sobota, 12 stycznia 2019

Piękny poranek

Pola schodzi na dół. Uśmiechnięta.
Łu:
- Witaj Polciu, widzę, że wstałaś dzisiaj prawą nogą!
- Lewą trochę też.

piątek, 11 stycznia 2019

Mam kobitę...

...na sumieniu. Brzmi strasznie.

Dochodzi 22 wieczorem. Telefon z nieznanego mi numeru. Powinnam nie odbierać, ale co tam.
- Ale ja się z panią umawiałam, bo jutro miała mi pani robić pazurki... bo wesele...
- Ale ja nie robię pazurków...
- ...takie mietaliczne miały być, bo ja do pani już trzy razy dzwoniłam...
- Ale... pani pomyliła numer...
- Trzy razy panią o numer prosiłam! I jak się teraz pani wyłączy, to będzie mnie pani miała na sumieniu!

No to mam.

Matka Singielka...

...pisze o trudnościach młodszego rodzeństwa, gdy starsze ma telefon: http://matkasingielka.pl/zycie-w-cytatach-55/
Wczoraj miałam rozmowę w tym samym temacie. Mi (lat 15, ma smartfona od jakichś 2-3 lat). Po miała telefon do dzwonienia najpierw po Miłku (zgubiła), potem drugi od dziadka (zostawiła w pociągu wracając z wakacji). W każdym razie pozbyła się i jest wielki szloch, że 'Miłosz ma, a ja nie!'.
Zatem zaczęła zbierać pieniążki. Zbiera już ponad rok. Trochę powydawała, ale w międzyczasie:
- "To ja będę zbierać na komputer".
- "Dobra, to zbieraj".
- "Będę miała swój, jak Miłosz."
...
- "To ja będę zbierać na działkę, kupię sobie koło was to będę blisko mieszkać".
- "Super! Zbieraj na działkę. Masz już aż na 3 metry."
- "To nazbieram akurat jak będę dorosła."
- "Świetnie."
...
- "Mamo, a ja bym chciała pojechać z tobą na wycieczkę do Japonii. Pojedziemy?"
- "Jak nazbierasz, to pojedziemy. W tym tempie, to uzbierałabyś tak gdzieś, jak będziesz miała 16 lat."
- "O, to ja będę zbierać na wycieczkę, ale pojedziesz ze mną?"
- "Pewnie!"

I wczoraj:
- "W zasadzie to mam już na telefon". - no fakt, na jakiś bylejaki to ma - "ale kiedyś byście mi kupili?"
- "Tak kochanie, kiedyś dostaniesz telefon, a gdybyś sobie kupiła teraz, to i tak nie pozwolilibyśmy używać".
- "Aha, to ja jednak będę zbierać na tą wycieczkę."

czwartek, 3 stycznia 2019

Kurniawa

W poprzednim poście użyłam słowa 'kurniawa', które ruszyło wspomnienie z przeszłości. Dokładniej z 1995 roku, kiedy otrzymałam listem od Pana Władysława Walczaka 'wiersz w gwarze'.
Co mogę zrobić z takim wierszem? Na pewno mogę go w ramki włożyć i taki mam zamiar. Wygrzebałam z pudełka pamiątek (pudełka, do którego wrzuciam różne rzeczy, z którymi nie wiem co zrobić a nie chcę wyrzucać).

A wiersz brzmi tak:

                Kurniawa

        Zobyrtany śnieg w spaśty
        biołom otłań kładzie
                w pustać piorgi, wanty
                sadź w ślebodnej paradzie

        Wierchuje mróz kurniawe
        zospy sryń osiadły
                świerki stojom nascute
                w śrybne iskier hafty

        Zakrzepły w źlebak wody
        lód w Farbanic zrymbie
                Oblódź skrątków pląci
                pre w Spadowca - rzyźnie.

                                        Władysław Walczak
                                        Zakopane, dnia 6.6.1962

Za oknem...

