niedziela, 30 grudnia 2012

Kto ma pszczoły ten ma miód...

...kto ma dzieci ten ma smród.
Jak mawiał mój - świętej pamięci - Dziadek. Dość często sobie tę maksymę przypominam, ostatnio jednak życie jeszcze dobitniej pokazuje jej prawdziwość.
Dwa dni temu...
Siedzę sobie z dzieciakami w ich pokoju. Po nie chciała się ubrać i ganiała trochę na golasa, ale w pieluszce. Ja zajęłam się z Mi jego nowym prezentem, który co prawda zaabsorbował nas mocno, nie na tyle jednak, żebym nie kontrolowała, że Po siedzi spokojnie w łóżeczku i czyta książeczkę. Do łóżeczka zresztą sama się wpakowała. Skoro siedzi i czyta, to przecież nie będę jej przeszkadzała.

ciach
'- Halo! Wiesz, mama też tu jest. Widzisz to światło? Takie czarne. Widzisz? To pa.'
[Jak się okazało, Po zdążyła zadzwonić do Danutki.]
I teraz też... tup, tup... do drugiego pokoju... bo 'ja chcę zadzwonić do Andrzeja'.
[Biegnę ratować telefon.]


Kolejne ciach
[Pola robi zdjęcia - ratuję telefon.]


i jeszcze jedno...
[Mimonowi spadł tablet]


i jeszcze...
[Musiałam wyrwać Po swój telefon]


kolejny....
[i zabrać miseczkę z jabłuszkami, którą sobie wyrywali z rąk. Szklana jest. Szkoda, żeby się stłukła]


I już? Chyba mogę wrócić do kontynuowania tematu...

ciach
[telefon od Zuzy]

Po kolejnych 10 minutach...
Co to ja miałam...


Siedzi Po w łóżeczku, czyta książeczkę. Ja z Mimonem oglądamy jakąś gierkę na tablecie. Nagle... rozlega się jakiś ogromny... smród. Rzut do łóżeczka... no tak... Po zdjęła pieluchę i narąbała w łóżeczko. A co!

Dzisiaj...

ciach
[Po rąbnęła głową w podłogę]


Pół dnia piekłam ciasta na jutrzejszą rodzinną uroczystość. Generalnie zajęta, na dzieci starałam się nie zwracać uwagi. Wystarczyło, żeby Po:
1. znowu się rozebrała, weszła do łóżeczka i tam zsikała;
2. jeszcze raz się rozebrała, wlazła na kanapę i tam zsikała;
3. ganiając jeszcze nie ubrana, po zasikaniu kanapy -- gdy Łu biegał ratując kanapę i to co na niej -- kucnęła sobie na środku pokoju i... walnęła kupę jak trza. Kochane jednak to dziecko, bo na szczęście nie na dywanie.

I tak jeszcze zostając przy kupiej tematyce... ostatnio Po, po zaliczeniu nocnikowego sukcesu zajrzała do środka i skomentowała: 'O, ślimaczek!'

Ciachów powinno być oczywiście więcej, ale nie nadążałam.

Co potrafi dwulatek...

...a właściwie dwulatka. Jeśli jakieś kwestie płciowe mają na to wpływ - a wg moich obserwacji to mają - to jest to istotna różnica.
Niewątpliwie to, co się kłębi pod kopułkami dzieci to fascynujące zagadnienie. Wczoraj odkryłam, że kom

ciach
Do pokoju weszła Po umazana po łokcie i całej twarzy w czymś białym. Przyspieszenie do łazienki ujawniło, że dobrała się do kremu. Krótkie czyszczenie (i symboliczny kopczyk) i możemy wrócić do pierwotnego zajęcia.


'że kom' - nie pamiętam już co 'że kom'. Pewnie, że coś kombinuje.
W każdym razie sytuacja wyglądała tak:

U dziadków w Strzelinie...
Po siedziała sobie przy komputerze i coś dłubała. Nie wiem co, bo co taka dwulatka może dłubać.

ciach
Po dobrała się do książeczki zdrowia. Po krótkiej walce książeczkę udało mi się uratować.


Niemniej, żeby nie dłubała, bo nie wiadomo czego mogłaby się dodłubać:
- Po, chodź, idziemy do babci.
Po nie chce. Po jest zmęczona i chce się położyć.
- Gdzie się chcesz położyć? Tutaj? Chcesz poduszeczkę?
Tak. Po chce poduszeczkę i przykrycie.
Kombinuję poduszeczkę i kapę. Kładę Po i przykrywam. Wychodzę z pokoju.
W drugim wdaję się z mamą/babcią w rozmowę jednocześnie nasłuchując, co się dzieje w pokoju z Po.
Słyszę jakieś kombinowanie przy drzwiach. Chyba próbuje je zamknąć. Bez skutku.
Po chwili słyszę coś przy biurku z komputerem. Pewnie wdrapała się na krzesło.
Po kolejnej chwili coś spada.
Rada nierada idę do pokoju z Po głośno złorzecząc po drodze.
Uchylam przymknięte drzwi. W pierwszym momencie widzę komputer, krzesło, pod krzesłem jeszcze kręci się wokół własnej osi myszka leżąca na 'grzbiecie'. 'Aha - ofiara przestępstwa znaleziona. Ale gdzie jest Po?'
Otwieram drzwi dalej. Na wersalce leży Po, odwrócona twarzą do ściany. Przykryta kocykiem po samą szyję.
I to było zadziwiające, że sprawca uciekł z miejsca przestępstwa zacierając ślady. Ile czasu zajęło mi przejście z jednego pokoju do drugiego? Chwilkę. Skąd potrzeba, żeby udawać, że to nie ona? Nie mam pojęcia!
Ale jest i ciąg dalszy anegdotki.
Podeszłam do Po, pogłaskałam po głowie. Co prawda oczka miała uchylone, ale nie odwróciła się, ani w żaden inny sposób nie zasygnalizowała, że zauważa moją obecność. Wyszłam więc, śmiejąc się głośno.
Po chwili, w trakcie opowiadania całego zdarzenia widzę, że Po z minką w ciup zagląda do dużego pokoju. Zagaduję więc:
- A któż to taki ładny?
- Ja.
- A któż to taki sprytny?
- Ja.
- A kto jest taki łobuz?
- Miłoszek.

Kilku kumpli weź i patyk albo dwa...

...powstanie dom w którym mieszkać się da...

Piosenka już dawno temu wlazła mi do głowy i nie chciała wyjść. Ostatnio nabyliśmy Po płytę o Prosiaczku i przyjaciołach, gdzie można ją usłyszeć. I znowu w głowie mam aAaaA.

A tu do posłuchania:


Święta minęły przyjemnie, ale nie mam czasu się rozpisywać.

piątek, 14 grudnia 2012

Droga staje się faktem...

...i na stronach rady gminnej Kątów Wrocławskich można już naleźć uchwałę dotyczącą ulicy Maciejkowej. :)

niedziela, 9 grudnia 2012

Więc dlaczego przed strachem - zapalamy lampy?


...
Zima dzieli istnienia na czarne i białe,
Zimą ciało ogrzejesz tylko innym ciałem,
Paleniska buzują, ciemnieją kominy,
Gęsim puchem piernaty wabią i pierzyny.
Trzej Królowie przybędą Panu bić pokłony,
Złożą dary bogate na wiechciu ze słomy.
Już lat dwa tysiące powraca to święto,
Więc skąd nad stołami milczące memento?

- Bo za oknem śnieżyca, chichoty i wycie,
Przed którymi na próżno chowamy się w życie.
Ten niepokój dopadnie nas zawsze i wszędzie -
Pamiętamy, co było...
Więc wiemy, co będzie.

Siedząc dzisiaj pod kocem, pod nową lampką i czytając z 'kundelka' Pułapki myślenia Daniela Kahnemana zaczęły mi powyższe słowa Kaczmarskiego po głowie chodzić. I nastrój zimowo-świąteczny, i zbliżający się - rzekomo - koniec świata, jakoś tak musiał wyciągnąć drogą skojarzeń powyższy tekst.

