sobota, 14 listopada 2015

Tyle się dzieje...

...a ja nie wiem 'o czym by tu'. Tym razem więc tak różno-bełkotliwie będzie, bo piszę tylko dlatego, że nie śpię po nocy. Niespanie to jest dobry moment, żeby nadrabiać różne zaległe rzeczy, choć oby się jakąś chroniczną bezsennością nie skończyło.
Dużo się dzieje. Trochę w pracy, choć tu bez większych napięć. Koniec roku się zbliża i więcej roboty przez to. Ostatnio usłyszeliśmy, że z harmonogramu wynika, że nie będzie czasu na chorowanie, czyli że zdrowi mamy być. Na urlop do końcówki grudnia też za bardzo nie ma szansy, bo jedno, że to samo co wyżej, drugie, że nie ma już z czego brać. Ostatnie cztery dni na okolice świąt trzeba zachować, tym bardziej, że przygotowania zajmą pewnie trochę. W tym roku znowu pewnie u nas :) Komplikacji trochę będzie, bo do siostrzeńca przybędzie mi siostrzenica i problemy logistyczne z dojazdem rodziny trzeba będzie rozwiązać. Ale pewnie damy radę.
Z chałupkowych tematów, to wreszcie znaleźliśmy stół, który nam się podoba. Problem jednak jest jeden, bo do świąt już się na niego nie doczekamy. Trudno. Ten co stoi u Babci da radę jeszcze w tym roku, żeby nas wszystkich pomieścić.

Dużą zmianą jest to, że wokół domu kamieniarze skończyli prace. Niestety, z trzytygodniowym poślizgiem i teraz nie możemy wyrobić się z rozprowadzeniem ziemi i roślinami. Żeby chociaż trzy drzewka przed domem posadzić...
Może jutro się uda? Choć pewnie nie, bo nie wiem jak je zabierzemy z ogrodnictwa. Chodzi o trzy takie klony szczepione. Długość tegoż, to pewnie ponad 2,5 m. Może dowiozą? W niedzielę pojedziemy po aktinidię. Tylko - właśnie sobie myślę - kiedy ja ją w ziemię wsadzę? Jak wrócimy po ciemku, to nie zdążę. A przez cały tydzień wracam po ćmoku. Znowu problem.

Od dwóch dni w garażu leżą słupki na ogrodzenie od frontu. Nawet ich nie obejrzałam, bo  nie miałam kiedy. Ciekawe, czy przed zimą uda się je zamontować? Niedawno prawie postawiliśmy ogrodzenia z boku działki. Mieliśmy robić z sąsiadami z jednej i drugiej strony. Przyjechał jednak wykonawca, wykopał dwa dołki, stwierdził, że nic nie jest przygotowane a ziemia za twarda i pojechał.  Może to i dobrze, bo płyty, takie pod siatką, w ostatniej chwili okazało się, że nie będą gładkie, tylko z jakimiś wsiurskimi ozdóbkami. No to nie będzie ozdobnych betonowych płyt. I płotu przy okazji.

Oj, tyle mam do pisania, ale chyba pójdę spać. Dobranoc.


niedziela, 18 października 2015

Żółtnica pomarańczowa...

...czyli Maclura pomifera.
Roślinami (i zwierzami) interesuję się jakoś tak.. bo lubię. Gdy zobaczę coś nowego czy dziwnego, to trudno mnie oderwać. Ale i lokalnie trudno mnie zadziwić. A tu dzisiaj, proszę, poszłam z dziećmi na plac zabaw we Wrocławiu w parku Tołpy. Przy placu stoi jakieś takie zwyczajne drzewko. Listki trochę jak śliwki, więc nic nadzwyczajnego. Nigdy nie zwróciłam na nie większej uwagi. A dzisiaj pod drzewkiem leżały sobie takie dziwne cosie:
Owoce całkiem spore, ten na zdjęciu wcale nie jest duży. Część rozgnieciona - struktura taka trochę szyszkowa. Zapach całkiem przyjemny, trochę pigwowy.

Czy jadalne? A może trujące?

Dotarłam do domu i zaraz do neta. Znalazłam: jak w tytule.
Roślina dobra na repelent, czyli odstraszacz owadów - choć o tej porze roku, to już nie ma za bardzo czego odstaszać.
Podobno ma niezłe kolce, dziwne, bo na drzewku nie zauważyłam, i drewno idealne na łuki.

środa, 16 września 2015

Wizyta(cja?)...

Godzina 21:30.
Miłosz ma dylematy nad napisaniem zaległego wiersza miłosnego na zajęcia z języka polskiego. Trudny temat dla dwunastolatka.
Wiersz ma dotyczyć obrazka (na obrazku on i ona stoją naprzeciwko siebie, on trzyma czerwone baloniki w kształcie serca, widać kawałek niebieskiego nieba i zieloną trawę). Próbuję oświecić naturalną (jak myślę) ignorancję w tym temacie i pokazać jak łatwo jest sklecić rymy typu:
'Kiedy idę do Cię łąką,
zdajesz mi się mą biedronką',
jednak trudny to kawałek chleba. Nie dociera. I faktycznie, może to jeszcze za wcześnie?
Zapytałam się kto zadany wiersz napisał. Zgodnie z oczekiwaniami zrobiły to dziewczyny i - raptem - dwóch chłopców.
Ale ja nie o tym...
Tłumaczę banalność rymów, gdy tymczasem do pokoju (na górze) wchodzi Kota. Kota ma co prawda na imię Fifi, ale Kotą już zostanie. Kota niedawno miała kociaki, ale chyba następne będą niedługo, więc Kota chodzi chuda z dużym brzuchem i doprasza się jedzenia. Czasem dostaje (potrafi zjeść pół kurczaka z rosołu). Do chałupy raczej jej nie zapraszamy, ale lubimy, więc grzecznie odprowadzam Kotę do drzwi okiennych. Kota poszła, ale wepchała się żaba.

"Jesień idzie, nie ma na to rady...".

sobota, 12 września 2015

Artrystyczna wizja...

...roletek w wykonaniu Łu. Na życzenie Agi:


piątek, 11 września 2015

Szmaticzku na paticzku

Znowu mam dziecko chore, czyli nieprzewidzianie siedzę w domu. Ma to swoje dobre strony, bo tradycyjnie próbuję zrobić to wszystko, na co zazwyczaj nie mam czasu.
Jakiś czas temu dokupiłam materiału zasłonowego (panie w hurtowni mówiły, że to kostiumowy,, ale co tam), ostatnio rodzina przywiozła mi nowiutką maszynę do szycia, mechanizmy do rolet leżały już ze trzy miesiące. Czyli do roboty za roletki rzymskie. Wczoraj popełniłam dwie, na dzisiaj mi jedna została.
W uszytych ja tam widzę same wady: że materiał za wiotki, że za wąskie, że za krótkie, że krzywo uszyte. Łu twierdzi, że mu się podoba. W każdym razie możemy już pozasłaniać większość okien przed menelami, którzy podobno ostatnio siedzieli w krzakach w pobliżu.

No i mam nadzieję, że lada dzień zaczniemy prace brukarskie. Nie mogę się doczekać. U koleżanki niedaleko, po zrobieniu ścieżek zrobiło się nagle bardzo cywilizowanie. U nas może wreszcie też zniknie ten kociokwik sprzed domu.

niedziela, 6 września 2015

Łoboziu, wypełniam obowiązek i inne...

...wlazłam dzisiaj na bloga, żeby napisać o wszystkim i o niczym. Znaczy się co dzieje się w sprawie budowy, a tu dostaję na twarz informację od gugla, że leży na mnie obowiązek poinformowania czytających o ciasteczkach. Niniejszym ogłaszam, że żadnych ciasteczek przeglądarkowych nikomu nie serwuję, a te co dostają przeglądając mojego bloga, to nie ja. Kto? Gugiel zapewne i licho wie kto jeszcze. Ja o żadnych ciasteczkach co serwuję internetowo nie mam pojęcia - i jeśli chcecie mnie wsadzić do ciupy to niech próbuje.
Internetowych nie, ale na słodkie zapraszam, bo - tadam - udało nam się nabyć piekarnik. Piekarnik istne cudo, na które czekaliśmy od grudnia. Tzn. nie dokładnie, bo w grudniu planowaliśmy kupić inny, ale nie było nas stać. Potem stwierdziliśmy, że się szarpniemy, ale... okazało się, że już nie ma go w sprzedaży. I tu zonk, bo wybraliśmy specyficzny piekarnik o wymiarach innych niż standardowe i jeszcze miał mieć zintegrowaną mikrofalówkę, więc nie przewidzieliśmy dodatkowego miejsca na tęże. A tu wyszło, że ani nie mamy miejsca na piekarnik (o normalnych gabarytach) ani na mikrofalę. Po krótkiej konsternacji (w okolicach kwietnia) w maju ogłosili, że pojawia się nowa linia sprzętu tego producenta, w której będzie piekarnik o wymaganych przez nas parametrach. Ba! tysiaczka tańszy. To niewiele myśląc zaczęliśmy zamawiać. W jednym sklepie, w maju. Po kilku dniach telefon, że jednak będzie w okolicach połowy czerwca. Nie ma sprawy, poczekamy. Potem już żadnego telefonu nie było tylko anulowanie zamówienia. Łu zamówił gdzie indziej. Podobna sytuacja. Potem jeszcze jeden sklep - to samo. I tak dotarliśmy w sierpniu do NeoNetu, skąd (również z poślizgiem) dostaliśmy informację, że sprzęt jest do odbioru.
W międzyczasie Miłosz chyba pooglądał vloga z serii "5 sposobów na..." zniszczenie mikrofalówki. I w przedostatnie dwa tygodnie wypróbował dwa: wsadził masełko w folijce do zmiękczenia - w efekcie we wnętrzu powstało kilka punktów, jakby ktoś zapałkę przyłożył. Nie do zmycia. Mało to było, bo kilka dni później szykował sobie (przynajmniej tak twierdzi, a jak było to tylko on wie) nugetsy. Odmroził je podobno jak trzeba. A potem nastawił na 10 minut! Szkoda tylko, że w woreczku foliowym, w którym były zapakowane. Wietrzyliśmy tydzień, a lodówkę jak się otwiera, to jeszcze do tej pory wyciąga zza niej zapaszek. Mikrofalówka w środku wygląda przerażająco.
Mam nadzieję, że piekarnik się ostanie trochę dłużej niż mikrofalówka. Choć nie jest to takie pewne, bo do uruchomienia potrzeba nacisnąć minimum trzy punkty (bo guziki to nie są). W mikrofali wystarczył jeden.
Łu się cieszy, bo wygląda na to, że piekarnik zarządzany jest przez linuxa. I teraz słyszę np. po podgrzaniu mleka: linux chce ci coś powiedzieć. Znaczy się kuchenka trąbi, że już skończyła.

