wtorek, 28 maja 2013

Cement uratowany

Jak w tytule. ;)
To tak a'propos poprzedniego posta.

Bezsenne noce inwestora

Właśnie piszę w środku nocy (mniej więcej 2:30). Za oknem pada deszcz. Właściwie leje. Nic tylko spać. Tylko, kurde, wczoraj przywieźli na budowę cement. A ja nie wiem, czy jest przykryty. Wczoraj byłam, widziałam z daleka, nawet pomyślałam, że trzeba go jakoś zabezpieczyć na noc. Ale nie sprawdziłam, czy jest zabezpieczony, nie spytałam o to. I teraz, kurde, nie mogę spać. Jakby mogło to coś zmienić. Oczywiście wieczorem nic nie sugerowało, że będzie lać.
Kurde, kurde, za mało kurde! (To jakiś cytat, tylko nie pamiętam skąd.)

sobota, 25 maja 2013

Pierwsze cięcia

Pouzupełniałam dziś arkusz z planem budowy i jej kosztami. Spróbowałam zrobić porównanie kosztorysu architekta z tym, co zrobiliśmy do tej pory. Teoretycznie w kosztorysie prace są rozłożone na poszczególne etapy, etapy na jeszcze mniejsze jednostki, a każda z nich rozpisana materiałowo, czasowo, osobowo itp. Teoretycznie więc, mogłam zrobić porównanie między pracami wycenionymi w kosztorysie i tym, co zostało wydane i zrobione w rzeczywistości.Wyszło mniej więcej po 21 tys. zł. Dużo to czy mało? Praktycznie połowa kwoty tego, co planowaliśmy wydać, a tu dopiero ławy fundamentowe wylane. No i wynagrodzenie wykonawców i kierownika budowy w lwiej części będzie płacone na końcu etapu. Coś nam jednak nie wychodzi, że się zmieścimy w planie.
Z innej beczki... w ostatnim Muratorze jest kilka ciekawych artykułów. Jeden z nich dotyczy tarasów, ich wykonania, cen.  Przedstawione są piękne tarasy drewniane, ziemne, z kompozytów.
Na podstawie tych dwóch 'bodźców' praktycznie podjęliśmy już decyzję, że rezygnujemy z budowy fundamentów pod taras. Być może jeszcze spory wpływ na to miało, że wykonawca z kierownikiem ustalili wykonanie ich w drugiej kolejności -- ze względu na inny poziom posadowienia, konieczność zdylatowania i licho wie czego -- czyli do tej pory, oprócz zdjęcia humusu, nie było żadnych nakładów na taras. I git. Tylko, czy to nie jest jakaś duża zmiana w projekcie? I np. do czasu wybudowania tarasu nie otrzymamy pozwolenia na użytkowanie? Jeszcze nie wiem. Do obgadania z kierownikiem budowy jak to przeprowadzić i jakie konsekwencje mogą być z tego powodu.

A co do tarasu, to nie mogę się zdecydować, który byłby lepszy. Bardzo podobają mi się drewniane, ale takie na gruncie też bardzo fajnie łączą się z ogrodem.

Kolejny temat, który ostatnio przewijał mi się po głowie (trochę pod wpływem działań ogródkowych Skorki) jest taki, jak połączyć ogród użytkowy z ozdobnym. Z jednej strony działka jest spora, ale nie bardzo jest tam jak wydzielić i oddzielić jakąś przegrodą ogród warzywny. A grządki jako takie są średnio urodziwe. Spora część roślin do zjedzenia sama w sobie jest ładna, choćby owocowe drzewka, zioła. Truskawki przecież chyba też nie muszą rosnąć w rządkach! I o tym też pojawił się artykuł w Muratorze. Ze zdjęciami. Obok krzewów typu cis rosną sobie buraczki ćwikłowe (śliczne to w końcu połączenie czerwono przebarwionych łodyg z zielonymi liśćmi). Rabatka wykończona sałatą; ogórki obrastające bramkę. Jak dla mnie -- cudo. Poszukam  w necie, ale teraz nie mam czasu.

czwartek, 23 maja 2013

Trochę zdjęć...