...nastała zima.
Kilkuletnie doświadczenie nauczyło mnie, że jeżeli śnieg gwałtownie zasypuje drogi, robi się ślisko i kierowcy walcza na drodze o życie, to najlepszym rozwiązaniem jest zostanie w domu. Wypraktykowałam to już kilkukrotnie. Żeby było ciekawiej, to w ostatnich latach zazwyczaj po przerwie świąteczno-noworocznej, która jest ciemna, bura, błotnista i mokra, przychodzi ranek z kurniawą (czyż nie ładne jest to polskie słowo?). Wszyscy (a chyba nawet więcej niż zazwyczaj) kierowcy wsiadają do swoich czołgów i 15-20 km na godzinę przesuwają się w kierunku pracy. Walcząc o życie na każdym zakręcie, czy skrzyżowaniu. Prószący śnieg budzi przerażenie w oczach (wiem, trochę dramatyzuję).
Wczoraj w pracy zapowiedziałam, że gdyby się trafił taki dzień, to ja planuję oszczędzić sobie stresów w życiu i zostać w domu. Nie przewidziałam, że nastąpi to tak szybko, bo już dzisiaj rano...
Jeszcze o 6:30 wyszłam do garażu po mleko. Łukasz w tym czasie odbywał swoją poranną przebieżkę. Było czarno, wilgotno, ale nic nie zapowiadało, że jakieś pół godziny póżniej Pola zaskoczy nas: 'o, jak biało na dworze!'. Faktycznie! Cały ogródek rozświetlił już 'biały puszek' (o białym puszku na koniec). Mimo wszystko, ze względu na fakt, że potrzebne mi materiały wywiozłam sobie do pracy, stwierdziłam, że jednak pojadę.
Łu wyjechał pierwszy. Już z drogi zdawał relacje, że niebezpiecznie ślisko. Z Polcią wyjechałyśmy, ale na głównej ulicy zatrzymał nas równy rząd samochodów poruszajacych się w tempie niewiele szybszym niż człowiek. Po ujechaniu kawałka i to ustało. Dobrnęłyśmy jeszcze do marketu, gdzie porzuciłyśmy pojazd i piechotką udałyśmy się do szkoły. I to był bardzo przyjemny spacer w sypiącym śniegu, brodzący po kostki, z rozdmuchiwaniem puszku przy tupaniu nogami. Zasypane dotarłyśmy do szkoły wzdłuż szpaleru wolno posuwających się pojazdów. Tylko smród smogu był w sumie mało przyjemny. Fuj.

Spacer razem w jedną stronę, potem już samotnie do landary, po drodze obserwując wyczyny samochodów, rozjeżdżające się koła, przerażenie w oczach itd. I powrót do ciepłej chałupki. Odśnieżyłam podjazd i obserwuję jak się sytuacja rozwija na dworze. Już się - niestety- przejaśnia. Z przyjemnością poobserwowałabym opady jeszcze przez parę godzin. Łukasz pewnie nie, bo dzisiaj musi jakieś sprawy naprawcze z samochodem pozałatwiać i taka pogoda mocno mu utrudnia plany, ale cóż. ;)
A ogródek wygląda tak:
Tu akurat chyba Majonez się nawinął.

Dodatkowo trochę poodgarniałam śnieg. I przypomniała mi się historyjka, którą tato Łu często nam cytował swego czasu (skopiowana stąd: http://www.beka.pl/txt_bieszczady.php, ale wklejam, bo widzę, że jednak różne rzeczy z netu znikają):

12 sierpnia. 

Przeprowadziliśmy się do naszego nowego domu, Boże jak tu pęknie. Drzewa wokół wyglądają tak majestatycznie. Wprost nie mogę się doczekać, kiedy pokryją się śniegiem. 

14 października 

Bieszczady są najpiękniejszym miejscem na ziemi! Wszystkie liście zmieniły kolory - tonacje pomarańczowe i czerwone. Pojechałem na przejażdżkę po okolicy i zobaczyłem kilka jeleni. Jakie wspaniale! Jestem pewien, że to najpiękniejsze zwierzęta na ziemi. Tutaj jest jak w raju. Boże, jak mi się tu podoba. 

