piątek, 30 stycznia 2015

"Ogród warzywny na 200 m2" dla trzyosobowej rodziny

Uwaga, będzie reklama. Choć jeszcze nie wiem, czy do końca, bo szczegółów jeszcze nie znam i pewnie wypowiem się później (lub nie). W każdym razie...
Zapisałam się jakiś czas temu na newslettera ZielonyOgródek.pl. Dzisiaj dostałam link do książeczki - broszurki sprzed ponad 70 lat, pod tytułem Ogród warzywny na 200 m2 Bronisława Gałczyńskiego.
Na razie przeszłam przez wstęp, w którym zainteresowały mnie wyliczenia ekonomiczne i odniesienia do innych krajów. Może Was też wciągną i skłonią do przeczytania broszury? Ja jeszcze nie mam zdania na jej temat, ale taka historyczna retrospekcja (czy retrospekcja może być inna?) na podejście do ogrodów, trochę z narodowościowym zacięciem może być ciekawa.

WSTĘP
Myśl i praca -­ oto dwie rzeczy, które tworzą bogactwo narodów. W obronie przed zimnem, przed głodem, przed chorobą, ludzkość posiada tę tylko broń skuteczną: myśl i pracę.

My, Polacy, musimy bardziej, niż inne narody dbać o to żeby stosować najlepsze metody pracy, żeby wyzyskać wszystkie możliwości powiększenia ogólnego bogactwa, a tym samym siły. Jesteśmy bowiem otoczeni sąsiadami, którzy patrzą na nas, jak na zdobycz, która się wymknęła.

Rolnictwo nasze dobrze zrozumiało tę prawdę i jest od dawna w bardzo wielkiej części Polski zorganizowane w sposób nowoczesny, stosujący zdobycze myśli naukowej do pracy na roli. W rolnictwie myśl i praca idą ręka w rękę.

Nie można tego samego, niestety, powiedzieć o polskim ogrodnictwie. To też produkty ogrodnicze zamiast stanowić potężny artykuł wywozu są dotychczas ku wielkiemu wstydowi Polaków przywożone w ogromnej ilości z zagranicy do Polski.

Nie będę tutaj wyliczał wszystkich przyczyn, które się na to złożyły.

Wskażę tylko na jedną: znikomo mała w porównaniu do innych krajów liczba ludzi uprawiających własnoręcznie swój mały ogródek.

Sprawa ta posiada duże znaczenie narodowo­ekonomiczne.

Bo policzmy tylko: Ogródek na dwustu metrach kwadratowych, taki, jaki w tej książeczce jest opisany, wymaga jednej godziny pracy dziennie, albo 6 godzin pracy na tydzień i powinien dać jarzyn za 200 złotych. Otóż w Niemczech, dokoła jednego tylko miasta Lipska znajduje się 30.000 takich małych ogródków. Ludzie uprawiający te swoje ogródki poświęcają im po 6 godzin tygodniowo pracy poza godzinami swych zwykłych zajęć. Cała ta praca razem wzięta (180,000 godzin tygodniowo) równa się pracy 3,000 ludzi, którzy by się wyłącznie temu poświęcili, pracując po 10 godzin dziennie. A rezultat tej pracy to przede wszystkim zbiór jarzyn łącznej wartości około 6­ciu milionów złotych.

A następnie ci ludzie, pracując po jednej godzinie dziennie w ogrodzie, zyskują zdrowie, dobry wygląd i pogodę ducha.

Prócz tego jeszcze odżywiają się sami i ich rodziny w znacznej części jarzynami świeżymi, czyli otrzymują pokarm najlepszy i najzdrowszy, jaki jest na świecie. Najnowsze badania naukowe nad witaminami dowiodły, że w jarzynach, a szczególnie w sałacie i szpinaku znajdują się pierwiastki nieocenione i niezastąpione dla odżywienia zmęczonego organizmu ludzkiego.

Weźmy teraz pracowników w miastach polskich: ogrodów nie mają i godziny po pracy spędzają w dusznych lokalach, na powietrzu przebywają tylko przypadkiem i odżywiają się kartoflami ozdobionymi siekaną wołowiną.

