czwartek, 16 marca 2017

Bezsenne noce inwestora

Kolejny post wygrzebany z wersji roboczych, czyli nieskończony. Myślałam, że wskoczą w daty, gdy były pisane. Teraz nawet nie mam ich jak dobrze zlokalizować w czasie, ale szkoda by mi było tracić.
Będą więc pod wspólnym tagiem 'wygrzebane z lamusa'.

* * *
Wiosna 2014 r.

Wpis
Po raz kolejny spać po nocy nie mogę. Choć to może raczej efekt wiosny? Zazwyczaj tak mam, że przez kilka dni (nocy) wiosną budzę się rześka. Gorzej w ciągu dnia. Choć może i wpływ na bezsenność ma ilość spraw budowlanych, które były do załatwienia w ostatnie dni?
Dzisiaj jest wielki dzień. Przynajmniej ja to tak odczuwam. Mianowicie robione będą wylewki, czyli posadzka betonowa. Dla mnie to trochę takie zamknięcie etapu instalacji i najcięższych (w znaczeniu materiałowym a nie fizycznym) prac. Jednocześnie główny wykonawca skończył swoje zajęcia na boku (twierdził, że szkolenie) i chyba wrócił do nadrabiania zaległości, czyli np. budowy schodów wejściowych i garażowych. Powinna dzięki temu zniknąć ostatnia kupa bloczków.


Powakacyjny poniedziałek...

Kolejny post wygrzebany z wersji roboczych, czyli nieskończony. Myślałam, że wskoczą w daty, gdy były pisane. Teraz nawet nie mam ich jak dobrze zlokalizować w czasie, ale szkoda by mi było tracić.
Będą więc pod wspólnym tagiem 'wygrzebane z lamusa'.

* * *
Około września 2014 r.

...przebiegł bardzo owocnie. Domknęliśmy sprawę dotacji do pompy ciepła i w ciągu dwóch tygodni powinniśmy dostać przelew. Rozwiązała się również sprawa zwrotu vatu (na co czekamy cztery miesiące!). Zadzwoniła wczoraj pani, że w skanach brakuje jednej korekty, a poza tym to wychodzi do zwrotu 11 600 zł. Super. To chyba kwota, którą ja wyliczyłam. Myślałam, że coś obetną. A jeśli obcięli, to niedużo. Cały problem w tym, że papiery do zwrotu przygotowywałam sama. Zajęło mi to kilka nocy! Lista materiałów kwalifikujących się jest tak nieprecyzyjna, że trudno się po niej poruszać. Na forach czasem piszą, że coś może być zakwalifikowane, innym razem że nie. Nie kierowałam się tymi radami, tylko sama starałam określić co.
Dzisiaj Łu podjedzie dokończyć formalności.

Małe dzieci...

Kolejny post wygrzebany z wersji roboczych, czyli nieskończony. Myślałam, że wskoczą w daty, gdy były pisane. Teraz nawet nie mam ich jak dobrze zlokalizować w czasie, ale szkoda by mi było tracić.
Będą więc pod wspólnym tagiem 'wygrzebane z lamusa'.

* * *
Około listopada 2014 r.

...mały kłopot. Duże... tak, tak, każdy to zna.
Ostatnio spotkałam znajomego, z dziećmi w wieku licealnym. Potwierdził powyższe.

Po, jak napisałam w poprzednim poście, kończy 4 lata. Przy Miłku oznaczało to dla mnie osiągnięcie etapu jakiegoś takiego większego luzu. Już nie trzeba było non stop pilnować; zdecydowanie zwiększyła się fantazja i pomysły na samodzielne zabawy; jeśli pojawiali się towarzysze zabaw w zbliżonym wieku, to wystarczyło tylko nie przeszkadzać.
Po zrobiła się samodzielna nawet trochę wcześniej. Jest bardzo samodzielna, często widać, że wręcz niezależna. Ma swoje plany, czasem bardzo rozbudowane, i realizuje je z dużą konsekwencją. Co z tego wyniknie w przyszłości? Na pewno trzeba będzie dać jej dużo 'przestrzeni', a próby ukierunkowania będą wymagały od nas nagimnastykowania się, aby nie skończyły się oporem i postawą 'i tak zrobię swoje'.

