sobota, 11 lipca 2015

Międzyczas...

...to takie ładne polskie słowo. Być może już tu, na tym blogu poruszałam ten temat, a może nie. W każdym razie przypomniałam sobie, to się rozpiszę.

Kilka lat temu trafiłam na jakiś blog, a może artykuł, opisywała dziewczyna swój dzień - coś w rodzaju, że wstaje, ma pomysł na coś, w międzyczasie popatrzyła na kwiatki, że są nie podlane, to wzięła konewkę, podlała jednego kwiatka, ale zobaczyła plamę, to wzięła ścierkę, idąc ze ścierką zobaczyła coś tam, więc zostawiła scierkę poszła załatwiać coś innego, ale nie skończyła, bo coś tam. I tak minął cały dzień, nic nie zostało zrobione, wszystko rozwalone (bo konewka nie na miejscu, ścierka rzucona i wszystkie inne rzeczy ruszone po drodze). Dzień rozpoczęty optymistycznie skończył się frustracją, a następny jest podobny.
'To tak jak u mnie' - pomyślałam. Pocieszyłam się zatem, że nie tylko ja tak mam. Pewnie o wszystkim bym zapomniała, ale dosłownie w ciągu dwóch dni przeczytałam artykuł - wywiad z którąś z polskich aktorek starszego pokolenia. Może Hanka Bielicka to była, a może inna - nie pamiętam. I wywiad ten był peanem na temat 'Międzyczasu', że można zacząć coś jednego, w międzyczasie zrobić to i tamto, w efekcie zamiast zrobionej jednej rzeczy są zrobione trzy, niewielkim, bądź żadnym nakładem dodatkowego czasu.
Pewnie, gdyby nie to, że na oba artykuły natrafiłam w tak niewielkiej odległości czasu nie zderzyłabym ich ze sobą i nie wywarły na mnie takiego wrażenia. Bo przecież istota w jednym i drugim jest ta sama: robiąc coś jednego zaczyna się coś drugiego - ale ostateczny wydźwięk, wrażenie i odczucie osoby piszącej zupełnie inne. W czym rzecz? To chyba proste, w pierwszym działania 'w międzyczasie' były nieskuteczne, nieskończone. W drugim tak, czyli dawały satysfakcję zamiast frustracji.
Jaki z tego morał (żeby nie powiedzieć moralizatorstwo)?Skupić się na tyle, żeby pamiętać o tych zaczętych sprawach i 'w międzyczasie' je skończyć. Jeśli nie natychmiast, to trochę później. Ja to nazywam optymalizacją wykorzystania czasu i - co już chyba pisałam na tym blogu - gdy np. przechodzę z jednego miejsca w drugie, a po drodze widzę, że coś leży nie na swoim miejscu, to staram się przestawić tak, żeby robiąc przebieg w inną stronę łatwiej było mi przenieść dalej. Czyli np. pełny jest kubeł w łazience na górze, to idąc do pokoju wystawiam go w okolice schodów, potem, gdy już schodzę na dół przestawiam np. pod drzwi. Wyrzucę, gdy złapię jakąś reklamówkę i będę szła na dwór. Ma to swoje wady i zalety, bo w różnych miejscach leżą różne rzeczy w drodze na swoje najlepsze miejsce. Stoją więc na wierzchu, na widoku wszystkich. Dla mnie, gdybym ich nie widziała, to bym o nich nie pamiętała, innych może to wkurzać. Ale to już chyba indywidualne podejście do bałaganu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz