czwartek, 24 stycznia 2019

Mróz, bliskie spotkania trzeciego stopnia i choroby...

...czyli jednak zima.
Szkoda tylko, że mróz bez śniegu. Byłoby pięknie, gdyby w koło było biało. Byłoby mniej depresyjnie, bo byłoby więcej światła. Jest jak jest, przynajmniej błota nie ma, więc jest się z czego cieszyć.
Kota wychodzi i wraca jak najszybciej z zimnym futerkiem. Wskakuje na kolana albo komputer, żeby się zagrzać. Łowi myszy na potęgę. Zastanawiam się ile ich (myszy) tu w koło mieszka, i że jeszcze wszystkich nie wytępiła?
Jeśli chodzi o życie wkoło, to ostatnio na uliczce obok miałam bliskie spotkanie z dzikami. Wracałam od koleżanki. Wiedziałam, że mogę się natknąć, bo tam dziki na okrągło gdzieś się kręcą. Jest tak, że idąc od koleżanki najpierw domy są po prawej stronie, a później po lewej, a po prawej nieużytek. I między tymi domami z prawej i lewej drogę przecina dzicza autostrada. Mając tę świadomość szłam najpierw blisko płotów tych po prawej, z myślą, że szybko hycnę na lewo i wtedy do już z górki. Doszłam do krańca płotu i wtedy, na mojej wysokości ŁYIIII... ŁYIII... Momentalnie fala gorąca, w tył zwrot i tylko szybka decyzja czy skakać przez płot i robić z siebie głupka, czy jednak dostojnie zająć strategiczną pozycję trochę dalej (tam był podjazd bez bramy, to mogłam się schować za jakąś skrzynką elektryczną). Zaczęłam się wycofywać ze świadomością, że gdyby dzik zaszarżował, to pewnie nawet przez ten płot nie zdążyłabym przeskoczyć. Był o szerokość drogi, czyli jakieś 8 m.
Dziki przelazły przez drogę. Pierwszy dość duży, drugi trochę mniejszy. Ten pierwszy miał ogon do góry, to nie wiem,czy był pokojowo nastawiony. Na szczęście nie zaczęły kwiczeć gdy przeskakiwałam między jedną stroną a drugą, bo to byłoby centralnie na ich trasie. Nie zdecydowałam się na kontynuowanie trasy, bo ostatnio koleżanka w tym samym miejscu naliczyła 13 dzików przechodzących z jednej strony na drugą. Czyli w każdej chwili reszta kawalkady mogłaby się napatoczyć. Zadzwoniłam po Łu i na metalowym rumaku uratował mnie z opresji.

Ale w sumie nie o tym miałam pisać. Miałam o tym, że Po jest chora. Wczoraj miała prawie 40 st.C. Dziś już chyba lepiej. Ja za to siedzę i pogrążam w maraźmie. Coś bym zrobiła, ale nic mi się nie chce. Tyle czasu zmarnować? Zgroza!
Choć nie do końca, bo skończyłam książkę Yuval Noah Harari (Yuvala Noacha Harariego? - powinniśmy to odmienać, czy już się coś zmieniło w zasadach j. polskiego?) Sapiens. Od zwierząt do bogów i zaczęłam drugą tegoż autora Homo deus. Generalnie bardzo mocno systematyzują dylematy, które pewnie nie tylko w mojej głowie ukształtowały się w ostatnim czasie. Dylematy egzystencjalne. Referować książek nie będę. Polecam. Myślałam, że przechodzę kryzys wieku średniego, ale jednak to chyba jakaś ogólniejsza tendencja w wątpliwościach, które rodzą się po spojrzeniu na ten najpiękniejszy ze światów. Cieszę się z jednej strony, że wszytko mi się ładnie poukładało, w wiedzy w jakim punkcie życia, cywilizacji, społeczenstwa się znajduję. Stoję tylko w punkcie, że muszę podjąć decyzję 'Co dalej?'. I jeszcze nie wiem.
Kilka dni temu rzuciłam Łukaszowi, że powinnam przestać zajmować się poprawianiem świata w koło, i powinnam zająć własną karierą (jak głupio to nie brzmi) i rozwojem dzieciaków. Pierwsze sprawia mi ostatnio przyjemność, czuję, że mam niejaki wpływ na to, w jakim punkcie się znajduję i co mogę. Drugie, bo z jednej strony mam poczucie, że ostatnie lata mocno zaniedbaliśmy, ze względu właśnie na 'ratowanie świata' w koło nas, drugie, że za jakiś czas zapewne wyniki na tym polu będą sprawiały mi przyjemność. Zaś ich brak - poczucie zmarnowania życia. Tylko co tu można zrobić? Nie mam jakiegoś planu i chyba brak mi wiedzy. Nasi rodzice radzili sobie jak mogli i potrafili, czyli generalnie byłyśmy puszczone samopas. Miało to i dobre i złe stony. Dobre, bo uczyłyśmy się samodzielności. Głównie na własnych błędach; z lepszym instynktem (to chyba ja). Gorsze, bo nie uczyłyśmy się systematyczności i pracowitości. Tu chyba lepiej wyszła Aga, której więcej w tym zakresie włożyła do głowy Babcia Kazia. Ja się codziennie zmagam z własnym lenistwem i brakiem umiejętności zarządzania sobą w czasie. Ale wchodzę w rozważania bez puenty.
Chciałam dobrnąć do innego tematu, mianowicie bodajże w niedzielę Łu trafił na jakiś artykuł dot. genealogii. Dotarł do portali, gdzie można wrysowywać swoje drzewo, dane o antenatach, pociotkach, zstępnych. Jeśli ktoś już ktoś daną osobę opisał w innym drzewie, to można znaleźć trochę informacji wpisanych przez inne osoby, jak można się spodziewać - spokrewnione. Można też dotrzeć do dużej ilości zdygitalizowanych dokumentów. Szczególnie tereny zaboru pruskiego miały również w tym zakresie Ordnung jak się patrzy i Łu znalazł sporą ilość udostępnionych dokumentów z Wielkopolski. Wraz z aktami narodzin, ślubów czy śmierci. Dokumenty poświadczające rannych w I wojnie światowej. Dotarli w przodkach do XVIII w. Ja, że głównie mam  rodzinę z kresów, to niewiele się dogrzebałam. Trochę liczę na połączenie drzew z rodziną, która z tego co wiem ma wygrzebane dużo głębiej korzenie. Portale dają taką możliwość, ale oczywiście nie za darmo. Na razie się zastanawiamy, czy płacić, bo niby zachęcają, że 2 tygodnie za darmo, ale jest w tym sporo kruczków:

  1. W sumie nie wiadomo dokładnie za co się płaci.
  2. Aby dostać darmowe 2 tygodnie, to już trzeba podać numer karty kredytowej. Czyli nawet jak zrezygnujesz, to i tak cię mają namierzonego.
  3. Fajnie jest poznać innych, ale podobnie inni mają dostęp do ciebie. Może to być korzystne, ale czy zawsze?
  4. Konstrukcja opłat jest tak zmontowana, że mi się włącza czerwone światło. Jak zapomnisz zrezygnować, to automatycznie zabierają ci kaskę za rok (ponad 100 dolców). Po roku pewnie dokładanie to samo. Jak zrezygnujesz, to ciekawe jakie dane stracisz? Niby wracasz do wersji podstawowej, ale czy dane, które się zebrało z wersji pełniejszej też kasują? 
  5. Na razie zaobserwowałam, że po kilku dniach cena trochę spadła. Chyba warto poczekać.
  6. Jeśli się zdecydujemy na jakiś darmowe dwa tygodnie, to chyba lepiej najpierw uzupełnić co się da, a dopiero później uzupełnić. Nie spieszy się.

No i możliwe są badania DNA. Ale to temat na kolejny post.

Z ciekawostek, to wygrzebałam fiszkę Tajnej Policji w Opolu kartoteki personalnej osób, które w jakikolwiek sposób angazowały się po stronie polskiej Josefa Nolla. Tak się nazywal mój pradziadek.

Czy to jednak o niego chodzi? I o co w sumie chodzi w tej fiszce?
Ponieważ rodzinę mamy na Śląsku Opolskim i tam zawsze były korzenie mojej Babci, to na fali starania się o niemiecki paszport myśleliśmy, że właśnie te śląskie korzenie rodzina będzie starała się wykorzystać w wykazaniu swojej niemieckości. Pamiętam tylko, że Babcia powiedziała, że tą drogą się nie da. Może to świadczy właśnie, że przedwojenna rodzina czuła się jednak bardziej z Polską związana? Choć wiem, że Babcia chodziła do 8 letniej szkoły niemieckiej. Jeden z braci Babci był w Wermachcie (ha!), drugi w Wojsku Polskim. Babci mąż, czyli Dziadek Józek z kolei pochodził z Wileńszczyzny. Choć jego mama, czyli moja prababcia, bodajże z Kamesznicy, spod Baraniej Góry (górolka, znaczy się) i w tamtych okolicach też mamy rodzinę.

Eee, posprawdzałam na mapie gdzie jest Nowa Wieś Królewska i Szczepanowice. Obie są obecnie w granicach administracyjnych Opola. Wiem, że babcia urodziła się w Ligocie Małej koło Polskiej Cerekwi, czyli niby opolszczyzna, ale jednak wtedy ludzie tak nie skakali z miejscowości do miejscowości. Raczej o innego Józefa Nolla chodzi.

