czwartek, 31 lipca 2014

W moim ogródeczku...

...no właśnie, co? Rośnie! Coraz bardziej widać, że coś rośnie. :)

Roślinki, co je kupiłam w ubiegłą sobotę sadziłam do wczoraj. W sobotę i niedzielę nie było czasu. W poniedziałek też się nie udało. Przez upał prawie zasuszyłam lawendy i fuksję. We wtorek udało mi się wsadzić trzy krzaczki. Wczoraj resztę. Większość widać (prawie) na tym zdjęciu:
Wiem, że bardzo się trzeba postarać, ale są tam i róże, i hortensja, i pęcherznica, i dereń, i zasuszone lawendy i fuksja, i trzy krzaczki, których nazwy ciągle zapominam.
Może ciekawszy będzie za to widok na to, co już rośnie od jakiegoś czasu, czyli pomidory dziadka (jak widać rosną jak szalone), skalniaki, wierzby i... trawę. ;)

Aha, i zapomniałam wspomnieć, że w niedzielę byliśmy u znajomych. Dorwałam się do ogródka i naniosłam trochę nasion (nagietki, malwy, echinacea i cała masa innych), oraz gałązki ostrokrzewu, trzmieliny (zielonobiałej) i czegoś, co wygląda na wawrzyn (laur). Choć podobno wawrzyny w Polsce nie przetrzymują zimy. Tamten rósł na pewno kilka lat. Może, jeśli moje posadzę w jakimś zacisznym miejscu, to też przetrwają? A może to nie laur? Krzaki dzisiaj popikowałam w doniczkach. Ciekawe, czy coś wyrośnie. Już się nie mogę doczekać i mam nadzieję, że trochę lepiej im pójdzie, jak krzaczkom przywiezionym ze Strzelina, co to jak nie zostały rozjechane przez traktorek, to Mimon je rozdeptał kilkukrotnie. A tak je w kącie posadziłam, żeby były bezpieczne. Ech...

Aha, i jeszcze jedną rzecz zapomniałam napisać. Przesadziłam jeszcze dzisiaj jakieś znalezione poziomki na skarpkę.
W pracy, przez przypadek, kolega z paprocią (z ogródka) przyniósł poziomkę, która puściła wąsy. Kilka dni temu wąsy pomocowałam w doniczkach. Za jakiś czas, gdy się ukorzenią, poodcinam wąsy, przyniosę tutaj i wsadzę również na skarpę.
Kolejne poziomki mam obiecane od sąsiadów. Zastanawiam się, czy będzie widać różnicę? Postaram się je posadzić w kupkach, zobaczymy, które będą najlepsze i po jakim czasie wymieszają się genetycznie. ;)

sobota, 26 lipca 2014

Krok za krokiem...