Pod tym względem z Miłkiem na razie było prościej.

* * *
Zaczęłam ten post pisać nad ranem. Trochę bez przekonania, że powinnam go kończyć. Tym bardziej, że zaczynając, nie miałam, i ciągle nie mam, jakiejś puenty. Ale trafiłam na post Kaliny o Dużym. I tak mi przyszło do głowy, że może jednak nie tylko o tych pozytywnych czy zabawnych sytuacjach pisać?

* * *
Post znaleziony w wersjach roboczych. Nie wiem czy skończony, ale zawsze to kawałek historii.



Ogrodzeniowe...

Kolejny post wygrzebany z wersji roboczych, czyli nieskończony. Myślałam, że wskoczą w daty, gdy były pisane. Teraz nawet nie mam ich jak dobrze zlokalizować w czasie, ale szkoda by mi było tracić.
Będą więc pod wspólnym tagiem 'wygrzebane z lamusa'.

* * *

Wiosna 2016 r.

...zżymania inwestora.
O ogrodzeniach głównie będzie, choć zacznę od bruków. Pisałam już chyba, że skończone są, ale ciągle zdjęć nie zrobiłam. Głównie chyba dlatego, że próbujemy okiełznać ziemię, kamienie i różne śmieci pobudowlane. Praca bez końca. Przygotowane są trzy niewielkie rabatki, a w pozostałych albo będziemy jeszcze grzebać (przy budowie ogrodzenia), albo jest taki śmietnik, że nie wiadomo jak się za to zabrać. Powoli do przodu. O, dam jedno zdjęcie, na którym widać kawałek wgłębnika:
No i widać piękną tęczę, jaka dwa dni temu pojawiła się u nas. Na końcu tęczy, jak śmieje się Łu, jest dzbanek z tymi 500 zł dla każdego dziecka.
I jeszcze jedno:
na którym widać kawałej jednej przygotowanej rabatki i wszystko inne w rozsypce. A przynajmniej dzbanek z pieniędzmi siedzi u nas za kominem. ;)
Widać też kawałek trampoliny, którą po raz drugi do nas przywiało od sąsiada. Na pierwszym zdjęciu widać również, że chałupa sąsiada rośnie. Rosną też kwasy. Gdzieś około kwietnia przyszedł do nas sąsiad, czy byśmy mu prądu w wiaderko nie nalali, bo jakieś  ma problemy z podłączeniem. Że za 2-3 miesiące będzie już miał swój. Że same drobne rzeczy będą, żadne betoniarki, bo nie chcą do byle wiertarki generatora odpalać. Co tam będę sąsiadowi żałować, niech bierze. I tak z dwóch miesięcy zrobił się cały sezon (grudzień za pasem). Chałupa prawie stoi. Drobny sprzęt wygląda tak:
No faktycznie, mniejsza ta betorniarka, niż ta co u nas pracowała.
Ostatnio mieliśmy jeszcze taką przyjemność, że siedzimy sobie raniutko, wcinamy śniadanie. Łu w piżamie, ja już prawie do pracy wychodziłam, więc bardziej ubrana. A tu pod samymi oknami tup, tup, ktoś przemyka. Ale jak to? Wychodzę na dwór idę za gościem, przyglądam się jak mi z kranika wodę bezczelnie kradnie. Ze dziwnym zbiegiem okoliczności nasz wykonawca akurat stał na rusztowaniu przy chałupce z drugiej strony, to krzyczę do niego:
- 'Panie Janie, ale o co chodzi? Nie umawialiśmy się na żadną wodę.'
- 'Ale to nie ode mnie!' - znaczy się od tego sąsiada, co prąd dostaje (na wodę nie umawialiśmy się). Kradziej wody sobie nabrał i tup, tup, pomyka do siebie.
- 'A kto panu tu pozwolił wejść?'
- 'No, Kowalski powiedział, że można.'
- 'Jaki Kowalski? Nie znam człowieka!'
- 'No, bo on powiedział, że prąd można sobie wziąć. Nie chcieliśmy pani budzić, to się podłączyliśmy.'
Znaczy się sami wleźli nam do garażu i się obsłużyli.
Szlag mnie trafił, wywaliłam im kable i powiedziałam, że prądu nie dam. Cieśle musieli sobie poradzić bez prądu. Kilka dni temu przyszedł Kowalski, żeby jednak prą dać, to Łu dał. A tu taki kolejny zonk. Ech...
Ale o ogrodzeniach miało być. Może najpierw o bocznych. Miały być najprostsze (najtańsze), ale w miarę porządne. Czyli jakaś grubsza siatka ocynkowana i powlekana na słupkach. Sąsiedzi znaleźli w miarę ciekawą ofertę, za 68 zł/mb. Wszyscy się zgodzili. Panowie przyjechali. Pokiwali głową, że krzywo. Grzebnęli w ziemi dwa razy, stwierdzili, że twardo

