piątek, 26 maja 2017

Między pracą a...

...pracą.
Trafił mi się dziwny stan. Zakończyłam współpracę z jednym pracodawcą (po 9 latach) i zaczynam z drugim. Właściwie jeszcze nie zakończyłam - jestem na urlopie - ale już obiegówką pobiegałam, rozliczyłam wszystko, odebrano mi wszystkie dostępy, klucze, karty. Mam kilka dni na pozałatwianie kilku zaległych spraw, bieżących też jest niemało i na robienie tego, na co mam ochotę.
I siedzę. Mogłabym zrobić coś w ogródku, ale nie mogę ruszyć ręką.
Mogłabym posprzątać, bo naniosłam kupę kupy. Siedzę w tym wszystkim.
Mogłabym ugotować obiad jak sobie obiecywałam. Produkty nakupiłam, nic, tylko gotować.
Tyle bym mogła, że nic nie robię. Najchętniej poszłabym spać, tylko że jak się już obudzę, to w koło będzie ten sam bajzel co teraz. Więc nie idę.
Nie cierpię tego stanu.

środa, 17 maja 2017

Przy porannej kawie...

...właściwie to herbacie, bo kawę wypiłam jakąś godzinę temu. Ale kawa brzmi jakoś tak bardziej 'porannie'.
Klasyczna bezsenność czwartej nad ranem mnie dopadła. Jak zwykle był to czas na nadrobienie spraw zaległych, które to 'jeszcze nie są tak pilne, a muszę się nad nimi zastanowić', więc czas ucieka, a tematy leżą. Kilka zatem udało się przerobić i dzień zacząć z miłym poczuciem, że już się coś pożytecznego zrobiło.

Budzik właśnie obwieścił 5:50, czyli czas na pobudkę. A mnie się właśnie zachciało ogromnie spać. Jakoś ten dzień przetrzymam.

Miesiąc minął od ostatniego wpisu, czyli mniej więcej i od świąt. Jako że raczej zimno było na dworze (również i przymrozki), wiatry i deszcze, więc pogoda na rozwój ogródka średnia. Choć od kilku dni temperatury sięgnęły kilkunastu do nawet ponaddwudziestu stopni Celcjusza, czyli wszystkie rośliny dostały nagłego przyspieszenia. Wygląda na to, że bukszpany przyjęły się. Chyba wszstkie mają świeże przyrosty. To byłby chyba czas na pierwsze ich cięcie, ale nie wiem jak się do tego zabrać. I chyba jakieś nożyce powinnam do tego kupić?

Wczoraj wieczorem odebrałam przesyłkę z paprociami. Mam nadzieję zrobić pod jesionem taki trochę leśny zakątek. Nie wiem na ile, na tych paru metrach kwadratowych, się to uda.  W planie mam obsadzenie paprociami, konwaliami i innymi wiosennymi kwiatkami, które pod paprociami będą mogły w lecie zniknąć. Poza tym gdzieś oglądałam paprocie w połączeniu z tulipanami. Najpierw wiosną rzucał się łan tulipanów, a potem z pąków wyłaziły paprocie, które - gdy już urosły - zasłaniały zwiędłe tulipany przez resztę roku. Zobaczymy jak u nas wyjdzie. Na razie ogromnie się cieszę z jesiennych nasadzeń roślin cebulowych. No i jakoś tak wyszło, że róże (kolory) przechodzące w odcienie amarantu pięknie się tu prezentują. I w tę stronę będę szła: nie żółte, nie czerwone, ale różne formy różowych. Ładnie mi się komponują do niebieskich innych kwiatów (barwinki, hiacynty, szafirki, len).

Dzisiaj wyczytałam, że ceny owoców w tym roku będą obłędne: 26 zł za polskie truskawki w skupie. Zastnanawiam się, na ile ten problem jest faktyczny, na ile napędzany. Z roku na rok obserwuję ogromny wzrost 'wartości' polskich owoców i warzyw. Kiedyś to były najtańsze produkty. Teraz zaczynają mieć miano luksusowych, przy tych sprowadzanych z zagranicy. Czemu? Wg mnie to cwaniactwo a nie faktyczny wzrost kosztów. Jak to mi kiedyś jeden z lokalnych rolników stojących 'z pietruszką', na pytanie, czemu ma drożej niż w pobliskim sklepie, choć nie ma kosztów, podatków itd., wypalił: "a bo państwo wszystko kupią". Otóż nie. Choć bardzo bym chciała, to do lokalnych rolników jestem zrażona. Od czasu do czasu staram się na nowo przekonać, z różnym efektem.

Tym bardziej własne miejsce zaopatrzenia w postaci ogródka wydaje mi się cenne. Jeszcze nie robię tego dwuarowego ogródka, z którego mają być płody na rok dla całej rodziny (tutaj o nim pisałam), ale mam cichą nadzieję, że truskawek w tym roku kupować nie będę. Fakt, że pewnie będą później niż zazwyczaj, ale kwitną prześlicznie i w ogromnych ilościach. Nic mi w tym roku nie przemarzło, nawet oregano przetrwało zimę na dworze, więc biadoleń rolników nie rozumiem. Liczę na własne owoce. Warzyw jeszcze nie będzie, bo warzywnik czeka na swój czas. Na razie nawóz zielony go porasta. Choć pewnie to ostatnia chwila sadzić coś w tym roku, ale sprawy wsi odsuwają prywatne na bok. Ech, sprawdza się moje motto: jak ktoś gdzieś ma za dużo, to mu gdzie indziej brakuje.

Czas szykować śniadania. I do roboty.