Ledwie skończyłam pisać poprzedniego posta i stado kwiczołów napadło krzaczek. Na koniec (tu na pierwszym zdjęciu) znowu droździk. Znowu się schował.
A kwiczoły znowu się czają na drzewie obok.
Ledwie skończyłam pisać poprzedniego posta i stado kwiczołów napadło krzaczek. Na koniec (tu na pierwszym zdjęciu) znowu droździk. Znowu się schował.
A kwiczoły znowu się czają na drzewie obok.
Tak, mamy zimę w tym roku. Na razie jakieś 4 dni, ale zawsze. Mrozy sięgnęły nawet -14 st.C.
Ale nie mam czasu pisać. Dodam tylko zdjęcia tego, co widać za oknem.
Z miejsca pracy widzę wyżeraczy ostrokrzewów. Chyba mróz przekonał ptaki do tej przekąski.
Tu bodajże zwykły kos w szacie zimowej.
A tu wczorajsze odwiedziny w ogródku....w tym roku zlewa się. Czyli tarninówka. Kolor ma przepiękny (dużo piękniejszy niż na zdjęciu, taki głęboko karminowy):
choć w smaku jak kompot czereśniowy, ale komuś to może smakować. Na babskie spotkania jak znalazł. Nie porywa, ale do popicia.
Za to Łu stwierdził, że ta daktylowo-pomarańczowa całkiem niezła w smaku. Oczywiście, gdyby nie alkohol. To może innym też będzie smakować a alkohol będzie dla nich dodatkowym walorem.
...pachnie.
Ciasto piernikowe dwa tygodnie kisiło się na szafie. Nawet widać, że coś się ukisiło, bo bąble powietrza się zrobiły. Myślałam, że mam dwie długie foremki keksowe. Gdzieś mi wybyły, mam za to jedną krótką. Zatem właśnie kończy się piec trzecia blaszka.
Dwie pierwsze wyglądają tak:
...ciężkie jest. Nie chcę się rozpisywać, ale zorganizowanie i dopilnowanie pracy jednego ucznia szkoły podstawowej jest trudne (brak samoogranizacji). A zogranizowanie pracy trzem uczniom? Mam koleżanki, które muszą to ogarnąć.
Dzisiaj nie pracuję, odbieram godziny za jakąś przepracowaną sobotę, więc tak trochę mimowolnie uczestniczę w lekcji matematyki. I stwierdzam, że nauczyciele mają ciężko, a uczniowie są chyba zupełnie inni niż my byliśmy. Nie znaczy to, że gorsi czy lepsi. Inni. Takie moje wrażenie, że my się nauczycieli baliśmy, uczeń prędzej by nie powiedział nic, niż coś 'nieprawilnego'. A tu dzisiaj takie dwie kwestie rzucone przez uczniów. Zupełnie bez nastawienia, że to coś niewłaściwego (bo pewnie nie jest niewłaściwe, ale mnie uderzyło po uszach).
- Dlaczego nie odpowiadałeś przed chwilą?
- Bo w toalecie byłem.
* * *
[Pani coś tłumaczy o ułamkach, narysowane dwa koła podzielone na 4 części, dwie z nich zamalowane kolorem zielonym, dwie części czerwone]
- Czy mogłaby pani narysować innym kolorem, bo teraz wygląda jak pizza?
[I nie, to nie było powiedziane jako dowcip, tylko tak zupełnie poważnie]
...czyli kolejne przetwory.
Tak w zasadzie stwierdzam, że właśnie o tym, czyli o niczym jest ten blog. Ale może za jakiś czas mi się odmieni. Dzisiaj jednak znowu będę pisała o przetworach.
Trochę o nalewce, ale nie do końca. Mianowicie odcedziłam owoce z nalewki tarninowej. Płyn, który smakuje jak kompot czereśniowy z alkoholem (ale nie jak kompot ze spirytem, jednak sporo przyjemniej) czeka, aż osad osiądzie, żeby go zlać do butelek. I tu mam dylemat, bo mam fajne butelki, ale korki, które powinny do nich pasować są za wąskie i wypadają. Nie wiem jak to uszczelnić. Mogę wlać do zwykłych półlitrówek po krupniku, albo do butelek zamykanych ceramicznym korkiem (z gumką), ale te ostatnie są brązowe i nie będzie widać pięknego koloru. Skorka, co robić?
No, ale po zlaniu cieczy zostały alkoholizowane owoce, które szkoda mi było wyrzucać. A że owocki zmacerowane, to nie bardzo pestki chcą wyłazić. Niemniej jednak przez jakieś trzy godzniy siedziałam i ugniatałam owoce w woreczku siateczkowym (idealny! z Lidla do warzyw). Ugniatałam pięścią, wyłuskiwałam pestki. Wyciągnęłam ich pewnie co najmniej tysiąc, ale owoce odpestkowałam. Nie wiem co prawda z jakim efektem, bo wydawało mi się, że idealnie, ale potem znalazłam chyba ze trzy pestki, więc przy jedzeniu trzeba będzie uważać. W każdym razie na koniec jeszcze pestki przepłukałam wodą, potem resztkę niewydrylowanych owoców przepłukałam i dodrylowałam. Owoce ugotowałam, dodałam cukru trzcinowego i pół soku z cytryny (bo trochę bure się zaczęło robić) i zawekowałam 9 małych słoiczków.
Łu na pytanie, czy warto, stwierdził, że nie, ale dzielnie nie puka się w czoło na mój widok. Trzy godziny dziubania! Tylko jeść nie ma komu. Muszę się przerzucić na robienie past warzywnych hummusów czy tego typu rzeczy, bo na słodkie nie mogę już patrzeć, a i jeść nie powinnam, to nie jem praktycznie. Tylko Łukasz dzielnie pochłania.A tu zimowa laba, gdy ja pracuję.