* * *

Post nieskończony, ale znalazłam w roboczych, to daję. Ku pamięci.



sobota, 11 marca 2017

...i jeszcze przy sobocie...

...wracając do Pratchetta, to wczoraj dotarły do mnie zaległe tomy. Dzisiaj dokupiłam jeszcze najnowszy, czyli 41. Zostały mi do kupienia jeszcze trzy, choć właśnie dzisiaj sobie pomyślałam, że chyba w tych tomach co mam nie ma "Nauki Świata Dysku", której było coś ze trzy czy cztery części - czytaj: spodziewam się dalszego rozwoju sytuacji.

Dalej czytać nie trzeba, bo będzie to kawałek przepisanej książki - początku tomu 'Wyprawa czarownic'. Takie małe kompendium o tym, co w tej serii jest.

Oto świat Dysku, sunący przez kosmos na grzbietach czterech słoni, które z kolei stoją na skorupie Wielkiego A'Tuina, niebiańskiego żółwia.

Dawno, dawno temu taki wszechświat uważany był za niezwykły, a być może nawet całkiem niemożliwy.

Ale z drugiej strony... dawno, dawno temu wszystko było tak proste...

Ponieważ wszechświat był wtedy pełen ignorancji, a uczony przyglądał mu się jak poszukiwacz schylony nad górskim potokiem i wypatrujący złota wiedzy pośród żwiru głupoty, piasku niepewności i małych, wąsatych, ośmionożnych pływających stworków zabobonu.

Od czasu do czasu prostował się i wołał coś w rodzaju: "Hurra! Właśnie odkryłem trzecie prawo Boyle'a". I wszyscy wiedzieli na czym stoją. Problem w tym jednak, że ignorancja stała się ciekawsza, zwłaszcza ignorancja dotycząca spraw wielkich i ważnych, takich jak materia i kreacja. Ludzie zaprzestali cierpliwej budowy swych domków z patyczków racjonalności wsród chaosu, a zaczęli się interesować samym chaosem - po części dlatego, że o wiele łatwiej być ekspertem od chaosu, ale głównie z tego powodu, że chaos skutkował naprawdę ładnymi deseniami, które można umieścić na koszulkach.

I zamiast zajmować się prawdziwą nauką*, uczeni zaczęli nagle tłumaczyć, że poznanie czegokolwiek jest niemożliwe i że nie ma czegoś takiego, co można by nazwać rzeczywistością, która da się poznawać, i jakie to wszystko strasznie ciekawe... A przy okazji, słyszeliście, że dookoła może latać mnóstwo różnych małych wszechświatów, tylko nikt ich nie widzi, bo są zakrzywione i zwinięte w sobie? Nawiasem mówiąc, ładna ta koszulka, prawda?

W porównaniu z czymś takim spory żółw ze światem na grzbiecie jest całkiem zwyczajny. Przynajmniej nie udaje, że nie istnieje; nikt też na Dysku nie próbował tego nieistnienia udowodnić - by się przypadkiem nie okazało, że ma rację i nagle znajdzie się zawieszony w kosmicznej pustce. Dysk istnieje na samej granicy realności. Najmniejsze małe obiekty potrafią przebić się przez nią na drugą stronę. Dlatego na świecie Dysku ludzie traktują rzeczy z należytą powagą.