...zbliżamy się do... czegoś. W sumie nie wiem czego, bo gdy się wydaje, że coś już osiągnęliśmy, to się zaczyna widzieć to wszystko, co jest jeszcze przed nami.
Dzisiaj zerwałam się rano. No, nie tak wcześnie, jak lubię, ale tak, jak niedospanie z tygodnia mi pozwoliło, czyli o 7:30. Szybka kawa i na budowę malować ciągle niepomalowane fragmenty. Chyba drugi miesiąc już machamy wałkami i końca nie widać!
Poprzednio napoczęłam ostatnią puszkę z farbą, więc stwierdziłam, że przed robotą podjadę do OBI. Podjechałam. I wsiąkłam na półtorej godziny.
Nie byłabym sobą, gdybym nie zajrzała na dział z roślinami. W OBI rośliny są wg mnie bardzo drogie (dla przykładu lawenda po ok. 24 zł, brzoza 250 zł), ale za patrzenie jeszcze płacić nie każą. No i jakoś tak trafiłam na wózki z roślinami przecenionymi o 75%. Powybierałam, sporo, ale okazało się, że część dopiero wybrana do przeceny, a ta jeszcze niezatwierdzona. Jak chcę, to mogę iść do kierowniczki, to kierowniczka może obniżyć cenę o 50%, ale więcej to już musi szef. Rada nierada część odłożyłam z powrotem, część zgarnęłam licząc na choć 50%. Znalazłam kierowniczkę, znalazł się też szef i od razu zatwierdził tę większą obniżkę wszystkiego. Skoro tak, to poleciałam po hortensję, co wyglądała prześlicznie (choć bez kwiatów). Poza tym musiałam pójść z kierowniczką wydrukować naklejki z przeceną, znaleźć te odpowiednie, nakleić i dopiero mogłam pójść do kasy. Gdy kierowniczka zobaczyła hortensję, to zaczęła kręcić nosem. Jeszcze wychodząc słyszałam, że pracownica tłumaczyła się gęsto. Chyba kiepsko jej dzisiaj poszło. :( Za to ja mam hortensję, taką jak w ogródku u babci w Szklarach, za całe 11 zł. Różne krzewy kwitnące i nie, po 5 zł. Trochę bylinek po niecałe 2,50 zł. Tylko... gdzie ja to mam teraz wsadzić?
Jakieś plany, gdzie tego typu rośliny mają rosnąć, to są. Ale akurat w tych miejscach leżą teraz różne materiały budowlane i pobudowlane. Lawendom będę chyba musiała zrobić takie kopczyki z ziemi zmieszanej z piaskiem, bo lubią sucho. Hortensja pewnie woli cień, a u nas na działce cień jest tylko z przodu, gdzie obecnie nie da się nic zasadzić. Podobnie róże wysokopienne - planowałam w okolicach wejścia, czyli teraz posadzić się nie da, bo nie przeżyją. Hortensję wcisnę w najdalszy kąt działki, bo jest tam trohchę cienia, ale będę musiała stamtąd powysadzać inne rośliny. Czyli jutro (bo dzisiaj się nie wyrobiłam) czeka mnie trochę prac ogródkowych.
Zmarudziłam na działce o dwie godziny dłużej, niż planowałam, ale za to zdążyłam pomalować kuchnię z jadalnią i 'korytarzyk'. Został do pomalowania jeszcze pokoik na dole. Nie licząc drugiego malowania ścian na dole, ale jak wyczytałam drugie malowanie to już lepiej robić po innych pracach. Słusznie, patrząc na to jak się wszytko brudzi.

Łukasz zaczął coś przebąkiwać, że może by okna umyć. Po obiedzie zebraliśmy się więc znowu do roboty. Ponownie potwierdzam, budowa bez dzieci to bułka z masłem. Pomimo dzieciaków udało nam się doczyścić okna na dole. O dziwo wszystkie szyby całe i niezarysowane. Tynki, farby i posadzki, które znalazły się na oknach, nie bez trudu, ale zlazły. Udało się jeszcze mniej więcej posprzątać i powymiatać. Gdybym jutro domalowała ten mały pokój, to w głównej części chałupy nasze roboty byłyby ogarnięte. Można by wpuszczać panów od łazienek, ale to wymaga jeszcze załatwienia materiału, co chwilę też potrwa.
Oczywiście nie czas spocząć na laurach. Garaż czeka na swoją krwawicę. Gipsy na górze, malowanie góry i dołu, malowanie podłogi.
No i ogródek. Trawy ciągle prawie nie widać (ponad dwa tygodnie). Chyba masz Aga rację, że za często na nią patrzę ;) . Na wrzesień/październik szykujemy się na sadzenie drzewek. Brzozy wypatrzone na drugim końcu miasta, a owocowe planuję nabyć w Strzelinie. Tato ma się rozejrzeć gdzie.

I tak jakoś dzisiaj, chyba po raz pierwszy, zobaczyłam światełko w tunelu. Że wszystko to już pewna skończona, i w miarę określona, ilość prac.

