody...

...z kotem w roli głównej.
Jak pisałam wcześniej kota bywa często, również w nocy. Gdy chce wyjść to przychodzi i włącza światło w garderobie. Ale ostatnio ma pecha, bo garderoba jest zazwyczaj zamknięta. Więc chodzi i tupie po pokoju.
Jakoś dziwnym trafem tupanie kota działa na mnie jak płacz dziecka więc (na razie) budzę się natychmiast. Ale wstawać mi się nie chce, więc dzisiaj chciałam kotę trochę przetrzymać i zobaczyć co zrobi. Tupała. Wlazła pod łóżko i chyba zaczęła na mnie oddziaływać telepatycznie, bo spać mi się odechciało i, aby nie podkręcać napięcia, zwlekłam się i poszłam ją wypuścić.
Ale teraz kota wpadła na pomysł, że mnie przetrzyma i jak wlazła pod łóżko, to stwierdziła, że jej tam dobrze i nigdzie nie idzie.
'Oż, cholera jedna' - pomyślałam. 'Nie idziesz jak cię wołam, to już ja znajdę na ciebie sposób'. Poszłam do kuchni, ledwie zastukałam michami, to leciała tak, że prawie ze schodów spadła.
No cóż, dałam jej mleka i wywaliłam za drzwi. Znaczy się sama grzecznie poszła.

A to wszystko to tak na zachętę dla Skorki, aby też coś napisała.
Nie wierzę, że nie masz nic ciekawego z kotami. ;P

niedziela, 15 stycznia 2017

Tfu...

...politycznie znowu będzie.
Dzisiaj kolejny finał WOŚP. Co roku bierzemy udział. Finałami się nie emocjonujemy, ale uważamy, że akcja jest ważna społecznie. Więc z przyjemnością i poczuciem dobrze wydanych pieniędzy 'opodatkowujemy' się na ten cel. I nie zdziwiłabym się, że gdyby nawet na 'obsługę' poszło 50% zebranych pieniędzy, to i tak byłby to mniejszy odsetek niż 'zeżarty' przez system państwowy.

Mi urodził się w trakcie długiego weekendu. We Wrocławiu z tej okazji zamknęły się (pod pozorem dezynfekcji) dwa szpitale. Ten, w którym leżeliśmy był więc oblężony i na oddziale noworodków pod inkubatorami leżało pewnie blisko dziesięć dzieciaczków. Tych inkubatorów ze znaczkami WOŚP zabrakło i gdzieś z lamusa wyciągnięto szpitalne. Zgroza. Jakieś czarne, ebonitowe, sparciałe.
Inkubatory oczywiście to nie wszystko. Dzieci miały monitory różnych funkcji. Wszystko dostosowane do tak małych pacjentów. Miłek ważył wtedy 1750 g, a przecież nie był najmniejszym dzieckiem, które ratują nasze szpitale. Komfort dzieci i personelu w takim przypadku jest ogromnie ważny.
Sprzęt medyczny wtedy to nie było wszystko. Mało zresztą pamiętam z takich 'technicznych' szczegółów z tamtego okresu, więc trudno mi opisać co jeszcze. Na pewno braliśmy wtedy udział w badaniu przesiewowym słuchu finansowanym przez WOŚP. U wcześniaków zagrożenie uszkodzeniami różnych organów jest spore. Nam się udało wyjść na prostą i mamy zdrowego, dzielnego dzieciaka. No, już młodzież. Na ile w tym zasługa WOŚP? Choćby minimalna jesteśmy im ogromnie wdzięczni i wspierać będziemy.

Politycznie jednak miało być. Telewizji nie mam to i nie oglądam, ale właśnie przeczytałam, że na TVP.info informacji o akcji, która porusza cały kraj zabrakło. Podobnie GazetaPolska.pl, Niezależna.pl, portal telewizji Trwam. Portal Polskiego Radia pisze aktualną informację o 13 zebranych milionach zł, gdy Rzepa podaje już kwotę 21 mln zł.

Cóż, panowie politycy, nie wszystko się uda pominąć.




piątek, 13 stycznia 2017

Mandarynka...

...mocy.
Nawiązując do kapci mocy, to dzisiaj Po wpadła do kuchni krzycząc:
- Tato, daj mi mandarynkę mocy!
- Mandarynki mocy nie ma, ale możesz dostać kiwi supermocy.
- Super! Miłek, ja dostanę KIWI SUPERMOCY!

Mamy kota...

...na punkcie psa. ;) To żart słowny oczywiście.
Kota mamy prawie. A pies to moje dziecięce marzenie. Jeszcze trochę muszę poczekać.
Wracając jednak do kota, to kotka, którą już wcześniej przedstawiałam - Fifi, stała się już jakby trochę nasza. Albo my jej.
Nakreślając stan, to w jej rewirze jej córka z pierwszego miotu miała trzy kociaki. I Fifi jakby trochę ustąpiła pola przenosząc rewir bardziej do naszego ogródka. Jak ogródek, to i zaanektowała taras. Z tarasu często otwarte w lecie drzwi zaprowadziły ją na poduszki w salonie. No i do kuchni, gdzie jakiś frykas się trafił. Jakiś czas temu przyszły chłody, więc nikt zwierzątka za drzwiami trzymać nie zamierzał.
Najpierw dół. Potem góra. Teraz w nocy podsypia na kołderce Poli - przecież do własnej sypialni i łóżka jej nie wpuścimy. Chociaż...
Od jakiegoś czasu mamy stały rytuał nocny. Kotę wpuszczamy wieczorem, ale że kuwety nie mamy i nie zamierzamy, to w nocy... najpierw słychać tupanie, potem zapala się światło w garderobie, która zazwyczaj jest otwarta, kot siada w drzwiach i czeka. Czeka aż wstanę, pozbieram się, zlezę na dół i wypuszczę ją lub wyrzucę na dwór.
Może jej oczekiwania są inne, ale tak to wygląda. Ja nie myślę sprzątać po ewentualnych wpadkach w kątach, ona regularnie to światło zapala (samo się zapala na ruch), więc rytuał się wytworzył.
Dzisiaj jednak...
Słychać tupanie, nale hyc, na nasze łóżko, więc Łu na nią fuknął. Kot zeskoczył.
- Zobaczysz, teraz pójdzie zapalić światło! (Łu).
Ale światło się jakimś cudem nie zapaliło, choć Kota poszła do garderoby.
- Co? Bogowie nie wysłuchali twoich próśb? (Łu).
Ryknęłam śmiechem i poszłam wyrzucić Kotę na dwór.