Dopóki tak będzie, dopóty rywalizacja z sąsiadem z Zachodu będzie bardzo trudna.

Na szczęście już są znaki, które pokazują, że będzie inaczej. Już młodzież nasza coraz powszechniej garnie się do sportu, łaknie ruchu i powietrza. Jeżeli ten prąd rozszerzy się na całe społeczeństwo, to rozpowszechni się ten najszlachetniejszy ze wszystkich sportów ­ praca we własnym ogródku. Sport cichy jak rybołówstwo, zajmujący jak polowanie i dający zdobycz równie smaczną i pożywną jak ryby i zwierzyna, tylko o wiele zdrowsza.

Rzadko kto wie że na takiej przestrzeni jak 200 m. kw. można wyprodukować jarzyn tyle, że wystarczy ich na cały rok dla rodziny złożonej z trzech osób, jeżeli będziemy liczyli dziennie po 1⁄2 kg. różnych jarzyn na osobę. Ogrody u nas zwykle są zakładane o wiele za duże w stosunku do ilości pracy, jaką możemy im poświęcić, oraz w stosunku do pieniędzy, jakie możemy wydać na nawozy i na rozsadę.

Dwieście metrów kwadratowych ­- to przestrzeń, którą łatwo nabyć i jeszcze łatwiej wydzierżawić ­- nie należy też większego zakładać ogrodu warzywnego, jeżeli nie możemy poświęcić mu więcej pracy, niż 6 godzin na tydzień.

Wiele osób zwleka z założeniem własnego ogródka dlatego, że nie wie jak to zrobić. Nie wie, jak rozplanować ogródek. Nie wie, ile czego zasiać czy zasadzić. Nie wie, ile i jakich trzeba kupić nasion lub rozsady. Samo pielęgnowanie roślin daleko mniej ludzi przestrasza, niż trudność obmyślenia ­- co, gdzie, kiedy i ile posiać i posadzić.

Dla tych właśnie ludzi, którzy boją się zacząć, została napisana niniejsza książeczka.

Ci którzy już maja i prowadzą ogródki, mogą z niej dowiedzieć się o nowszych metodach hodowania niektórych jarzyn. Mogą też oszczędzić sobie trudu obliczania, ile jakiego potrzeba nasienia na daną przestrzeń i ile potrzeba poświęcić przestrzeni na dane warzywo, aby mieć plon spodziewany ­- znajdą tu bowiem na to gotowe wzory i obliczenia.

Daj Boże, żeby ta książeczka przyczyniła się choć w małej części do tego. żeby kiedyś, z czasem ­- w całej Polsce powstało małych ogródków tyle, ile ich jest dokoła jednego miasta Londynu, to znaczy pół miliona.

Wytworzyłyby one różnych warzyw za 100 milionów złotych ­ a ile dałyby zdrowia ludności, tego na pieniądze zupełnie nie da się policzyć.
B. G.

sobota, 24 stycznia 2015

Opowieści spod karmnika - Nieudany atak

Tekst napisany w okolicach świąt, ale wtedy nie miałam dostępu do netu, więc zakonserwowałam na później.

Bycie 'przy ziemi' (w przeciwieństwie do mieszkania na drugim piętrze), oraz okna otwierające perspektywy w każdą stronę (w tym odsłonięta praktycznie cała jedna ściana) powodują, że wzrok nie zatrzymuje się po kilku metrach, ale swobodnie wędruje aż po horyzont. Co prawda nie wszędzie ten horyzont widać, bo jednak otacza nas sporo domów, ale widoki otwartej przestrzeni ciągle jeszcze powodują u mnie poczucie takiego wewnętrznego 'wow!'. Tym bardziej, że na dworze ciągle coś się dzieje: kołyszą się trawy, przesuwają chmury, zmienia się światło i kolory. Nie brakuje też ptaków. Innych zwierząt w zasadzie też – w końcu to wieś, a właściwie ciągle zabudowywane pole – ale nie widać ich tak intensywnie, choć się zdarza.
W ogródku zawiesiliśmy karmnik dla ptaków. Nic wielkiego: plastikowa butelka ze zbiorniczkiem, do którego wysypuje się zawartość. Wystarczy jednak, żeby zainteresowały się okoliczne stada wróbli, mazurków, sikorek, czyżyków. Sporadycznie pokazuje się też rudzik. Z daleka widać też sporo innych 'zimowych' gatunków, ale one nie są zainteresowane naszą skromną stołówką.
Za ptakami ciągną oczywiście ich konsumenci. Głównie odwiedzają nas trzy okoliczne koty. Mam nadzieję jednak, że nasz karmnik nie jest dla nich łatwym miejscem polowania.
Dzisiaj jednak trafił się wyjątkowy gość-bandyta.