A kiedy wprowadzka? Nie wiem. Łu mówi o wrześniu. Ciągle jednak brakuje podłóg, schodów, łazienek, drzwi wewnętrznych i kuchni. Nie wierzę, że w dwa miesiące to ogarniemy, tym bardziej, że już trochę skrobiemy po dnie. Nagimnastykować się trzeba do wypłaty ostatniej transzy z banku, bo brakuje kilku prac. Ciągle czekamy na zwrot vatu z ubiegłego roku, co powinno trochę załatać dziurę.
Na ile znam Łu, to skoro mówi, że we wrześniu, to tak będzie. Najwyżej wprowadzimy się na betony. ;)

piątek, 25 lipca 2014

Domknięcie stanu zamkniętego

Znowu trochę czasu minęło. Wydarzyło się chyba dużo.
Trawnik niby zrobiony. Ileż to już minęło od wysiania? Dwa tygodnie? Przez ten czas głównie była lampa, choć wszystkie portale obtrąbiały deszcze, burze, a nawet grady. I nic! Przez co laliśmy codziennie wodę, ale bez jakichś widocznych efektów. Pewnie za mało. Za to ptaki miały używanie i coraz więcej wróbli, gołębi i innego tałatajstwa kręciło się w koło.
Pogoda ruszyła się trochę wczoraj czy przedwczoraj. W efekcie zrobiło się kilka placków, na których widać kiełki trawy. A reszta? A reszta jest czarna, ze sterczącymi perzami. Czyli standardowo: ogród kiepsko. Chociaż mój skalniaczek porósł jak dziki i wszystko rozrasta się, aż miło popatrzeć. Ale to cały metr kwadratowy.
Za to coraz bardziej ogródek dojrzewa w mojej głowie, i już wiem, gdzie będą brzozy, a gdzie zagonek borówki amerykańskiej. Wypatrzyłam też miejsce, skąd uda nam się natachać kilka brzóz. W naszej okolicy posucha, jeśli chodzi o dzikie samosiejki, za to na drugim końcu miasta coś się powinno wygrzebać.

Żeby nie było, że trawa trochę się ruszyła, to zaraz akurat te najbardziej zielone miejsca podeptali monterzy pompy ciepła i kolejni robotnicy. Nosz ... jest piaskowa opaska wokół budynku. To niewygodnie panom się pewnie chodzi. Wrr. No, ale przynajmniej pompa zamontowana, choć jeszcze niepodłączona do instalacji. W przyszłym tygodniu ma być hydraulik i popodłączać, oraz zapuścić program wygrzewania instalacji. Ciekawe, jaki będzie efekt. I czy przypadkiem nie złoży się np. z największymi upałami. ;)

Poza pompą ciepła kolejnym osiągniętym krokiem milowym są drzwi i brama garażowa, które po zamontowaniu wyglądają tak:
Czyli stan zamknięty możemy wreszcie uznać za faktycznie zamknięty. Żeby nie było za różowo, to panowie zostawili po sobie brud większy niż ci od pianki. Ilość petów wskazuje, że przez te trzy czy cztery godziny musiało ich tam być kilkudziesięciu. I na dodatek jeden pluł słonecznikiem. A ja dopiero zdążyłam powybierać co większe kawałki pianki (po tych od pianki), która była wszędzie. Teraz mam pety, słoneczniki, folijki od licho wie czego, kawałki tektury i ogromna ilość styropianu. Nosz, ręce opadają razem z płuckami. Fakt, że budowa wyglądała... no, po prostu jak budowa, ale ja nie nadążam ze sprzątaniem po tych wszystkich fachofffcach. Oni cztery godziny montują, a ja potem dwa dni sprzątam. Ech...

czwartek, 10 lipca 2014

Wykopki...