Pułapki niewątpliwie zasługują na osobny post, niemniej teraz tylko przedstawię mój nowy kącik czytelniczy. Jest super. Jeśli na dworze jest jasno, to pod dachowym oknem jest dobre światło do czytania. Jeśli nie - to nowa lampka akurat świeci gdzie trzeba. Wygodna kanapa, kocyk i dobra książka. Banał, ale z tych, do których ciągle dążymy. :D


Dlaczego lubię Ikeę

Byliśmy dzisiaj w Ikei. Pewnie większość Polaków, przynajmniej tych mieszkających w okolicy większych miast, zagląda tam od czasu do czasu. O sklepie można pewnie wiele powiedzieć, zarówno na plus, jak i na minus. Niemniej ja mam raczej pozytywne odczucia. Powodów jest co najmniej kilka.
1. Relacja jakości do ceny. Można oczywiście powiedzieć, że jest to typowy market, o cenach i jakości marketowej. Stety/niestety ile procent Polaków stać na niemarkety? Robiłam kiedyś porównanie między Ikea a firmą produkującą meble na wymiar wykonania kuchni. Porównywałam meble o podobnym wyglądzie i standardzie. Relacja cen wyszła mniej więcej 1:3.
2. Jeszcze o jakości. Zapewne można znaleźć w Ikei produkty dobre i kiepskie. Nie spotkałam się jednak z produktem nie spełniających wymagań przeznaczenia. Być może dlatego, że od plastikowej rzeczy, wyglądającej jak jednorazówka i w cenie jednorazówki nie oczekiwałam trwałości na lata. Tu od razu dodam, że nie kupuję takich rzeczy, które wyglądają na jednorazówki - jakoś się to kłóci z moją potrzebą poczucia solidności i trwałości rzeczy. Chociaż nie, jedną z rzeczy, którą kupiliśmy 'tymczasowo' był worek na pranie, na metalowym stelażu. W planach mieliśmy zakup wiklinowego kosza, którego jednak do tej pory (10 lat ;) ) nie nabyliśmy. Tymczasówka wytrzymała jednak kilka lat i po jej połamaniu... kupiliśmy drugą taką samą. Wiklinowy kosz ciągle w planach.
3. Jakość obsługi. Praktycznie niewiele mieliśmy kontaktów z personelem I. Nigdy nie zdarzyło nam się załatwiać formalności reklamacyjnych - być może to nasze 'zezowate' szczęście. Niemniej chciałabym tu przytoczyć jedną sytuację. Dla naszego syna kupiliśmy w Ikea łóżeczko. Najtańsze i najprostsze w asortymencie. 10 lat temu kosztowało ok. 80-90 zł. Gdy już przestało być potrzebne pożyczyliśmy je jednym, później drugim znajomym. W komplecie wróciło do nas, jednak gdy było potrzebne dla Po - nie mogliśmy znaleźć śrub. Niewiele myśląc, mimo iż 8 lat już minęło od czasu kupienia, poszłam do sklepu z pytaniem, czy nie mogłabym takich śrub kupić. Nie było, ale pan poprosił mnie o adres. Po dwóch tygodniach przyszła do nas przesyłka prosto ze Szwecji ze śrubami. Za darmo. Tzn. dla nas za darmo, bo koszty przesyłki były wyższe niż koszt zakupu nowego łóżeczka!
4. Dostępność elementów. Praktycznie opisałam we wcześniejszym punkcie, ale dodam inny przykład. Z dwóch kompletów sztućców wyparowały nam 3 łyżeczki. Co można było zrobić? Kupiliśmy same łyżeczki z towarów przecenionych (zdekompletowanych). Od kilku lat dokupujemy po kilka sztuk brakujące elementy zastawy.
5. Dopasowanie asortymentu. A... jakoś tak nam pasują poszczególne elementy do siebie. Da się dobrać w różnych zestawach bardzo szerokie grupy: kuchnia + jadalnia + pokój. My mamy praktycznie jedną przestrzeń w mieszkaniu, z zamkniętą łazienką i zamykanym (choć rzadko) pokojem dla dzieci. Jak myślę nic się między sobą nie gryzie. Gdybyśmy chcieli dobrać elementy różnych producentów, nie byłoby tak łatwo. Pewnie fajnie, gdy w mieszkaniu latami są dobierane elementy, ale pierwsze co, to trzeba w nim zamieszkać i żyć na co dzień. Czyż nie?
6. Prostota - styl skandynawski. Może nie wszystkim, ale nam pasuje. De gustibus non disputandum est.
7. Wszystko w jednym miejscu. A tak, to ważne, choć może - niestety. Na chodzenie po sklepach nie mam po prostu czasu.
8. Propozycje aranżacji. Nie każdy kończył architekturę wnętrz. Nie każdy ma pojęcie o ergonomii czy wyobraźnię przestrzenną.
9. Skupienie na szczegółach. Podoba mi się, że elementy są zunifikowane. Pudełka pasują do miejsca w szafkach, kubeczki mają wycięcia w dnie, żeby woda spływała itp.
10. Rodzinne zakupy. Coś, co powoduje, że - odwrotnie niż w innych sklepach - po kolejnej wizycie nie mówię sobie 'nigdy więcej'. Czasem wybieramy się tam całą naszą czteroosobową bandą i przejście przez wszystkie sklepowe atrakcje nie jest proste. Jest jednak tak zorganizowane, że udaje się wyjść bez piany na pysku, z zakupionymi wszystkimi przedmiotami, które zaplanowaliśmy. Często z czymś jeszcze i to coś jeszcze praktycznie jest przyczyną dzisiejszego posta...
;)
...Praktycznie wychodząc natknęliśmy się na kubeczki z nasionkami. W zestawie są trzy kubeczki, sprasowana bryłka kokosowego podłoża i nasionka. Tutaj link do produktu Ikea. Kupiłam. A co! Z Mimonem posialiśmy mały ogródek. Jak nie ususzymy, no i jak wyrośnie, to w lutym będziemy ziółka na chlebek kłaść.

Teraz doniczki wyglądają tak:



czwartek, 6 grudnia 2012

Domek z piernika...

Tak na koniec wczorajszych piernikowych szaleństw ulepiłam sobie domek. To tak w zastępstwie tego prawdziwego. :)
Mój domek z piernika wygląda tak:



środa, 5 grudnia 2012

...idą święta...

A dzisiaj pierniczki:


A tu ich twórcy:


wtorek, 4 grudnia 2012

Idą święta...

...idą święta!
Korzystając z ostatnich chorobowych dni w domu i tego, że mam tylko dzieciaki na karku, zabraliśmy się za prezenty dla dziadków. Jakiś czas temu udało mi się kupić kanwę na drewnianych ramkach pod obrazy. Na tej bazie dzieciaki poszalały.
Produkcje Mi:

Brakuje jeszcze aniołka, ale będzie skończony w późniejszym terminie.
A tu łapki Po:

niedziela, 2 grudnia 2012

Nadzieja umiera ostatnia ;)

No i skończyły się nasze plany o sprzedaży mieszkania w tym roku. Klienci (bardzo mili zresztą) odpisali, że jednak nie kupią naszego mieszkania. Patrząc na to, że grudzień się zaczął to nie ma praktycznie szansy na załatwienie wszystkiego w tym roku. Czas skończyć się łudzić i brać za plan B (a może to już C?).
Patrząc na jakby nie było nieco niepewny czas, a może i nasze nieryzykanckie podejście do życia ;), to nie zdecydujemy się na jakieś kroki, które mogłyby nas zaprowadzić na krawędź. Bo i po co? Sama budowa to już będzie niezła 'jazda bez trzymanki'. Wystarczy.

I co dalej?

Fundamenty w 2013. A później się zobaczy.

środa, 28 listopada 2012

Właśnie siostra mi uświadomiła...

...że nikt tu nie wie, jaki dom budujemy.
Tak szybciutko więc:

Projekt z pracowni Lipińskich Berlin III.

A poza tym byli dziś klienci do mieszkania. Trzymajcie kciuki.

wtorek, 27 listopada 2012

Chcesz być szczęśliwy...

...jeden wieczór - upij się,
chcesz być szczęśliwy rok - ożeń się,
chcesz być szczęśliwy całe życie - załóż ogród.

Jak mówi stare japońskie przysłowie.

Przyszło mi do głowy, gdy zabrałam się za ratowanie kwiatków. Jeden zaniedbany przeze mnie - miałam nadzieję, że postoi na antresoli, gdzie mimo okna brakuje światła; drugi przez moją Drugą Połowę w pracy - no cóż, palmy też od czasu do czasu potrzebują podlewania.
Jakąś głupią cechę mam, że ratowane rośliny rosną u mnie bujnie. A śliczne i piękne - muszę najpierw zmarnować. Przykłady mogłabym mnożyć, zaczynając od zdechłej palmy daktylowej kupionej w biedronce za bodajże 3 zł (początkowo miała jeden zdechły i złamany liść, a wyrosła już na ponad 2 metry), po papirusa i bluszcz przechodzące obecnie kwarantannę u mnie w pracy, bo w domu ciągle coś na nich lądowało.
Po raz kolejny stwierdzam, że grzebanie w ziemi jest przyjemne. Przycinanie gałązek, gdy już wiem, że efekt będzie za jakiś czas, ale na pewno dobry - daje jakieś takie wewnętrzne poczucie więzi z rośliną, z ziemią (z Ziemią?). Świat w doniczce jednak wydaje się taki mały.

A może japońskiej cierpliwości i uwagi mi brak?

niedziela, 25 listopada 2012

Długi list...

...do współwłaścicielki. Właściwie, to nie miałam go umieszczać, ale dość dokładnie przedstawia dotychczasowe perypetie związane z nazwą drogi. Adresatka nie wyraziła zgody na zaproponowaną przez nas Maciejkową. Niemniej, może naiwnie, wierzę, że będziemy w stanie jeszcze coś z tą sąsiadką wspólnie zdziałać. Na przykład przekazać drogę gminie. Czy będzie jeszcze jakaś szansa?

Dzień Dobry Pani R.,
po pierwsze dziękuję za odpowiedź. Mam nadzieję, że dzięki temu będę miała możliwość przybliżyć Pani sprawę, co - telefonicznie - byłoby trudne.
Jak myślę rozumiem Pani obiekcje co do trybu załatwienia sprawy. Sama również należę do osób, które wymagają jasnych i pełnych informacji, konsultacji ze wszystkimi zainteresowanymi. Mam nadzieję jednak, że to co niżej napiszę przynajmniej w jakiś sposób przybliży Pani taki a nie inny sposób zakończenia tematu nazwy drogi.

Ponad 2 lata temu kontaktowałam się ze wszystkimi ze współwłaścicieli działek drogowych prosząc o zgody niezbędne do uzyskania pozwolenia na budowę. Przy okazji każdemu starałam się zasygnalizować jakie są (bądź będą) problemy do wspólnego rozpatrzenia i prosiłam o podanie danych kontaktowych.
Niedługo po tym napisałam do wszystkich współwłaścicieli, których maile posiadałam (Pani maila nie miałam), z prośbą o przedstawienie propozycji własnej nazwy. Odpowiedzi trochę mnie zaskoczyły, bo albo nie dostałam żadnej, albo po kilka, kilkanaście propozycji. Jakiś czas po tym został zniszczony dysk mojego komputera (wypadek losowy), w efekcie którego przepadły zebrane informacje.
Oczywiście mogłam ponownie wysłać maile, zadzwonić do współwłaścicieli, których maili nie miałam. Niemniej jednak - musi to Pani również uwzględnić - współwłaścicieli jest obecnie około dwudziestu i każdy z nich ma inne podejście do sprawy, również typu 'wszystko mi jedno', 'co pani wybierze, to będzie dobrze', 'proszę nie zawracać mi głowy'. Ja również jestem człowiekiem zapracowanym i bieganie za każdym z pytaniem czy taka czy inna nazwa wykracza poza zakres moich czasowych możliwości. Dlatego, gdy zgłosiła się do mnie jedna ze współwłaścicielek, że załatwi sprawę, bo będzie w stosunkowo niedługim czasie potrzebowała możliwości nadania numeru adresowego - przekazałam jej sprawę, z nazwą do jej decyzji. Okazało się jednak, że nie jest to takie proste, oprócz współwłaścicieli nazwę opiniuje rada sołecka. Sprawa znowu trafiła do mnie, ponieważ mieszkam na miejscu i mam (po sąsiedzku) kontakt z sołtysem, któremu przekazałam sprawę (w lipcu tego roku), z nazwą Maciejkowa, bo taką aprobowali współwłaściciele, z którymi miałam bezpośredni kontakt. Sołtys stwierdził początkowo, że zajmie się całą sprawą i nic już z mojej strony nie będzie potrzebne. Po jakimś czasie okazało się, że jednak jest potrzebna decyzja współwłaścicieli - przekazałam sołtysowi zgody dotyczące celów budowlanych (gdzieś na początku września). Przez dłuższy czas nie spotykałam sołtysa, a że Rada Gminy ma sesje raz w miesiącu, dopiero po ogłoszeniu uchwał mogłam się zorientować, że w sprawie nic się nie drgnęło. Mimo kilkukrotnych prób telefonicznych, nie udało mi się skontaktować z sołtysem. W niedzielę, 4 listopada spotkałam sołtysa i usłyszałam, że sprawa jest przekazana. 5 listopada pojawiły się w internecie uchwały Rady Gminy, wśród których znowu nie było uchwały dotyczącej naszej drogi. 7 listopada zadzwoniłam do wydziału geodezji, gdzie dowiedziałam się, że upoważnienia do nich trafiły dopiero 5 listopada i na ich podstawie nie będzie możliwe nadanie nazwy drodze. Niemniej, że wystarczy, że skonsultuję się ze współwłaścicielami, i mailowo wyślę informację, że współwłaściciele wyrażają zgodę. Zgodnie z tym skontaktowałam się ze współwłaścicielami, do których miałam kontakt telefoniczny i informacje o wynikach przekazałam mailowo do wydziału geodezji i wszystkich współwłaścicieli, których maile posiadałam.

To wszystko. Mam nadzieję, że nie znudziłam Pani tym długim opisem. Mam nadzieję również, że zrozumie Pani, że sprawa, którą zawracam Pani głowę przez ostatni tydzień, dla mnie ciągnie się już ponad dwa lata i chciałabym ją już po prostu zamknąć. Czy nazwa taka czy inna - jest mi obojętne. Wybraliśmy starając się dopasować do nazw okolicznych i gustów innych. W Pani przypadku nie udało się. Mam jednak nadzieję, że nie zamknie to możliwości współpracy w innych problemach dotyczących naszej drogi.

Pozdrawiam serdecznie,
JDM

PS.
W Ustawie o drogach publicznych w zakresie nadania nazwy znalazłam tylko zapis, że nazwę drodze nadaje rada gminy (czyli wcale nie musi uwzględniać preferencji właścicieli) na wniosek właścicieli (art. 8. pkt. 1a.). Ponieważ nie określono, że muszą to być wszyscy właściciele dlatego podejrzewam, że interpretuje się, że nie ma takiego obowiązku.

JDM


A... i dodam jeszcze, że minęło już ponad 2 tygodnie a odpowiedzi nie dostałam. Pewnie już nie dostanę.

Telefon...

...właśnie miałam. Od potencjalnej klientki. Czyżby moja hipoteza, że pod koniec roku coś się ruszy była słuszna?
Jest tylko jeden mały problem: czy zdążymy sprzedać do końca roku? Cały problem w tym, że jeśli udałoby się nieco karkołomne przedsięwzięcie sprzedaży mieszkania i wzięcia kredytu w tym roku, to ja widzę szansę na budowę. Jeśli nie, to na moje oko brakuje nam kilkudziesięciu tysięcy.

środa, 21 listopada 2012

Dereniowa Maciejówka...

...i maciejowa dereniówka.
Kiedyś się śmiałam, że domek nazwiemy właśnie Dereniowa Maciejówka (to od naszych nazwisk) i będziemy w niej wyrabiać 'maciejową dereniówkę'. Dereniówkę już antenat produkuje. Kwestia podtrzymywania tradycji rodzinnych, których jednak na razie nie pielęgnuję. Na szczęście robi to Daisy mobilizując tatę, własną produkcją i propagacją przepisów na różne cuda. Ostatnio zbierałam zachwyty lekarki, której powiedziałam, że piję home made sok z kwiatów czarnego bzu. Skorka, podaj przepis, pliz...

wtorek, 20 listopada 2012

Gaz, gaz, gaz na ulicach...

A konkretniej gaz na ulicy Maciejkowej.