Odsłaniałam rano zasłony. Kątem oka zauważyłam przy karmniku nieprzeciętny tłok. 'Fajnie' – pomyślałam – 'siądę sobie z kawką i poobserwuję tałatajstwo'. Nie skończyłam jeszcze odsuwać pierwszej zasłony gdy cała chmara zrobiła frrru. Żal z mojej strony, że widowisko się skończyło, ale nie, jednak coś się dzieje bo w krzew wpadło coś większego. Krogulec!

Krogulec jest chyba najmniejszym, obok pustułki, naszym drapieżnym ptakiem. Pustułki wolą jednak wysokości: widywałam je na kamieniołomach w Strzelinie i w pobliżu wież wrocławskich kościołów. Krogulec jest chyba bardziej pospolity na wsi, gdzie – jak widać – poluje na małe ptaki.

[zdjęcie za wikipedią]

Wpadł i siedzi. I nic. Praktycznie go nie widać na tle błyszczących lekko gałązek mirabelki. Siedzi i siedzi i nie chce lecieć. 'Zaplątał się?' - pomyślałam. 'Może tak głęboko wbił się w krzew, że teraz nie ma jak rozwinąć skrzydeł, żeby odlecieć?' Siedział tak dłuższą chwilę kręcąc głową w prawo i lewo po czym zaczął po gałązkach zeskakiwać. I wtedy dopiero zobaczyłam powód dłuższego zastanawiania się: spod drzewka zaczęły po kilka wyfruwać wróbelki: gdy większość stada odleciała część schroniła się w trawie.
Krogulcowi nie było za wygodnie przedzierać się przez gęste gałęzie. Zeskoczył do podnóża, furgnął i usiadł na jakiejś wygodniejszej gałęzi, jednak wszystkie ptaszki w tym czasie albo odleciały, albo schowały się jeszcze głębiej. Zanim drapieżnik ruszył dalej mogłam jeszcze poobserwować jego grafitowoszare upierzenie i piękny wzór z piórek na brzuchu. Odleciał po chwili walcząc z silnym wiatrem.
A tałatajstwo? Nie minęły trzy minuty, a karmnik przyciągnął kolejnych amatorów ziaren. Nie minęło kolejnych pięć, a na pobliskim dachu usiadła sroka – znowu powodując nerwowe napięcie przy karmniku. Ile niebezpieczeństw czeka w każdej chwili na ten drobiazg?
I na koniec pojawił się samotny rudzik.
[zdjęcie również za wikipedią]
W przeciwieństwie do wróbli, które wolą obserwować okolicę z górnych partii mirabelki a sfrunięcie do karmnika często przerywają długimi obserwacjami i powrotami w bezpieczny krzak, to rudzik trzyma się nisko przy ziemi. Siada na kupie desek, zastyga stając się niewidocznym, przeskakuje kawałek dalej. Ziarna zbiera z ziemi – nigdy nie widziałam go na karmniku. No i w przeciwieństwie do sikor czy wróbli jest chyba samotny jak palec, bo widuję go rzadko i zawsze jednego.