I tak mniej więcej wygląda śledztwo rodzinne. Potwornie wciąga, szczególnie jeśli odkryje się jakąś perełkę. Ja perełek nie odkryłam, ale miło jest, gdy się widzi, że np. w budowanym drzewie genealogicznym ktoś jeszcze nawiązuje do osoby w naszym. Obecnie algorytmy umożliwiają dowiązania na bazie dostępnych danych. Można zweryfikować, czy to o tę osobę chodzi; w rozszerzonej wersji potwierdzić zgodność; nawiązać kontakty. Pytanie, czy to robić?

I kolejny zwrot wątpliwości, wracając do książek Harariego. Opisuje on rozpad więzów rodzinnych w procesie 'cywilizowania' się nas. Że zastępujemy te więzi innymi więzami, z różnymi grupami, z którymi się obecnie bardziej utożsamiamy. Po co się stresować ciotką pijaczką, skoro można mieć fun w Partii Przyjaciół Piwa? I tu smutne fakty. Szeroka grupa rodzinna jest dużo bardziej odporna na wpływy z zewnątrz. Trzeba się do niej dostosować, czasem nie jest nam 'po drodze'. Jednak zwarty front dużej rodzinnej grupy to ogromne wsparcie w latach kryzysowych. Obecnie jesteśmy samowystarczalni. Każda jednostka stara się mieć swoje mieszkanko, utrzymywać się. I nie jest to trudne w obecnych czasach. Jeśli jednak wróciłyby czasy walki o przetrwanie, to zostajemy sami.
Może czasem warto posłuchać bajek? Tym razem Merida Waleczna:
Losie zmień się jak kazano! Przywróć więź przez dumę zerwaną.

sobota, 12 stycznia 2019

Zima to...

...czy wiosna?
Powtarzam się pewnie stwierdzając, że pogodę mamy od iluś lat angielską. Choć nie, w lecie jest zazwyczaj upalnie i sucho. Za to zimą temperatura rzadko schodzi poniżej zera i efekt jest taki, że biało praktycznie nie bywa. Za to rośliny cały czas wegetują. I to chyba dobre słowo, bo wszystko wygląda okropnie, ale jak się przyjrzeć, to jest zielono.
Przedwczoraj i wczoraj padał śnieg. Zrobiło się odrobinę biało. Nawet wieczorem wyszliśmy z Łu do ogródka, gdzie nie było czarno jak w d... tylko ładnie wszystkie kształty się zarysowywało. Zupełnie inny klimat jest, gdy jest śnieg. Nawet mówiłam, że pewnie nie byłoby tyle zimowych depresji i poczucia braku światła, gdyby można było wyjść po zmroku w biel, na której wystarczy niewiele światła, aby wszystko było widać.
Dzisiaj znowu powyżej zera, ale pochmurno, ponuro, mokro (mokro ma być podobno do marca, co mnie nie martwi po ubiegłorocznych suszach).
Wyszłam na chwilę do ogródka i zdziwiłam się, ile roślin kwitnie!
Zaczynając od bratków, które obserwuję z okna kuchennego:

Może nie wyglądają ładnie, są zmaltretowane opadami i mrozem, ale ciągle kwitną.

Jaśminy chyba od listopada mają jakieś pojedyncze kwiatki. I jest ich coraz więcej.


Kwitną też jaśminowce:
I dzisiejszym odkryciem była dla mnie prymulka:

Poza tym ostały się jeszcze jakieś owocki.




 Tak sobie chodzę i oglądam. W trawniku coś żyje, bo sporo jest jakichś kupek. Ni to dżdżownicy, ale jakby innych. Nie zdziwię się, jeśli to chrabąszcz majowy podgryza trawę od spodu. Ech, jakaś równowaga by się przydała. Już widzę, że wiosną to pieniądze chyba głównie wydam na jakiejś naturalne nawożenie.

Piękny poranek

Pola schodzi na dół. Uśmiechnięta.
Łu:
- Witaj Polciu, widzę, że wstałaś dzisiaj prawą nogą!
- Lewą trochę też.

piątek, 11 stycznia 2019

Mam kobitę...

...na sumieniu. Brzmi strasznie.

Dochodzi 22 wieczorem. Telefon z nieznanego mi numeru. Powinnam nie odbierać, ale co tam.
- Ale ja się z panią umawiałam, bo jutro miała mi pani robić pazurki... bo wesele...
- Ale ja nie robię pazurków...
- ...takie mietaliczne miały być, bo ja do pani już trzy razy dzwoniłam...
- Ale... pani pomyliła numer...
- Trzy razy panią o numer prosiłam! I jak się teraz pani wyłączy, to będzie mnie pani miała na sumieniu!

No to mam.

Matka Singielka...