11 listopada. 

Wkrótce zaczyna się sezon polowań. Nie mogę sobie wyobrazić, jak ktoś może chcieć zabić cos tak wspaniałego, jak jeleń. Mam nadzieje, że wreszcie zacznie padać śnieg. 

2 grudnia 

Ostatniej nocy wreszcie spadł śnieg. Obudziłem się i wszystko było przykryte białą kołdrą. Widok jak pocztówki bożonarodzeniowej. Wyszliśmy na zewnątrz, odgarnęliśmy śnieg ze schodów i odśnieżyliśmy drogę dojazdowa. Zrobiliśmy sobie świetna bitwę śnieżną (wygrałem) a potem przyjechał pług śnieżny i znowu musieliśmy odśnieżyć drogę dojazdowa. Kocham Bieszczady. 

12 grudnia. 

Zeszłej nocy znowu spadł śnieg. Pług śnieżny znowu powtórzył dowcip z droga dojazdowa. Po prostu kocham to miejsce. 

19 grudnia 

Kolejny śnieg spadł zeszłej nocy. Ze względu na nieprzejezdna drogę dojazdowa nie dojechałem do pracy. Jestem kompletnie wykończony odśnieżaniem. Pieprzony pług śnieżny. 

22 grudnia 

Zeszłej nocy napadało jeszcze więcej tych białych gówien. Cale dłonie mam w pęcherzach od łopaty. Jestem przekonany, ze pług śnieżny czeka tuż za rogiem, dopóki nie odśnieżę drogi dojazdowej. Skurwysyn! 

25 grudnia 

Wesołych Pierdolonych Świat! Jeszcze więcej gównianego śniegu. Jak kiedyś wpadnie mi w ręce ten skurwysyn od pługu śnieżnego...przysięgam - zabije. Nie rozumiem, dlaczego nie posypia drogi solą, żeby rozpuściła to cholerstwo. 

27 grudnia 

Znowu to białe gówno napadało w nocy. Przez trzy dni nie wytknąłem nosa, z wyjątkiem odśnieżania drogi dojazdowej za każdym razem, kiedy przejechał pług. Nigdzie nie mogę dojechać. Samochód jest pogrzebany pod górą białego gówna. Meteorolog znowu zapowiadał dwadzieścia piec centymetrów tej nocy. Możecie sobie wyobrazić, ile to oznacza łopat pełnych śniegu? 

28 grudnia 

Meteorolog się mylił! Tym razem napadało osiemdziesiąt piec centymetrów tego białego cholerstwa. Teraz to nie odtają nawet do lata. Pług śnieżny ugrzązł w zaspie a ten łajdak przyszedł pożyczyć ode mnie łopatę! Powiedziałem mu, ze sześć już połamałem kiedy odgarniałem to gówno z mojej drogi dojazdowej, a potem ostatnią rozwaliłem o jego zakuty łeb. 

4 stycznia 

Wreszcie wydostałem się z domu. Pojechałem do sklepu kupić cos do jedzenia i kiedy wracałem, pod samochód wpadł mi cholerny jeleń i całkiem go rozwalił. Narobił szkód na trzy tysiące. Powinni powystrzelać te pieprzone zwierzaki. Ze tez myśliwi nie rozwalili wszystkich w sezonie! 

3 maja 

Zawiozłem samochód do warsztatu w mieście. Nie uwierzycie, jak zardzewiał od tej pieprzonej soli, którą posypują drogi. 

18 maja 

Przeprowadziłem się z powrotem nad morze. Nie mogę sobie wyobrazić, jak ktoś kto ma odrobinę zdrowego rozsądku, może mieszkać na jakimś zadupiu w Bieszczadach. 

wtorek, 1 stycznia 2019

Rozważania...

...nad świętami.
Może zacznę od tego, że ten post, jeśli uda mi się go skończyć, pewnie będzie długi i nudny. Wiąże się z jakimiś moimi przemyśleniami, które wynikają pośrednio z pięciu przełomów roków spędzonych tutaj u siebie, pośrednio z wczorajszego spotkania Sylwestrowego. Od czego tu zacząć...
Może najpierw od końca, czyli od Sylwestra.

