poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Kiedy jest deszczowa wiosna...

...mokną żaby w mokrej trawie..."
Tak, tak. Wiem. Inaczej to szło. Ale tak mniej więcej wychodzi u nas. Prace zaczęły się dwa tygodnie temu. Tydzień się zbieraliśmy na kupno pompy. Tydzień woda była pompowana (od poniedziałku do piątku) tylko po to, żeby w sobotę zalały nas ulewy. Dziury do pompowania wypełniły się po brzegi. Może nie: dwa do przodu trzy do tyłu...  ale trzy do przodu dwa do tyłu  - na pewno.
Nie byłoby to jednak problemem, ale... jutro ma padać cały dzień. Potem dwa dni odsapki i znowu piątek i sobota. Dopiero od 7. maja ma być bardziej sucho. A budowlańcy popędzają. I co ja im zrobię? Chyba muszę być twardsza i wysłać ich na drzewo. Niemniej...
...na jutro wstępnie umówiłam się z gościem, którego uważam za fachmana, jeśli chodzi o sprawy wodne w naszej okolicy. Gość jedno, że wie wszystko co się dzieje, gdzie i jakie w okolicy są problemy z wodą, drugie, że w swoich działaniach jest bardzo konkretny i niesamowicie szybki. O właśnie, pisałam o nim w poście dotyczącym przyłącza wody, bo o tego samego człowieka chodzi. Zobaczymy, co poradzi.

A poza tym byłam dzisiaj z sąsiadką w firmie u tej sąsiadki, z którą same problemy mamy.  Kobity nie było. Choć kto wie, czy nie siedziała w swoim gabinecie za drzwiami. ;) Wyłuszczyłyśmy sprawę sekretarce i księgowej, które deklarowały pomoc, i że zmobilizują szefową do odpowiedzi, bądź, że same odpowiedzą. Zobaczymy. Sądząc po zachowaniu, to szefowa jest albo szurnięta, albo ściga ją wataha wierzycieli. I co z tym fantem?

sobota, 27 kwietnia 2013

Dzisiaj...

...mieliśmy mniej więcej tak:
Szczególnie bodajże 11 obrazek jakby naszą Polkę przedstawiał.

A od czwartku mamy prąd.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Wyprawa odkrywców

Wiosna.
Chyba.
Bo mają być podobno w tym tygodniu przymrozki.
Ale wczoraj było pięknie i udało nam się cieszyć tym faktem po same uszy. Większą bandą (sześcioro dorosłych i tyleż samo dzieci) wybraliśmy się na poszukiwanie skarbów. Dosłownie i w przenośni. Łu wygrzebał stronkę:
i dzieciaki były zachwycone. I dobrze, bo zazwyczaj największy problem czym je zająć, żeby nie marudziły.
Zrobiliśmy dwa questy w Bagnie:


View Larger MapJeden pod kościołem, drugi na terenie seminarium Salwatorianów. Miejsce śliczne, wieś śliczna, wiosna piękna (choć bardziej środek marca przypominała).
Questy polegają na tym, że  z Internetu ściąga się strony do wydrukowania -- tworzące dwustronnie ulotkę, na której jest wprowadzenie np. o historii miejsca, mapki. Główną część stanowi wierszowana historia, której wskazówkami należy się kierować szukają elementów 'układanki'. Ostatecznie wyszukane hasło jest kluczem do znalezienia Skarbu. A te potrafią być zaskakujące. Choć może nie powinnam ich tu zdradzać. ;) Niewątpliwie idea przednia. Szczególnie dzieciaki w wieku szkolnym kurcgalopkiem i z błyskiem w oku szukały rozwiązania.
Tu ze skrzynią pełną skarbów:


Seminarium Salwatorianów samo w sobie jest skarbem. Tym bardziej, że (troszeczkę) udało nam się je zwiedzić i posłuchać duetu trąbki z organami. Na zwiedzanie seminarium warto się umówić (telefonicznie).

Polka była nie do opanowania. Ganiała przez cały dzień i wieczorem nie chciała paść.

A tu dowód, że jednak wiosna:


Odpowiedź Tauronu

A więc na swojego maila przedstawionego tutaj dostałam odpowiedź:

Szanowna Pani,
w odpowiedzi na Pani poniższą korespondencję TAURON Obsługa Klienta sp. z o.o. uprzejmie dziękujemy za zwrócenie naszej uwagi na ten problem. Pani sugestie pozwolą nam w przyszłości wyeliminować podobne zdarzenia oraz poprawić jakość obsługi Klienta
Serdecznie przepraszamy za wszystkie utrudnienia.