...pisze o trudnościach młodszego rodzeństwa, gdy starsze ma telefon: http://matkasingielka.pl/zycie-w-cytatach-55/
Wczoraj miałam rozmowę w tym samym temacie. Mi (lat 15, ma smartfona od jakichś 2-3 lat). Po miała telefon do dzwonienia najpierw po Miłku (zgubiła), potem drugi od dziadka (zostawiła w pociągu wracając z wakacji). W każdym razie pozbyła się i jest wielki szloch, że 'Miłosz ma, a ja nie!'.
Zatem zaczęła zbierać pieniążki. Zbiera już ponad rok. Trochę powydawała, ale w międzyczasie:
- "To ja będę zbierać na komputer".
- "Dobra, to zbieraj".
- "Będę miała swój, jak Miłosz."
...
- "To ja będę zbierać na działkę, kupię sobie koło was to będę blisko mieszkać".
- "Super! Zbieraj na działkę. Masz już aż na 3 metry."
- "To nazbieram akurat jak będę dorosła."
- "Świetnie."
...
- "Mamo, a ja bym chciała pojechać z tobą na wycieczkę do Japonii. Pojedziemy?"
- "Jak nazbierasz, to pojedziemy. W tym tempie, to uzbierałabyś tak gdzieś, jak będziesz miała 16 lat."
- "O, to ja będę zbierać na wycieczkę, ale pojedziesz ze mną?"
- "Pewnie!"

I wczoraj:
- "W zasadzie to mam już na telefon". - no fakt, na jakiś bylejaki to ma - "ale kiedyś byście mi kupili?"
- "Tak kochanie, kiedyś dostaniesz telefon, a gdybyś sobie kupiła teraz, to i tak nie pozwolilibyśmy używać".
- "Aha, to ja jednak będę zbierać na tą wycieczkę."

czwartek, 3 stycznia 2019

Kurniawa

W poprzednim poście użyłam słowa 'kurniawa', które ruszyło wspomnienie z przeszłości. Dokładniej z 1995 roku, kiedy otrzymałam listem od Pana Władysława Walczaka 'wiersz w gwarze'.
Co mogę zrobić z takim wierszem? Na pewno mogę go w ramki włożyć i taki mam zamiar. Wygrzebałam z pudełka pamiątek (pudełka, do którego wrzuciam różne rzeczy, z którymi nie wiem co zrobić a nie chcę wyrzucać).

A wiersz brzmi tak:

                Kurniawa

        Zobyrtany śnieg w spaśty
        biołom otłań kładzie
                w pustać piorgi, wanty
                sadź w ślebodnej paradzie

        Wierchuje mróz kurniawe
        zospy sryń osiadły
                świerki stojom nascute
                w śrybne iskier hafty

        Zakrzepły w źlebak wody
        lód w Farbanic zrymbie
                Oblódź skrątków pląci
                pre w Spadowca - rzyźnie.

                                        Władysław Walczak
                                        Zakopane, dnia 6.6.1962

Za oknem...

...nastała zima.
Kilkuletnie doświadczenie nauczyło mnie, że jeżeli śnieg gwałtownie zasypuje drogi, robi się ślisko i kierowcy walcza na drodze o życie, to najlepszym rozwiązaniem jest zostanie w domu. Wypraktykowałam to już kilkukrotnie. Żeby było ciekawiej, to w ostatnich latach zazwyczaj po przerwie świąteczno-noworocznej, która jest ciemna, bura, błotnista i mokra, przychodzi ranek z kurniawą (czyż nie ładne jest to polskie słowo?). Wszyscy (a chyba nawet więcej niż zazwyczaj) kierowcy wsiadają do swoich czołgów i 15-20 km na godzinę przesuwają się w kierunku pracy. Walcząc o życie na każdym zakręcie, czy skrzyżowaniu. Prószący śnieg budzi przerażenie w oczach (wiem, trochę dramatyzuję).
Wczoraj w pracy zapowiedziałam, że gdyby się trafił taki dzień, to ja planuję oszczędzić sobie stresów w życiu i zostać w domu. Nie przewidziałam, że nastąpi to tak szybko, bo już dzisiaj rano...
Jeszcze o 6:30 wyszłam do garażu po mleko. Łukasz w tym czasie odbywał swoją poranną przebieżkę. Było czarno, wilgotno, ale nic nie zapowiadało, że jakieś pół godziny póżniej Pola zaskoczy nas: 'o, jak biało na dworze!'. Faktycznie! Cały ogródek rozświetlił już 'biały puszek' (o białym puszku na koniec). Mimo wszystko, ze względu na fakt, że potrzebne mi materiały wywiozłam sobie do pracy, stwierdziłam, że jednak pojadę.
Łu wyjechał pierwszy. Już z drogi zdawał relacje, że niebezpiecznie ślisko. Z Polcią wyjechałyśmy, ale na głównej ulicy zatrzymał nas równy rząd samochodów poruszajacych się w tempie niewiele szybszym niż człowiek. Po ujechaniu kawałka i to ustało. Dobrnęłyśmy jeszcze do marketu, gdzie porzuciłyśmy pojazd i piechotką udałyśmy się do szkoły. I to był bardzo przyjemny spacer w sypiącym śniegu, brodzący po kostki, z rozdmuchiwaniem puszku przy tupaniu nogami. Zasypane dotarłyśmy do szkoły wzdłuż szpaleru wolno posuwających się pojazdów. Tylko smród smogu był w sumie mało przyjemny. Fuj.