* * *
Od kilku lat podtrzymujemy tradycję, że nigdzie się nie ruszamy, bo jest nam dobrze w domu, ale jeśli ktoś miałby ochotę sie przyłączyć, to zapraszamy. Zawsze się ktoś znajdzie. Mam wrażenie, że gdybym choć trochę intensywniej zapraszała, to znalazło by sie sporo chętnych, dlatego nie zapraszam za intensywnie, bo z jednej strony raczej zebrałyby się osoby nieznające się, z którymi mamy rózne tematy (w znaczeniu, że z jednymi mamy inne tematy niż z drugimi). Z każdym rozmawia się przesympatycznie, ale aby rozmowa była osobista, to nie mogłaby być oficjalna, a przy nieznających się osobach, to zrobiłoby się oficjalnie. A oficjalności nie chcemy zupełnie. Raczej takiej swojsko-kanapowej atmosfery, gdzie każdy w bamboszkach delektuje się grzańcem, piwem czy - jak wczoraj - martini i prosecco.
Banda dzieci zajmuje się sobą, my sobie gadamy o mijającym roku, jakieś wspomnienia z lat ubiegłych. Patrząc z zewnątrz pewnie nudy potworne i zero atmosfery przełomu lat. Z naszego: iskamy się w stadzie, więc chyba każdemu jest dobrze. Rozmowa zeszła na coroczne przygotowania świąteczne. Z mojej strony zachwyty nad tym rokiem (poniżej dlaczego), ze strony znajomych dużo na temat rozbieżności rzeczywistości z corocznymi oczekiwaniami, nerwów, zmęczenia, frustracji. O tym też ostatnio piszą gazety, o młodych przyjeżdzających do rodziców i oczekujących wszystkiego na stole bez niczego w zamian. Rodzice chcieliby pomocy, mają 'zespół Fenstera'*; młodsi w zasadzie nie wiedzą czego chcą, może odpocząć, i żeby atmosfera była jakaś znośna. Dłuższa dyskusja na ten temat się wywiązała. Trochę mam dylemat, czy to dobrze, czy w jakiś sposób przedstawiając swoje zadowolenie z tego roku i kilkuletni proces dochodzenia do tego nie popełniłam jakiegoś błędu w przedstawianiu przyczyn osiągniętego efektu. Fakt, że całość jest wynikiem pracy wszystkich. To że w naszej rodzinie się poukładało, to może w innej, z innych jednostek, nie ma na to szansy? Co roku w końcu różowo, bez frustracji nie było, zaś tegoroczny sukces może jest tylko jednorazowy?

* * *
Okres świąteczny to zazwyczaj próba wykreowania jakiegoś obrazu, który mamy z filmów/reklam i wspomnień z dzieciństwa. Ja też się jemu co roku poddaję. Co roku analizuję jak wyglądały lata ubiegłe, co mi w nich przeszkadzało. Zazwyczaj była to frustracja, że 'tyle pracy włożyłam, żeby wszystkim zrobić dobrze, a nikt nie chciał pomóc', czy pomógł za mało, nie w tym momencie, nie z takim efektem, jaki bym oczekiwała.
Piąte święta 'u siebie' za nami. Co roku jest kilkanaście osób. Moi rodzice, moja siostra z rodziną, Łu rodzice, dziadkowie, siostra. Sporo osób i do pomocy, ale i do ustalenia 'kto, co'. Po pięciu latach jednak już w miarę każdy ma swoje przypisane role i listy zadań. Niemniej... jakoś zawsze zakładam, że coś może nie wypalić. Co roku spalało mnie to ogromnie, bo jak to będzie, gdy:
- choinki nie będzie - co roku zadanie to z przydziału trafia do Łukasza, co roku ja mam jakieś swoje oczekiwania, że będzie to piękna np. jodła w donicy (od ogrodnika) aby móc ją wsadzić do ziemi. Pełna instrukcja, który to może być ogrodnik, jaka choinka, jakiej wysokości, że trzeba na początku grudnia, bo potem to już nie będzie w czym wybierać. Kilka razy w samą wigilię Łukasz pędził na plac i kupował ostatniego drapaka, co to niby można będzie przesadzić do ziemi, potem zaś się okazywało, że np. odrąbany pniaczek jest przybity do deseczki, aby równo stał w doniczce i całość przysypana ziemią, że niby rośnie.
- ciasta nie będzie - w zeszłym roku, jako że przestałam piec ciacha (staram się nie jeść słodkiego), to stwierdziłam, że nie piekę. Zamówiłam.
- barszcz nie wyjdzie - z dzieciństwa pamiętałam, ze zawsze jakoś trudno było go doprawić i ciągle główna kucharka (czyli albo Babcia Kazia, albo Mama) mówiły, że nie taki; od jakiegoś czasu sama barszcz robię wg przepisu znalezionego w necie (z pieczonych buraków); co roku wychodził wg mnie niezły (w tym trochę gorzej, ale bez spinki).
- prezenty nie będą się podobały,
- nie wyrobię się ze sprzątaniem,
- nie wyrobię się z gotowaniem,
- zapomnę czegoś ważnego (choć święta obchodzimy 'świecko', jako wydarzenie rodzinne, to takie atrybuty jak choinka, czy opłatek - chleb - jest), zazwyczaj jest to opłatek, ale zawsze moża się czymś innym podzielić,
- ...

I tak co roku przed świętami jest pełna analiza tego, co 'trzeba' i co nie wypaliło w ubiegłych latach i jak to ominąć. Od kilku już lat praktykuję:
- przygotowanie do świąt zaczynam faktycznie w listopadzie, bo wtedy pojawiają się różne rzeczy w sklepach, których już zazwyczaj w połowie grudnia nie ma; to jest czas na takie zastanawianie się czy czegoś nie brakuje na stół i co trzeba dokupić (garnek chociażby na 6 litrów barszczu), jakie ozdóbki na stół, co w chałupie zrobić, wstępne plany 'co trzeba' a co 'by się przydało'.
- na początku grudnia czas na piernik, pierniczki i owsianki (ciasteczka owsiane wg przepisu Babci Marysi), z tego wynika np. wizyta w Pasiece Smoleckiej i zakupy miodu, w tym roku dokupienie jakichś ciekawych foremek. W efekcie w chałupie pachnie, a na szafie są już pierwsze zapasy na święta. Dzięki takim zachomikowanym, długoterminowym produktom dwie, trzy potrawy mam już z głowy (w tym roku nie robiłam piernika, planowałam makowiec upiec przed świętami ale odpuściłam; nikt się nie zmartwił, bo były inne słodkości).
- wolne biorę co najmniej dwa dni przed świętami (tylko dwa, jeśli jest jakaś sobota i niedziela). To jest czas, kiedy właśnie dzień jest najkrótszy i najbardziej odczuwa się działanie aury na samopoczucie; to jest czas, który mam potrzebę spędzić z dziećmi bądź - mimo wszystko - na zwolnionych obrotach; na spokojne zorganizowanie wszystkiego. Między świętami a Nowym Rokiem mogę nie brać wolnego, nie czuję takiej potrzeby. Czas przed świętami jest najważniejszy. Chyba ważniejszy niż 25 i 26 grudnia. Bo to czas na bycie razem, powrót myślami do tego co minęło, do myślenia o tradycji - dlaczego wszystko w koło wygląda jak wygląda, czas na rozmowy, przeglądnięcie szaf, czasem obejrzenie filmu. Wszyscy w koło biegają. Ja nie chcę biegać. Nie chcę pędzić do sklepu i na szybko wrzucać do koszyka (co nie znaczy, że udaje mi się nie nawrzucać niepotrzebnych rzeczy), nie chcę zrywać się skoro świt i po nocach myć podłóg. Przerabiałam to ileś razy.
Głównie planowanie skupiło się w tym roku na: określeniu co 'powinno być zrobione'
- pomyte okna, bo przez rok nie były,
- zrobione zakupy,
- kupione prezenty,
- sprzątnięta chałupa,
- ugotowany barszcz,
- zrobione uszka,
- zrobione pierogi,
- zrobiona sałatka ziemniaczana,
- upieczony makowiec,
- kompot z suszu
- przygotowanie stołu (z tego co mam, w wersji mini, dokupiony obrus i jakieś ozdóbki w wersji rozszerzonej),
- choinka (ozdóbek nie planowałam nowych, kilka dosłała Aga, lampki jakieś stare były),
- przygotowane śniadanie (z resztek z wigilii + wędliny i pieczywo) i obiad 25 grudnia (do zastanowienia, czy zapraszać rodzinę na nocowanie i pierwsze święto i co zrobić, aby się nie narobić).
Mam wrażenie, że co roku powyższa lista była dużo dłuższa. Jeszcze zwrócić chciałabym uwagę, że jest to lista tego, co POWINNO być zrobione, czyli nie 'must do', tylko 'should do'. Z tego 'must' wyszło mi, że jest pi razy oko:
- kolacja - czyli barszcz z uszkami, pierogi i sałatka (pierniczki i owsianki już są),
- przygotowanie stołu - no cóż, przynieść i zamontować dostawki, 14 krzeseł, serwetki i ozdóbki - są, można wyprasować, jak nie, to damy papierowe; obrus mam za krótki, ale dawał radę, prasuje się szybko,
Naprawdę założyłam, że cała reszta, to rzecz zbędna! Jeśli ktoś coś zrobi (fakt, że już mogłam zakładać, że goście dołożą coś od siebie, ale jakby  nie chcieli czy nie mogli, to... trudno!) będzie bardziej 'na bogato', ale w tej wersji kolacja i tak będzie smaczna i tradycyjna. Do spokojnego obrobienia dla jednej osoby. Bez spinana się. O prezentach rozmawialiśmy wcześniej, że w zasadzie to każdy może się powyżywać na dzieciach, dorośli zaś dostają po jednym prezencie (wyszło nie do końca tak, to temat do dopracowania, ale chyba bez rozczarowań).