Na przykład opowieści.

Ponieważ opowieści są ważne.

* Na przykład odszukaniem tego przeklętego motyla, który - trzepocząc skrzydełkami - powoduje wszystkie burze, jakie ostatnio nas nachodzą, i zmuszeniem go, żeby przestał.

* * *
Dalej jest o opowieściach i urban legend; o lustrach, co to kradną część duszy i człowiek staje się coraz bardziej chudy i przeźroczysty; i wzywaniu pomniejszych bóstw o imionach Tesco czy Bon Anna; o prymitywnych plemionach, które to są uznawane za prymitwne głównie przez takich, co to wyróżniają się głównie tym, że noszą więcej ubrań niż członkowie tych plemion; itd... itd...

...ciąg dalszy soboty - anegdotka...


...z rodzinnych rozmów przy śniadaniu:
Po: "A wiesz mama, że Dawid to najszybciej nauczył się mówić 'sz'?"
Jo: "Tak? A najszybciej z czego?" - bo zastanawiałam się, czy chodzi jej o takie trudne głoski jak 'sz', 'cz' czy coś innego.
Po: "No bo jak mu mówię: 'raz.., dwa...' to on odpowiada 'szy!'".

Kolejna sobota...

...i kolejna szansa na zrobienie czegoś w ogródku.
Po pierwsze pewnie będę się powtarzać. Rośliny rosną, słońce świeci, trochę zrgabiłam, coś posadziłam. Ale w sumie sprawia mi to przyjemność, to sobie opiszę.

Pogoda niby ładna, ale temperatura w okolicach 0 st. C. Zimno więc, i wychodzić się nie bardzo chciało. Tym bardziej, że poranek mieliśmy z przygodami i może od tego zacznę. Mi jechał dzisiaj na wycieczkę o godz. 6 rano. Położyliśmy się dość późno, ale jeszcze wieczorem pytałam Łu, czy na pewno nastawił budzik. W nocy miałam bezsenne godziny - starość nie radość i już tak mam, że np. godzinę muszę sobie zrobić przerwy w spaniu - za to o 6 spałam jak zabita. O 6.11 zadzwonił telefon, że przecież wycieczka i czy Miłosz będzie. 8 minut trwało zbieranie się chłopaków, o 6.25 Łu przekazał Mimona do busa przy wyjeździe na autostradę. Czyli od zera do setki przyspieszenie mieliśmy na poziomie jakiegoś GTX (to chyba jakiś wyścigowy, a nie na przykład terenówka?).
Łu chciał od rana, od tej szóstej biegać, ale w sumie padliśmy na kanapie w salonie i nie mieliśmy siły się już wczołgać na górę. Przed 8 jednak się pozbierał i poszedł biegać budząc mnie, żebym wstała. Padłam dalej i dopiero 8.30 radosny telefon taty obudził mnie. Nie powiem, że na dobre, bo ćmiło mnie chyba do południa. Ale do ogródka się wygrzebałam i do obiadu zdążyłam:
- przekopać do końca grządkę przy narożniku tarasu;
- posadzić tam kilka krzaczków rozchodnika okazałego;
- posadzić tam trzy rozplenice. Jak dobrze, że w ubiegłym roku kupiłam 8 zamiast 18. Dopiero w tym roku będzie miejsce na resztę, a - mam nadzieję - kępki rozrosły się na tyle, że można je już podzielić. Taka mała oszczędność, a cieszy. Zresztą rozchodniki też mają źródło tylko z jednego okazu. Najpierw był jeden, którego w ubiegłym roku udało mi się rozszczepić na cztery małe kępki. W tym roku z dwóch już właśnie zrobiłam 6 kolejnych. Pozostałe dwie chyba zostaną, może w części rozdzielone, ale w tym samym miejscu.
- Poza tym wycięłam pozostałe trawy i kocimiętki (jak one ładnie pachną!, tak trochę żywicznie, może ambrą?);
- znalazłam jeszcze jedno miejsce gdzie nawsadzałam tulipany i teraz wychodzi mi, że kolorowych kęp powinno być na wiosnę około dziewięciu. Mało to czy dużo, w każdym razie w które okno się nie popatrzy, to coś powinno się kolorowić za oknem.
Za porządki w ogródku wzięli się też sąsiedzi, więc praca miło mijała wszystkim na pracy na świeżym powietrzu. I git.