Zachęcamy do skorzystania z naszej strony internetowej www.tauron-pe.pl

Z poważaniem
PP
Departament Contact Center


Bardziej bezosobowego pisma dawno nie czytałam. Ale może coś to da? A może jutro jak tam pójdę, to pani zza biurka mi się zaśmieje w twarz. ;)

sobota, 20 kwietnia 2013

Tydzień minął...

...no, jeszcze bez weekendu, a prace... zatrzymały się na rozryciu humusu.
Działka stoi w wodzie. Poniżej 30 cm pod poziomem gruntu wszystko pływa. Jest co prawda plan, żeby wodę wypompować, ale... ciągle nie mamy prądu. Co prawda elektryk już był, założył co trzeba (choć też nie wsadził tego w skrzynkę, o co nam chodziło, tylko zostawił gniazdka na wierzchu, ale budowlańcy dali radę, bo zrobili obudowę drewnianą). Okazało się jednak, że następne formalności nas przerastają.

Skorka, jak chcesz pooglądać angielską fachowość, to przyjedź do Polski!

W wielkim skrócie:
1. z papierami od elektryka trzeba się udać do POKu Tauronu (Wrocław, np. ul. Ofiar Oświęcimskich lub Mennicza);
2. tam złożyć zgłoszenie wykonania instalacji;
3. oni to biorą i wysyłają gdzieśtam ( w naszym przypadku do Środy Śl.);
4. gdzieśtam wystawiają 'zieloną kartę' -- cokolwiek to jest;
5. 'zielona karta' musi wrócić do (chyba) POKu;
6. w POKu trzeba złożyć wniosek o podpisanie umowy na odbiór prądu (oczywiście Pani nie dała sobie przy pkt. 1 wypełnić takiego wniosku);
7. po złożeniu wniosku wg pani z POKu to za moment (zaraz napiszę jak te momenty wyglądają) podpisuje się umowę; ja w to jednak nie wierzę, bo na informacji telefonicznej powiedzieli, że tę umowę będą dopiero wtedy przygotowywać, i żeby właśnie od razu (pkt. 1) złożyć taki wniosek;
8. gdy umowa będzie podpisana to wystawią wniosek o podpięcie instalacji;
9. pójdzie zawiadomienie do montera, że już może podpinać;
10. i on szybciutko, w te pędy (ze dwa dni), pojedzie i podepnie.

Przypominam, że opisana powyżej ścieżka, to praktycznie już końcowy etap załatwiania prądu na działce. Wcześniejsze formalności nie były dla nas tak upierdliwe, bo się nam nie spieszyło. A byliśmy przekonani, że założenie skrzynki przez elektryka kończy sprawy techniczne (można już korzystać z prądu).
W powyższym jest szansa na przyspieszenie założenia w zakresie:
1. pani w POK po długim moim jęczeniu, że 'budowlańcy już na działce i czekają na prąd' stwierdziła, że może wysłać mailem skan zgłoszenia do Środy Śl., i -- po telefonicznych prośbach i pertraktacjach -- bez czekania na oficjalne dotarcie dokumentów papierowych (do dwóch tygodni) Zielona Karta będzie wystawiona wcześniej;
2. aby przyśpieszyć obrót dokumentów to z Środy Śl. Zieloną Kartę możemy sobie przewieźć sami. Wtedy również unikniemy kilkudniowej bezwładności procesu.
Nie zmienia to faktu, że prądu nie będziemy mieć wcześniej niż w środę.

Jeszcze trochę o POKach Tauronu.
Łu był w POKu na Menniczej. Odstał 40 minut, dłużej nie mógł, i się musiał pozbierać. Następnego dnia wybrałam się więc ja. Na Ofiar Oświęcimskich (mogliby zmienić nazwę na Ofiar Systemu). Sala ogromna. Sześć czy siedem stanowisk. W czterech siedzą panie. Przy każdej klient. Oprócz tego trzech klientów siedzi na kanapce. Ja -- czwarta w kolejce.
Siadam.
Czekam.
Czekam.
Czekam.
I obserwuję.
Czekam.
Po jakichś 20 minutach zwolniło się pierwsze stanowisko.
Po kolejnych dziesięciu -- następne.
Potem znowu trochę trwało.
Klienci siedzący przy paniach to rozmawiają przez telefon, ale głównie patrzą jak panie coś wprowadzają do komputerów.
Ja doczekałam się swojej kolejki po jakichś czterdziestu minutach.