Aha, i mamy projekt ogródka. Z projektem ścieżek, ogrodzenia, pergoli, nawodnienia i - oczywiście - nasadzeń. Już wiem, że ogrodzenie pewnie zrobimy inne niż zlecaliśmy, a i pergolę chyba inaczej. Teraz prowadzę rozmowy z brukarzami. Oby przed zimą skończyli. No i jeszcze ogrodzenie żeby stanęło, bo obecne położyła nam częściowo wichura, a właściwie trampolina od sąsiada, którą wichura wyniosła.

wtorek, 28 lipca 2015

...i ogródek (i jeszcze małe podsumowanie energooszczędności)

Nie wiem o czym pisać na blogu, a tu jednak ciągle się coś dzieje. Na tapecie jest jeszcze ogród do którego mogę wrzucić wstępną (brakuje jeszcze kilku elementów, a kilka do wymiany) koncepcję pani architektki krajobrazu z Ogrodowej Pasji.
Na razie bez komentarza.
Jeśli jednak macie jakieś pomysły na rośliny (z nastawieniem na rośliny użytkowe, ale niekoniecznie 'oczywiste'), to chętnie posłucham sugestii.

I jeszcze... Łu siedział obok i wyliczał opłacalność zastosowania pompy ciepła. Na razie wychodzi dobrze. Za pół roku grzania CWU i CO za prąd zapłaciliśmy około 1200 zł. Z tym, że wg mnie ciągle nieoptymalnie jest rozwiązane grzanie wody i 'strojenie' będzie trwało jeszcze pewnie z sezon lub dwa. Wg jakichś tam danych z gazety dotyczących cen gazu, to 1kW pozyskanej energii kosztuje nas taniej o 3gr od energii pozyskanej z gazu, co daje ok. 75 zł rocznie oszczędności ;). Instalacja z pompą ciepła kosztowała nas trochę drożej (Łu już nie pamięta ile), w porównaniu do instalacji gazowej (której - przypominam - ze względu na sąsiadkę nie mogliśmy pociągnąć), ale ciągle jest szansa, że oszczędzimy dodatkowo na utrzymaniu i eksploatacji jednej a nie dwóch instalacji. Nie wiem jak z czasem eksploatacji. Pompy są podobno długowieczne, więc jeśli nie wyjdzie jakiś nieprzewidziany problem, to faktycznie chałupka powinna okazać się znacznie energo- i kosztooszczędna.

Łazienki...

...rozwijają się. Na DropBoxie umieściłam zdjęcia. Niestety, mimo iż pan przyjeżdżał dwa razy i potem jeszcze dzwonił po wymiary, to szafki na górze zostały schrzanione i poprawiają i szufladę pod umywalką i drzwiczki szafek w skosie. Łazienkę na dole... tadam... chyba można uznać za skończoną.
Dodatkowo robią nam schody zewnętrzne. Mimo iż wymierzenie np. z promienia ('pani, ja studiów nie kończyłem'), złapanie kąta ('pani, te ściany są krzywe') proste nie jest, to jakoś prace posuwają się do przodu i efektem jesteśmy pozytywnie zaskoczeni.
A roboty ciągle jakby nie ubywa.
Na łóżko czekamy już 7 tygodni ('bo wie pani, drewno się nam skończyło a nowe trzeba porządnie wysuszyć, bo będzie pękać') i będzie pewnie w tygodniu po 7 sierpnia. Skręca mnie już z niecierpliwości jak to będzie wyglądało. Wczoraj zamówiliśmy materac. Pierwsze łóżko po nastu latach spania na materacach! Do materaca w gratisie mamy dostać dwie poduszki z pianki memory. Ciekawa jestem jak takie cuda będą się odbijać na moim połamanym kręgosłupie.

sobota, 18 lipca 2015

Cuda przyrody...

...we własnym ogródku.
Pierwszy przykład, to będzie prawdziwy David Atenborough. Gdyby nie film z tym genialnym prezenterem przyrody, to nie wiedziałabym czego jestem świadkiem. Nie wiedziałabym, że ślimaki parzą się w tak oryginalny sposób, choć po jego filmie byłam przekonana, że to jakieś egzotyczne cuda tak robią. A to na własnym podwórku można pooglądać godowe tańce ślimaków. W tym przypadku to chyba ślimak pomrowy.
Tutaj jeszcze dwa w miłosnym oplocie:

A tutaj jeden już spadł na ziemię, a drugi samotnie wędrował do góry:

Ślimaki, to atrakcja z wczoraj.

Dzisiaj z kolei mieliśmy gradobicie:

I takie dwucentymetrowe gradziny:


Edit:
Moje zdjęcie z gradobicia opublikowali nawet w
Gazecie Wrocławskiej.
:)

sobota, 11 lipca 2015

Międzyczas...

...to takie ładne polskie słowo. Być może już tu, na tym blogu poruszałam ten temat, a może nie. W każdym razie przypomniałam sobie, to się rozpiszę.

Kilka lat temu trafiłam na jakiś blog, a może artykuł, opisywała dziewczyna swój dzień - coś w rodzaju, że wstaje, ma pomysł na coś, w międzyczasie popatrzyła na kwiatki, że są nie podlane, to wzięła konewkę, podlała jednego kwiatka, ale zobaczyła plamę, to wzięła ścierkę, idąc ze ścierką zobaczyła coś tam, więc zostawiła scierkę poszła załatwiać coś innego, ale nie skończyła, bo coś tam. I tak minął cały dzień, nic nie zostało zrobione, wszystko rozwalone (bo konewka nie na miejscu, ścierka rzucona i wszystkie inne rzeczy ruszone po drodze). Dzień rozpoczęty optymistycznie skończył się frustracją, a następny jest podobny.
'To tak jak u mnie' - pomyślałam. Pocieszyłam się zatem, że nie tylko ja tak mam. Pewnie o wszystkim bym zapomniała, ale dosłownie w ciągu dwóch dni przeczytałam artykuł - wywiad z którąś z polskich aktorek starszego pokolenia. Może Hanka Bielicka to była, a może inna - nie pamiętam. I wywiad ten był peanem na temat 'Międzyczasu', że można zacząć coś jednego, w międzyczasie zrobić to i tamto, w efekcie zamiast zrobionej jednej rzeczy są zrobione trzy, niewielkim, bądź żadnym nakładem dodatkowego czasu.
Pewnie, gdyby nie to, że na oba artykuły natrafiłam w tak niewielkiej odległości czasu nie zderzyłabym ich ze sobą i nie wywarły na mnie takiego wrażenia. Bo przecież istota w jednym i drugim jest ta sama: robiąc coś jednego zaczyna się coś drugiego - ale ostateczny wydźwięk, wrażenie i odczucie osoby piszącej zupełnie inne. W czym rzecz? To chyba proste, w pierwszym działania 'w międzyczasie' były nieskuteczne, nieskończone. W drugim tak, czyli dawały satysfakcję zamiast frustracji.
Jaki z tego morał (żeby nie powiedzieć moralizatorstwo)?Skupić się na tyle, żeby pamiętać o tych zaczętych sprawach i 'w międzyczasie' je skończyć. Jeśli nie natychmiast, to trochę później. Ja to nazywam optymalizacją wykorzystania czasu i - co już chyba pisałam na tym blogu - gdy np. przechodzę z jednego miejsca w drugie, a po drodze widzę, że coś leży nie na swoim miejscu, to staram się przestawić tak, żeby robiąc przebieg w inną stronę łatwiej było mi przenieść dalej. Czyli np. pełny jest kubeł w łazience na górze, to idąc do pokoju wystawiam go w okolice schodów, potem, gdy już schodzę na dół przestawiam np. pod drzwi. Wyrzucę, gdy złapię jakąś reklamówkę i będę szła na dwór. Ma to swoje wady i zalety, bo w różnych miejscach leżą różne rzeczy w drodze na swoje najlepsze miejsce. Stoją więc na wierzchu, na widoku wszystkich. Dla mnie, gdybym ich nie widziała, to bym o nich nie pamiętała, innych może to wkurzać. Ale to już chyba indywidualne podejście do bałaganu.

wtorek, 7 lipca 2015

Ogrodowe perypetie

No, ja już nie wiem o co chodzi. Zupełnie. Trzecia firma, trzecie fiasko. Chyba, bo jeszcze dwie szanse im daję. Ale po kolei.
Pisałam już, że w ubiegłym roku chcieliśmy, żeby jedna pani nam zaprojektowała ogród. Projekty jakie robiła widziałam, podobały mi się. Przyjechała, dogadaliśmy szczegóły, miała przygotować dwie koncepcje, po akceptacji mieliśmy podpisać umowę i czekać już na projekt. Współpraca dalej wyglądała tak, że pani mówiła, że zadzwoni, gdy nie dzwoniła, to w końcu ja dzwoniłam. Za czwartym razem stwierdziłam że poczekam i tak... czekam do tej pory.
W tym roku na ostro chcieliśmy się wziąć za ogród, przy czym do zaprojektowania i zrobienia są zarówno ogrodzenie, ścieżki i podjazd z kostki granitowej, taras, cały przedogródek, część wypoczynkowa, instalacja wodna i licho wie co jeszcze. Wydawałoby się, że dużo, to firmy będą zainteresowane. A tu...
Odezwałam się do drugiego gościa. Szybka odpowiedź co po trzebują. Dość szybka ile będzie kosztować projekt. Potem próby umówienia się, przenoszenie terminów, brak odpowiedzi na maile. Na spotkaniu zapowiedziałam, że interesuje nas konkretna współpraca, i jeśli ktoś mówi, że przyśle maila, to ja tego maila oczekuję; jeśli mówi, że zadzwoni dzisiaj, to również czekam na telefon dzisiaj a nie za tydzień. Pan stwierdził, że rozumie i ok. Drugie spotkanie już przekładał. Obiecał na nim przesłanie koncepcji tego samego dnia. Po tygodniu oczekiwania napisałam do pana grzecznego maila, że nie na taką współpracę się umawialiśmy i że w związku z niewywiązywaniem się z deklaracji dziękujemy za współpracę. Bez odpowiedzi. Podsumowując: po sześciu tygodniach rozmów nie mieliśmy nawet podpisanej umowy, choć z naszej strony były zdecydowane deklaracje.
Kolej na trzecią firmę. Tutejszą, lokalną. Blisko, to może będą bardziej współpracujący, choć z ubiegłego roku już miałam również doświadczenie z panem, że przyszedł, miał odpisać i nie odpisał. Ale miałam nadzieję, że może coś się z mailem stało, a ja za nim nie latałam, to mu temat uciekł.
Pan obiecywał, że 'na pewno'. Najpierw spotkanie przełożył z wtorku na środę. Potem w środę godziny. W czwartek rano wysłałam maila z podkładem geodezyjnym. Piątek, sobota, w weekend nie będę dzwonić. W poniedziałek zadzwoniłam: 'A, bo ja nie miałem pani telefonu, a nic nie doszło'. Wysłałam jeszcze raz. Brak odzewu, więc dzwonię po południu, czy dotarło. Dotarło. Jeszcze wczoraj miał wysłać wycenę, więc dzwonię dzisiaj: 'a bo on jest w Szwajcarii, to do pracownicy zadzwoni, żeby się odezwała'. I nic.