niedziela, 18 stycznia 2015

Schody

Hmmm... jak by tu zacząć. A właściwie, to co by tu napisać. W sumie to nie wiem. Wczoraj, ekipa w składzie pięciu inżynierów i dwóch praktyków montowała konstrukcję. Konstrukcja waży ponad 200 kg, więc było co dźwigać. Ponieważ geometrię ma co prawda maksymalnie prostą, ale pokręconą (zabieg), to ustawić toto dobrze nie było łatwo, jednak gdzieś po dwóch godzinach stękania, patrzenia (jeden robi, sześciu patrzy) i nie bez problemów stanęło na swoim miejscu. Konstrukcja unikatowa, wymyślona i zaprojektowana przez Łu. Wygląda pięknie.
Zadowoleni zjedliśmy zbiorowy obiad, pośmialiśmy się, potem reszta poszła a my z Łu (głównie Łu) zabraliśmy się za montaż stopni. Wszystko pięknie, tylko coś nie do końca pasuje. Proste powinny zachodzić na siebie 3,8 cm, zachodzą 4,5 cm. No nic. Proste jeszcze poszły prosto, na zakręcie zaczął się wiraż. Nic nie pasuje.
Dzisiaj drugi dzień przymierzania, rysowania, obliczeń. Konkluzja wyszła taka:
Ponieważ konstrukcja jest zagięta, nie było możliwości zrobienia jej z jednego odcinka profilu zamkniętego. W związku z czym dolny i górny prosty odcinek jest z profilu zamkniętego, zabieg jest wykonany z ceownika, który po wygięciu został zamknięty paskiem blachy. Pomysł sam w sobie dobry, efekt też byłby niezły, ale...
Panowie nie mieli rury o zakładanym promieniu (43 cm). Do Łu dotarła informacja, że wyginają na 40 cm. OK, da się przeżyć. Z obliczeń wyszło jednak, że promień był 30 cm. Nie byłby to jednak problem. Ba, nawet byłoby lepiej, bo konstrukcja pod zabiegiem weszłaby 'głębiej', ale...
Panowie po zmianie rury nie uwzględnili, że mniejszy promień, to również mniejszy powinien być skok, na skręconym elemencie. I skok zrobili taki, jak był w pierwotnym projekcie. Czyli w tym miejscu konstrukcja jest bardziej stroma. Skoro tu jest stroma, to gdzieś trzeba było to zgubić, i następny odcinek (do górnego podestu) ma zamiast zakładanych 38 stopni jedynie 30. Czyli, żeby zachować wysokość stopnia, to jest zwiększona odległość między stopniami.
Łu teraz siedzi i kombinuje, jak to wszytko dopasować. Oczywiście część stopni jest nie do zastosowania. Przynajmniej trzy z zabiegu trzeba będzie zrobić nowe. Albo i więcej. Czyli możliwość swobodnego wejścia na górę odsunęła się o kolejne parę tygodni. Hej!
A niezbiegająca się geometria (w zabiegu) wygląda tak (na dropie jest więcej):

piątek, 16 stycznia 2015

Popiliśmy sobie...

...piwa i natchnęło mnie pomysłem na łóżko. ;)
Obok Pola śpiewa kolędę 'W północnej ciszy', albo 'Wlazł kotek' po angielsku, a ja najpierw przedstawiłam swój pomysł Łu:
Że łóżka, które gdzieś znajdowałam, raczej mi się nie podobały, bo wszystkie są kanciaste. Same kanty mi nie przeszkadzają do momentu, gdy znajdują się akurat w miejscu, gdzie na pewno będę siadać, albo przesuwać nogę, i robić sobie siniaki. No po prostu nie wiem jak to robię, i choć za bardzo siniakowata nie jestem, to zazwyczaj akurat na jakichś wystających elementach sobie siadam. Bolesne to jest i nieprzyjemne.
Od dawna w wyobraźni miałam łóżko, które na czterech rogach ma coś w rodzaju kul (no, po 3/4 kuli) i po zahaczeniu nie nabija się od razu siniaka. Chyba gdzieś nawet coś podobnego znalazłam, ale było horrendalnie drogie.
I ostatnio jakoś - bingo - przemówiło do mnie łóżko, które wygląda jak platforma/decha (podobne do naszych stopnic schodowych ;) ), na której leży sobie materac.
Przedyskutowaliśmy z Łu, że coś takiego pewnie mógłby wykonać stolarz, który wykonywał schody. Łu by pięknie zaprojektował, a elementy 'specjalistyczne' (listewki pod materac) kupiłoby się za nieduże pieniądze w Ikei. Git.
Pomysł przestawiony, szczegóły ustalone, ja zadowolona, że może będzie łóżko, na którym nie będę sobie nabijać siniaków.