Siedząc i patrząc żałowałam, że nie mam pustej kartki. Miałam ogromną ochotę spisać kilka prostych rzeczy, które w niewątpliwy sposób poprawiłyby efektywność pracy pań. Z moich obserwacji:
Panie co chwilę wstawały: do drukarki, po jakieś druki, do grzebania w szafie, licho wie po co jeszcze. Musiały przechodzić co chwilę za swoimi plecami, nie daj boże, że dwie musiały się minąć za plecami trzeciej. Drukarka w jednym kącie. Druki na stoliku. Materiały biurowe (dziurkacze, zszywacze) bóg wie gdzie.
Wystarczyłoby:
1. Przesunąć stanowiska pół metra do przodu (akurat idealnie między słupem konstrukcyjnym i taką szklaną ścianką), żeby  panie nie musiały sobie chodzić po plecach i obijać się o siebie, ściany itp.
2. Na każdym stanowisku przygotować zestaw materiałów biurowych (koszt ok. 50 zł na stanowisko!).
3. Na każdym stanowisku przygotować kontenerek z podstawowymi drukami.
Czy to naprawdę dużo, żeby na to wpaść?

Ha, bezczelna byłam.
Wysmoliłam i wysłałam maila:
Dzień dobry,
w ubiegłym tygodniu kontaktowałam się z Państwem za pośrednictwem POK na ulicy Ofiar Oświęcimskich.
Wiem, że jest to nowy punkt obsługi. Bardzo ładnie wykończony, z miejscem oczekiwania dla klientów i kącikiem zabaw dla dzieci. Niemniej... czas oczekiwania na obsługę może przekraczać cierpliwość i możliwości wielu klientów. Obserwując działania i, niestety, bardzo nieergonomiczne rozwiązania, mam dla Państwa kilka propozycji, które - mam nadzieję - poprawią działanie POK i skrócą czas obsługi.
Z moich obserwacji:
Panie co chwilę wstawały: do drukarki, po jakieś druki, do szafy itp. Musiały przechodzić co chwilę za swoimi plecami, nie daj boże, że dwie musiały się minąć za plecami trzeciej. Drukarka w jednym kącie. Druki na stoliku. Pojedyncze materiały biurowe (typu: dziurkacze, zszywacze) - co chwilę poszukiwane.
Wystarczyłoby:
1. Przesunąć stanowiska pół metra do przodu (akurat idealnie między słupem konstrukcyjnym i taką szklaną ścianką), żeby  panie nie musiały sobie chodzić po plecach i obijać się o siebie, ściany itp.
2. Na każdym stanowisku przygotować zestaw materiałów biurowych.
3. Na każdym stanowisku przygotować ustandaryzowany i opisany kontenerek z podstawowymi drukami.

Pozdrawiam (licząc na szybszą obsługę następnym razem), 

JDM

wtorek, 16 kwietnia 2013

Mówić, nie mówić...

...pisać, nie pisać?
Głupio byłoby jednak nie zaznaczyć, że budowlańcy weszli na działkę. Choć tak, żeby nie zapeszyć i znowu nie obtrąbiać chyba wolałabym się nie odzywać.

Tym bardziej, że jest problem. Nie wiem, czy duży czy mały. Dla nas może nie taki wielki jak dla budowlańca, choć przecież ostatecznie to na nas się skupi. W każdym razie weszli na działkę, a że zima była długa, a jeszcze ostatnio lało jak trzeba, to na działce jest po prostu mokro. Koparka wjechała i się zakopała. Pan zrezygnował z roboty. Jak dla mnie, to można by machnąć ręką i trochę poczekać, ale budowlańcowi się pewnie śpieszy -- nie pracuje, nie zarabia. Planuje pompą ściągnąć tę wodę, ale na ile się na tym znam (a w końcu to związane z moim wykształceniem), to tydzień trzeba by pompować. I w sumie nie będzie innego wyjścia, bo materiały (stal) na budowie. A złomiarzy w koło nie brakuje. Dobrze, że budowlaniec powiedział, żeby w długich kawałkach kupować (12 m).