A na marginesie... pisałam już, że dostałam oficjalne pismo o przesłaniu uchwały z tą nazwą do Rady Gminy? Czyli za parę dni uchwała powinna zostać klepnięta, co będzie dopiero początkiem urzędowej drogi do zatwierdzenia nazwy, bo następnie trafi do wojewody, który ma ją zgłosić do jakiegoś urzędowego monitora; po 14 dniach od pojawienia się w monitorze dopiero nazwa będzie już legalna i od tego momentu będzie można złożyć wniosek o nadanie numerów adresowych. Najprawdopodobniej nasza chałupka będzie miała numer 7. :) Maciejkowa 7. Ładnie, nie?

Wracając do gazu... jestem po wstępnych rozmowach w gazowni, z których wynikło, że najlepiej będzie się spotkać w składzie gazownia i przedstawiciele trzech działek, do których będzie ciągnięty gaz. I takie spotkanie będę organizowała na za tydzień, w piątek. Najbardziej prawdopodobny jest scenariusz, że będziemy wspólnie robić przyłącze. Na co możemy liczyć od strony gazowni? Nie mam pojęcia. Najchętniej to im przekazalibyśmy całe przedsięwzięcie minimalizując nasz udział do podpisania umowy i zapłacenia ryczałtowej opłaty, coś ok. 1000-2000 zł. Niestety, mamy jedną hardą sąsiadkę, która nie chce wyrażać zgód. Kicha, ale jakoś damy radę.

Jeszcze krótko o sołtysie... sprawa czy go obsmarowywać czy nie - sama się rozwiązała. Złożył rezygnację. Jak do mnie dociera, to w różnych innych sytuacjach też pozaliczał wtopy. W styczniu czekają nas wybory.

Sprzedam mieszkanie. Ktoś kupi?

Jak w tytule. Mieszkanie wystawiliśmy w sierpniu. Mamy listopad i nic. Byli jedni kupujący do oglądania, ale słuch po nich przepadł. Wczoraj napisał ktoś po angielsku. Zdziwiłam się cokolwiek 'czyżby jakiś obcokrajowiec był zainteresowany mieszkaniem w naszej okolicy?'. Oczywiście dr Gógiel wszystko ci powie. Podany mail (jansy500@yahoo.com) przedstawiany jest jako mail jakiegoś oszusta. Chyba nie warto w ogóle odpowiadać.

W naszym planie sprzedaży założyliśmy, że z początkiem listopada zostaną nieco poluzowane cugle kredytowe i zwiększy się ruch na rynku nieruchomości. Listopad mija a tu rząd nic nie robi w tym temacie - rekomendacje T i S trzymają się mocno uniemożliwiając wzięcie kredytów praktycznie większości zainteresowanym. Choć da się zauważyć, że w sierpniu ruch był żaden - na jednym z portali przez tydzień ogłoszenie ODWIEDZIŁO 0 (słownie: ZERO) oglądających. Teraz jest trochę lepiej, jednak bez rewelacji. Zakładam, że gdyby ktokolwiek szukał, to przynajmniej zajrzałby w ogłoszenie.
Patrząc na wcześniejsze tempo wymieniania się sąsiadów i ceny pojawiające się w ogłoszeniach, to zainteresowanie naszym osiedlem było spore. Teraz, od paru miesięcy, ogłoszenia ciągle wiszą te same, zarówno w sieci jak i na oknach czy balkonach. Chyba trochę przespaliśmy czas sprzedaży. Szkoda. Co jednak robić dalej? Jeśli obniżymy cenę, to nie będzie nas stać na budowę. Jak chyba pisałam wcześniej, to zakładając, że zaczynamy od sprzedaży mieszkania, musimy w możliwie szybkim czasie wprowadzić się do chałupki. A tu na razie nawet łopata nie została wbita. Oj, długa ta droga do domu, długa...

Ostatnio odwiedziliśmy znajomych, którzy zaczęli budować się tuż po studiach. Oboje mają (mieli?) ogromne parcie na dom - dziewczyna jest architektem, a 'druga połowa' z 'domowymi' tradycjami. Oboje zasuwają równo przy budowie. Sami zrobili mnóstwo rzeczy: ocieplenia od środka i z zewnątrz, ogrodzenie z granitu (szacun; piękne), zaprojektowali dom. Z rodziną wybudowali wiatę i garaż, kładą podłogi, kominki, robią meble... Mimo ogromu pracy, co pewnie daje wymierne oszczędności przy budowie, to ciągle końca nie widać. Czy nas też to czeka? Trochę się tego boję. Przy dwójce dzieci i pracach na etatach trudno wygrzebać czas i siłę na zmagania z materią. Tym bardziej, że codzienna jazda w ostatnim czasie po raz drugi skończyła się zapaleniem płuc (bo to wyszło na prześwietleniu, a nie, jak wczoraj napisałam oskrzeli). No nic. Dość smęcenia. Chętnie bym zabrała się do jakiejś roboty, a tu leżeć trza. Może to i dobrze, ale w środku podskakuje mi wszystko. ;)

poniedziałek, 19 listopada 2012

Od choroby do choroby...

...zaglądam tutaj - jak widać ostatnio byłam chora. Niestety, znowu jakieś zapalenie oskrzeli się przyplątało. Aby w domu bezproduktywnie nie siedzieć zaraz zabieram się za załatwianie spraw z gazem. To kolejna sprawa, która ostatnio wypłynęła.
Jedno, że jeśli w przyszłym roku mielibyśmy się wprowadzać - choć małe jest to prawdopodobieństwo, to jednak nie można wykluczyć - to głupio byłoby, gdybyśmy wszystko mieli gotowe, tylko ogrzewania nie.
Drugie, że sąsiadka ma ogromny problem ze zgodą od jednej ze współwłaścicielek na budowę przyłącza. Budowa jest możliwa, ale już nie przez ZG tylko samodzielnie, co horrendalnie podnosi koszty.

Dlatego...
Po drugie primo sama muszę się dowiedzieć co zrobić, żeby jak najszybciej wybudować przyłącze do nas. Czy wystarczą upoważnienia, które mam.
Po drugie secundo: jeśli jednak będziemy zmuszeni budować przyłącze nie przez ZG, to z sąsiadami powinno być raźniej. Tym bardziej, że wyglądają na takich, z którymi bez problemu da się dogadać. I tego się trzymajmy.

czwartek, 8 listopada 2012

Drugi front

W trakcie wczorajszych perypetii z nazwą drogi wypłynął na wierzch (stary) temat przekazania wspólnej drogi gminie. Droga jest długa, obecnie ma około 20 współwłaścicieli, a główna właścicielka ma jeszcze ze 20 działek do sprzedania, więc ilość może w pewnym momencie urosnąć nie do przeskoczenia. O ile już nie osiągnęliśmy tego etapu. :(
Generalnie większość się zgadza i widzi korzyści wynikające z przekazania drogi gminie, ale...
- od kogoś usłyszałam, że on owszem, chętnie, ale... nie za darmo;
- ktoś inny niezdecydowany;
- ktoś jest za granicą;
- jeszcze ktoś zmarł i nie wiadomo czy rozwiązane są sprawy spadkowe - to może być największy problem.

Niemniej, ponieważ jest osoba szczególnie mocno mająca interes w przekazaniu tej drogi, ruszamy sprawę. Jak się wszyscy zadeklarują, to może coś z tego będzie.

Patrząc na to, co się dzieje na drogach przekazywanych gminie, to warto: jezdnia, chodnik, krawężniki, oświetlenie - niewątpliwie zwiększą wartość działek (to dla tych, co chcą sprzedać) lub komfort mieszkania (tych, co chcą zamieszkać).

środa, 7 listopada 2012

wieści z frontu cd...

Poprzedni post zakończył się ciachem, bo stwierdziłam, że zadzwonię do Gminy z pytaniem, co się dzieje w sprawie drogi. Jak pomyślałam tak zrobiłam. W efekcie włos mi się na głowie zjeżył. Jak chyba napisałam, sprawę przekazałam sołtysowi w lipcu. Na przełomie lipca i sierpnia dostałam SMSa, że wszystko załatwione. Po powrocie z wakacji okazało się, że jednak nie, że potrzebne są upoważnienia współwłaścicieli, więc ponad dwa miesiące temu zaniosłam je sołtysowi z prośbą, żeby mi nie pogubił, bo dla mnie ważne są. Minął wrzesień, sprawdziłam uchwały Rady MiG - o nadaniu nazwy naszej drodze nic. Trochę sprawę olałam, bo powinnam od razu zgłosić się do sołtysa, ale liczyłam, że go spotkam gdzieś w przelocie to zapytam co się dzieje - sąsiad przecie. Faktycznie, spotkałam go w sklepie, ale zanim zdążyłam zapłacić - już go nie było. Parę dni temu minął październik, więc znowu patrzę co słychać w uchwałach. Nic. W niedzielę napatoczyliśmy się na siebie z sołtysem:
-'wszystko w porządku; sprawa w toku; trochę się przeciągnie'.
- OK, ale czy mogę odebrać upoważnienia.
- 'Ja właśnie wyjeżdżam, ale podejdź wieczorem do żony, to poda.'
- OK.
Po spacerze podeszłam. Dzwonię. Nikt nie otwiera.