...jak w październiku. I błoto też.
Do 10 przestało padać, to ok. 11 pojechaliśmy i wzięliśmy się za kupy ziemi i piachu. Wszystko stało w wodzie, to jest w błocie, więc taplaliśmy się jak czaple. Kalosze się przydały, w każdym razie nie unurzaliśmy się po same pachy tylko po kostki. Ogarnęliśmy jedną górę piachu, całą ziemię z wykopu wgłębnika i jedną mniejszą kupkę - spod schodów wejściowych. Wystarczyło tego na budowę opaski i wyrównanie działki od zachodniej strony. I już wszystko w miarę równo wygląda. Przynajmniej w porównaniu do tego, co było wcześniej.
Jedno co muszę przyznać, to jeszcze tak urobiona na działce nie byłam. I mam nadzieję, że nigdy więcej nie będę musiała. Starość nie radość, od dźwigania i machania szuflą i grabiami bolą mnie stawy w dłoniach, nadgarstki i łokcie. Choroba zawodowa?
Zaskoczyła nas też swoim przybyciem przedstawicielka właścicielki działek. Czyli pani, od której kupowaliśmy naszą działkę i właścicielka jeszcze ze dwudziestu następnych, czekających na sprzedanie. Główny temat, to udrożnienie drogi. Z jednej strony spora jej część od naszej strony jest zawalona gruzem, nawiezionym przez kogoś. Poza tym rośnie na niej kilka drzew, które kwalifikują się do uzyskania pozwolenia na wycięcie. Szczególnie szkoda by nam było akacji, która wybujała już na dobre 7-8 metrów i jest najwyższym drzewem w okolicy. Łu zaproponował, że może by zrobić taki mały objazd tego drzewa. Tak, jak się to robi np. w Szwajcarii, gdzie standardem na małych drogach jest drzewo na środku. W każdym razie właścicielka ma zamiar wziąć na siebie przygotowanie tej drogi i ewentualnie wykupienie udziałów od tej właścicielki, która robi nam problemy ze wszystkim. Byłoby fajnie, choć tracilibyśmy na tym kameralność naszej uliczki, która w tej chwili jest ślepa. Gdyby jednak udało się ją przekazać gminie, byłaby szansa, że stałaby się cywilizowaną drogą. Ciekawe, czy dożyjemy. ;)

Pracowity tydzień...

...powoli nam ucieka, ale prac wykonanych przybywa.
Przygotowaliśmy 'górkę' w garażu na montaż rigipsów. Na dole przygotowujemy miejsce pod montaż pompy ciepła. Zagruntowane są ściany, sufit i podłoga; dzisiaj będziemy akrylować połączenie ścian i podłogi, a jutro chcielibyśmy pomalować ten fragment betondurem. Taką jakąś powłoką na beton, która ma zastąpić posadzkę. Nie wiem jak się to sprawdzi, ale opinie są raczej pozytywne, a oszczędność czasu i pieniędzy - w porównaniu z kładzeniem płytek - znaczna. Szkoda tylko, że nie możemy zrobić za jednym zamachem całego garażu. Rozbijamy się o problem, że tu i tam jeszcze coś niewykończone, no i nie ma gdzie zwalić tej masy rzeczy, które obecnie przechowujemy w garażu.