...z budowy.
Dzień przed wejściem ekipy (7. kwietnia):


28. kwietnia -- stan działki:



30. kwietnia -- poszukiwania drenażu:

2. maja -- zdjęcie humusu:


4. maja -- no to basen już mamy:

14. maja -- prace ruszają:

17. maja --  przed i po laniu chudziaka:


22. maja --zbrojenia ław fundamentowych prawie gotowe:



Dzisiaj, 23. maja, będą je zalewać.
W poniedziałek (jeśli zdążymy kupić materiały) zaczyna się stawianie murków fundamentowych. Z rozmów z kierownikiem i wykonawcą wynikało, że do 15 czerwca stan zero będzie skończony. Byłoby git.

poniedziałek, 20 maja 2013

" - To ON!"

- Kto Poluś?
- BETON!
Taka mniej więcej rozmowa się odbyła w piątek. Polka na widok pompy do betonu podskoczyła zaaferowana i zachwycona. W sumie ja trochę też z niedowierzaniem patrzyłam na ogromną pompę wjeżdżającą na naszą uliczkę. Betoniary -- ku oburzeniu Polki -- już nie oglądałyśmy, bo w piątek (po dniu pracy) oprócz betonowania czekało nas jeszcze sprzątanie chałupy, pakowanie, wywózka dzieci do dziadków, jazda do Szklarskiej Poręby, nocne łażenie po górach, czyli podejście do schroniska Pod Łabskim Szczytem, aby przed północą usnąć w środku gór. :)
I to był chyba najpiękniejszy prezent urodzinowy, jaki dostałam w życiu. Pierwszy raz od dziesięciu lat wyprawa z mężem w góry bez dzieciaków. W ramach prezentu Łu przegonił mnie spod Łabskiego na Śnieżkę i z powrotem do Szklarskiej Poręby. Jakieś 40 km. Końcówkę na ostatnich nogach, jęcząc niemożliwie pod nosem. No, ale skąd by Łu wiedział, że mi dobrze, gdybym nie jęczała? ;)

Jakby ktoś nie wiedział jak się czułam idąc dziś do pracy, to mniej więcej tak:

wtorek, 14 maja 2013

Krótkie podsumowanie...

...budowy.
O ile jest co podsumowywać.
Rozpoczęła się miesiąc temu.
Dzisiaj uzyskaliśmy wpis geodety do dziennika budowy, czyli teoretycznie oficjalnie nastąpił START. Nie bez wątpliwości, bo w jeszcze nie widzieliśmy gdzie wyznaczyli nam poziom 0, zaś z rozmów z budowlańcem wynikało, że chcą budować tak sobie 'na oko' - sami sobie wyznaczą. Nie wątpię, że domowymi sposobami się da wyznaczyć poziom, jednak rzędnej już nie. Podobno została wyznaczona.
Również dzisiaj wykopano wstępnie fundamenty. Niewiele było kopania, bo praktycznie na połowie budynku humus sięgał  do poziomu ław. A może i niżej? Jeszcze nie sprawdziłam. W każdym razie poziomu ław się nie podniesie i ewentualne podniesienie poziomu zero trzeba będzie uzyskać dodając warstwę bloczków. Czyli koszty.
Dodatkowo praktycznie jesteśmy zdecydowani na hydrobeton. Po tych przejściach na pewno nie będziemy żałować dodatkowo wydanych pieniędzy (20zł za każdy metr sześcienny betonu), niemniej jednak dodatkowych kosztów przybywa. Co jeszcze? Pewnie trzeba będzie dokupić desek na szalunki, betonu i piachu na chudziak. To oczywiście niezamknięta lista.

Jednym słowem, tylko cierpliwość i spokój mogą nas uratować. Jak na razie OK, choć trochę smutno, że idzie jak po grudzie.

piątek, 10 maja 2013

Jeśli nie chcesz mojej zguby...