Dzisiaj środa. Zgodnie z tym co napisałam wyżej dzwonię do wydziału geodezji i... bomba wybucha. Sołtys był, ale dopiero w poniedziałek (czyli dwa miesiące nie kiwnął palcem). A upoważnienia się nie nadają i trzeba inne. Ręce mi opadły. Jednak jest światełko w tunelu. Jeśli obdzwonię współwłaścicieli i uzyskam od nich zgodę 'na gębę' a potem wyślę do geodezji maila z informacją, którzy współwłaściciele się zgodzili, to się da. Więc dawaj, wydzwaniałam całe rano. Jakąś godzinę temu wysłałam maila z informacją kto jest za nazwą ulicy 'Maciejkowa'. Da się? Da.

Na koniec rodzi się pytanie: co zrobić z sołtysem. Obsmarować na osiedlowym forum?

Wieści z frontu...

...choć to chyba piąta lub szósta linia okopów, bo nic się nie dzieje. W każdym razie nic przełomowego, ale że siedzimy z Po w domu, to jest chwila na podsumowania.

Nazwa drogi.
Sąsiadka prosiła mnie chyba jeszcze w czerwcu o możliwie szybkie załatwienie nazwy drogi, bo gdy będą się chcieli wprowadzać (w okolicach jesieni) to musieliby już mieć nr adresowy. Ponieważ wymagana jest zgoda wszystkich współwłaścicieli na taką operację, sąsiadka takiej nie ma a ja i owszem, toteż poszłam załatwiać. Czemu nie. Za fatygę uzurpowaliśmy sobie prawo do nadania nazwy: Maciejkowa. Akurat pasująca do okolicznych Wrzosowych, Żurawinowych, Chabrowych...
Zebrałam papiery: wniosek, upoważnienia i do urzędu. Stamtąd odesłali mnie do Rady Sołeckiej do zaopiniowania nazwy drogi. Zaniosłam więc papiery sołtysowi, który obiecał zająć się sprawą. Upoważnień -- jak stwierdził -- nie potrzebuje. OK. Na przełomie lipca i sierpnia dostałam SMSa, że sprawa poszła do uchwalenia przez Radę Gminy. I co? I nic. Po jakimś czasie okazało się, że jednak upoważnienia są potrzebne. Teraz mamy początek lipca, posprawdzałam uchwały rady gminnej z ostatnich miesięcy. Są uchwały dotyczące dróg, ale naszej - NIE.
[ciach]

środa, 15 sierpnia 2012

Cha... cha... cha...

...ha!
Tego bym nie przewidziała, a gdyby ktoś mi powiedział, to bym się popukała. Ale po kolei.

Zrobiliśmy dzisiaj piękny spacer rowerowy parkiem krajobrazowym doliny Bystrzycy. Jakby ktoś pytał, to polecam. Wracając wstąpiliśmy na działkę. Trzy sprawy:

1. Wydawało mi się, że za głęboko weszli przyłączem wody w działkę. Że powinno wyjść w narożniku domu, a wyjdzie prawie na środku. Kawałek taśmy pakowej + szczątki taśmy mierniczej - wszystko dało się sprawdzić. Małe zaskoczenie - wszystko wygląda OK.

2. Może już o tym wcześniej pisałam? Tak na oko odległość ściany sąsiada od naszej działki to 3 m. Tyle powinna wynosić odległość ściany bez okien i - jeśli dobrze pamiętam - to na projekcie również nie było żadnych okien. Korzystając z tego samego ustrojstwa zmierzyliśmy odległość domu sąsiada od granicy, wyszło ok. 3,5 m. I tu mały zonk, bo okna są. Jedno w garażu, drugie w pokoju na poddaszu. Hmm, i co teraz? Kłócić się z sąsiadem? Zablokować odbiór? O pół metra? Niby nic, ale akurat z tej strony będziemy mieć taras i bardzo na rękę było dla mnie, że okien nie będzie. Głównie to mi chyba przykro, bo z sąsiadami raczej dogadywaliśmy się bez problemu. Więc czemu nie zapytali chociaż?

3. No i punkt kulminacyjny zwiedzania włości. W planie było pozbieranie pomidorków, które akurat się zaczęły czerwienić. Idziemy na grządkę, której zza chaszczorów zazwyczaj nie widać. Podchodzimy, patrzymy, a tu... grządki nie ma! Cały teren jest pięknie zryty przez dziki. Dokładnie to, co przekopałam i jakieś drobne kawałki w miejscach, gdzie usunęłam wysokie chaszcze i dało się choćby kocyk dla Po położyć.
Jak one znalazły ten mój mały spłachetek? A może to nie dziki? Choć myślę, że ludzie by jednak jakieś inne ślady zostawili. Żeby było śmieszniej, to obryte było wszystko, co było przeze mnie w tym roku ruszone. Z wyjątkiem fragmentu z pomidorami! Wytłumaczy mi ktoś, czemu dziki nie rzuciły się na pomidory?
Łu tylko stwierdził: "Wiedziałem, że tak będzie!". A ja w sumie się cieszę, że moje założenia, żeby grosza w to nie wkładać, były słuszne. ;) Kawałek miałam przekopany, to mam jeszcze raz. Na wiosnę będzie łatwiej to ruszyć. ;)

niedziela, 12 sierpnia 2012

Podsumowanie budowy przyłącza wody

Wypowiedziałam się na jakimś forum, odpowiadając na pytanie: co dalej, po uzyskaniu warunków przyłączenia wody. Może warto takie zestawienie dodać i tutaj?

Kolejność po uzyskaniu warunków:
1. Projekt + uzgodnienia - tym powinien zająć się projektant.
3. Zgłoszenie.
4. Ustalenie wszystkiego z firmą wykonawczą.
5. Zgłoszenie rozpoczęcia robót.
6. Wykonanie przyłącza + pomiar geodezyjny.
7. Przyłączenie do wodociągu (u mnie wykonała to od razu firma, ale wydaje mi się, że jest to w gestii zgk). Na tym etapie bodajże powstaje protokół 'cząstkowy'.
8. Dokończenie formalności (opłaty + zgłoszenie wykonania robót do zgk).
9. Podpisanie umowy od odbiór wody.
10. Założenie wodomierza.
11. Wykonanie map przez geodetę (+ zgłosznia gedezyjne do odpowiedniego urzędu?).
12. Protokół jakiśtam (powykonawczy?).

Oczywiście, część prac może przebiegać równolegle. Punktami 5, 6, 7,11 zajmowała się u mnie firma wykonawcza, wykorzystując własne ścieżki, więc opis jest przybliżony, ale mniej więcej tak wygląda to u mnie.

Pod chmury i...