Spacer razem w jedną stronę, potem już samotnie do landary, po drodze obserwując wyczyny samochodów, rozjeżdżające się koła, przerażenie w oczach itd. I powrót do ciepłej chałupki. Odśnieżyłam podjazd i obserwuję jak się sytuacja rozwija na dworze. Już się - niestety- przejaśnia. Z przyjemnością poobserwowałabym opady jeszcze przez parę godzin. Łukasz pewnie nie, bo dzisiaj musi jakieś sprawy naprawcze z samochodem pozałatwiać i taka pogoda mocno mu utrudnia plany, ale cóż. ;)
A ogródek wygląda tak:
Tu akurat chyba Majonez się nawinął.

Dodatkowo trochę poodgarniałam śnieg. I przypomniała mi się historyjka, którą tato Łu często nam cytował swego czasu (skopiowana stąd: http://www.beka.pl/txt_bieszczady.php, ale wklejam, bo widzę, że jednak różne rzeczy z netu znikają):

12 sierpnia. 

Przeprowadziliśmy się do naszego nowego domu, Boże jak tu pęknie. Drzewa wokół wyglądają tak majestatycznie. Wprost nie mogę się doczekać, kiedy pokryją się śniegiem. 

14 października 

Bieszczady są najpiękniejszym miejscem na ziemi! Wszystkie liście zmieniły kolory - tonacje pomarańczowe i czerwone. Pojechałem na przejażdżkę po okolicy i zobaczyłem kilka jeleni. Jakie wspaniale! Jestem pewien, że to najpiękniejsze zwierzęta na ziemi. Tutaj jest jak w raju. Boże, jak mi się tu podoba. 

11 listopada. 

Wkrótce zaczyna się sezon polowań. Nie mogę sobie wyobrazić, jak ktoś może chcieć zabić cos tak wspaniałego, jak jeleń. Mam nadzieje, że wreszcie zacznie padać śnieg. 

2 grudnia 

Ostatniej nocy wreszcie spadł śnieg. Obudziłem się i wszystko było przykryte białą kołdrą. Widok jak pocztówki bożonarodzeniowej. Wyszliśmy na zewnątrz, odgarnęliśmy śnieg ze schodów i odśnieżyliśmy drogę dojazdowa. Zrobiliśmy sobie świetna bitwę śnieżną (wygrałem) a potem przyjechał pług śnieżny i znowu musieliśmy odśnieżyć drogę dojazdowa. Kocham Bieszczady. 

12 grudnia. 

Zeszłej nocy znowu spadł śnieg. Pług śnieżny znowu powtórzył dowcip z droga dojazdowa. Po prostu kocham to miejsce. 

19 grudnia 

Kolejny śnieg spadł zeszłej nocy. Ze względu na nieprzejezdna drogę dojazdowa nie dojechałem do pracy. Jestem kompletnie wykończony odśnieżaniem. Pieprzony pług śnieżny. 

22 grudnia 

Zeszłej nocy napadało jeszcze więcej tych białych gówien. Cale dłonie mam w pęcherzach od łopaty. Jestem przekonany, ze pług śnieżny czeka tuż za rogiem, dopóki nie odśnieżę drogi dojazdowej. Skurwysyn! 

25 grudnia 

Wesołych Pierdolonych Świat! Jeszcze więcej gównianego śniegu. Jak kiedyś wpadnie mi w ręce ten skurwysyn od pługu śnieżnego...przysięgam - zabije. Nie rozumiem, dlaczego nie posypia drogi solą, żeby rozpuściła to cholerstwo. 

27 grudnia 

Znowu to białe gówno napadało w nocy. Przez trzy dni nie wytknąłem nosa, z wyjątkiem odśnieżania drogi dojazdowej za każdym razem, kiedy przejechał pług. Nigdzie nie mogę dojechać. Samochód jest pogrzebany pod górą białego gówna. Meteorolog znowu zapowiadał dwadzieścia piec centymetrów tej nocy. Możecie sobie wyobrazić, ile to oznacza łopat pełnych śniegu? 

28 grudnia 

Meteorolog się mylił! Tym razem napadało osiemdziesiąt piec centymetrów tego białego cholerstwa. Teraz to nie odtają nawet do lata. Pług śnieżny ugrzązł w zaspie a ten łajdak przyszedł pożyczyć ode mnie łopatę! Powiedziałem mu, ze sześć już połamałem kiedy odgarniałem to gówno z mojej drogi dojazdowej, a potem ostatnią rozwaliłem o jego zakuty łeb. 

4 stycznia 

Wreszcie wydostałem się z domu. Pojechałem do sklepu kupić cos do jedzenia i kiedy wracałem, pod samochód wpadł mi cholerny jeleń i całkiem go rozwalił. Narobił szkód na trzy tysiące. Powinni powystrzelać te pieprzone zwierzaki. Ze tez myśliwi nie rozwalili wszystkich w sezonie! 