Mam wrażenie, że to by było na tyle naszej współpracy z firmami zakładającymi ogrody. Czy my wyglądamy na jakichś gołodupców, którymi nie warto sobie zawracać głowy? Mogliby chociaż prosto z mostu powiedzieć, że nie mają czasu. Nawet z budowlańcami współpracowało się lepiej.
W każdym razie szukam kogoś, kto zaprojektuje nam podstawowe rzeczy w ogrodzie. A może jednak zdedydować się na samodzielne działanie? Czasu zmarnowaliśmy tyle, że zdążyłabym jakiś kurs skończyć.

niedziela, 5 lipca 2015

Przy piwie...

..."w karczmie w Limanowej" chciałoby się rzec, ale to jeszcze nie wakacyjne tematy. Chociaż właśnie mnie natchnęło, że może by w Beskidy pojechać na wakacje? Zupełnie planów nie mamy. Około 5. sierpnia spotkamy się ze Skorką i Bubą w Borach Tucholskich. Tam spędzimy kilka dni. A co potem? Mieliśmy pomysł jechać z rowerami w Czechy, ale gdzie? Łu stwierdził, że najchętniej to by w domu posiedział i ja go rozumiem, bo ciągle mi mało i mało tego domu. Tego bycia u siebie; tej roboty to na dworze, to w środku; tyle jest do zrobienia; tyle do poczucia. A tu robota goni. Najchętniej to zmieniłabym pracę na jakieś 3/4 etatu, bo w dobie brakuje mi jakichś 3 godzin, żeby zrobić to, co bym chciała.

Przy piwie sobie siedzę. Piszę, bo Skorka naciska, ale wolę robić coś innego, bądź siedzieć i nic nie robić, niż siedzieć przed kompem.

Nie wiem czemu, ale to 'tutaj' jest jakieś inne niż w mieszkaniu. Tam było fajnie. Lubiłam nasze mieszkanie, ale zawsze to był taki przejściowy etap. Pamiętam jak na początku bałam się różnych błędów zrobionych przez budowlańców. Że dach odleci w jakiejś wichurze; że zacznie przeciekać w ulewie; albo się zawali pod ciężarem śniegu - na poddaszu mieszkaliśmy, więc te obawy z dachem wydawały mi się najbardziej realne i najbardziej w nas godzące. Nic się nie wydarzyło. Usterki były na bierząco naprawiane. A jak będzie tutaj? Na ile byliśmy w stanie dopilnować, to na pewno zbudowane jest solidniej, dokładniej, z lepszych materiałów. Daje mi to niewątpliwie większe poczucie bezpieczeństwa. Jednocześnie odpowiedzialność jest większa, bo jakaś usterka/awaria, to trzeba będzie sobie samemu radzić. Bez administatora, który zajmie się wszystkim. No, ale chyba damy radę?

* * *
Jak na razie to mamy najupalniejsze dni w roku. W domu jest gorąco (do 27 st. C), chociaż jakoś mi to za bardzo nie przeszkadza. Akurat weekend, więc powolutku coś tam sobie grzebię. Dzisiaj położyłam akryl na styku listew przypodłogowych i ścian (pisałam, że zrobili nam listwy? - nie pisałam) i jest ślicznie. Na razie na dole, bo na górze jeszcze nie poakrylowałam. Ale wreszcie osiągnęliśmy efekt wykończonej chałupy. Co prawda wykońćzona nie jest, ale ten brak listew najbardziej kuł po oczach. Od ostatniego wpisu to mamy zrobione jeszcze drzwi szklane prysznicowe i wejściowe do garderoby. Drzwi do garderoby udały się ślicznie i jesteśmy zadowoleni. Dwie płyty ze szkła mlecznego otwierane na boki, z prostokątnymi płytkami do otwierania. Kabinę prysznicową za to dzisiaj nie wiem czy nie zchrzaniłam. Mianowicie kupiłam jakiś środek do czyszczenia kamienia i przy okazji do powłoki 'przeciwkamieniowej'. Przy czym czegoś nie doczytałam i myślałam, że jak posmaruję tym środkiem, to będzie AntiCalc, a to chyba szkło powinno mieć powłokę (nasze nie ma) i ten środek na tę powłokę powinno się nanosić. Zapłaciłam za niego jak za zboże, więc wzięłam i i tak naniosłam. No i są maziaje na szybie. I chyba nie jest to za dobrze. Czy ktoś się orientuje, czy taki środek choć trochę chroni przed osadzaniem się kamienia?

* * *
Nie wiem czy już pisałam, ale wreszcie dorobiliśmy się żyrandoli w jadalni. Jeszcze zostały lampki nad blacikiem, ale nic nam nie pasuje. Poza tym mamy zamówione szafki do łazienek i schody zewnętrzne, te przy głównym wejściu. Aha, i jesze ŁÓŻKO! Będzie to pierwsze łóżko w naszym wspólnym życiu. Dotychczas ciągle po materachach się przewracaliśmy, czym pobliliśmy rekord Mieszczyków. A zamówione mamy takie:
(to ze strony MebleZKrakowa.pl) tylko bukowe barwione na dąb i bez tapicerki. Czekania jeszcze trzy tygodnie! Dlaczego to wszystko tak długo trwa?
Łóżko ma wg mnie kilka zalet, mianowicie udaje takie, co nie stoi na żadnej nodze. Ma nogi, ale tak głęboko umieszczone, że trochę wygląda, jakby wisiało w powietrzu. To się podoba Łu, mnie natomiast odpowiada to, że nie będzie nogi, w którą będzie się można kopnąć palcami! Wybrałam je również dlatego, że nie ma kantów, tylko zaokrąglone boki. Nie wiem czemu, ale wszystkie drewniane łóżka kojażą mi się z łódką, tzn. w sensie, że gdzie się nie siądzie, to siniaka się nabije. Nie, żebym była jakoś szczególnie podatna na siniaki, ale jakieś takie mam skojarzenia. Materace zawsze były miękkie dookoła, a wszsystkie łóżka, jakie widziałam kojarzyły mi się ze sterczącymi dechami, wystającymi elementami i różnymi 'pierdolnikami' o które można było się 'p...' (stąd skojarzenie z łódką). Mam nadzieję, że trafiliśmy na ideał.
Dobrze, czas iść spać, więc dobranoc.

niedziela, 7 czerwca 2015

Gąsieniczki ciemki i poziomnik

W poprzednim poście dałam zdjęcie jednej ciemki. I jajeczek, co prawdopodobnież od tej ciemki pochodzą. No i doczekaliśmy się cudu narodzin, bo słoiczek z jajeczkami zaroił się od gąsieniczek. Szkodniki to zapewne, a że gadziny nic mi nie zjadły (jeszcze), to je wypuściłam w ogródku. Mam nadzieję, że z dala od wszystkiego, co chciałabym, żeby nie było zeżarte.
Gąsieniczki wychodzące na wielki świat:


A tu się jeszcze pochwalę naszym poziomnikiem (skoro jagodnik, maliniak, to i chyba poziomnik?):


Edit:
W necie znalazłam, że ta barczatka to chyba malinówka. Zdjęcie podobnej jest tutaj:
http://idziemy.nagrzyby.pl/index.php?artname=gatunek&id=4069&page=1&atlas=atlas_polskiem

A nie pisałam jeszcze, że w pobliskim lasku w kwietniu widziałam smardza jadalnego. Podobno najsmaczniejszy polski grzyb, ale pod ochroną, to nie ruszałam. Zdjęcia nie zrobiłam, bo telefon zostawiłam. :(

niedziela, 31 maja 2015

Życie wokół nas

Jak ciągle chyba wspominam wokół nas dużo się dzieje i niewątpliwie własna chałupka z kawałkiem zieleni i wielkie okna pomagają z obserwacjami. No i pewnie jeszcze to, że mieszkamy na wsi, choć w sumie we Wrocławiu w wielu miejscach również można się natknąć na dziki, sarny, czy mnóstwo pomniejszej zwierzyny (pisałam kiedyś o jeżu pod przedszkolem?).
To dzisiaj taki mały skrót tego, co udało mi się złapać telefonem.

Na początek ćma zaobserwowana przy oknie:

i prawdopodobnie jej jaja:

Jaja złożone na ramie okna, z dala od czegoś zielonego, więc pozbieraliśmy do słoiczka i czekamy, co się z nich wykluje. Po guglaniu wyszło mi, że to jakaś barczatka, ale teraz nie mogę znaleźć odpowiedniego linku i strony, żeby coś dać do porównania.