Przelecieliśmy się też po sklepach. Pozytywy, że w miarę porządne spodnie dla dzieciaków można kupić za 45 zł. Szukanych róż jednak nie znalazłam. Czekam aż na Biedronkę i Dino rzucą.

Na koniec pracy miałam jeszcze taki dziwny przebłysk, że 'kurcze, ile to już jest zrobione, ile roślin posadzonych!'. Zazwyczaj jak patrzę na ogród, to widzę tylko to, co trzeba jeszcze zrobić. Nie mam zupełnie poczucia, czy wygląda ładnie, czy brzydko, czy jest harmonijny, czy coś może kłuć po oczach. Widzę tylko niedoróbki, to, czego brakuje, szmaty leżące i łysą ziemię tam, gdzie nic nie ma. I chwasta na chwaście, co to właśnie ruszyły pełną parą do boju o miejsce do życia.

niedziela, 5 marca 2017

Wiosna...

...w ogrodzie.
W tym roku mamy niespodziankę od losu, bo zima była. Nie tak jak kilka lat temu np. w środę (to chyba w 2013), czy w niedzielę (jakoś rok wcześniej), ale mróz nawet ze śniegiem trzymał od początków stycznia do połowy lutego.
Za to z początkiem marca rozpoczęła się wiosna. Choć może to falstart, ale można już było zacząć różne ogrodowe prace.
I tak:
1. Udało mi się już przygotować do wiosny rabatę z różami i lawendami;
2. przekopać rabatę obok;
3. zasadzić 8 róż;
4. kupić i zasadzić różaneczniki na rabacie pod kuchennym oknem (w projekcie były tam laurowiśnie, ale tych ma być sporo w innych miejscach to stwierdziłam, że jedna z rododendronami też się nada, tym bardziej, że są zimozielone i kwitną pięknie wiosną);
5. ściągnąć szmatę i zgrabić rabatę między śmietnikiem i  bramką;
6. wygrabić i odchwaścić rabatę od wschodniej strony, w tym pościnać wrzosy, trawy, poziomki; również poprawić agrowłókninę - tę co się ostała. Jeszcze trochę mi zostało, ale już bliżej końca niż dalej.

Mimo takiej roboty oceniam, że pracy mam jeszcze na jakieś 2 tygodnie (14 roboczodniówek). Wydawało mi się, że to bardzo dużo, choć jakoś, gdy dziadek dzisiaj zagadał, że niedługo będę  mogła zacząć prace w ogródku zrobiło mi się ciepło na serduchu, że już tyle mam zrobione.

Aha, nie napisałam, że kupiłam też dwa bukszpany w kuli o śrenicy ok. 40 cm (w Lerła były) i wsadziłam. Wyglądają ślicznie, choć trochę mnie martwią, że były wykopywane z ziemi, czyli korzenie mają pocięte dość mocno. Przycięłam zatem liście również. Myślę, że jednak trochę za mało. I teraz mam dylemat, czy czekać co z tego wyniknie: czy 'kulki' pousychają czy dadzą sobie radę. W pierwszym przypadku będę żałowała wydanych pieniędzy (100 zł) w drugim, że nie kupiłam więcej. Tak po polsku powinnam się cieszyć, bo pretekst do zmartwienia się znajdzie. ;)

Na Allegro kupiłam też pigwowca wspaniałego (takiego na nalewki), kalinę japońską (bodajże) i trzy sosny kosówki 'gnom'. Te ostatnie mnie trochę martwią, bo za 26 zł kupuje się taki mały pipsztyczek zaszczepiony na patyku. Rośnie toto powoli - po 10 latach ma mieć pół metra, czy jakoś tak. Po 30 - metr czy półtora. Przecie toto zostanie zdeptane zanim te pół metra urośnie. No nie wiem co z tego będzie. A trzy musiałam kupić (tak w projekcie stało). Na zmarnowanie pewne.