3 maja 

Zawiozłem samochód do warsztatu w mieście. Nie uwierzycie, jak zardzewiał od tej pieprzonej soli, którą posypują drogi. 

18 maja 

Przeprowadziłem się z powrotem nad morze. Nie mogę sobie wyobrazić, jak ktoś kto ma odrobinę zdrowego rozsądku, może mieszkać na jakimś zadupiu w Bieszczadach. 

wtorek, 1 stycznia 2019

Rozważania...

...nad świętami.
Może zacznę od tego, że ten post, jeśli uda mi się go skończyć, pewnie będzie długi i nudny. Wiąże się z jakimiś moimi przemyśleniami, które wynikają pośrednio z pięciu przełomów roków spędzonych tutaj u siebie, pośrednio z wczorajszego spotkania Sylwestrowego. Od czego tu zacząć...
Może najpierw od końca, czyli od Sylwestra.

* * *
Od kilku lat podtrzymujemy tradycję, że nigdzie się nie ruszamy, bo jest nam dobrze w domu, ale jeśli ktoś miałby ochotę sie przyłączyć, to zapraszamy. Zawsze się ktoś znajdzie. Mam wrażenie, że gdybym choć trochę intensywniej zapraszała, to znalazło by sie sporo chętnych, dlatego nie zapraszam za intensywnie, bo z jednej strony raczej zebrałyby się osoby nieznające się, z którymi mamy rózne tematy (w znaczeniu, że z jednymi mamy inne tematy niż z drugimi). Z każdym rozmawia się przesympatycznie, ale aby rozmowa była osobista, to nie mogłaby być oficjalna, a przy nieznających się osobach, to zrobiłoby się oficjalnie. A oficjalności nie chcemy zupełnie. Raczej takiej swojsko-kanapowej atmosfery, gdzie każdy w bamboszkach delektuje się grzańcem, piwem czy - jak wczoraj - martini i prosecco.
Banda dzieci zajmuje się sobą, my sobie gadamy o mijającym roku, jakieś wspomnienia z lat ubiegłych. Patrząc z zewnątrz pewnie nudy potworne i zero atmosfery przełomu lat. Z naszego: iskamy się w stadzie, więc chyba każdemu jest dobrze. Rozmowa zeszła na coroczne przygotowania świąteczne. Z mojej strony zachwyty nad tym rokiem (poniżej dlaczego), ze strony znajomych dużo na temat rozbieżności rzeczywistości z corocznymi oczekiwaniami, nerwów, zmęczenia, frustracji. O tym też ostatnio piszą gazety, o młodych przyjeżdzających do rodziców i oczekujących wszystkiego na stole bez niczego w zamian. Rodzice chcieliby pomocy, mają 'zespół Fenstera'*; młodsi w zasadzie nie wiedzą czego chcą, może odpocząć, i żeby atmosfera była jakaś znośna. Dłuższa dyskusja na ten temat się wywiązała. Trochę mam dylemat, czy to dobrze, czy w jakiś sposób przedstawiając swoje zadowolenie z tego roku i kilkuletni proces dochodzenia do tego nie popełniłam jakiegoś błędu w przedstawianiu przyczyn osiągniętego efektu. Fakt, że całość jest wynikiem pracy wszystkich. To że w naszej rodzinie się poukładało, to może w innej, z innych jednostek, nie ma na to szansy? Co roku w końcu różowo, bez frustracji nie było, zaś tegoroczny sukces może jest tylko jednorazowy?