Tak będąc jeszcze przy oknach, to ostatnio mam taki widok:

Łan rumianków otacza dom z dwóch stron. Wysiał się sam zupełnie, w miejscu styku opaski piaskowej z glebą. Widocznie tam mu dobrze. Pachnie, szczególnie wieczorami, nieziemsko. Z okna wygląda uroczo, więc zabroniłam kosić.
Z trawnikiem za oknem i widokami przy śniadaniu wiąże się jeszcze kolejne zdjęcie:

Okazało się, że nasz trawnik jest świetnym miejscem do przynoszenia sobie myszy do zabawy. Można taką wypuścić na środku trawnika i, nie daj boziu, żeby się ruszyła. Ale niech się spróbuje nie ruszyć, to kocina jej pomoże. Powyżej Fifi (czy jak jej tam) w akcji. Mamy jeszcze drugiego, zaprzyjaźnonego, rudo-białego kota. Też z myszami u nas harcuje.
Szkoda myszek, choć w koło jest ich chyba sporo, więc i problemy mogą się pojawić. Mogliśmy już sobie obserwować, jak myszki się pasą trawą na naszej działce, ale dzisiaj trafiła nam się jeszcze inna gratka. Byliśmy na lokalnych zawodach wędkarskich. Nikt z nas tak naprawdę nie łowi, bo ani czasu, ani cierpliwości, ale Miłek od dwóch lat jest zapalonym miłośnikiem wędkarstwa. Ba, ma już nawet wędkę. A że nasze wiejskie koło wędkarskie bardzo prężnie działa i co roku organizuje dzieciakom zawody wędkarskie, to Mi drugi raz brał w nich udział. Ale nie o rybkach będzie, ale o małym złodziejaszku, który próbował nam podprowadzić przynętę dla ryb:


Zdjęcie robione z ręki, z może 20 cm.

czwartek, 28 maja 2015

Nirwana

Osiągnęliśmy jakiś taki stan nirwany. Wszystko trafiło w swoje koleiny. Mam poczucie, że szczęście już bliżej być nie może. Ciągle tylko czasu brak się zatrzymać i popatrzeć na to szczęście. Ale może to wcale nie jest takie złe, bo ciągle ktoś się przewija, dużo dzieje się w koło. Czyli dotarliśmy do stacji 'budowa skończona' i pełnym impetem wpadliśmy w inne sprawy. Nie mieliśmy momentu, że 'co by tu teraz zrobić'. Zaangażowaliśmy się w lokalne poprawianie świata, dodatkowo budowa ciągle nieskończona i choć zamarła na trochę, to czas ruszać z wykończeniami - co zacznie się lada dzień.
Dużo jest takich drobiazgów, które fajnie byłoby złapać i gdzieś zanotować (np. tutaj), aby sobie przypomnieć za jakiś czas, ale szkoda życia na siedzenie przed kompem, gdy tyle dzieje się w koło. A co się dzieje? Może niedługo się zbiorę, żeby napisać. Jeszcze mam wątpliwości, czy publicznie pisać o jakichś moich dywagacjach na temat publicznych spraw. Może trochę trzeba będzie się przymknąć z tym blogiem?

Jak zauważyłam, to wszyscy kończący budowę (linki z boku) jakoś zamilkli w jednym czasie. Więc to chyba jakiś powszechniejszy syndrom, że gdy się już dotarło do mety, choćby pierwszej z kilku, to jakoś nagle może nie tyle odchodzi ochota na pisanie (mi nie przeszła), ale 'z jakąś taką nieśmiałością' zamienia się w sumie profil bloga. Aga zaczęła kolejny. Ja nie chcę odcinać tego zamkniętego, ale jednak naszego etapu. Niech sobie pobędzie trochę taki chwiejny stan. Może niedługo się pozbieram i opiszę Wam jak poziomki rosną. A jak jagody. Śliczne mają kwiatki, które już przekwitły i tak właśnie sobie pomyślałam, że nie zrobiłam im żadnego zdjęcia. Ptaków przylatuje całe mnóstwo i sporej części nie znam. Ale miło każdego jednego widzieć w okolicy. Do lasku jest niedaleko. Może niedługo, gdy działki zarosną drzewami, zadomowią się w ogródkach na stałe i nie pouciekają daleko od ludzi. Zobaczymy w przyszłości, czy zrobi się zielono i sielsko w okolicy.
No nic, późno już. Dobranoc.

piątek, 10 kwietnia 2015

Święta...

...i po świętach. Przepływają jak woda w rzece. Były... Nie ma... Zostało kolejne miłe wspomnienie, trochę ciepła na duszy, bliskość życzliwych ludzi. Na stole wiosna, na dworze zima, jakiej nie było w grudniu ani w styczniu:

[Ha, i znowu nie dodaje mi zdjęć tam, gdzie bym chciała. Myślałam, że to moja pomyłka, ale to chyba gugiel musi się jakoś odświeżyć. Zdjęcie dodam, jak się pojawi.]

Zdjęcia ze stołu nie mam, może mi Łu albo Tato podeśle.

Siedzieliśmy więc przy stole, gadaliśmy i patrzyliśmy w okna, co było bardzo przyjemne. Nie poszliśmy nigdzie na spacer, niestety. Ale nie poobiadaliśmy się chyba za bardzo. Jakoś tak ostatnimi laty wychodzi, że coraz mniej się gotuje i coraz mniej się je. Przynajmniej ja mam takie wrażenie.

piątek, 3 kwietnia 2015

Życzeń...

...składać nie lubię, ale jakoś tak wyszło, że musiałam przygotować pewną oficjalną 'kartkę', to przy okazji tutaj coś dla Was mam. ;) Zdjęcia robiłam wczoraj, gdy na dworze prawdziwa kwietniowa pogoda nastała. Mieliśmy śnieg, grad, słońce, tęczę, deszcz, wiatr i inne takie. Toteż wyjście i 'cyknięcie' czegokolwiek nie było proste, tym bardziej, że grad na ziemi, wiatr z deszczem i śniegiem od twarzy, słońce z tyłu, a gradziny na ziemi (co może też na zdjęciu będzie widać). W każdym razie wesołych...

(baran jest autorstwa Po)

Wiosna dalej dojść nie może. Dwa dni były obiecujące, ale...
Wietrzysko, które nawiedziło Europę do nas również zawitało:

Wraz z nim północno-zachodnie wiatry, które zwarzyły mi laur. Musiałam z powrotem rośliny wstawić do domu. Trochę już się uspokoiło, ale roślinki trzymam w domu. W garażu rosną sadzonki pomidorów i sałaty:

oraz inne roślinki czekają na przesadzenie do gruntu:

Zaczynam mieć poważny problem, bo przez to, że nie ma płotu i ścieżek nie bardzo jest jak przygotowywać rabaty pod płotem. Nie ma też jak przygotować terenu od wschodniej strony. A w garażu czekają dwie sprezentowane magnolie! Ratunkuuu. ;)

Aha, pojawiły się jednak jakieś oznaki wiosny. W koło świergolą różne ptaki, pojawiły się szpaki i kopciuszki. Słychać też zdecydowanie więcej różnych głosów, szczególnie rano miło jest posłuchać. Dzisiaj Po wypatrzyła przez okno pierwszego bociana. A naloty szpaków na pobliskie trawniki wyglądają tak:


Post

- Mamo, daj mi coś słodkiego...
- Polciu, jecie tyle słodyczy, że dużo za dużo. A poza tym jest post!
- Post? A jak smakuje ta słodycz?
- ?!?

wtorek, 24 marca 2015

Zdjęcia!

No i proszę, jednak gdzieś się dodały (to tak a'propos poprzedniego posta)! Tylko, żebym wiedziała, które klikanie spowodowało dodanie? Żeby było ciekawiej, to dodało się do albumu zdjęć z aparatu. Wcześniej udało mi się dodać jedno zdjęcie do Picassy, ale obecnie za nic nie mogę tam trafić. Nic to. Grunt, że gdzieś jest.

Pierwsze zdjęcia, to moje poranne widoki w okno, gdy wstaję wcześniej do pracy:

Tutaj jest pobliska kota:
Kota jest bardzo fajna. Przyłazi, nic się nie boi. Mówi "głaszcz mnie", albo "teraz będę na ciebie polować", albo "to ja sobie koło ciebie poleżę". Konkretna jest w każdym razie i wie czego chce, żadna tam miągwa.

Ostatnie zdjęcie, to największa wiosna, jaka jest w ogródku:
Nieduża ta wiosna, ale cieszy, tym bardziej, że niedługo obok pojawią się jeszcze szafirki i może narcyzy. W innym miejscu działki zadziwiły mnie zapomniane tulipany. Niestety, zanim je zauważyłam, to już dzieciaki zdążyły je nieco stratować, ale coś da się wyratować. Mnóstwo mam takich bździunów na działce i pewnie sukcesywnie będę się nimi chwaliła.

Wiosna...

...ciągle trzyma nas na dystans. Słońce świeci. Patrzysz przez okno: wiosna. Patrzysz na termometr - ciągle zima, bo rzadko słupek chce przeskoczyć 5-7 st.C. Rośliny ciągle stoją w blokach, mam wrażenie, że niedługo ze zmęczenia i napięcia padną.
Narobiłam trochę zdjęć nowym telefonem, tylko... jakaś ułomna technicznie jestem. Mam możliwość szybkiej wysyłki w dwadzieścia miejsc. No więc próbuję. Zazwyczaj wysyłałam na dropboxa, ale on średnio współgra z wyświetlaniem na blogu - nie bardzo mogę tam umieścić i tu tylko podpiąć, muszę ściągnąć i wysłać do bloga. Niewygodnie. Jest możliwość wysyłki na różne portale społecznościowe. Nie chcę. Bo nie. Jest możliwość wysłania na dyski typu Google+, Gmail (nie wiem czym się różnią te dwa i czemu to nie jest jedno) + jeszcze jeden Guglowy, który nazywa się po prostu Zdjęcia. Można wysłać na przestrzeń Kindla, Xperii i jeszcze w kilka innych miejsc. Wysyłałam w te, które wydawały mi się, że będą współpracować z blogiem i ciągle jakaś kupa. Wysyłam. Nie ma. Albo zaglądam, a tam są wszystkie moje zdjęcia z aparatu, choć nie wysyłałam! Wysłałam już w kilka miejsc, to jakoś nie mogę stamtąd podpiąć tu, albo mogę, ale wtedy coś mówi, że będzie publiczne. Absolutnie nie chcę, żeby się pojawiały w jakichś niekontrolowanych miejscach bo po co? Ale i tak już się pojawiają. Szlag mnie trafia.
Zero kontroli nad tym, co prywatne, co publiczne. Z innej beczki: mam aplikacyjkę do monitorowania ruszania się. Ponieważ ruszam się jak żółw, na którym stoją cztery słonie (ale bynajmniej nie A'tuin), to zaznaczyłam sobie, że widoczność tylko dla mnie. I co? Wszyscy widzą! Mąż mnie wyśmiał, że nie umiem zaznaczyć, po czym zajrzał w aplikacyjkę i mina mu zrzedła, bo zaznaczone jest jak bym chciała, a nie jak jest. Wrr...
W każdym razie na zdjęcia poczekacie, aż nad nimi zapanuję. Chyba, że już je gdzieś widzicie, a ja o tym nie wiem. Takie z kotą i z wschodami z okna i z kwiatkami. A może wszystkie jakie mam, bo w sumie nie wiem już co jest w sieci, a co nie.

poniedziałek, 16 marca 2015

Wiosna...