...spadek na ziemię.
Na szczęście nieboleśnie. Jakoś tak beznamiętnie do tego podeszłam, choć pewnie szacowny Małż powiedziałby coś innego. ;)
Tydzień temu, w niedzielę, wystawiliśmy mieszkanie. Wszystko naszykowane, czekać tylko na oferty.
W poniedziałek jakoś Łu zrobił zestawienie ofert z naszej miejscowości i stwierdził, że jakoś tak średnia i mediana cen za metr wychodzą coś ok. 5600 zł. Trzy tygodnie temu, gdy to analizowaliśmy, to ceny metra mieszkań podobnych do naszego wynosiły blisko 1000 zł więcej!!! Patrząc na fakt, że przez tydzień, jeśli chodzi o potencjalnych klientów, cisza, to zweryfikowaliśmy nasze (moje?) oczekiwania o ponad 40k. I siup.
Zweryfikowałam też swoje podejście do firm oferujących super-promocję - rozgłoszenie oferty na tysiącu i jeden portalach. Przerażona wizją wklepywania ogłoszeń do kolejnych portali, płacenia tu 4,45 a tam 8,16 zł za prezentację tygodniową/dwutygodniową/dziesięciodniową/miesięczną (itd.), pilnowanie czy już trzeba odnowić, czy nie - zgłosiłam się do pierwszej lepszej firmy, i za jedyne 79 zł wystawiłam. Koniec. Kropka. Na miesiąc mam spokój (chyba) z tematem wystawiania. Czy to wystarczy? Hmm... Patrząc na to, co się dzieje na rynku mieszkań i kredytów - może być problem.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Sprzedajemy mieszkanie

No i zaczęło się (ciekawe ile jeszcze razy to stwierdzę). Tym razem sprzedaż mieszkania.
Przed urlopem przygotowaliśmy zdjęcia. Wczoraj treść ogłoszenia, założenie maila i numeru telefonu. Wieczorem wszystko zamieszczone na kilku portalach. Dziś, od rana, czekam. Telefonów miałam dwa. Maili pięć. Wszystko od... firm zapraszających od współpracy, z obietnicami na ilu to portalach mogą umieścić nasze ogłoszenie. Jak myślicie ilu? Zaczęło się od 42. Największa liczba portali to grubo ponad sto! I co mi po ogłoszeniu w jakichś lokalnych portalach np. pod Rzeszowem? I oczywiście nic za darmo. Dziękuję. Niemniej jednak na coś się te maile przydały. Mam piękną listę portali, gdzie mogę jeszcze umieścić ogłoszenie.

czwartek, 26 lipca 2012

Budowlańcy w natarciu cd.

I kto by uwierzył, po przedwczorajszym poście, że dzisiaj mogę podlewać kwiatki na działce z własnego przyłącza? Jest ktoś taki?
A to prawda. Choć nie sprawdziłam, więc się nie zarzekam.
Niemniej... wczoraj cały dzień nas nie było. Wyjechaliśmy na jeden dzień na zagramaniczną wycieczkę. Jak to w takich przypadkach bywa, telefon się urywał, więc musiałam wyłączyć. Wracając włączyłam, znowu zaczął się urywać. Po 21 byliśmy po polskiej stronie granicy, więc mogłam sama zadzwonić pod najbardziej natarczywy numer.
Wykonawca.
Bo on chciałby się jutro spotkać.
OK, tylko o której?
Rano, 8:30.
OK.

Więc o 8:30 pokazałam plany, mapki, dokumenty. Dzięki temu, że zgłoszenie było, ok. godzinę później panowie przyjechali z koparką. Po 14 jak wstąpiliśmy na działkę, to rura już była, właśnie zaczynali zakopywać i przyjechał geodeta, aby wszystko pomierzyć.
Ok. 18. wizyta wykonawcy, bo prace już zgłoszone i odebrane - nie pytajcie w jaki sposób tak szybko. Został jeszcze tylko geodeta (to trochę potrwa, ok. 3 tyg.) i podpisanie umowy z zgk o dostawę wody (+ założenie wodomierza).
Wsio.


wtorek, 24 lipca 2012

"Witaj wśród budowlańców"...

...jak to rzekł Mój Najdroższy.
Jak pisałam, sprawy się rozkręcają. Umówiony wykonawca przyłącza wody. Prowadzimy rozmowy z wykonawcami głównymi. Ten pierwszy najpierw mówił, że czas będzie miał dopiero we wrześniu, po czym zaskoczył mnie tym, że właściwie to już wchodzi. W piątek telefon, że w poniedziałek będzie kopał. W niedzielę, że w środę zaczyna. Dzisiaj (wtorek), że... bym sobie poszukała kogoś innego. Właściwie to nawet dał mi namiary na kolegę i obietnicę, że zrobi to za umówione 4800 zł brutto.
Nazwisko kolegi właściwie to mi znajome. Robił u mnie na osiedlu różne rzeczy. Pytanie, czy będzie miał czas, i czy stawka się utrzyma. A ja już zgłoszenie rozpoczęcia robót złożyłam.
O naiwności. Chyba jednak faktycznie wszystko na umowach trzeba będzie zaklepywać. Choć Łu się dziwił 'po co?'.
:)

poniedziałek, 23 lipca 2012

...realizacja planu...

..."Dwa do przodu..."
nic do tyłu.
:)

A nawet trzy do przodu.
1. Byłam dziś w ZGK. Nic nie trzeba aktualizować. W związku z tym zgłosiłam tylko budowę przyłącza. Czyli jesteśmy trzy kroki dalej niż planowałam.
2. Nic nie zrobiłam.
3. Nic nie zrobiłam.
4. Nic. Czekam. Dzwonię. Nic.
5. Jutro zadzwonię i się przypomnę.
6. Dziś wieczorem.
7. Prawie skończone. Jeszcze tylko łazienka, ale tę obfotografujemy jutro.
8. Właściwie zrealizowane w poprzednim poście. ;)
9. Niech sobie wykonawca to zorganizuje. Chyba, że kiedyś przy okazji się trafi...
10. Połowicznie wykonane. Do drugich nie mam maila.
11. Zadzwoniłam do energetyki. Trzeba postawić jakąś rozdzielnicę i później zgłosić się do nich po podpięcie i odbiór. Wydzwoniłam już sąsiedniego elektryka. Koszt ok. 800-900 zł + czas 3 dni roboty + ok. tydzień na formalności. Ale Łu uspokaja, że w sumie nie ma się z tym co spieszyć. W razie czego wykonawca ma bądź powinien mieć agregat. Niech sobie radzi. Słusznie.
12. Dzwoniłam, ale się nie zapytałam o umowę. Umowę o przyłącze mamy podpisaną. To chyba o tą chodziło. O dostawę prądu to nie ma się co spieszyć.
13. Byłam. Pożyczyli. Chabazi nasadziłam, kawał pola (hihi) przekopałam. I dobrze mi z tym.

A z innych rzeczy:
Miałam dziś telefon od doradcy kredytowego. Zadałam mu jeszcze kilka pytań na które dostałam dość satysfakcjonujące odpowiedzi.
Byłam 'w gminie', czyli w Kątach Wrocławskich. W sumie to bardzo lubię tam jeździć. Małomiasteczkowy klimat mnie rozkłada. ;) Domki, domeczki, sklepy, sklepeczki, uliczki, uliczencienciuncie. Pod jednym sklepem prawie stałam się właścicielką maltańczyka. Poleciał za mną ze smyczą, zaczął się łasić i mówić: 'weź mnie ze sobą'. Miał pecha, maltańczyka nie przewiduję. Owczarek będzie na pewno, tylko jeszcze nie wiemy jaki. Na razie przewijają się: niemiecki, szwajcarski, berneńczyk, belgijski. Ale to dopiero za parę lat.
Wracając na ziemię, załatwiłam formalności wodne - i tu również 'gmina' rozkłada mnie. Po prostu uwielbiam tam załatwiać sprawy urzędowe. Z czym bym nie pojechała, zadzwoniła, napisała, zawsze jest załatwione lepiej i milej niż bym oczekiwała. Czego wszystkim aktualnym i przyszłym budującym życzę.

piątek, 20 lipca 2012

Plan na najbliższe dni...

1. Aktualizacja warunków dostawy wody: wniosek + stare warunki -> złożyć w ZGK.
2. Złapać sąsiada z forum Muratora, wypytać o wykonawcę.
3. Podjechać do domu, którego budowa mi się podobała, wypytać o wykonawcę.
4. Dowiedzieć się o wycenę budowy przez pana S.
5. Pilnować wyceny budowy przez firmę ZB (mieli przysłać w przyszłym tygodniu).
6. Przygotować ogłoszenie w sprawie mieszkania.
7. Przygotować mieszkanie do zdjęć; zrobić zdjęcia.
8. Zrobić listę miejsc do wstawienia ogłoszenia:
- gratka;
- gumtree;
- domiporta;
- tablica ogłoszeń w mojej firmie;
- forum osiedlowe;
- strona wsi;
- mieszkanie.pl - portal ogłoszeń bezpośrednich;
- ...(może ktoś podpowie gdzie się ogłaszać?)
9. Wziąć poświadczenie (pieczątkę) o uprawomocnieniu się pozwolenia na budowę (bo jeszcze nie wzięliśmy). Choć w sumie może zrobić to wykonawca.
10. Jutro powiadomić najbliższych sąsiadów o rozkopach drogi (woda).
11. W poniedziałek/wtorek zadzwonić do wykonawcy skrzynki energetycznej, czy w skrzynce jest gniazdko, do którego można się podłączyć, czy trzeba jeszcze robić przyłącze budowlane. Wykonawca P mówił, że pewnie nie trzeba robić takiego przyłącza. Byłoby super, bo to oczywiście kosztuje. Ale sąsiedzi zdaje się, że robili.
12. Zadzwonić do energetyki, co z podpisaniem umowy. W sumie to nie pamiętam, czy po postawieniu skrzynki poinformowali nas o tym. Hmm...
13. No, i jutro rano pojadę sobie na działkę. O właśnie, muszę zadzwonić do sąsiadki, czy by mi łopatę i grabki pożyczyli.

