czwartek, 12 lipca 2012

Start? Falstart?

Chyba dojrzeliśmy na tyle z różnymi myślami i przemyśleniami, że powiedzieliśmy sobie START. Generalnie plan opisałam w notce 'nowy pomysł'. Doszło do niego kilka dodatkowych pozytywnych (o ile wyjdą) czynników.
Z założeniem, że mieszkanie uda się szybko sprzedać, to jak najbardziej realna staje się możliwość wzięcia kredytu 'rodzina na swoim'. Co to daje? A no tyle, że przy 300 tys. kredycie, z państwową dopłatą do odsetek, przez pierwsze 8 lat płacimy ratę ok. 1400-1500 zł. Co jest kwotą niewiele wyższą niż obecnie płacimy za kredyty. Dodatkowo oszczędzilibyśmy ok. 42 tys. zł na odsetkach. Wg mnie dużo.


Harmonogram:

Co

Kiedy

Sprzedaż mieszkania

Jak najszybciej

Sprzątnięcie mieszkania
Zrobienie zdjęć
Przygotowanie ogłoszenia
Ogłoszenie od gazet 5. sierpnia (po powrocie z wakacji)

Wynajęcie mieszkania

...

Zarezerwowanie ekip(y) wykonawczej

...

Załatwienie formalności kredytowych

...

cdn.

wtorek, 10 lipca 2012

Sucha pielucha

Dzisiaj święcimy dzień sukcesów pieluszkowych.
Po porannej zmianie pieluszki, ponieważ pogoda jest więcej niż ciepła (choć nie tak strasznie jak przez ostatnie parę dni), w ramach wietrzenia czterech liter, Po biegała sobie dłuższy czas bez pieluchy. Później założyłyśmy, co skończyło się ślicznym wołaniem 'siusiu' i zapełnieniem nocnika. Sytuacja powtórzyła się ze 3 razy, czwarty skończył się kupą w pieluszce wspomnianą (a może raczej myślą przewodnią) w poprzednim poście. Niemniej...
Przyszła godzina 13, czas popołudniowej drzemki. Pola z pewnym oporem ale jednak wylądowała w swoim pokoju, drzwi zostały zamknięte. Trochę zrzędzenia, ale ogólnie spokój, choć pewne oznaki życia nie cichły. Jakieś pół godziny później w dalszym ciągu słyszę lekkie skrobanie w drzwi. Że też jej się nie znudziło? Po kolejnym jakimś czasie skrobanie nie ustaje. Podchodzę więc do drzwi, naciskam lekko klamkę, skoro skrobanie w drzwi, to sprawca musi być gdzieś blisko.
W pierwszej chwili moim oczom ukazuje się pielucha. W drugiej - mokra plama. W trzeciej piękne wielkie oczy śmieją się do mnie z wielkim zadowoleniem.
W zasadzie ja też powinnam mieć powód do zadowolenia i dumy, w końcu pielucha cały dzień pozostaje sucha.

Chyba powinnam dodać licznik przerywania pisania posta. Tym razem -3-. Poprawka: 4.
Dlatego pewnie wątek i pointa nie lepią się zbytnio. Trudno utrzymać rytm pisania, gdy co chwilę 'obuchem przez łeb' (ponownie odsyłam do 'Witajcie w małpiarni') dostaję: ściera od ścierania mokrej plamy wylądowała na stoliku; przelewanie herbatki z kubeczka do kubeczka to jakże rozwijająca zabawa; robienie kałuż z tejże herbatki na stole też jest super; a mamy nogi mogą służyć za drążek, huśtawkę czy trampolinę (ała).