Zajrzałam jednak do netu. I trafiłam w jakimś artykule na zdjęcie, po zdjęciu na stronę i do łóżek Beds. Pod linkiem są akurat dość drogie dębowe, ale można zamówić też inne do pobejcowania. Mi spodobały się:
Vinci:
Seti:
Pau (ale bez zagłówków):
Tyle w popiwnym zwidzie.

Halo, tu Ziemia...

...łączność została nawiązana.
W czwartek pogoda wreszcie pozwoliła panom pobiegać po dachu i zamontować antenę, przez co powinniśmy trochę wrócić do świata. Choć muszę przyznać, że bez netu było fajnie, bo nie siedziałam tyle przed kompem w domu. O!

O czym tu pisać?
Zasłony.
Najpierw było szycie przez tydzień wieczorami:

A tu efekt:


Krótka instrukcja szycia zasłon dla 'berlińczyka':

Materiał (35 m) kupiłam w hurtowni na Robotniczej (Wrocław) i jest to mieszanka lnu, bawełny i czegoś sztucznego. Wg mnie na zasłony idealne. Również na obrusy, bo jeden popełniłam przy okazji i służył nam (nabierając plam) do dzisiaj. Mam nadzieję, że po praniu będzie służył dalej. ;)
Taśmę do zasłon kupiłam w pobliskiej pasmanterii. Potem jednak okazało się, że w Lerła Merlę jest sporo taniej. Taśmę wybrałam szeroką, i do takiego grubszego materiału zdecydowanie bardziej polecam niż wąskie.
Największy problem z szyciem to było zszywane dwóch brytów - każda zasłona to taki podwójny zestaw z przeszyciem przez środek - ale przy takich wielkich oknach (ponad 3 m) i zakładanym zmarszczeniu 1,5-2, to najlepiej zszyć dwa pełnej szerokości pasy materiału. Ewentualnie - jeśli się znajdzie - kupić materiał o szerokości 3-3,2 m. Są takie, ale cenowo są droższe.

W naszym przypadku koszt 35 m materiału, 10 m taśmy i 3 szpul nici zmieścił się w 450 zł. Maszyna pożyczona. Najtańsze widziałam chyba w Ikei, po około 260 zł. I to chyba już cały przepis.

Karnisze kupiliśmy Marcin Dekor seria square-line. Bo są proste i podobno solidne. W tej chwili zamontowane są tylko zasłony, ale można dodać drugą szynę na ewentualne firanki. Pierwotnie myśleliśmy o 'zakręcenu' karniszy na ścianę - dzięki systemowym łukom jest taka możliwość. Jednak zrobiliśmy proste: od ściany do ściany. W efekcie zasłony przesłaniają część okna. W sumie to nie przeszkadza, bo światła i widoku jest dość. Zastanawiamy się nad takimi prostymi zaczepami na ścianę, żeby po odsłonięciu włożyć za nie zasłony. Kiedyś, przy okazji.

Nie wiem, czy zasłony się podobają innym. Nam tak. Ciągle cieszy nas monochromatyczność pomieszczeń, w których głównym akcentem są 'obrazy' w oknach i zielone rośliny. 'Obrazy' nie są jeszcze jakieś rewelacyjne - widok wychodka i kupy śmieci chciałoby się nie zauważyć, ale widoki na chmury, księżyc, poranne i wieczorne zorze na razie i tak nas zachwyca. Jeśli jeszcze 'coś się dzieje' - łazi jakiś kot, ptaki pędzlują karmnik, to już w ogóle fajnie.