Jako że środek domu jest mniej więcej opanowany i czeka na jakieś konkretniejsze prace (schody, łazienki, podłogi), to zabraliśmy się za ogarnianie okolicy i rozmontowanie gór piachu i ziemi, które w ilości pięciu zawalają teren w koło chałupy, szczególnie dostęp od frontu. Czyli zabraliśmy się za przygotowanie opaski drenażowej i wyrównanie terenu ziemią. Całkiem fajnie nam wczoraj szło. Najpierw kupiliśmy sobie taczkę. I tu mała dygresja, bo w pierwszym momencie pojechaliśmy do Castoramy, gdzie do wyboru były dwie, w cenach ok. 150 i 200 zł. Ale jakość wykonania obu była tra-gicz-na. Stwierdziliśmy, że szkoda pieniędzy. To gdzie kupić? Może w sklepie ogrodniczym? Pojechaliśmy do tego, w którym kupowałam pomidorki. Nie mają, ale obok jest sklep 'Gwoździk', to może tam. Tam też akurat 'wyszły', ale w piątek będą; a w zasadzie, to może jeszcze dzisiaj?; to może zostawmy nr telefonu. Zostawiliśmy, wróciliśmy do chałupki i już był telefon, że można przyjeżdżać. Taczka sztuk raz, ale wyraźnie solidniejsza.
Gdy Łu jeździł po taczkę, to ja sobie zmontowałam ustrojstwo do podlewania działki. Od kilku dni miało padać. Zapowiadali, że będą takie burze, że hej. A tu nic. Tylko było widać, jak burze przechodziły z prawa bądź lewa, a u nas sucho. A że umówiliśmy się z gościem od glebogryzarki, że przyjedzie, to trzeba było przygotować ziemię, czyli ją trochę nawilżyć. No to zaczęłam lać hektolitry wody w grunt. I co? I zaczęło się chmurzyć. Oczywiście wiedziałam, że jeśli nie będę podlewać tej mojej działki, to burza sobie pójdzie, więc lałam dalej. No i wieczorem jak się rozpadało, to zgoniło nas z placu roboty. A deszcze zrobiły się jakieś takie trzydniowe, bo w nocy solidnie też padało i teraz rano (6:25) też. Ciekawe kiedy przestanie. Bo zanim wpuścimy glebogryzarkę, to musimy jeszcze co najmniej przewalić tę kupę ziemi, którą wywaliłam z wgłębnika. A w tej chwili to już pewnie kupa błota. Oj, nie dane nam w tym roku zrobienie tej działki. No i z trzech kup od frontu wczoraj dwie miały zniknąć zupełnie, a są tylko nadgryzione. No i jeszcze jedna rzecz podnosiła mi ciśnienie. Walające się wszędzie w koło pozostałości pianki. Zgadnijcie jakiej! Wrr...

Milenko, pytałaś się o piankę. Sama technologia nie jest zła. Całe poddasze otulone jest, raczej bez przewiewów, warstwą ocieplenia o podobno świetnych właściwościach izolacyjnych. Problemy są takie, że pianka jest rozpylana, czyli ląduje na wszystkim, co się znajduje w okolicy. Najlepiej, gdyby wszystko było osłonięte. W sumie nie powinno to być dużym problemem, bo podłogę można przykryć folią, a przy ścianach przygotować takie konstrukcje z folią na badylu, którą można oprzeć o ścianę, lub jedna osoba może trzymać, a druga w tym czasie pryskać. My wszystko przygotowaliśmy, tylko gościom nie chciało się użyć i wmawiali nam, że bez problemu zejdzie. Nie tak do końca, bo przyklejona część zostawała i np. na ścianach okazało się, że nie każda farba kryje ciapki. No i wygodniej przez moment poosłaniać, niż później latać ze szpachelką i wszystko zdzierać. Szczególnie do gładkich powierzchni dobrze i trwale pianka się przyczepia. Na strychu mieliśmy zeskładowane resztki rynien i obróbek blacharskich. Teraz nie nadają się ani do wykorzystania na dachu, ani do oddania. Ponieważ wypełnienie pianką robiliśmy nie tylko między krokwiami ale również 10 cm ponad nimi, to wcześniej zrobiliśmy stelaż pod rigipsy. Nie był to dobry pomysł, bo pianka ze stelaży nie chciała schodzić wcale i nie można było przykleić folii paroszczelnej do stelaża. Można to było zrobić tak, że tylko zamocować wieszaki pod konstrukcję. Ten wykonawca, który u nas robił, jest gdzieś chyba z opolskiego. Nie pamiętam (i nie chcę ;) ) nazwy, ale jakby coś, to poszukam.
Jak widzę, to rynek pianek się rozszerza i niedługo pewnie technologia bardzo potanieje, bo wydaje mi się, że jest zdecydowanie przeszacowana.
Aha, i jak stwierdził jeden z pracowników, to ponieważ do nas trafił materiał prosto od producenta, 'to przynajmniej mamy pewność, że pianka nie jest rozcieńczona'. Czyli oszustwa na jakości też się zdarzają.