A jeszcze wkurza mnie to, że będąc na działce z budowlańcem i gościem od koparki pokazywałam im, że stoi woda i że będzie z tym problem, i że może zrobić coś z tym przed wejściem z robotami. Stwierdzili, że nie. Fachowcy w końcu. Z doświadczeniem. Ech.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Zgubne skutki siusiania do kubeczka

Prolog
Przychodzi czasem taki nieszczęśliwy moment, że trzeba dziecku pobrać mocz do analizy. Takim malutkim to wymyślili takie woreczki przyklejane 'w wiadomym miejscu'. Siuśnie sobie, woreczek się napełni, można odkleić i zanieść.
Problem się zrobił, gdy Po podrosła. Jest już na tyle duża, że przyklejenie czegokolwiek nie wchodzi w grę. No, i skoro robi do nocnika to i zrobi do kubeczka. Proste, nie?
Pierwszy poranek, szybka pobudka, Polka na ręce, pędem do wanny, szybkie mycie:
-- Siusiaj Pola.
-- Siusiam.
Nie siusia.
Postały, popatrzyły. Nic.
Drugiego dnia -- podobnie.
Trzeciego dnia, wcześniej wyrwałam dziecko ze snu, szybki bieg do łazienki, mycie w wannie, kucnięcie w wannie. JEST. Można zanieść mocz do analizy na posiew. Gdyby jednak człowiek sobie zdawał sprawę z zasianego ziarna...

* * *
Minęło kilka dni. Zapewne przez niedbalstwo piszącej na wannie ostał się jeden z niewykorzystanych kubeczków. Wieczorne kąpanie, w trakcie którego Po radzi już sobie całkiem dobrze sama. Mogę w tym czasie np. pranie powiesić. A Polka... hyc za kubeczek...
-- Mamo, popatrz, nasiusiałam do kubeczka!

* * *
Minęło znowu trochę czasu. Nie za dużo, nie za mało, coś ze trzy tygodnie. W ferworze przedświątecznych zmagań z materią, w sumie nie wiem jak to się stało. Polka dorwała się do filiżanki. Takiej zwykłej, małej. Co jej się pod kopułką momerdoliło to nie wiem. Zazwyczaj pija z takich filiżanek herbatkę. Wtedy jednak porwała naczynie, cichaczem poleciała do łazienki, po czym, wielce z siebie zadowolona przyszła do pokoju. Z kubeczkiem. Z ZAWARTOŚCIĄ.

* * *
Dzisiaj...
napuściłam wody do wanny, wsadziłam Po doń. Słyszę nagle, że coś ciurka. No, co to może być?
-- Pola, nie siusiaj do wanny!
-- Nie siusiam! JUŻ nasiusiałam. :D
-- Nie siusia się do wanny. Pola, gdzie się siusia? Do...
-- Do KUBECZKA!

* * *
A Mimon? A Mimon czytał dzisiaj książkę pod kołdrą, w ciemnym pokoju. Przy świetle z zegarka. Czerwonym. Znaczy się świetle czerwonym.

piątek, 12 kwietnia 2013

Mamo, co tu masz?...

- Mamo, co tu masz?... - zapytała mnie Polka obmacując po żuchwie.
- Kość.
- Kość? Taką dla psa?

sobota, 6 kwietnia 2013

No to wio...

...czyli znowu obtrąbiam start.
Zima w tym roku przeciągnęła się do kwietnia. Prawie połowy kwietnia. Dziś jest 6. i śnieg leży sobie tu i ówdzie, a nawet popaduje momentami. Niemniej "Godzina W" będzie -- zdaje się -- w przyszłym tygodniu. Bodajże w środę. Hmm. Patrząc za okno to nie wierzę. ;)

Dzisiaj byliśmy umówieni na działce z budowlańcem i gościem od koparki. Za prace przy zdjęciu humusu ma wyjść ok. 1 tys. zł. Ustaliliśmy, w którym kącie stanie buda. I że budowlańcy postawią sławojkę. I jak zeskładować humus i ziemię z wykopów. Jakoś tak z rozmów z 'fachowcami' wyszłam uspokojona, że wiedzą co robią.

Ja teraz siedzę i staram się porównać koszty materiałów wg kosztorysu i kilku hurtowni. Robota benedyktyńska, bo materiały mają swoje zamienniki, części nazw z ofert hurtowni nie wiem z czym połączyć z kosztorysu. Różne hurtownie mają różne asortymenty.

Grzebiąc po towarach wygrzebałam za to dachówkę, którą pewnie założymy. Mianowicie:
czyli Roben antracytowa angobowana.
Pi razy oko powinna odpowiadać kolorystyce z projektu, którą planujemy zachować.