I teraz wyszło, że z założonym takim planem minimum wyszedł chyba plan maksimum, bo zarówno udało się umyć okna (akurat w weekend 2 tygodnie przed była pogoda w sam raz), w sprzątanie chałupy ogromnie zaangażowali się i Łukasz i dzieciaki - nie wiem skąd taka odmiana, może faktycznie pozytywna atmosfera tak na wszystkich podziałała? że i bez krzyków i pretensji. Z gotowaniem oczywiście wiedziałam, że ogromnie mogę liczyć na Matulę i uszka i pierogi mam z głowy, ale Tato Łu zadeklarował się, że zrobi bigos i sałatkę; Mama Łu z Karoliną zrobiły trzy czy cztery rodzaje ryby, Danusia zadeklarowała, że upiecze ciasta, i żeby przypadkiem Matula nie piekła; wszystko ustalone, ale Dawid się rozchorował i wylądowali w szpitalu. Dana jednak postawiła na swoim i trzy(!) ciasta upiekł Mariusz. Tato przywiózł dodatkowe lampki na choinkę. Zatem ogólnie mam wrażenie, że każdy zrobił, co lubi najbardziej, ale nie musiał się jakoś urabiać po pachy.
W wigilię Łukasz przywiózł Danę z Dawidem prosto ze szpitala. Jeszcze trochę poślizgu było, bo musieli się ogarnąć, ale niedużo. I wszystko dość sprawnie udało się zaserwować.
Jeszcze teraz nie mogę się nadziwić, że cała moja robota przed wigilią to barszcz, który zresztą na skończenie czekał na dojazd mamy, bo jednak czegoś ważnego zapomniałam i okazało się, że grzybów nie mam. Mama dodatkowo robiła wywar grzybowy i dowoziła mi. Aha, i kompot z suszu (wrzucić do gara, pomoczyć, wsypać 3 łyżki cukru i zagotować).
Dzieci się bawiły, dorośli gadali, Pola zagrała na keyboardzie kolędę, której się sama nauczyła. Miłosz też miał coś zagrać na gitarze, ale nie chciał. Spokojnie dodryfowaliśmy do wieczora.
Rano kawy, śniadanie, odgrzewany barszcz z uszkami, upieczone mięso zapeklowane 3 dni wcześniej, na chwilę wyjęte, owinięte w ciasto francuskie i dopieczone; kluski śląskie również etapami przygotowane w weekend i kapusta kiszona zasmażana i ogórki. Naprawdę tyle osób, ale robić i było komu a za dużo do roboty też nie było. I czas na spacer z Tatem się znalazł, czego mi zawsze brakowało. Łukasz biegał zgodnie z planami. Z dziećmi (to już po spotkaniach ze wszsytkimi) obejrzeliśmy części Indiany Jonesa. Do kina nie pojechaliśmy, choć takie plany były, ale po co w sumie?

Wiem, na jedno czasu nie miałam. Na wszystkich innych poza rodziną. Nie odpisałam na żadnego SMSa (nie cierpię tych łańcuszków przesyłanych wszystkim w skrzynce) i zaczepki na FB. I w sumie dobrze mi z tym. Bardzo. :)
Wiem, wredna jestem.

Zatem z życzeń świątecznych i noworocznych to chyba mogę mieć takie, aby każdy miał podobne do moich w przyszłym roku.



* zespół Fenstera - poczucie, że jeśli przed świętami okien się nie umyje, to Grinch wygra w tym roku i świąt na pewno nie będzie; w rzeczywistości okna się myje, ale atmosfera jest (między innymi przez to mycie okien) pożal się borze (szumiący).

- Polciu...

  ...pijesz herbatkę?
- Po co?

Etykiety

życie rodzinne (124) ogród (121) budowa (102) przetwory (31) marudzenie (28) plany (28) jojczenie (27) dywagacje (21) sso (20) filozofowanie (17) rośliny (17) dach (16) obserwacje (15) przyroda (15) zwierzęta (15) działka (14) mieszkanie (14) przyłącza (14) wnętrza (14) aranżacje (13) finanse (13) ogólne (13) życie na wsi (13) problemy (11) stan 0 (11) woda (11) covid19 (10) droga (10) nalewki (10) przepisy (9) sąsiedzi (9) kalkulacje (8) marzenia (8) okna (8) ptaki (8) wspomnienia (8) z netu (8) święta (8) ciocia dobra rada (7) prąd (7) bździuny (6) ogrzewanie (6) sądziad (6) absurdy (5) instalacje (5) kot (5) książki (5) radości (5) wiosna (5) zasłony (5) zdjęcia (5) zima (5) co ja robię tu? (4) elewacja (4) historycznie (4) kanalizacja (4) nie wiem co powiedzieć (4) politycznie tfu (4) sprawy wsi (4) wygrzebane z lamusa (4) łazienki (4) drzwi (3) fontanna (3) gaz (3) genealogia (3) inspiracje (3) kuchnia (3) odkrycia (3) pory roku (3) schody (3) wino (3) wyczytane (3) cuda natury (2) dokumenty (2) dom (2) energooszczędność (2) kompost (2) ku pamięci (2) ogrodzenie (2) pet challenge (2) piękne słowa (2) podłoga (2) przeprowadzka (2) ssz (2) wymiękam (2) zioła (2) a (1) bruki (1) dialogi (1) domek na drzewie (1) działania (1) kosopleciny (1) krupnik (1) muzyka (1) okolica (1) pogoda (1) poidełko (1) pytania bez odpowiedzi (1) reklama (1) strachy na lachy (1) szkoła (1) słowiańszczyzna (1) taras (1) tydzień Ziemi (1) wynajem (1) wypieki (1) z dialogów (1) zbiory (1) śmieci (1)