środa, 9 lipca 2014

Znowu kroczek...

...do przodu.
Wczoraj chłopaki (Łu i Tato) skończyli montować gniazdka. Czyli elektryka pi razy oko skończona. Choć nie, bo przecież trzeba pomontować wszystkie lampy i zabrakło jakichś gniazdek. No i cała elektryka związana z pompą ciepła i reku jeszcze niezagospodarowana. Jeśli chodzi o pompę, to wczoraj z Tatem zbieraliśmy się z budowy na obiad, gdy przyjechał jakiś wielki wóz, że on do nas z przesyłką. Adres się zgadzał, ale ja nie miałam pojęcia o co chodzi. Łu się domyślił, że to przyjechała pompa. Trochę problem, bo my już wyjeżdżaliśmy, a Łu też się spieszył gdzieś tam, no ale nic, trzeba wyładowywać. Tylko, że nie bardzo było jak. Fakt, że dojazd do garażu nieprzygotowany, ale gość miał być z paleciakiem, to dałby radę. Ale się zaparł, że się nie da, bo droga nieprzejezdna. Skoro nieprzejezdna, to niech sobie jedzie. To proszę podpisać, że państwo odmówili. Nic nie odmawialiśmy. Obraził się. I później do wieczora było wydzwanianie między Łu, wykonawcą, firmą kurierską i nadawcą przesyłki, po czyjej stronie problem.
Odwiozłam Tatę na dworzec i wybrałam się na wycieczkę rowerem po okolicy. Kurcze, od stu lat nie byłam sama gdzieś na polach. Zadzwoniłam do Skorki, żeby dać jej posłuchać polskich skowronków, których kilka latało nade mną i każdy swoją własną piosenką zachwalał okolicę. Niestety, Kornwalia skowronków nie usłyszała.

Potem podjechałam posiedzieć w chałupce, popatrzyłam na ptaki, których masa się kręci. Standardem są oczywiście wróble, mazurki, kopciuszki, szpaki, kosy czy sroki. Ale jest też sporo takich, których nie znam. Podejrzewam pierwiosnka, czyli ptaszka, którego poznaję po charakterystycznym głosie 'cip ciap cip ciap cip ciap', ale po wyglądzie już nie (tym bardziej, że jest kilka innych podobnych)
(to za wikipedią)

dzierzby gąsiorka
(zdjęcie z wspaniałego blogu Macieja Szymańskiego)

kląskawki
(również z blogu Macieja Szymańskiego).
Widziałam polującego krogulca i podrygującą ogonkiem pliszkę siwą.
I pomyśleć, że można sobie siedzieć w pokoju i przez okno obserwować takie cudeńka. Szczególnie kopciuszki są ciekawskie i zaglądają co się robi. No nic, założenie naturalnego ogrodu bez chemii może być pasjonujące.

wtorek, 8 lipca 2014

Czas leci...