Jedna rzecz bardzo mnie pocieszała, że takie przygotowanie do wiosny gdy już rośliny są, w porównaniu do tego, gdy trzeba przygotować grunt, idzie stosunkowo szybko. Trochę powycinać, trochę pograbić, wybrać chwasty. Voila!
Tylko grabienie trawnika jest chyba gorsze niż kopanie. Na razie nie musimy wertykulować, ale pewnie za rok czy dwa trzeba będzie takie ustrojstwo nabyć.

czwartek, 2 marca 2017

"Świat Dysku"...

...Terry'ego Pratchetta!
Dzisiaj będzie na zupełnie inny temat, a to głównie z powodu mojego zadowolenia. Bo wreszcie się ruszyłam i zamówiłam sobie brakujące tomy serii "Świata Dysku" wydawanego przez EdiPresse. Wydawnictwo to przygotowało bardzo ładne wydanie (w twardej oprawie), w małym, więc wygodnym formacie bodajże B6. Tomów jest 42, choć już zapowiadają dwa kolejne. A mam ich na półce już 35. Materialistka i efekciarka jestem, skoro się cieszę, że ładnie na półce będą wyglądać (wszystkie grzbiety tworzą obrazek). Łu się dziwi, że skoro mam kindla, to czemu sobie na niego nie kupię wersji elektronicznej. Chyba właśnie ze względu na tę 'ładność' serii, która zmobilizowała mnie do regularnego pilnowania, aby mieć kolejny tom.
* Zdjęcie z http://hitsalonik.pl/produkt/swiat-dysku

Tak sobie kiedyś myślałam, że gdybym miała trafić na bezludną wyspę to właśnie z tym zestawem książek. Kindl by się nie nadał. Przeczytanych mam chyba ponad połowę, ale nigdy nie pamiętam które, to czytam jak popadnie. W efekcie ciągle są takie, których nie znam. Na pewno na emeryturze wezmę się za przeczytanie wszystkiego jednym ciągiem.

W serii brakuje pierwszej książki Pratchetta "Warstwy wszechświata", która co prawda nie jest częścią opowieści o tym uniwersum, ale w inny sposób nawiązuje do zderzenia dwóch rzeczywistości: światów w całości tworzonych przez ludzi (o ile to są jeszcze ludzie), podlegających jednak znanym nam prawom fizyki, a ptolemejskiej idei funkcjonowania rzeczywistości, z którą chyba najbardziej kojarzy mi się ten obrazek:
* Obrazek pobrany stąd: http://www.pa.msu.edu/people/frenchj/4-inch-telescope/Flammarion.jpg

Świat Pratchetta, który łączy stare wyobrażenia z najnowszymi odkryciami fizyki kwantowej, a jakże prawdziwe stwierdzenie, że 'szansa jedna na milion sprawdza się w dziewięciu przypadkach na dziesięć' wciągają mnie wciąż ogromnie. No i kapitan Marchewa - swego czasu ulubiona postać Mi. Mmm... ;)


* Obrazek stąd: https://naekranie.pl/artykuly/przewodnik-po-swiecie-dysku-7-glownych-watkow

Niestety, Terry Pratchett zmarł niedługo przed rozpoczęciem wydawania tej serii - a może raczej Jego śmierć była przyczyną wydania właśnie takiej zamkniętej edycji, bo przynajmniej wiadomo, że kolekcja nie będzie się rozszerzać. Szkoda, bo kolejne tomy w jakiś sposób nawiązywały i do starego, i do nowego. Do aktualnych wydarzeń i do tradycyjnych choćby przysłów (obyś żył w ciekawych czasach). Oswajał strachy przed tym wszystkim, na co nie mamy wpływu: Śmierć jeżdżąca na Pimpusiu, czy Wojna słuchająca żony, że ma włożyć czapkę (a  może to inna Zaraza była?) wydają się bardziej akceptowalne niż diabeł gotujący ludzi żywcem w kotle. No i ciągle to co może się wydarzyć z szansą jedną na milion, to pozytywne wydarzenie. Co optymistycznie nastraja do całego świata.