...blisko. Choć ciągle na większości drzew pąki nawet nie napuchły. W ogródku wybiły się żonkile, ale kwiatów jeszcze nie ma - będą lada dzień. Widać pąki, które też jakby czekały w uśpieniu na hortensji, borówkach. Skalniaki niby podnoszą się do życia, ale... Trawa chrzęści suchymi źdźbłami, zieleń jednak nie ta. Wierzba jakby coś...
Po prostu taki moment, jakby wszystko w blokach szykowało się do wyścigu na setkę. I tak będzie, że pewnego dnia będą już te pąki, następnego liście, a trzeciego zaleje nas zieleń i nie będę mogła nadążyć, żeby chwastów się pozbyć. Ale teraz jest właśnie ten moment napięcia 'tuż przed'. Dwa ciepłe dni wystarczą, ale ciągle temperatura oscyluje między 3-7 st. C. Ciut za mało, żeby obwołać wiosnę. Zima to też już nie jest. Kiedyś była taka ładna nazwa: przedwiośnie. Albo przednówek.
Teraz możemy z radością oczekiwać na moment rozkwitu, ale kiedyś był to czas największego głodu. Gdy już skończyły się zapasy, a nowe plony jeszcze nie urosły. Cieszmy się więc z tego, co mamy.
U mnie na oknie rosną pomidorki:
za pomidorkami oregano, które też planuję wysadzić w ogródku, a za oreganem laur, który też będzie w ogródku, ale w donicy. Za laurem bazylia - tę pewnie zjemy, zanim będzie czas wysadzania. Smacznej wiosny zatem.

sobota, 7 marca 2015

Tak dużo się dzieje...

...że nawet nie bardzo wiem, jaki tytuł dać posta. Nie jest to 'dzianie się' co prawda związane z domem, choć i tu troszkę, ale z miejscowością i naszym życiem wśród ludzi. Znajomi sąsiedzi stwierdzili, że już budowa nas tak nie obciąża, to można nas zająć sprawami lokalnymi. I tak się dzieje, choć co dokładnie, to nie chcę pisać na tym blogu. W najbliższym czasie na pewno trzeba będzie wyrobić jakąś równowagę między życiem rodzinnym - domowym, a życiem 'okolicznym'. Choć jedno i drugie będą się zapewne mocno przenikały.
W domu niejaka stagnacja, jeśli chodzi o postęp prac. Domykamy zobowiązania pobudowlane, regulujemy bieżące domu i mieszkania. Na zawieszone prace, nie-niezbędne do życia, brakuje na razie środków, ale i do nich dojdziemy. Nie musimy się już spieszyć. Grunt, że po budowie wcale nie jesteśmy wypruci z chęci i każda kolejna dopięta rzecz na pewno będzie nam sprawiać przyjemność, a nie drgawki z niechęci. Przyjemnie jest po prostu.
W okna puka wiosna. U nas we wsi trochę mniej niż we Wrocławiu, gdzie pojawiły się już dywany krokusów na trawnikach i w ciągu jednego dnia włosy wierzby płaczącej z gładkich stały się takie karbowane i rozświetlone. Kolejny rok obserwuję to zjawisko na ogromnej wierzbie przy starej bibliotece Uniwersytetu. Magiczne to takie trochę, gdy jednego dnia witek nie widać, następnego dnia są takie właśnie pogrubione i rozświetlone, a kolejnego to już są liście i witek praktycznie nie widać.
U nas w ogródku też zaczęliśmy spieszyć się z sadzeniem drzew. W ostatnią niedzielę Mi został z gierką, a z Łu i Po pojechaliśmy na upatrzony wcześniej nieużytek szukać samosiejek brzózek. Przywieźliśmy chyba 10 i dzisiaj będziemy je pewnie sadzić. Zastanawiam się jaki zagajnik brzozowy z tego wyjdzie. Brzózki mają w tej chwili około 2 metry i kora nawet im się jeszcze nie bieli. Śmiesznie będzie, gdy za parę lat okaże się, że to nie brzózki, ale np. osiki, które również rosły w pobliżu. ;)
Pisałam, że skończyły się prace na stryszku w garażu? Tzn. takie związane z zabudową. Teraz czeka na nas malowanie i zrobienie jakiejś podłogi. Na tę podłogę nie mam zupełnie pomysłu, czy kłaść jakieś kafle, czy może linoleum? A może zamalować beton betondurem - jak na dole? Góra będzie pewnie pełnić bardzo różne funkcje, od składziku, przez warsztat, do kanciapy Mi, który twierdzi, że zrobi sobie tam laboratorium chemiczne. W każdym razie nie zdziwię się, gdy za parę lat będzie chciał tam mieć jakąś kanciapę na spotkania z kolegami.

Mimi obudził się, to do następnego razu.

wtorek, 24 lutego 2015

To już jest...

...koniec.
Tym tragicznym wstępem obwieszczam całkiem radosną nowinę!
Przed chwilą miałam telefon z Inspektoratu, że "dokumenty są do odbioru"! Rozumiem, że dokumenty po zamknięciu budowy! Czyli to już jest koniec!
Już formalna Długa Droga Do Domu została zakończona. Zamknięta. Finito! Bęc!
Wierzyć mi się nie chce, bo spodziewałam się jeszcze nie wiadomo jakich problemów na koniec. A tu nic. Telefonik. Pan grzecznie i sympatycznie poinformował. Ucieszyłam się do słuchawki, że 'pan jest jaskółką dobrych wieści', co strasznie Pana rozbawiło. No nic, chyba czas na świętowanie. :)
No i... do roboty - bo tej niemało przed nami.

PS. Aha, i to już chyba ostatni wpis z tagiem 'budowa'. Kolejna rzecz, w którą nie mogę uwierzyć. I pierwszy wpis, z tagiem 'radości'. W sumie to nie wiem, czemu wcześniej takiego nie miałam. Zazwyczaj używałam 'jojczenie'.

piątek, 20 lutego 2015

Zapach...

...świeżej pościeli. Co czujecie, gdy o tym myślicie?
Mi się zawsze przypomina pościel przyniesiona ze słońca, czasem wymrożona, czasem już lekko wilgotna wieczorną rosą. W każdym razie taka, która parę godzin spędziła na dworze przez co pachnie trochę sianem, trochę wiatrem, trochę słońcem.
Mieszkając w mieszkaniu bez balkonu nie mieliśmy możliwości wystawienia pościeli i przewietrzenia jej w taki sposób. Dzisiaj pierwszy raz u siebie takie wietrzenie zrobiłam. Mmm...

niedziela, 15 lutego 2015

Gwiazdki na szybach

Pamiętacie gwiazdki szronu na szybach? Siedzenie w ciepłej chałupie, gdy na zewnątrz mróz. Od mrozu oddzielają zaparowane okna, czasem po prostu zamglone, a czasem wymalowane w łuki, gwiazdki, kryształki. Jako dziecko próbowałam czasem stworzyć obrazki chuchając na szybę i obserwując jak zamarza. Oczywiście nie udawało się to w oknie z podwójnymi szybami, bo temperatura od wewnętrznej strony raczej nie była ujemna. W starych pociągach jednak była taka szansa. I z tym kojarzą mi się zimowe jazdy do Babci i Dziadka prawdziwym parowozem. W obrazku można było 'wychuchać' okienko, w którym widać było zazwyczaj czerń nocy.
Teraz już chyba nigdzie nie ma okien jednoszybowych. Praktycznie nigdzie nie stosuje się też okien skrzynkowych, w których często wewnętrzne skrzydła ściągano na lato i zakładano z powrotem na zimę uszczelniając przestrzeń pomiędzy skrzydłami gazetami, szmatkami. Bardziej dbające o estetykę gospodynie owijały ocieplenie na przykład bibułą. Żeby było ładnie. Takie przynajmniej mam wspomnienia z okien obserwowanych w dzieciństwie. I takich nie widziałam już ho, ho.
Myliłby się jednak ten, co sądzi, że na super, hiper energooszczędnych oknach gwiazdki są niemożliwe. Czytaj: ja się myliłam. Bo jednak bywają:

sobota, 14 lutego 2015

Ostatni papierek...

...został wczoraj zaniesiony do Inspektoratu Nadzoru Budowlanego. Znowu ciśnienie mi się niebezpiecznie podniosło. Jedno, że panienka powinna pracować od 7:45. Przyszła tuż przed 8. Nie szkodzi, zaraz otworzyła. Złożyłam papierek. Papierek to osobna historia. Było to, szumnie nazwane ZAŚWIADCZENIE O PRZYŁĄCZENIU.

* * *
Na chłopski rozum potwierdzenie w postaci zapłaconej faktury za dostarczenie prądu powinno być wystarczającym poświadczeniem, że w jakiś sposób przyłączeni jesteśmy. Nie - dla INB nie jest. Może umowa? Również nie. Może protokół odbioru? - skądże! Mam się udać do energetyki i wziąć dodatkowy papierek.
Wykręciłam więc na infolinię do Tauronu, po -nastu czy -dziesięciu minutach dodzwoniłam się, żeby się dowiedzieć, że nie ma problemu, muszę tylko wysłać na maila prośbę z danymi. Nie ma sprawy, wysyłam. Wysłałam i czekam. Parę dni to trwało, żebym dostała odpowiedź, że jednak muszę wysłać pocztą AŻ DO KATOWIC. Na głowę upadli - stwierdziłam; wzięłam dzień wolny w pracy i po 2 godzinach w kolejce dostałam dostałam się do pani w BOKu. Pani była bardzo miła, powiedziała, że nie ma sprawy, ale to niestety nie do nich i ona tego nie może wystawić (choć wszystkie dane ma przed nosem na ekranie komputera), bo oni nie są dystrybucja tylko coś tam, a w ogóle to 'tamci' mają wszystkie potrzebne dane przyłącza i ona to wyśle szybciutko faksem i jeszcze zadzwoni, żeby to szybciutko zrealizowali, czyli już następnego dnia w piątek rano będzie wysłane. Super. Do poniedziałku powinno przebyć te kilkanaście kilometrów.
W poniedziałek nie doszło.
We wtorek również.
Podobnie w środę, czwartek.
W piątek nie wytrzymałam i zadzwoniłam na infolinię gdzie...
...Pani mnie wysłuchała z niejakim niesmakiem, bo 'oni przecież mają dwa tygodnie, a to jeszcze nie minęło'; i na nic się zdały moje jęki, że obiecywali szybko, a pisemko to ja już załatwiam miesiąc, a nie dwa tygodnie. Pani powiedziała, żebym chwilę poczekała, po czym wysłała mnie na koniec sieci telefonicznej, gdzie zapadłam się w otchłań Krańcowego Wodospadu (tego ze Świata Dysku), czyli po ponad dwudziestu minutach wsłuchiwania się w ciszę stwierdziłam, że jednak mnie nie stać na wiszenie na słuchawce i się wyłączyłam.
W kolejny piątek dostałam awizo. Sobota, niedziela - poczta nie działa. W poniedziałek, wtorek, środę poczta działa u nas w godzinach 8:30 do bodajże 15:30. Czyli dopiero w czwartek (godziny pracy do 18:30) odebrałam przesyłkę, z zupełnie oczywistą obawą, że jest to pismo z Inspektoratu, że 'proszę uzupełnić dokumenty'. Jednak nie! To było ZAŚWIADCZENIE.
I myślicie, że był to jakiś skomplikowany dokument? Nie. To był taki napisany na kolanie, że 'ten budynek, na tej ulicy jest podłączony do naszej sieci'. Finito.