...roboty nie ubywa. A nawet, im dłużej się przyglądam, tym coraz więcej widać do zrobienia.
Teoretycznie, aby się wprowadzić, do zrobienia są:
- podłogi,
- łazienki,
- kuchnia.
W rzeczywistości jednak lista nie tylko się wydłuża, ale i komplikuje. Bo tak:
- Podłogi na dole, właśnie, żeby było jak najprościej, robimy z jednego materiału. Odpornego gresu, szarego, żeby mógł być 'tłem' dla dowolnych zmian kolorystycznych w przyszłości. Cena gresu taka w miarę, ok. 60 zł/m2. Ale... wykonawcy chyba poszaleli. Za położenie 1 m2 życzą sobie ok. 60 zł!!! To taka drobna dniówka pracy. A przecież w ciągu dnia położą tych metrów naście, jeśli nie dziesiąt. Człowiek zaczyna się zastanawiać, czy samemu nie położyć. Tylko kiedy? Z pracy się zwolnić?
- Aha, ciągle mi ucieka, że do wprowadzenia się potrzebne są jeszcze instalacje. A nie są zamontowane ani pompa ciepła (z całym ustrojstwem dookoła), ani rekuperator. Żeby postawić wszystko, trzeba wykończyć choć część garażu. Gniazdka już Tato z Łu dzisiaj skończą, ale trzeba pomalować choć na tym kawałku ścianę (czyli jeszcze przygotować ją pod malowanie) i coś zrobić z podłogą. Jak podłogę, to całą. Aby nie kafelkować, to chyba ją pomalujemy takim czymś do betonu. I tutaj...
Przez dwa dni sprzątałam garaż. A dlaczego tak długo? Było to tak... Poszłam pozamiatać. Jak już zaczęłam zamiatać, to stwierdziłam, że to nie bardzo ma sens, bo cała podłoga upstrzona w ciapkach z piany. Ale nie tylko podłoga, bo ściany też. Skoro dobrze byłoby się wziąć za ściany, to może i z sufitów spiłować nadmiar pianki, skoro Łu będzie niedługo chciał wykończyć poddasze. Do wykończenia (po wycięciu nadmiaru pianki) trzeba będzie jeszcze oczyścić profile (z pianki, bo coś nie chciała się przyczepiać izolacja paroszczelna; goście, co szykowali chałupę robili to szlifierką). Zrobiłam sporą część roboty na górze, wymiotłam 5 (pięć!) worów śmieci piankowych i zeszłam robić porządki na dół. Na dole zaś, oprócz pianki na różnych rzeczach, była góra błota. Naniesiona oczywiście przez tego !@#$%^& od pianki. Błota wymiotłam kilka kg. Po !@#$%^& on tam tak latał, skoro praktycznie nic nie robił? Żeby chociaż trzymał jakąś folię, żeby osłonić ściany. A tak wyszło, że mimo iż różne folie i rzeczy do zabezpieczeń były, to np. pozostała część rynien i obróbki blacharskie dachu są praktycznie do wyrzucenia, bo pianka się od tego nie odczepia. Wszystko razem powoduje, że koszty dodatkowe do pianki idą w tysiące zł. Za w sumie mierną jakość wykonania, bo w niektórych miejscach brakuje jakieś 50% grubości (z zakładanych 30 cm), choć wg umowy, to technologicznie powinno być plus minus 3 cm. Za jaja powiesiłabym tego gościa, gdybym go w swoje ręce dorwała. Można się z jednego cieszyć, że takiego 'fachowca' dorwaliśmy na koniec naszych zmagań z materią. Gdybyśmy od takiego zaczęli, to chyba bym zrezygnowała na samym początku i dom nigdy by nie stanął. W każdym razie na przygotowanie do prac garażowych, przez tego !@#$%^& potrzeba pewnie będzie jeszcze ze 2 dni pracy.
Zapomniałam zupełnie wspomnieć o drzwiach, których nie ma. Ani wewnętrznych, ani zewnętrznych. Zewnętrzne (+ brama garażowa) mają być za tydzień czy dwa. Ale nie ma lekko, bo projektant chałupy dał ciała. Zaprojektował drzwi wejściowe na 235 cm. Wszystko super, tylko że takie drzwi są nie do dostania. I znowu musimy zatrudniać wykonawcę do obniżenia nadproża. Podobnie brama garażowa. Jest 10 cm wyższa niż standardowa. Dopłata za niestandardową lub obniżanie nadproża. Wybraliśmy niestandardową. Dalej: napęd do bramy wymaga szyny i przestrzeni na co najmniej 320--360 cm. A u nas w garażu do nadproża jest 300 cm. Nakombinowaliśmy się z wykonawcą, w końcu zaproponował nam napęd do bramy przemysłowej. Montowany nie na szynie, ale bezpośrednio na wał bramy. Wszystko fajnie, tylko też wymaga 30 cm miejsca w którym aktualnie przebiega rura wentylacji z małego pokoju na dole. Wyszło nam, że najmniejszym problemem będzie ją przenieść. I tak dwa tygodnie temu miał być gość od wentylacji i do dnia dzisiejszego nie dotarł.
Żeby wjechać do garażu musi być zrobiony podjazd. Ponieważ daliśmy się (niestety) namówić, żeby dom podnieść o bloczek, to i wjazd jest odpowiednio wyżej. Na wjeździe wysypany jest piasek 'trochę gorszego gatunku', co polega na tym, że jest to piach pół na pół wymieszany z gliną. Czyli do niczego się nie nadaje. Tylko co z nim !@#$^& zrobić? Może chociaż jako podbudowa pod ten wjazd będzie się nadawał. Tylko, że żeby ściągnąć humus, to najpierw trzeba odwalić ten piach.
Ponieważ panowie się pobudzili i czas się zbierać na budowę, to na razie kończę te dywagacje.