...parking dawaj sąsiedzie.
A jak? A tak! Kuriozum.
Ale po kolei. Jestem w zarządzie wspólnoty bloku, w którym obecnie mieszkamy. Blok stoi na osiedlu składającym się z kilku bloków. Każdy blok/wspólnota ma swój kawałek terenu. Oprócz tego główna droga i place zabaw są współwłasnością wszystkich mieszkańców osiedla.
Na osiedlu deweloper wybudował miejsca parkingowe. Część z nich znajduje się na terenach zarządzanych przez poszczególne wspólnoty, część na terenach będących współwłasnością. Wyznaczonych miejsc parkingowych jest oczywiście dużo mniej niż jest zapotrzebowanie, więc ludzie parkują gdzie mogą: wzdłuż bloków, wzdłuż wspólnej drogi. Miło, że większość się stara, żeby zaparkować możliwie ciasno i jakoś codziennie, choć czasem z trudem, chyba wszyscy mieszkańcy osiedla mieszczą się na jego terenie.
Miejsca parkingowe nie są wydzielone geodezyjnie -- czyli nie ma możliwości wyodrębnienia oddzielnej własności -- są tylko prawem użytkowania zapisanym w akcie notarialnym. Po prostu przy kupnie, na akcie było napisane, że do lokalu przynależy  miejsce X i dodana mapka o które miejsce chodzi. Gdy kupowaliśmy mieszkanie, to nie wydawało mi się to piekielne, a teraz już tak.
Problemem, a właściwie kuriozalną sytuacją jest to, że deweloper sprzedając miejsca parkingowe, potrafił sprzedać prawo do miejsca parkingowego leżącego na terenie wspólnoty A, mieszkańcowi wspólnoty B. Czyli dla wspólnoty A jest to ktoś zupełnie z zewnątrz.
Rodzi to dziwne konsekwencje. Przypuśćmy takie sytuacje:
1. Wspólnota A postanawia przebudować/zlikwidować czy jeszcze coś innego zrobić z miejscami parkingowymi. Jako właściciel ma takie prawo. Ale na swojej nieruchomości ma narzucone (ciekawe, czy zapisane w Księdzie Wieczystej) prawo osoby trzeciej. Co może zrobić a czego nie może?
2. Wspólnota A postanawia naprawić dziury na miejscach parkingowych. Kto ponosi koszty i jak do tego zmusić osobę z zewnątrz?
3. Jedyne rozwiązanie prawne, jakie mi przyszło do głowy, to uznanie takiego parkingu jako prawa służebności - coś jak prawo służebności drogi. Ale w takiej sytuacji ten, kto ma taką służebność, może wyznaczyć opłatę za korzystanie ze swojej nieruchomości. Jak na razie nikt jeszcze na osiedlu nie wpadł na pomysł, żeby zażądać takiej opłaty. Mogę się jednak założyć, że gdy przyjdzie do naprawy nawierzchni, to ludzie się obudzą i powiedzą 'Halo, ale czemu mamy komuś z zewnątrz coś naprawiać!'.

Ale ja chciałam o trochę czymś innym...
Jako członek zarządu mojej wspólnoty dostałam wczoraj maila od firmy administrującej. W mailu przedstawiona mniej więcej taka sprawa:
jedno z naszych miejsc parkingowych jest użytkowane przez osobę nie z naszej wspólnoty; i ta osoba ma problem, ponieważ ma duże auto (typu bus), i jak parkuje tym autem, to albo nie może wjechać, bo mieszkańcy parkują wzdłuż bloku [bo brakuje oficjalnych miejsc parkingowych], albo -- jak już wjedzie -- to przeszkadza użytkownikom miejsc parkingowym sąsiadującym z jej miejscem; i ta osoba nie wie co zrobić, i żeby jej ten problem rozwiązać.
Nosz bulwa!
I co zarząd ma zrobić w takiej sytuacji? Nadmuchać to miejsce parkingowe?
A może na własnym terenie wyznaczyć specjalne miejsce, żeby ktoś zupełnie z zewnątrz, kto nawet nie płaci za utrzymanie terenu mógł zaparkować wehikuł typu bus?
Chyba jedyne co zostaje mi do napisania, to coś mniej więcej w stylu:
Bardzo mi przykro, że deweloper nie przewidział, że mieszkańcy osiedla mogą mieć samochody większe niż typowy samochód osobowy i nie dostosował odpowiednio miejsc parkingowych. Najbliższy parking publiczny, który w tej chwili przychodzi mi do głowy, a mógłby bez trudu pomieścić pojazd tych gabarytów, znajduje się przy ul. Grabiszyńskiej we Wrocławiu. Nieco bliżej znajdują się parkingi np. sklepu Biedronka, ale zarząd wspólnoty nie może odpowiadać za zgodę zarządcy terenu tego sklepu. Jednocześnie przypominam, że każdy ze współwłaścicieli może korzystać ze swoich praw na nieruchomości, jeśli nie ogranicza praw innych współwłaścicieli.

sobota, 4 maja 2013

Potop, dizaster i armageddon...