* * *

Właśnie przywieźli schody. A właściwie konstrukcję pod stopnie. Wygrała i została zrealizowana opcja:
Jutro będzie pewnie bardzo trudna do przeprowadzenia operacja ich montażu. Brr... Już się boję. ;)

czwartek, 15 stycznia 2015

Absurd urzędniczy

Jestem. Zaczęłam już nawet trzeciego posta. Tamtych nie skończyłam, może z tym się uda.

A piszę, bo się zbulwersowałam. Byłam dzisiaj w Inspektoracie Nadzoru Budowlanego (tfu), gdzie zaniosłam papierki, że skończyliśmy budowę. Przygotowałam się do tej wizyty bardzo dokładnie. Wypytałam kierownika budowy o dokumenty - zrobił mi niezbędną listę. Przegrzebałam fora, czy czegoś jeszcze nie trzeba. Wszystko wydawało się w porządku.

Oczywiście gdyby było, to bym teraz była jak w skowronkach. A tak mam telepawkę.

Biurwa sobie zażyczyła:
1. Zaświadczenia z Tauronu o przyłączeniu. Ale jak to? Mam przyłącze, na co mam papiery. Mam umowę, że prąd mi dostarczają (na wszelki wypadek oczywiście wzięłam wszystko co miałam). NIE. Mam pójść do BOKu po dodatkowy papierek.
2. Upoważnienia elektryczne od elektryka!!!
- Ale jak to? Przecież tu jest pieczątka.
- Nie. Bo kiedyś ktoś podrobił pieczątkę a nie miał uprawnień. I teraz podjęli taką decyzję.
- Ale przecież KOPIĘ bez problemu można również podrobić. Nota bene oryginał też.
- Ma być.
- I tak za jednego oszusta będą państwo karać uczciwych ludzi?
- ...

3. Uprawnienia wykonawcy świadectwa energetycznego do wykonania tegoż. Pani powiedziała tylko, że i tak mam dobrze, bo kiedyś żądali oryginału (tak zresztą jest napisane na druku)! Wyobrażacie sobie, że wykonawca świadectwa użycza swoje uprawnienia, bądź lata z każdym wnioskiem, żeby je okazać?
I tu Pani komentarz, że żądali, ale im zabronili. Czyli jest jednak ktoś, kto takie maksymalne absurdy trochę ukróca.

Tak z ciekawości sprawdziłam w domu - lista uprawnionych wykonawców takich świadectw jest dostępna na stronach odpowiedniego ministerstwa.
Być może gdzieś jest (powinna być), ale się nie wgłębiałam, również lista osób z uprawnieniami elektrycznymi. Jeśli nie ma, to pewnie nie byłoby problemu zrobić takiej listy. Są to dane jawne, ogólnodostępne. Albo w inny sposób urząd mógłby sam takie uprawnienia weryfikować. Poza tym energetyka nie odbierze przyłącza, jeśli wszystko nie jest ok - i tu są bardzo zasadniczy. Czemu INB stwierdza, że będzie bardziej papieski od papieża?
I kolejny absurd, że ja - inwestor - mam udowadniać urzędowi, że elektryk jest legalny. Elektryk może tak samo mnie oszukać. Ciekawe, czy wtedy przed urzędem będę odpowiadała ja - za poświadczenie nieprawdy, albo coś w tym rodzaju? I druga sprawa, jest to urząd nadzorczy, czyli mający wszelkie prawa, żeby takiego wykonawcę zweryfikować (w przeciwieństwie do mnie, inwestora, który mogę tylko opierać się na zaświadczeniu urzędu, że ten elektryk się zna). Ba, nie tylko może go zweryfikować, ale również pewnie ukarać, bądź przekazać sprawę odpowiedniemu innemu urzędowi. Wiecie, nie ogarniam.

I pomyślcie sobie jeszcze, że w czerwcu mają likwidować pozwolenie na budowę na rzecz zgłoszenia budowy i liberalizować przepisy. Pytanie, czy to nie będzie liberalizacja tylko na papierze?