Już sama nie wiem...

...co się dzieje. Wszystko jakoś dziwnie przyspiesza, choć pewnie w którymś momencie się zatnie. Obaczy się.
Mianowicie...
Wykonawca przyłącza wody... Zapowiadał, że nie weźmie się za robotę wcześniej, niż we wrześniu. Nam rybka. Zależało nam na terminie, żeby się wyrobić ze wszystkim do października, bo jedno z ustaleń ma taką datę, a nie chcieliśmy po raz kolejny tego uzgadniać. Bach, dzisiaj telefon, że on właściwie to w poniedziałek (za trzy dni) będzie wchodził z budową przyłącza. W sumie, to czemu nie. Cena ustalona. Wysupła się ze skarpety.

Generalny wykonawca (o ile tego wybierzemy)... Pierwszy raz dzwoniłam do pana z firmy P jakoś w zeszłym tygodniu. Od razu usłyszałam, że w tym roku terminów nie ma, ale w przyszłym to chętnie. Jak dla nas OK; dopiero ruszyliśmy z tematem, musimy się jeszcze ogarnąć, zaplanować różne rzeczy i NAJWAŻNIEJSZE - sprzedać mieszkanie. W każdym razie wczoraj umówiliśmy się na spotkanie, żeby obgadać wycenę. I tu w zasadzie wyszło, że pan jest zdecydowany już we wrześniu wchodzić na plac robić fundamenty!

Wszystko fajnie, tylko za co? ;) Na razie czekam jeszcze na wyceny z dwóch innych firm. Jutro muszę ruszyć jeszcze dwa miejsca: prawie-sąsiada poznanego na forum Muratora, który miał mi kogoś polecić i właściciela domu, którego budowę obserwowałam jakiś czas (inną, niż tę opisywaną zza okna). W każdym razie muszę się z tym spieszyć.

Ha, ciekawostka. Pierwszy raz użyłam etykiety 'budowa'. Może to już?

poniedziałek, 16 lipca 2012

Dużo się dzieje...

...w tym momencie. Choć pewnie w porównaniu do właściwej budowy, to tyle co nic. ;)

1. Ogródek. Dzisiaj rano, jeszcze przed pracą, pojechałam wsadzić różne chabazie, co je od rodziny przywiozłam. Miało padać, ale niestety, znowu pogoda mnie wystrychnęła. Na szczęście nie ma upału, a ziemia wilgotna, to może nie zeschnie za szybko.



2. Przyłącze wodociągowe. Wykonawcę mamy już dogadanego. Najprawdopodobniej pojutrze spotkamy się i obgadamy szczegóły. Jeśli jest jeszcze co dogadywać. Koszt 4000 + geodeta 400 zł + pewnie vat. Jaki? 7%?



3. Dzisiaj miał nam przysłać wycenę budowy główny planowany przez nas wykonawca. Na razie w skrzynce pusto, ale przypomniał się jeszcze wczoraj, to pewnie siedzi i klnie nad pdfami z projektem. Było tego sporo. W każdym razie spotkamy się jeszcze w tym tygodniu.



4. Nadanie nazwy drodze i (chyba) sprawa pociągnięcia gazu. Jutro spotykam się z sąsiadką 'zza nas'. Ona mi wyda upoważnienie do działań z nadaniem nazwy. Oni bodajże chcieliby ciągnąć gaz.



5. Sprzedaż mieszkania: Sprzątanie. Zdjęcia. Wystawienie ogłoszeń. (Bodajże w poprzednim poście to już pisałam).

piątek, 13 lipca 2012

Rośnie ogródek...

...choć może raczej powinnam napisać 'ogródek'.

Na chaszczowisku jakiś czas temu przekopałam kawalątek. Dosłownie metr na metr. Żeby posadzić dostane pomidorki (trzy) i poziomki. Z myślą o plantacji przekopałam jeszcze kawałeczek i powstała grządka jakoś dziwnie z grobem się kojarząca - bo mniej więcej metr na dwa i pół. ;) Wczoraj rozgrzebałam kawał pola, czyli uprawa urosła do niebotycznych rozmiarów mniej więcej trzy na trzy metry. Hihi. (Jak widać, przynajmniej radochy mam z tego trochę :) )

Oczywiście wyjazd na działkę nie obył się bez piętrzących problemów. Miałam jechać rano - padało. Później - znowu padało. Pojechałyśmy jak przestało i troszkę obeschło; po około pół godzinie, gdy Po zjadła już dwie buły i wypiła butlę picia (czyli wszystko co miałyśmy ze sobą w wałówce) znowu zaczęło lać. Myślałam, że nic z prac ogródkowych nie wyjdzie, a miałam trochę pnączy do posadzenia na płot (rdest auberta i wino) i przygotowane na sadzonki ciski. Za czwartym podejściem, gdy już pojechałam sama udało mi się skopać, powsadzać szczątki roślinek, które przeżyły przekładanie tam i siam i wożenie w te i we wte. No i na koniec wygoniła mnie burza z ulewą. W sumie dobrze, bo woda do podlewania mi się skończyła przedwcześnie. Hehe, tym razem to aura zrobiła się w jajo, zamiast mi dokopać, to mi pomogła. ;)

Jadę dziś zobaczyć, czy to co posadziłam przeżyło.

czwartek, 12 lipca 2012

Start? Falstart?

Chyba dojrzeliśmy na tyle z różnymi myślami i przemyśleniami, że powiedzieliśmy sobie START. Generalnie plan opisałam w notce 'nowy pomysł'. Doszło do niego kilka dodatkowych pozytywnych (o ile wyjdą) czynników.
Z założeniem, że mieszkanie uda się szybko sprzedać, to jak najbardziej realna staje się możliwość wzięcia kredytu 'rodzina na swoim'. Co to daje? A no tyle, że przy 300 tys. kredycie, z państwową dopłatą do odsetek, przez pierwsze 8 lat płacimy ratę ok. 1400-1500 zł. Co jest kwotą niewiele wyższą niż obecnie płacimy za kredyty. Dodatkowo oszczędzilibyśmy ok. 42 tys. zł na odsetkach. Wg mnie dużo.


Harmonogram:

Co

Kiedy

Sprzedaż mieszkania

Jak najszybciej

Sprzątnięcie mieszkania
Zrobienie zdjęć
Przygotowanie ogłoszenia
Ogłoszenie od gazet 5. sierpnia (po powrocie z wakacji)

Wynajęcie mieszkania

...

Zarezerwowanie ekip(y) wykonawczej

...

Załatwienie formalności kredytowych

...

cdn.

wtorek, 10 lipca 2012

Sucha pielucha

Dzisiaj święcimy dzień sukcesów pieluszkowych.
Po porannej zmianie pieluszki, ponieważ pogoda jest więcej niż ciepła (choć nie tak strasznie jak przez ostatnie parę dni), w ramach wietrzenia czterech liter, Po biegała sobie dłuższy czas bez pieluchy. Później założyłyśmy, co skończyło się ślicznym wołaniem 'siusiu' i zapełnieniem nocnika. Sytuacja powtórzyła się ze 3 razy, czwarty skończył się kupą w pieluszce wspomnianą (a może raczej myślą przewodnią) w poprzednim poście. Niemniej...
Przyszła godzina 13, czas popołudniowej drzemki. Pola z pewnym oporem ale jednak wylądowała w swoim pokoju, drzwi zostały zamknięte. Trochę zrzędzenia, ale ogólnie spokój, choć pewne oznaki życia nie cichły. Jakieś pół godziny później w dalszym ciągu słyszę lekkie skrobanie w drzwi. Że też jej się nie znudziło? Po kolejnym jakimś czasie skrobanie nie ustaje. Podchodzę więc do drzwi, naciskam lekko klamkę, skoro skrobanie w drzwi, to sprawca musi być gdzieś blisko.
W pierwszej chwili moim oczom ukazuje się pielucha. W drugiej - mokra plama. W trzeciej piękne wielkie oczy śmieją się do mnie z wielkim zadowoleniem.
W zasadzie ja też powinnam mieć powód do zadowolenia i dumy, w końcu pielucha cały dzień pozostaje sucha.