* * *
Okres świąteczny to zazwyczaj próba wykreowania jakiegoś obrazu, który mamy z filmów/reklam i wspomnień z dzieciństwa. Ja też się jemu co roku poddaję. Co roku analizuję jak wyglądały lata ubiegłe, co mi w nich przeszkadzało. Zazwyczaj była to frustracja, że 'tyle pracy włożyłam, żeby wszystkim zrobić dobrze, a nikt nie chciał pomóc', czy pomógł za mało, nie w tym momencie, nie z takim efektem, jaki bym oczekiwała.
Piąte święta 'u siebie' za nami. Co roku jest kilkanaście osób. Moi rodzice, moja siostra z rodziną, Łu rodzice, dziadkowie, siostra. Sporo osób i do pomocy, ale i do ustalenia 'kto, co'. Po pięciu latach jednak już w miarę każdy ma swoje przypisane role i listy zadań. Niemniej... jakoś zawsze zakładam, że coś może nie wypalić. Co roku spalało mnie to ogromnie, bo jak to będzie, gdy:
- choinki nie będzie - co roku zadanie to z przydziału trafia do Łukasza, co roku ja mam jakieś swoje oczekiwania, że będzie to piękna np. jodła w donicy (od ogrodnika) aby móc ją wsadzić do ziemi. Pełna instrukcja, który to może być ogrodnik, jaka choinka, jakiej wysokości, że trzeba na początku grudnia, bo potem to już nie będzie w czym wybierać. Kilka razy w samą wigilię Łukasz pędził na plac i kupował ostatniego drapaka, co to niby można będzie przesadzić do ziemi, potem zaś się okazywało, że np. odrąbany pniaczek jest przybity do deseczki, aby równo stał w doniczce i całość przysypana ziemią, że niby rośnie.
- ciasta nie będzie - w zeszłym roku, jako że przestałam piec ciacha (staram się nie jeść słodkiego), to stwierdziłam, że nie piekę. Zamówiłam.
- barszcz nie wyjdzie - z dzieciństwa pamiętałam, ze zawsze jakoś trudno było go doprawić i ciągle główna kucharka (czyli albo Babcia Kazia, albo Mama) mówiły, że nie taki; od jakiegoś czasu sama barszcz robię wg przepisu znalezionego w necie (z pieczonych buraków); co roku wychodził wg mnie niezły (w tym trochę gorzej, ale bez spinki).
- prezenty nie będą się podobały,
- nie wyrobię się ze sprzątaniem,
- nie wyrobię się z gotowaniem,
- zapomnę czegoś ważnego (choć święta obchodzimy 'świecko', jako wydarzenie rodzinne, to takie atrybuty jak choinka, czy opłatek - chleb - jest), zazwyczaj jest to opłatek, ale zawsze moża się czymś innym podzielić,
- ...

I tak co roku przed świętami jest pełna analiza tego, co 'trzeba' i co nie wypaliło w ubiegłych latach i jak to ominąć. Od kilku już lat praktykuję:
- przygotowanie do świąt zaczynam faktycznie w listopadzie, bo wtedy pojawiają się różne rzeczy w sklepach, których już zazwyczaj w połowie grudnia nie ma; to jest czas na takie zastanawianie się czy czegoś nie brakuje na stół i co trzeba dokupić (garnek chociażby na 6 litrów barszczu), jakie ozdóbki na stół, co w chałupie zrobić, wstępne plany 'co trzeba' a co 'by się przydało'.
- na początku grudnia czas na piernik, pierniczki i owsianki (ciasteczka owsiane wg przepisu Babci Marysi), z tego wynika np. wizyta w Pasiece Smoleckiej i zakupy miodu, w tym roku dokupienie jakichś ciekawych foremek. W efekcie w chałupie pachnie, a na szafie są już pierwsze zapasy na święta. Dzięki takim zachomikowanym, długoterminowym produktom dwie, trzy potrawy mam już z głowy (w tym roku nie robiłam piernika, planowałam makowiec upiec przed świętami ale odpuściłam; nikt się nie zmartwił, bo były inne słodkości).
- wolne biorę co najmniej dwa dni przed świętami (tylko dwa, jeśli jest jakaś sobota i niedziela). To jest czas, kiedy właśnie dzień jest najkrótszy i najbardziej odczuwa się działanie aury na samopoczucie; to jest czas, który mam potrzebę spędzić z dziećmi bądź - mimo wszystko - na zwolnionych obrotach; na spokojne zorganizowanie wszystkiego. Między świętami a Nowym Rokiem mogę nie brać wolnego, nie czuję takiej potrzeby. Czas przed świętami jest najważniejszy. Chyba ważniejszy niż 25 i 26 grudnia. Bo to czas na bycie razem, powrót myślami do tego co minęło, do myślenia o tradycji - dlaczego wszystko w koło wygląda jak wygląda, czas na rozmowy, przeglądnięcie szaf, czasem obejrzenie filmu. Wszyscy w koło biegają. Ja nie chcę biegać. Nie chcę pędzić do sklepu i na szybko wrzucać do koszyka (co nie znaczy, że udaje mi się nie nawrzucać niepotrzebnych rzeczy), nie chcę zrywać się skoro świt i po nocach myć podłóg. Przerabiałam to ileś razy.
Głównie planowanie skupiło się w tym roku na: określeniu co 'powinno być zrobione'
- pomyte okna, bo przez rok nie były,
- zrobione zakupy,
- kupione prezenty,
- sprzątnięta chałupa,
- ugotowany barszcz,
- zrobione uszka,
- zrobione pierogi,
- zrobiona sałatka ziemniaczana,
- upieczony makowiec,
- kompot z suszu
- przygotowanie stołu (z tego co mam, w wersji mini, dokupiony obrus i jakieś ozdóbki w wersji rozszerzonej),
- choinka (ozdóbek nie planowałam nowych, kilka dosłała Aga, lampki jakieś stare były),
- przygotowane śniadanie (z resztek z wigilii + wędliny i pieczywo) i obiad 25 grudnia (do zastanowienia, czy zapraszać rodzinę na nocowanie i pierwsze święto i co zrobić, aby się nie narobić).
Mam wrażenie, że co roku powyższa lista była dużo dłuższa. Jeszcze zwrócić chciałabym uwagę, że jest to lista tego, co POWINNO być zrobione, czyli nie 'must do', tylko 'should do'. Z tego 'must' wyszło mi, że jest pi razy oko:
- kolacja - czyli barszcz z uszkami, pierogi i sałatka (pierniczki i owsianki już są),
- przygotowanie stołu - no cóż, przynieść i zamontować dostawki, 14 krzeseł, serwetki i ozdóbki - są, można wyprasować, jak nie, to damy papierowe; obrus mam za krótki, ale dawał radę, prasuje się szybko,
Naprawdę założyłam, że cała reszta, to rzecz zbędna! Jeśli ktoś coś zrobi (fakt, że już mogłam zakładać, że goście dołożą coś od siebie, ale jakby  nie chcieli czy nie mogli, to... trudno!) będzie bardziej 'na bogato', ale w tej wersji kolacja i tak będzie smaczna i tradycyjna. Do spokojnego obrobienia dla jednej osoby. Bez spinana się. O prezentach rozmawialiśmy wcześniej, że w zasadzie to każdy może się powyżywać na dzieciach, dorośli zaś dostają po jednym prezencie (wyszło nie do końca tak, to temat do dopracowania, ale chyba bez rozczarowań).