środa, 1 marca 2017

1 dzień marca...

...zaczął się porządkami. Czyli nic ciekawego, chociaż po ciągłym bieganiu praca - dom i braku czasu na porządki, to jakoś inaczej się do tego podchodzi. Tym bardziej, że to już takie wiosenne: pranie można wystawić na dwór (nic to, że wraz z suszarką 'stanęło na głowie', czyli przewróciło się), okna pomyć (choć udało mi się tylko w sypialni - zawsze to dwa z trzynastu z głowy).
Słońce ładnie świeciło, to i na ogród przyszedł czas. Ziemia jeszcze mokra. Trawnik ugina się, że ciągle mam wrażenie, że dziury w nim robię. Ale że w okolicznych ogródkach (tych zakładanych przez firmy) widać, że robotnicy się uwijają, to i samemu też trzeba się zabrać. Tam kilku chłopa pewnie w jeden dzień się obrobi ze strzyżeniem, grabieniem i wertykulacją trawnika. Dla mnie zapowiada się praca na kilka tygodni. Zanim skończę, to tu się już będzie działo...

Więc im szybciej się zabiorę, tym lepiej. Plan na dzisiaj to było wsadzenie tych ośmiu róż. Zrealizowany  w części, bo istniejącą rabatę po zimie trzeba było doprowadzić do stanu wiosennego: wyciąć lawendy, róże, trawy, przegrabić, wyrównać dziury. O dziwo z taką zagospodarowaną już (prawie) rabatą dość szybko się mogłam się uwinąć - nie więcej niż 20 minut mi zajęła. Potem mogłam wsadzić brakujące róże (dosadziłam cztery) i - tadam - prace przy tej rabacie można by uznać za zakończone, gdyby nie to, że trawki będę pewnie rozsadzać. Nakupiłam w  ubiegłym roku, to w tym będę miała już własne - po co kupować?

Drugą rabatę musiałam najpierw przekopać. I dobrze, bo wygrzebałam całkiem sporo perzu. Ciągle się nie pozbyłam tego tałatajstwa, choć w tym roku pewnie będzie o niebo lepiej niż w zeszłym. W międzyczasie jakoś zrobiłam odskok w celu posprzątania uschłych papryk i mięty. Mięta to osobna historia, bo puszcza rozłogi jak dzika. Wywaliłam wszystko, co odstawało z pierwotnych krzaczków. Ciekawe, czy to coś da. Zdziwiłam się, że oregano przeżyło zimę. Do spagetti było rewelacyjne. Jeszcze w listopadzie z niego korzystałam. Tak sobie myślę, że całkiem sporo z rzeczy zakupionych w ubiegłym roku będziemy mieć w tym pożytek. Oby tylko drzewa i krzewy szybko porosły. Bo niby sporo rośnie, ale wszystko jakieś takie małe. Oczywiście w sierpniu złapię się za głowę, że się to wszystko nie mieści. Już się cieszę. Oby się tylko zdążyć obrobić!

Zrobiłam też kilka zdjęć 'dla potomności'. Wiosenne kwiatki ledwie się przebijają:

Powyżej to takie mini irysy, które mają wystawać tylko trochę nad ziemię. Część tulipanów i hiacynty są na podobnym etapie. Na części miejsc, gdzie coś wiosennego wsadziłam nic nie widać.
Poza tym brudno i ponuro na działce. Straszy czarna ziemia i szmaty agrowłókniny, którą ostatnie wiatry pościągały, a ja mam dylemat czy ją ściągać czy poprawiać.
Moje dzisiejsze wyczyny widać tutaj:



A takich kilka luźnych rzutów na działkę - do porównań w lecie:


Na tym ostatnim zdjęciu są grządki, za które będę musiała się jak najszybciej zabrać. I obsadzić bukszpanowymi obwódkami. Zakładam, że będzie ślicznie.