czwartek, 12 stycznia 2017

Nigdy nie myślałam...

...że niniejszy blog będzie polityczny. Miał być  nasz, rodzinny. Zaczął się od chałupy, trochę rodzinnych rzeczy zaczęłam dorzucać, bo fajne i fajnie byłoby je mieć gdzieś zachowane. Tak sobie spokojnie jako rodzina dojrzewaliśmy.
A tu dzisiaj kolejna granica 'dobrej TFU! zmiany' została przekroczona.
Z ogromnym żalem i poczuciem krzywdy podaję link.
Gdyby w przyszłości zniknął, to jest tam o tym, że:

Władze Trójki zdjęły "Urywki z rozrywki" z anteny

Program Piotra Bukartyka został zdjęty z anteny po ponad dekadzie. Radiowiec poinformował swoich fanów, że mimo to ciągle będą mogli usłyszeć go w Trójce. Będzie występował prywatnie jako gość Wojciecha Manna.

Teraz już tylko zostało czekać, aż Manna wywalą. W końcu brak warsztatu już mu wypomnieli.

piątek, 6 stycznia 2017

Kapcie

Ja tylko tak szybciutko, bo mi w końcu ucieknie. To tak z życia rodzinnego...
Dzieciaki bawiły się ganiając za sobą i przekrzykując się coś w rodzaju:
- Strzeliłem cię magicznym długopisem. Wybuchłaś.
- Nie, to ja strzeliłam z magicznej bransoletki. Powinieneś leżeć.
- Ale ja mam pistolet na specjalne promienie.
- Ale NIE MASZ KAPCI MOCY TO NIE MASZ MOCY KAPCI! - jakże logiczne - nieprawdaż?

niedziela, 1 stycznia 2017

2017...

...rok.
Nigdy się nie zastanawiałam, czy do tego roku dożyję. Gdy byłam mała wyliczałam ile będę mieć lat w 2000 roku. Wydawał mi się wtedy taki odległy... i że taka stara wtedy będę... A tu mamy 17 lat później, a ja ciągle na jakimś chodzie. Jeśli dobrze pójdzie, to jakieś pół życia za mną. Chyba te lepsze pół życia, chociaż trzeba się zastanowić co zrobić, żeby to kolejne było w miarę przyjemne.
I tu - niestety - główne chmury chyba rysuje sytuacja geopolityczna. Niby jest cudownie, ale jakiś taki coraz większy niepokój w środku rośnie, że nie wiadomo kiedy walnie. Tym bardziej, że zerknięcie w portale to same 'awantura'... 'nie żyje'... 'zamach'... 'tragedia'... (gazeta.pl); 'niespokojnie'... 'psucie demokracji'... 'terrorysta'... (rp.pl); 'zamieszki'... 'krwawy zamach'... 'rosyjskie służby'... (onet.pl); 'krew na rękach'... 'Smoleńsk 2010'... 'bestia'... 'strach'... (gazetapolska.pl); 'wstrząsające'... 'zamieszki'... 'przerażające'... (niezalezna.pl).
To takie mniej lub bardziej głupie przykłady.

I tu - nostalgicznie - to, co 'przed stu lety':
a co potem życie zgotowało to 'człowiek nigdy nie wie, co go czeka'.

Ale w sumie siadając nie o tym miałam pisać. Miałam o tym, że listopad i grudzień ciężki był. Do pracy po ciemku. Z pracy po ciemku. Praktycznie jak ten kret. Źle to na mnie wpływa. Obowiązki cały listopad i grudzień. Dużo rzeczy poszło w odstawkę, jednak świadomość, że to chyba nie o to chodzi rosła. Ogródek to tylko czasem w weekend udawało mi się zobaczyć, choć nie znaczy to, że coś zrobić, czy nawet posiedzieć na krześle.
Z początkiem stycznia zazwyczaj coś się w człowieku zaczyna budzić na nowo. Jakoś więcej werwy się ma. Potem ten wydłużający się dzień pozwala już wyjść na zewnątrz, coś zobaczyć, zrobić. Jakby na dobrą wróżbę dzisiaj pogoda była piękna. Siedliśmy sobie z Mi i Po na tarasie i powystawialiśmy twarze do słońca. Potem pograliśmy w badmingtona (babingtona - jak poprawiała w Mi zeszycie nauczycielka!), a potem pojechaliśmy na spacer na Radunię. Było pięknie, nie licząc śmieci po sylwestrowej nocy, które jakieś bydło zostawiło na szczycie (posprzątaliśmy - żeby nie było).
A jutro do roboty.