I teraz wyszło, że z założonym takim planem minimum wyszedł chyba plan maksimum, bo zarówno udało się umyć okna (akurat w weekend 2 tygodnie przed była pogoda w sam raz), w sprzątanie chałupy ogromnie zaangażowali się i Łukasz i dzieciaki - nie wiem skąd taka odmiana, może faktycznie pozytywna atmosfera tak na wszystkich podziałała? że i bez krzyków i pretensji. Z gotowaniem oczywiście wiedziałam, że ogromnie mogę liczyć na Matulę i uszka i pierogi mam z głowy, ale Tato Łu zadeklarował się, że zrobi bigos i sałatkę; Mama Łu z Karoliną zrobiły trzy czy cztery rodzaje ryby, Danusia zadeklarowała, że upiecze ciasta, i żeby przypadkiem Matula nie piekła; wszystko ustalone, ale Dawid się rozchorował i wylądowali w szpitalu. Dana jednak postawiła na swoim i trzy(!) ciasta upiekł Mariusz. Tato przywiózł dodatkowe lampki na choinkę. Zatem ogólnie mam wrażenie, że każdy zrobił, co lubi najbardziej, ale nie musiał się jakoś urabiać po pachy.
W wigilię Łukasz przywiózł Danę z Dawidem prosto ze szpitala. Jeszcze trochę poślizgu było, bo musieli się ogarnąć, ale niedużo. I wszystko dość sprawnie udało się zaserwować.
Jeszcze teraz nie mogę się nadziwić, że cała moja robota przed wigilią to barszcz, który zresztą na skończenie czekał na dojazd mamy, bo jednak czegoś ważnego zapomniałam i okazało się, że grzybów nie mam. Mama dodatkowo robiła wywar grzybowy i dowoziła mi. Aha, i kompot z suszu (wrzucić do gara, pomoczyć, wsypać 3 łyżki cukru i zagotować).
Dzieci się bawiły, dorośli gadali, Pola zagrała na keyboardzie kolędę, której się sama nauczyła. Miłosz też miał coś zagrać na gitarze, ale nie chciał. Spokojnie dodryfowaliśmy do wieczora.
Rano kawy, śniadanie, odgrzewany barszcz z uszkami, upieczone mięso zapeklowane 3 dni wcześniej, na chwilę wyjęte, owinięte w ciasto francuskie i dopieczone; kluski śląskie również etapami przygotowane w weekend i kapusta kiszona zasmażana i ogórki. Naprawdę tyle osób, ale robić i było komu a za dużo do roboty też nie było. I czas na spacer z Tatem się znalazł, czego mi zawsze brakowało. Łukasz biegał zgodnie z planami. Z dziećmi (to już po spotkaniach ze wszsytkimi) obejrzeliśmy części Indiany Jonesa. Do kina nie pojechaliśmy, choć takie plany były, ale po co w sumie?

Wiem, na jedno czasu nie miałam. Na wszystkich innych poza rodziną. Nie odpisałam na żadnego SMSa (nie cierpię tych łańcuszków przesyłanych wszystkim w skrzynce) i zaczepki na FB. I w sumie dobrze mi z tym. Bardzo. :)
Wiem, wredna jestem.

Zatem z życzeń świątecznych i noworocznych to chyba mogę mieć takie, aby każdy miał podobne do moich w przyszłym roku.



* zespół Fenstera - poczucie, że jeśli przed świętami okien się nie umyje, to Grinch wygra w tym roku i świąt na pewno nie będzie; w rzeczywistości okna się myje, ale atmosfera jest (między innymi przez to mycie okien) pożal się borze (szumiący).

- Polciu...

  ...pijesz herbatkę?
- Po co?