...oczywiście przesadzam.
Choć sąsiedzi mówią, że tyle wody co teraz, to jeszcze nie widzieli od kiedy mieszkają. W sumie dziwne, bo padało tylko dwa dni. Mieliśmy tu już takie kilkudniowe ulewy, więc czemu teraz jest gorzej? Fakt, że zima w tym roku była długa i, szczególnie na koniec, spadało dużo śniegu, który po kilku dniach topniał i znowu padało i topniało. Fakt, że przez to ziemia jest nasączona jak gąbka. Ale czemu w każdej koleinie, śladzie po bucie, dołku w piaskownicy itp. stoi woda? Wszędzie w koło. Tylko pod naszym blokiem, gdzie w zeszłym roku zrobiliśmy bardzo konkretne odwodnienie, jest znośnie. Dobre i to.
A w naszym wykopie mamy piękny basen. Ciekawe, jak długo pompa będzie go wyciągała, skoro ciągle woda napływa w ogromnych ilościach. Niedaleko i trochę powyżej naszej działki sąsiad ma wykopane oczko wodne, z którego woda praktycznie wylewa się. Ciekawe, kiedy u niego zejdzie. U nas pewnie będzie dużo dłużej. Cienko widzę ten poniedziałek, niemniej liczyliśmy na to, że jak w poniedziałek wezmą się za wykopy, to we wtorek będzie można lać beton. Zbrojenia już są przygotowane, więc tylko je wrzucić. jednak, jeśli pompa ciągle nie będzie nadążała wyciągać tej wody, to kicha. A w środę znowu ma padać.
Chyba będziemy musieli poważnie zastanowić się nad hydrobetonem. Odszedłby problem izolowania ław, co przy obecnych warunkach wygląda praktycznie na niewykonalne. Koszt to dodatkowo ok. 50 zł na metrze sześciennym. Przy 25 kubikach to ponad tysiąc złotych. Netto -- oczywiście. Jak na razie ciągle wiatr w oczy.

piątek, 3 maja 2013

Pada...

...a właściwie leje.
Już dwie noce i dwa dni.
Z jednej strony  mamy powód do radochy: pan Tadeusz (ten od wody) stanął na wysokości zadania i wczoraj pięknie zdjęli humus. Aż miło było popatrzeć na dziurę w ziemi, do której się przymierzaliśmy przez trzy tygodnie. Mimo deszczu dało się wszystko zrobić. No właśnie... mimo deszczu. Zrobione. Ale deszcz dalej leje. Pompa pracuje pełną parą od wczoraj. Niestety, nie nadąża -- wykop zapełnia się wodą. Pocieszające  jest, że pan Tadeusz miał mapy drenaży na naszym terenie. Przez działkę przechodzą nam dwie albo trzy nitki, zaś na granicy z działką 'poniżej' powinien być taki drenażowy kolektor zbiorczy, do którego moglibyśmy się podpiąć i nie musielibyśmy kombinować jak wodę zrzucić do rowu kilkaset metrów dalej. Jest tylko jedno małe ale... wygląda na to, że kolektor jest przerwany w jakiś sposób, i kałuża, która się zbiera w najniższej części działki, to efekt wylewania się wody właśnie z drenażu. I teraz na dwoje babka wróżyła, bo albo będzie można go odkopać, naprawić i cieszyć się pięknym odprowadzeniem wody, albo drenaż został zniszczony niżej, przy budowie któregoś z sąsiednich domków, i jeśli sąsiad się zaprze i go nie naprawi, to problem mamy nadal. Druga sprawa jest pocieszająca, że z map wynika, że kawałek dalej jest następny, do którego jest szansa się włączyć. Łu trochę nosi, bo szybko kupiłby kalosze, wziął się za szpadel i sprawdził co się dzieje, ale przez ten deszcz to się kisimy w chałupie, to jest mieszkaniu.