* * *
Papierek w każdym razie złożyłam wypytując się trochę o procedurę i 'to kiedy już będziemy się mogli oficjalnie wprowadzić?'. Pani stwierdziła, że jeśli wszytko będzie ok, czyli (m.in.) nie zmienialiśmy sposobu ogrzewania, to 6. marca mogę ZADZWONIĆ i ZAPYTAĆ o to, czy łaskawie PRZYGOTOWALI dokumenty. Ale co to znaczy, że 'gdy nie zmienialiśmy sposobu ogrzewania'? Przecież zmienialiśmy i KierBud (i internet) twierdził, że to nie jest zmiana istotna. Wg panienki jest, bo przecież jest zmiana w planie zagospodarowania działki, bo przecież był zaplanowany przewód gazowy i go nie będzie.
Z nastroszonymi włosami na głowie wpadłam do pracy, i dawaj do netu. Nic nie znalazłam, że taka zmiana jest zmianą istotną! Oczywiście wszystkie zmiany muszą być zgodne z Miejscowym Planem Zagospodarowania Przestrzennego. I nasze wstawienie pompy ciepła jak najbardziej się w to wpisywało. Ba! Przy takiej interpretacji może wynikać, że mamy samowolę budowlaną! Żeby było śmieszniej, to na tę samowolę dostaliśmy dotację od gminy. Więc już nie wiem co o tym wszystkim myśleć.

* * *
Kolejny mały paradoks budowlany, który w międzyczasie mi wypłynął, to na przykład to, że zmianą istotną jest, że zmienia się kubatura budynku. Ale już nie jest istotne, czy się zmienia np. kąt nachylenia dachu, bądź jego wysokość. I niech mi jakiś uczony budowlaniec (najlepiej Inspektor NB!) wytłumaczy, jak można nie zmienić kubatury budynku podnosząc dach? - co nagminnie jest praktykowane w okolicy.

niedziela, 1 lutego 2015

Łysy misiek czy budowlaniec?

Z mieszkania wyprowadziliśmy się już ponad miesiąc temu. Trochę stało puste, bo w sumie nie zdążyliśmy tam posprzątać, i ciągle jeszcze trochę rzeczy jest do wyniesienia. Ponieważ zawsze to obciążenie, bo trzeba utrzymać, czynsz i ratę kredytu zapłacić, to stwierdziliśmy, że razem z ogłoszeniem o sprzedaży wystawimy ogłoszenie o wynajem. Chętnych na kupno nie ma. Chętnych na wynajem mam już dwóch. I tak:
Jedno, to małżeństwo z dwójką dzieci: dziewczynkami w wieku 8 i 1 lat. Tato pracuje jako kierowca (TIRa?) i praktycznie go nie ma. Mama: nie wiem. W kontakcie dość konkretni i sympatyczni. Chcieliby wynająć od marca na rok, może dłużej. Najlepiej razem z meblami, bo nie mają (mebli jest tylko trochę, których nie braliśmy do domu).
Drugi, wydzwaniał już dwa razy, czy 'tamci państwo się nie zdecydowali', bo oni potrzebują na już mieszkanie dla kierownika budowy. Prawdopodobnie którejś z okolicznych. Ale potrzebują tylko na około 3,5 miesiąca, może trochę dłużej.

Tyle faktów. I teraz weź tu podejmij decyzję, co będzie lepsze, głównie: kto mniej zdewastuje mieszkanie i z kim będzie mniej problemów? Może jakieś sugestie, co robić, o co pytać, co zawrzeć koniecznie w umowie? Ja nie mam zielonego pojęcia (no, tyle co w necie znajdziemy) jak się pozabezpieczać i, nie powiem, stresuje mnie wizja problemów, jakie mogą się pojawić. Brr...

Namaszczenie

Rzecz działa się w niedługim czasie po wprowadzeniu do mieszkania. Czyli jakieś 8 lat temu. Wprowadziliśmy się do świeżo wykończanego lokum, więc wszystko było czyste i ładne. Gotowałam sobie w kuchni jakiś obiad. Ze mną Miłosz, około czteroletni. Bawił się kuchennymi utensyliami, co mnie bardzo cieszyło, bo miałam go z jednej strony niby 'na oku', z drugiej zajmował się sobą i ja mogłam w spokoju gotować. Ja wyjmuję gary, Miłosz wyjmuje gary. Ja stawiam na kuchence, Miłosz stawia na stołeczku na środku aneksu. Ja mieszam w garach, on miesza w garach. I tak sobie 'gotujemy' w spokoju. Miłosz wyciąga co chwilę coś nowego, a to durszlak, a to ubijak do ziemniaków. Już nie pamiętam momentu, gdy zorientowałam się, że coś jest nie tak. W każdym razie przyjemność gotowania skończyła się armagedonem sprzątania litra oleju słonecznikowego z podłogi. Miłosz w ferworze naśladowania mamy na stołeczku postawił durszlak i do niego wlał litr tego oleju. W efekcie olej znalazł się na podłodze i świeżutkich, jasnych fugach. Jedno, że problem ze sprzątaniem takiej ilości tłuszczu, drugie, że fugi już nie były pięknie jednolite.

* * *
Minęło 8 lat. Pora mniej więcej podobna, bo początki lutego, podobny również czas zamieszkiwania. Sceneria co prawda inna, bo nie gotujemy obiadku, tylko szukam kaszki manny na kolację dla dzieci. Kaszki nie znalazłam, ale litrowa butelka oliwy, co ją właśnie kupiłam, popełniła samobójstwo na podłodze. Znowu litr tłuszczu do posprzątania + dodatkowo szkło, które rozprysło się po całej kuchni. Olej pozaciekał za listwy, trzeba było demontować, myć, wycierać, suszyć, składać na nowo. Fugi znowu nabrały intensywniejszej barwy w miejscu zalania. Nikt pewnie nie zauważy, ale ja widzę nową skazę na tym naszym wychuchanym domku. No i pytanie, co zrobić z litrem oleju ze szkłem? Wyrzucić? Wylać do kanalizacji (szambo)?

* * *
W każdym razie nowa świecka tradycja zaistniała: co nowa chałupa, to trzeba ją namaścić olejem po podłodze. Widocznie tak być musi, żeby życie w nowym miejscu było 'tłuste' i opływało w dostatki. Czego i Wam życzymy.

piątek, 30 stycznia 2015

"Ogród warzywny na 200 m2" dla trzyosobowej rodziny

Uwaga, będzie reklama. Choć jeszcze nie wiem, czy do końca, bo szczegółów jeszcze nie znam i pewnie wypowiem się później (lub nie). W każdym razie...
Zapisałam się jakiś czas temu na newslettera ZielonyOgródek.pl. Dzisiaj dostałam link do książeczki - broszurki sprzed ponad 70 lat, pod tytułem Ogród warzywny na 200 m2 Bronisława Gałczyńskiego.
Na razie przeszłam przez wstęp, w którym zainteresowały mnie wyliczenia ekonomiczne i odniesienia do innych krajów. Może Was też wciągną i skłonią do przeczytania broszury? Ja jeszcze nie mam zdania na jej temat, ale taka historyczna retrospekcja (czy retrospekcja może być inna?) na podejście do ogrodów, trochę z narodowościowym zacięciem może być ciekawa.

WSTĘP
Myśl i praca -­ oto dwie rzeczy, które tworzą bogactwo narodów. W obronie przed zimnem, przed głodem, przed chorobą, ludzkość posiada tę tylko broń skuteczną: myśl i pracę.

My, Polacy, musimy bardziej, niż inne narody dbać o to żeby stosować najlepsze metody pracy, żeby wyzyskać wszystkie możliwości powiększenia ogólnego bogactwa, a tym samym siły. Jesteśmy bowiem otoczeni sąsiadami, którzy patrzą na nas, jak na zdobycz, która się wymknęła.

Rolnictwo nasze dobrze zrozumiało tę prawdę i jest od dawna w bardzo wielkiej części Polski zorganizowane w sposób nowoczesny, stosujący zdobycze myśli naukowej do pracy na roli. W rolnictwie myśl i praca idą ręka w rękę.

Nie można tego samego, niestety, powiedzieć o polskim ogrodnictwie. To też produkty ogrodnicze zamiast stanowić potężny artykuł wywozu są dotychczas ku wielkiemu wstydowi Polaków przywożone w ogromnej ilości z zagranicy do Polski.

Nie będę tutaj wyliczał wszystkich przyczyn, które się na to złożyły.

Wskażę tylko na jedną: znikomo mała w porównaniu do innych krajów liczba ludzi uprawiających własnoręcznie swój mały ogródek.

Sprawa ta posiada duże znaczenie narodowo­ekonomiczne.

Bo policzmy tylko: Ogródek na dwustu metrach kwadratowych, taki, jaki w tej książeczce jest opisany, wymaga jednej godziny pracy dziennie, albo 6 godzin pracy na tydzień i powinien dać jarzyn za 200 złotych. Otóż w Niemczech, dokoła jednego tylko miasta Lipska znajduje się 30.000 takich małych ogródków. Ludzie uprawiający te swoje ogródki poświęcają im po 6 godzin tygodniowo pracy poza godzinami swych zwykłych zajęć. Cała ta praca razem wzięta (180,000 godzin tygodniowo) równa się pracy 3,000 ludzi, którzy by się wyłącznie temu poświęcili, pracując po 10 godzin dziennie. A rezultat tej pracy to przede wszystkim zbiór jarzyn łącznej wartości około 6­ciu milionów złotych.