niedziela, 6 lipca 2014

piątek, 4 lipca 2014

'Wyjechali na wakacje...

...wszyscy nasi podopieczni'. Co oznacza dla mnie od 8 do 16 w pracy i potem do 22 w robocie, czyli na budowie.
Łu oczyścił z pianki i wyszlifował wszystkie ściany. Całą górę zagruntowaliśmy i pomalowaliśmy na biało co było do pomalowania (sypialnia, garderoba, sufity w pokojach dzieci, dziura nad salonem). Na dole zagruntowaliśmy też już prawie wszystko (został kawałek sufitu i ściany w małym pokoju na dole). Łu zamontował, a główny wykonawca zatynkował parapety, dzięki czemu zrobiło się troszkę po domowemu. Jutro przyjeżdża Tato i będzie przygotowywał puszki pod montaż gniazdek. Ciekawe, czy dwa dni mu wystarczą na całą chałupę?
W miedzy czasie wyszło, że posadzka w jednym miejscu przy dylatacji dziwnie podniosła się do góry. Niby troszeczkę, ale już poziomica pokazuje, że płaszczyzny nie ma. I Posadzka, jak się po niej depcze, ugina się. Nie przejmowalibyśmy się pewnie tak bardzo, gdyby nie to, że to akurat w przejściu do kuchni, czyli takim, które będzie pewnie najintensywniej używane. Wrr... Wykonawca mówi, że nic to. KierBud, żeby reklamować. Zaproszę chyba w przyszłym tygodniu posadzkarzy. Niech się wypowiedzą.

A gniazdka i kontakty to Ospel Sonata. Proste, trochę kanciaste, będą pasować do okien, które również nie mają wyobleń:

Przyjechała dzisiaj glebogryzarka. I... pojechała z powrotem. Nie dlatego, że jej coś było, o nie. Ładnie ruszyła i... ledwie grzebnęła ten nasz beton. Gość stwierdził, że może jednak czymś silniejszym. I tak się z nim wstępnie na czwartek umówiliśmy, że do tego czasu uprzątniemy, przewalimy ziemię z wgłębnika pod budynek, gdzie ma być, i on zrobi już co trzeba. Niech szaleje. Może coś z tego wyjdzie, bo na razie to tragedia.

A na zakończenie stwierdzam jedno: budowa bez dzieci to bajka i czysta przyjemność. Nie ma się poczucia ciągłego wiszenia miecza Damoklesa nad sobą.

wtorek, 1 lipca 2014

Natchniona...

...przez Matkę Singielkę tym postem ...
Mi ma kolegę. Kolega ma dość trudną sytuację w domu. Razem dojeżdżają autobusem do szkoły. I kiedyś mi relacjonuje właśnie taki powrót:
- A wiesz mamo, bo wracałem z Kubą i mu pokazałem nasz nowy dom. (Jest widoczny z trasy autobusu.)
- Aha?
- I ustaliliśmy, że jak już będziemy dorośli, to zamieszkamy w nim we dwóch.
- A my gdzie będziemy mieszkać?
- Eee? Nie pomyślałem.