Chyba powinnam dodać licznik przerywania pisania posta. Tym razem -3-. Poprawka: 4.
Dlatego pewnie wątek i pointa nie lepią się zbytnio. Trudno utrzymać rytm pisania, gdy co chwilę 'obuchem przez łeb' (ponownie odsyłam do 'Witajcie w małpiarni') dostaję: ściera od ścierania mokrej plamy wylądowała na stoliku; przelewanie herbatki z kubeczka do kubeczka to jakże rozwijająca zabawa; robienie kałuż z tejże herbatki na stole też jest super; a mamy nogi mogą służyć za drążek, huśtawkę czy trampolinę (ała).

Fizyka teoretyczna a życie rodzinne

Wydawałoby się, że nie ma nic bardziej sprzecznego jak czysta fizyka, poubierana we wzory, prawa, wykresy, teorie, a życie rodzinne z jego chaosem, obs... pieluchami (ooo, właśnie jedną czuję, sorki na moment, choć pewnie wątek mi się urwie...).
Po 7 minutach...
Jestem, choć po drodze, oprócz zmiany pieluchy: mycie pupy; Chcesz siusiu do nocniczka? - nie... TAK!; oczywiście siusiu nie zrobiła, ale zdążyłam w tym czasie przygotować kubełek na pieluchy, który był w myciu; właśnie sobie przypomniałam, że pieluchy chyba ostatecznie w tym kubełku nie umieściłam (będę to musiała zrobić za najbliższej bytności w łazience); mieszanie zupy w garze; wyniesienie kilku zabawek z pokoju. Aha, i Pola właśnie 'gryzie' mnie jaszczurką. No nic, spróbuję wrócić do wątku...
W każdym razie wydawałoby się, że między jednym a drugim podmiotem tematu nic nie ma wspólnego... a jednak.
A jednak dopiero jak zostałam mamą, to zrozumiałam czym jest entropia układu. Na pewno jest ona wprost proporcjonalna do ilości osób w rodzinie i odwrotnie proporcjonalna do wieku. Przy czym ta druga zależność zmienia się wykładniczo (czy też może logarytmicznie?). Czuję się potraktowana 'wyrównywaczem' (co powinien zrozumieć ktoś, kto czytał 'Witajcie w małpiarni' Vonneguta) i nie mam siły zastanowienia się nad tym.
Hmm, siadłam do pisania posta, bo przyszło mi jeszcze inne (myślałam, że świetne) zestawienie tytułowych zagadnień, ale aktualnie obserwuję jak Po chowa telefon pod Kindla i zastanawiam się, co pierwsze wyląduje na podłodze.
Jednak telefon.

Ratunku... tonę...

...pod masą rzeczy, łachów, przedmiotów. No i, niestety, kurzu. :( Ale od początku...
Właściwie do czasu studiów (czyli połowę mojego życia) gnieździłam się wraz z rodzicami i dwiema siostrami na niespełna 40 m. Jak pewnie większość polskich rodzin do perfekcji mieliśmy opanowane upychanie rzeczy po pawlaczach, szafach, szafkach, schowkach, piwnicach. Było jak było, często wesoło i tłumnie (otwarty dom), jakoś nikt się nie przejmował zagęszczeniem ludzi i przedmiotów. Sprzątanie też nie było stresującą czynnością (jak to siostra sobie podśpiewywała: 'przewróciło się, niech leży...').
Czasy się zmieniły.
Od studiów i zamieszkania z Przyszłym/Obecnym mieliśmy dobre warunki lokalowe. Początkowo u teściów, w domu; dwa spore pomieszczenia (początkowo pokoje, później jeden zamieniony na kuchnię, ale doszła wtedy antresola). Zrobiło się przestrzennie, a i własnego dobytku było niewiele, to i nie plątało się wszystko pod wszystkimi kończynami. Przybyło nas trochę, to i lokal zmieniliśmy na większy - dwa i pół pokoju z kuchnią i dużą łazienką (z oknem). To pół, to antresola, na której znalazło się idealne miejsce na małżeńską sypialnię - z dolnej strefy dziennej nie kuły w oczy bety.
Mieszkanko początkowo prawie puste - ot, wielka szafa w korytarzu pomieściła wszystkie łachy i masę innych rzeczy, materac, wyposażenie kuchni, mały stolik, lekkie foteliki, dziecięce łóżeczko i jakaś szafka. Do tej pory się śmiejemy, że cała przeprowadzka to 2 czy 3 przejazdy Volvoka (kombi) (w tym przewóz całej rodziny ;) ).
Minęło 6 lat...
Rzeczy przybyło, dzieci przybyło. I dziś po raz kolejny, po dwóch godzinach biegania i przekładania rzeczy, stwierdziłam, że coś tu jest nie tak! Nie wiem jak to opisać, chyba powinnam chodzić z dyktafonem i cały czas mówić co robię. Byłoby to coś w rodzaju: idę do łazienki niosąc brudne ubranka Poli, które znalazłam na półce z zabawkami; właśnie potknęłam się o klocka, więc biorę go do ręki; w łazience wrzucam ubranko i zgarniam samochodzik i kaczuszkę; idę do pokoju wrzucić zabawki, po drodze rejestruję pomiętą kartkę w kącie; wrzuciłam zabawki do pudełka, więc zgarniam jakieś kartki z bazgrołami z biurka i idę po tego śmiecia, co go zanotowałam w pamięci; zgarniam śmiecia i lecę do kubła na śmieci; kubeł jest pełny, przy okazji upychania śmieci wysypuje się trochę plastików z przepchanego kubła ze śmieciami 'eko', biorę szufelkę, ale na dnie szafki jest wilgotno, bo ktoś wrzucając butelkę przy okazji rozlał resztkę zawartości do szafki; biorę ścierę (dziwnie oślizgła) i zanim wezmę się za szafkę chcę wypłukać ścierę; ale w zlewie studzi się herbatka dla Poli; boczkiem płuczę ręce, wyciągam herbatkę; piorę ścierkę; Pola dobiera się do woreczka z zakrętkami (wszyscy zbierają, to my też); ścieram szafkę; notuję w pamięci, że soli do zmywarki nie ma; upycham śmieci do kubłów, ale że już się nie da, to rozwlekam wszystko na środek, segreguję, upycham po reklamówach, ustawiam pod drzwiami trzy wory; ładuję worki do kubłów, kubły do szafki, jeszcze przecieram drzwiczki, zamykam ufff; odwracam się... Pola zadowolona rozwlokła zakrętki po całym pokoju, poupychała w kanapach (na szczęście wyrzucam wypłukane); Poli jednak przy zakętkach już nie ma, więc zgarniam je i kilka innych zabawek walających się pod nogami; zgarniam Polę i idziemy stawiać pranie. I tu zaczyna się nowy wątek w którym proszek się rozsypuje, z kieszeni na łazienkę sypią się tony piachu, jakieś plamy wymagają zaprania, Pola robi kupę albo krzyczy, że chce pić, nowe zabawki lądują w wannie a mama musi udawać że pije 'niby-kakałko' nalewane pieczołowicie z dzbanuszeczka do filiżaneczki; pranie się pierze, ale trzeba zebrać wcześniejsze, żeby to nowe było gdzie powiesić, latanie z upychaniem rzeczy po szafach; niestety, trudno zmieścić; Pola dzielnie sekunduje naśladując mamę i wywalając to, co udało się przed chwilą niemałym wysiłkiem upchnąć; z braku czasu na kolejne składanie wszystko ląduje w takim stanie w jakim się znalazło w najbliższej szafce/szufladzie (następnym razem z rajstopkami wysypią się klocki); uff... choć 'po wierzchu' pi razy oko nic się nie wala.
Albo nas tu jest za dużo, albo mieszkanie za małe.
To jeszcze nie koniec wniosków, ale ciąg dalszy następnym razem...