A następnie ci ludzie, pracując po jednej godzinie dziennie w ogrodzie, zyskują zdrowie, dobry wygląd i pogodę ducha.

Prócz tego jeszcze odżywiają się sami i ich rodziny w znacznej części jarzynami świeżymi, czyli otrzymują pokarm najlepszy i najzdrowszy, jaki jest na świecie. Najnowsze badania naukowe nad witaminami dowiodły, że w jarzynach, a szczególnie w sałacie i szpinaku znajdują się pierwiastki nieocenione i niezastąpione dla odżywienia zmęczonego organizmu ludzkiego.

Weźmy teraz pracowników w miastach polskich: ogrodów nie mają i godziny po pracy spędzają w dusznych lokalach, na powietrzu przebywają tylko przypadkiem i odżywiają się kartoflami ozdobionymi siekaną wołowiną.

Dopóki tak będzie, dopóty rywalizacja z sąsiadem z Zachodu będzie bardzo trudna.

Na szczęście już są znaki, które pokazują, że będzie inaczej. Już młodzież nasza coraz powszechniej garnie się do sportu, łaknie ruchu i powietrza. Jeżeli ten prąd rozszerzy się na całe społeczeństwo, to rozpowszechni się ten najszlachetniejszy ze wszystkich sportów ­ praca we własnym ogródku. Sport cichy jak rybołówstwo, zajmujący jak polowanie i dający zdobycz równie smaczną i pożywną jak ryby i zwierzyna, tylko o wiele zdrowsza.

Rzadko kto wie że na takiej przestrzeni jak 200 m. kw. można wyprodukować jarzyn tyle, że wystarczy ich na cały rok dla rodziny złożonej z trzech osób, jeżeli będziemy liczyli dziennie po 1⁄2 kg. różnych jarzyn na osobę. Ogrody u nas zwykle są zakładane o wiele za duże w stosunku do ilości pracy, jaką możemy im poświęcić, oraz w stosunku do pieniędzy, jakie możemy wydać na nawozy i na rozsadę.

Dwieście metrów kwadratowych ­- to przestrzeń, którą łatwo nabyć i jeszcze łatwiej wydzierżawić ­- nie należy też większego zakładać ogrodu warzywnego, jeżeli nie możemy poświęcić mu więcej pracy, niż 6 godzin na tydzień.

Wiele osób zwleka z założeniem własnego ogródka dlatego, że nie wie jak to zrobić. Nie wie, jak rozplanować ogródek. Nie wie, ile czego zasiać czy zasadzić. Nie wie, ile i jakich trzeba kupić nasion lub rozsady. Samo pielęgnowanie roślin daleko mniej ludzi przestrasza, niż trudność obmyślenia ­- co, gdzie, kiedy i ile posiać i posadzić.

Dla tych właśnie ludzi, którzy boją się zacząć, została napisana niniejsza książeczka.

Ci którzy już maja i prowadzą ogródki, mogą z niej dowiedzieć się o nowszych metodach hodowania niektórych jarzyn. Mogą też oszczędzić sobie trudu obliczania, ile jakiego potrzeba nasienia na daną przestrzeń i ile potrzeba poświęcić przestrzeni na dane warzywo, aby mieć plon spodziewany ­- znajdą tu bowiem na to gotowe wzory i obliczenia.

Daj Boże, żeby ta książeczka przyczyniła się choć w małej części do tego. żeby kiedyś, z czasem ­- w całej Polsce powstało małych ogródków tyle, ile ich jest dokoła jednego miasta Londynu, to znaczy pół miliona.

Wytworzyłyby one różnych warzyw za 100 milionów złotych ­ a ile dałyby zdrowia ludności, tego na pieniądze zupełnie nie da się policzyć.
B. G.

sobota, 24 stycznia 2015

Opowieści spod karmnika - Nieudany atak

Tekst napisany w okolicach świąt, ale wtedy nie miałam dostępu do netu, więc zakonserwowałam na później.

Bycie 'przy ziemi' (w przeciwieństwie do mieszkania na drugim piętrze), oraz okna otwierające perspektywy w każdą stronę (w tym odsłonięta praktycznie cała jedna ściana) powodują, że wzrok nie zatrzymuje się po kilku metrach, ale swobodnie wędruje aż po horyzont. Co prawda nie wszędzie ten horyzont widać, bo jednak otacza nas sporo domów, ale widoki otwartej przestrzeni ciągle jeszcze powodują u mnie poczucie takiego wewnętrznego 'wow!'. Tym bardziej, że na dworze ciągle coś się dzieje: kołyszą się trawy, przesuwają chmury, zmienia się światło i kolory. Nie brakuje też ptaków. Innych zwierząt w zasadzie też – w końcu to wieś, a właściwie ciągle zabudowywane pole – ale nie widać ich tak intensywnie, choć się zdarza.
W ogródku zawiesiliśmy karmnik dla ptaków. Nic wielkiego: plastikowa butelka ze zbiorniczkiem, do którego wysypuje się zawartość. Wystarczy jednak, żeby zainteresowały się okoliczne stada wróbli, mazurków, sikorek, czyżyków. Sporadycznie pokazuje się też rudzik. Z daleka widać też sporo innych 'zimowych' gatunków, ale one nie są zainteresowane naszą skromną stołówką.
Za ptakami ciągną oczywiście ich konsumenci. Głównie odwiedzają nas trzy okoliczne koty. Mam nadzieję jednak, że nasz karmnik nie jest dla nich łatwym miejscem polowania.
Dzisiaj jednak trafił się wyjątkowy gość-bandyta.

Odsłaniałam rano zasłony. Kątem oka zauważyłam przy karmniku nieprzeciętny tłok. 'Fajnie' – pomyślałam – 'siądę sobie z kawką i poobserwuję tałatajstwo'. Nie skończyłam jeszcze odsuwać pierwszej zasłony gdy cała chmara zrobiła frrru. Żal z mojej strony, że widowisko się skończyło, ale nie, jednak coś się dzieje bo w krzew wpadło coś większego. Krogulec!

Krogulec jest chyba najmniejszym, obok pustułki, naszym drapieżnym ptakiem. Pustułki wolą jednak wysokości: widywałam je na kamieniołomach w Strzelinie i w pobliżu wież wrocławskich kościołów. Krogulec jest chyba bardziej pospolity na wsi, gdzie – jak widać – poluje na małe ptaki.

[zdjęcie za wikipedią]

Wpadł i siedzi. I nic. Praktycznie go nie widać na tle błyszczących lekko gałązek mirabelki. Siedzi i siedzi i nie chce lecieć. 'Zaplątał się?' - pomyślałam. 'Może tak głęboko wbił się w krzew, że teraz nie ma jak rozwinąć skrzydeł, żeby odlecieć?' Siedział tak dłuższą chwilę kręcąc głową w prawo i lewo po czym zaczął po gałązkach zeskakiwać. I wtedy dopiero zobaczyłam powód dłuższego zastanawiania się: spod drzewka zaczęły po kilka wyfruwać wróbelki: gdy większość stada odleciała część schroniła się w trawie.
Krogulcowi nie było za wygodnie przedzierać się przez gęste gałęzie. Zeskoczył do podnóża, furgnął i usiadł na jakiejś wygodniejszej gałęzi, jednak wszystkie ptaszki w tym czasie albo odleciały, albo schowały się jeszcze głębiej. Zanim drapieżnik ruszył dalej mogłam jeszcze poobserwować jego grafitowoszare upierzenie i piękny wzór z piórek na brzuchu. Odleciał po chwili walcząc z silnym wiatrem.
A tałatajstwo? Nie minęły trzy minuty, a karmnik przyciągnął kolejnych amatorów ziaren. Nie minęło kolejnych pięć, a na pobliskim dachu usiadła sroka – znowu powodując nerwowe napięcie przy karmniku. Ile niebezpieczeństw czeka w każdej chwili na ten drobiazg?
I na koniec pojawił się samotny rudzik.
[zdjęcie również za wikipedią]
W przeciwieństwie do wróbli, które wolą obserwować okolicę z górnych partii mirabelki a sfrunięcie do karmnika często przerywają długimi obserwacjami i powrotami w bezpieczny krzak, to rudzik trzyma się nisko przy ziemi. Siada na kupie desek, zastyga stając się niewidocznym, przeskakuje kawałek dalej. Ziarna zbiera z ziemi – nigdy nie widziałam go na karmniku. No i w przeciwieństwie do sikor czy wróbli jest chyba samotny jak palec, bo widuję go rzadko i zawsze jednego.

niedziela, 18 stycznia 2015

Schody

Hmmm... jak by tu zacząć. A właściwie, to co by tu napisać. W sumie to nie wiem. Wczoraj, ekipa w składzie pięciu inżynierów i dwóch praktyków montowała konstrukcję. Konstrukcja waży ponad 200 kg, więc było co dźwigać. Ponieważ geometrię ma co prawda maksymalnie prostą, ale pokręconą (zabieg), to ustawić toto dobrze nie było łatwo, jednak gdzieś po dwóch godzinach stękania, patrzenia (jeden robi, sześciu patrzy) i nie bez problemów stanęło na swoim miejscu. Konstrukcja unikatowa, wymyślona i zaprojektowana przez Łu. Wygląda pięknie.
Zadowoleni zjedliśmy zbiorowy obiad, pośmialiśmy się, potem reszta poszła a my z Łu (głównie Łu) zabraliśmy się za montaż stopni. Wszystko pięknie, tylko coś nie do końca pasuje. Proste powinny zachodzić na siebie 3,8 cm, zachodzą 4,5 cm. No nic. Proste jeszcze poszły prosto, na zakręcie zaczął się wiraż. Nic nie pasuje.
Dzisiaj drugi dzień przymierzania, rysowania, obliczeń. Konkluzja wyszła taka:
Ponieważ konstrukcja jest zagięta, nie było możliwości zrobienia jej z jednego odcinka profilu zamkniętego. W związku z czym dolny i górny prosty odcinek jest z profilu zamkniętego, zabieg jest wykonany z ceownika, który po wygięciu został zamknięty paskiem blachy. Pomysł sam w sobie dobry, efekt też byłby niezły, ale...
Panowie nie mieli rury o zakładanym promieniu (43 cm). Do Łu dotarła informacja, że wyginają na 40 cm. OK, da się przeżyć. Z obliczeń wyszło jednak, że promień był 30 cm. Nie byłby to jednak problem. Ba, nawet byłoby lepiej, bo konstrukcja pod zabiegiem weszłaby 'głębiej', ale...
Panowie po zmianie rury nie uwzględnili, że mniejszy promień, to również mniejszy powinien być skok, na skręconym elemencie. I skok zrobili taki, jak był w pierwotnym projekcie. Czyli w tym miejscu konstrukcja jest bardziej stroma. Skoro tu jest stroma, to gdzieś trzeba było to zgubić, i następny odcinek (do górnego podestu) ma zamiast zakładanych 38 stopni jedynie 30. Czyli, żeby zachować wysokość stopnia, to jest zwiększona odległość między stopniami.
Łu teraz siedzi i kombinuje, jak to wszytko dopasować. Oczywiście część stopni jest nie do zastosowania. Przynajmniej trzy z zabiegu trzeba będzie zrobić nowe. Albo i więcej. Czyli możliwość swobodnego wejścia na górę odsunęła się o kolejne parę tygodni. Hej!
A niezbiegająca się geometria (w zabiegu) wygląda tak (na dropie jest więcej):

piątek, 16 stycznia 2015

Popiliśmy sobie...

...piwa i natchnęło mnie pomysłem na łóżko. ;)
Obok Pola śpiewa kolędę 'W północnej ciszy', albo 'Wlazł kotek' po angielsku, a ja najpierw przedstawiłam swój pomysł Łu:
Że łóżka, które gdzieś znajdowałam, raczej mi się nie podobały, bo wszystkie są kanciaste. Same kanty mi nie przeszkadzają do momentu, gdy znajdują się akurat w miejscu, gdzie na pewno będę siadać, albo przesuwać nogę, i robić sobie siniaki. No po prostu nie wiem jak to robię, i choć za bardzo siniakowata nie jestem, to zazwyczaj akurat na jakichś wystających elementach sobie siadam. Bolesne to jest i nieprzyjemne.
Od dawna w wyobraźni miałam łóżko, które na czterech rogach ma coś w rodzaju kul (no, po 3/4 kuli) i po zahaczeniu nie nabija się od razu siniaka. Chyba gdzieś nawet coś podobnego znalazłam, ale było horrendalnie drogie.
I ostatnio jakoś - bingo - przemówiło do mnie łóżko, które wygląda jak platforma/decha (podobne do naszych stopnic schodowych ;) ), na której leży sobie materac.
Przedyskutowaliśmy z Łu, że coś takiego pewnie mógłby wykonać stolarz, który wykonywał schody. Łu by pięknie zaprojektował, a elementy 'specjalistyczne' (listewki pod materac) kupiłoby się za nieduże pieniądze w Ikei. Git.
Pomysł przestawiony, szczegóły ustalone, ja zadowolona, że może będzie łóżko, na którym nie będę sobie nabijać siniaków.

Zajrzałam jednak do netu. I trafiłam w jakimś artykule na zdjęcie, po zdjęciu na stronę i do łóżek Beds. Pod linkiem są akurat dość drogie dębowe, ale można zamówić też inne do pobejcowania. Mi spodobały się:
Vinci:
Seti:
Pau (ale bez zagłówków):
Tyle w popiwnym zwidzie.

Halo, tu Ziemia...

...łączność została nawiązana.
W czwartek pogoda wreszcie pozwoliła panom pobiegać po dachu i zamontować antenę, przez co powinniśmy trochę wrócić do świata. Choć muszę przyznać, że bez netu było fajnie, bo nie siedziałam tyle przed kompem w domu. O!

O czym tu pisać?
Zasłony.
Najpierw było szycie przez tydzień wieczorami:

A tu efekt:


Krótka instrukcja szycia zasłon dla 'berlińczyka':

Materiał (35 m) kupiłam w hurtowni na Robotniczej (Wrocław) i jest to mieszanka lnu, bawełny i czegoś sztucznego. Wg mnie na zasłony idealne. Również na obrusy, bo jeden popełniłam przy okazji i służył nam (nabierając plam) do dzisiaj. Mam nadzieję, że po praniu będzie służył dalej. ;)
Taśmę do zasłon kupiłam w pobliskiej pasmanterii. Potem jednak okazało się, że w Lerła Merlę jest sporo taniej. Taśmę wybrałam szeroką, i do takiego grubszego materiału zdecydowanie bardziej polecam niż wąskie.
Największy problem z szyciem to było zszywane dwóch brytów - każda zasłona to taki podwójny zestaw z przeszyciem przez środek - ale przy takich wielkich oknach (ponad 3 m) i zakładanym zmarszczeniu 1,5-2, to najlepiej zszyć dwa pełnej szerokości pasy materiału. Ewentualnie - jeśli się znajdzie - kupić materiał o szerokości 3-3,2 m. Są takie, ale cenowo są droższe.

W naszym przypadku koszt 35 m materiału, 10 m taśmy i 3 szpul nici zmieścił się w 450 zł. Maszyna pożyczona. Najtańsze widziałam chyba w Ikei, po około 260 zł. I to chyba już cały przepis.

Karnisze kupiliśmy Marcin Dekor seria square-line. Bo są proste i podobno solidne. W tej chwili zamontowane są tylko zasłony, ale można dodać drugą szynę na ewentualne firanki. Pierwotnie myśleliśmy o 'zakręcenu' karniszy na ścianę - dzięki systemowym łukom jest taka możliwość. Jednak zrobiliśmy proste: od ściany do ściany. W efekcie zasłony przesłaniają część okna. W sumie to nie przeszkadza, bo światła i widoku jest dość. Zastanawiamy się nad takimi prostymi zaczepami na ścianę, żeby po odsłonięciu włożyć za nie zasłony. Kiedyś, przy okazji.

Nie wiem, czy zasłony się podobają innym. Nam tak. Ciągle cieszy nas monochromatyczność pomieszczeń, w których głównym akcentem są 'obrazy' w oknach i zielone rośliny. 'Obrazy' nie są jeszcze jakieś rewelacyjne - widok wychodka i kupy śmieci chciałoby się nie zauważyć, ale widoki na chmury, księżyc, poranne i wieczorne zorze na razie i tak nas zachwyca. Jeśli jeszcze 'coś się dzieje' - łazi jakiś kot, ptaki pędzlują karmnik, to już w ogóle fajnie.

* * *

Właśnie przywieźli schody. A właściwie konstrukcję pod stopnie. Wygrała i została zrealizowana opcja:
Jutro będzie pewnie bardzo trudna do przeprowadzenia operacja ich montażu. Brr... Już się boję. ;)

czwartek, 15 stycznia 2015

Absurd urzędniczy

Jestem. Zaczęłam już nawet trzeciego posta. Tamtych nie skończyłam, może z tym się uda.

A piszę, bo się zbulwersowałam. Byłam dzisiaj w Inspektoracie Nadzoru Budowlanego (tfu), gdzie zaniosłam papierki, że skończyliśmy budowę. Przygotowałam się do tej wizyty bardzo dokładnie. Wypytałam kierownika budowy o dokumenty - zrobił mi niezbędną listę. Przegrzebałam fora, czy czegoś jeszcze nie trzeba. Wszystko wydawało się w porządku.

Oczywiście gdyby było, to bym teraz była jak w skowronkach. A tak mam telepawkę.

Biurwa sobie zażyczyła:
1. Zaświadczenia z Tauronu o przyłączeniu. Ale jak to? Mam przyłącze, na co mam papiery. Mam umowę, że prąd mi dostarczają (na wszelki wypadek oczywiście wzięłam wszystko co miałam). NIE. Mam pójść do BOKu po dodatkowy papierek.
2. Upoważnienia elektryczne od elektryka!!!
- Ale jak to? Przecież tu jest pieczątka.
- Nie. Bo kiedyś ktoś podrobił pieczątkę a nie miał uprawnień. I teraz podjęli taką decyzję.
- Ale przecież KOPIĘ bez problemu można również podrobić. Nota bene oryginał też.
- Ma być.
- I tak za jednego oszusta będą państwo karać uczciwych ludzi?
- ...

3. Uprawnienia wykonawcy świadectwa energetycznego do wykonania tegoż. Pani powiedziała tylko, że i tak mam dobrze, bo kiedyś żądali oryginału (tak zresztą jest napisane na druku)! Wyobrażacie sobie, że wykonawca świadectwa użycza swoje uprawnienia, bądź lata z każdym wnioskiem, żeby je okazać?
I tu Pani komentarz, że żądali, ale im zabronili. Czyli jest jednak ktoś, kto takie maksymalne absurdy trochę ukróca.

Tak z ciekawości sprawdziłam w domu - lista uprawnionych wykonawców takich świadectw jest dostępna na stronach odpowiedniego ministerstwa.
Być może gdzieś jest (powinna być), ale się nie wgłębiałam, również lista osób z uprawnieniami elektrycznymi. Jeśli nie ma, to pewnie nie byłoby problemu zrobić takiej listy. Są to dane jawne, ogólnodostępne. Albo w inny sposób urząd mógłby sam takie uprawnienia weryfikować. Poza tym energetyka nie odbierze przyłącza, jeśli wszystko nie jest ok - i tu są bardzo zasadniczy. Czemu INB stwierdza, że będzie bardziej papieski od papieża?
I kolejny absurd, że ja - inwestor - mam udowadniać urzędowi, że elektryk jest legalny. Elektryk może tak samo mnie oszukać. Ciekawe, czy wtedy przed urzędem będę odpowiadała ja - za poświadczenie nieprawdy, albo coś w tym rodzaju? I druga sprawa, jest to urząd nadzorczy, czyli mający wszelkie prawa, żeby takiego wykonawcę zweryfikować (w przeciwieństwie do mnie, inwestora, który mogę tylko opierać się na zaświadczeniu urzędu, że ten elektryk się zna). Ba, nie tylko może go zweryfikować, ale również pewnie ukarać, bądź przekazać sprawę odpowiedniemu innemu urzędowi. Wiecie, nie ogarniam.

I pomyślcie sobie jeszcze, że w czerwcu mają likwidować pozwolenie na budowę na rzecz zgłoszenia budowy i liberalizować przepisy. Pytanie, czy to nie będzie liberalizacja tylko na papierze?