Fizyka teoretyczna a życie rodzinne

Wydawałoby się, że nie ma nic bardziej sprzecznego jak czysta fizyka, poubierana we wzory, prawa, wykresy, teorie, a życie rodzinne z jego chaosem, obs... pieluchami (ooo, właśnie jedną czuję, sorki na moment, choć pewnie wątek mi się urwie...).
Po 7 minutach...
Jestem, choć po drodze, oprócz zmiany pieluchy: mycie pupy; Chcesz siusiu do nocniczka? - nie... TAK!; oczywiście siusiu nie zrobiła, ale zdążyłam w tym czasie przygotować kubełek na pieluchy, który był w myciu; właśnie sobie przypomniałam, że pieluchy chyba ostatecznie w tym kubełku nie umieściłam (będę to musiała zrobić za najbliższej bytności w łazience); mieszanie zupy w garze; wyniesienie kilku zabawek z pokoju. Aha, i Pola właśnie 'gryzie' mnie jaszczurką. No nic, spróbuję wrócić do wątku...
W każdym razie wydawałoby się, że między jednym a drugim podmiotem tematu nic nie ma wspólnego... a jednak.
A jednak dopiero jak zostałam mamą, to zrozumiałam czym jest entropia układu. Na pewno jest ona wprost proporcjonalna do ilości osób w rodzinie i odwrotnie proporcjonalna do wieku. Przy czym ta druga zależność zmienia się wykładniczo (czy też może logarytmicznie?). Czuję się potraktowana 'wyrównywaczem' (co powinien zrozumieć ktoś, kto czytał 'Witajcie w małpiarni' Vonneguta) i nie mam siły zastanowienia się nad tym.
Hmm, siadłam do pisania posta, bo przyszło mi jeszcze inne (myślałam, że świetne) zestawienie tytułowych zagadnień, ale aktualnie obserwuję jak Po chowa telefon pod Kindla i zastanawiam się, co pierwsze wyląduje na podłodze.
Jednak telefon.

Ratunku... tonę...

...pod masą rzeczy, łachów, przedmiotów. No i, niestety, kurzu. :( Ale od początku...
Właściwie do czasu studiów (czyli połowę mojego życia) gnieździłam się wraz z rodzicami i dwiema siostrami na niespełna 40 m. Jak pewnie większość polskich rodzin do perfekcji mieliśmy opanowane upychanie rzeczy po pawlaczach, szafach, szafkach, schowkach, piwnicach. Było jak było, często wesoło i tłumnie (otwarty dom), jakoś nikt się nie przejmował zagęszczeniem ludzi i przedmiotów. Sprzątanie też nie było stresującą czynnością (jak to siostra sobie podśpiewywała: 'przewróciło się, niech leży...').
Czasy się zmieniły.
Od studiów i zamieszkania z Przyszłym/Obecnym mieliśmy dobre warunki lokalowe. Początkowo u teściów, w domu; dwa spore pomieszczenia (początkowo pokoje, później jeden zamieniony na kuchnię, ale doszła wtedy antresola). Zrobiło się przestrzennie, a i własnego dobytku było niewiele, to i nie plątało się wszystko pod wszystkimi kończynami. Przybyło nas trochę, to i lokal zmieniliśmy na większy - dwa i pół pokoju z kuchnią i dużą łazienką (z oknem). To pół, to antresola, na której znalazło się idealne miejsce na małżeńską sypialnię - z dolnej strefy dziennej nie kuły w oczy bety.
Mieszkanko początkowo prawie puste - ot, wielka szafa w korytarzu pomieściła wszystkie łachy i masę innych rzeczy, materac, wyposażenie kuchni, mały stolik, lekkie foteliki, dziecięce łóżeczko i jakaś szafka. Do tej pory się śmiejemy, że cała przeprowadzka to 2 czy 3 przejazdy Volvoka (kombi) (w tym przewóz całej rodziny ;) ).
Minęło 6 lat...
Rzeczy przybyło, dzieci przybyło. I dziś po raz kolejny, po dwóch godzinach biegania i przekładania rzeczy, stwierdziłam, że coś tu jest nie tak! Nie wiem jak to opisać, chyba powinnam chodzić z dyktafonem i cały czas mówić co robię. Byłoby to coś w rodzaju: idę do łazienki niosąc brudne ubranka Poli, które znalazłam na półce z zabawkami; właśnie potknęłam się o klocka, więc biorę go do ręki; w łazience wrzucam ubranko i zgarniam samochodzik i kaczuszkę; idę do pokoju wrzucić zabawki, po drodze rejestruję pomiętą kartkę w kącie; wrzuciłam zabawki do pudełka, więc zgarniam jakieś kartki z bazgrołami z biurka i idę po tego śmiecia, co go zanotowałam w pamięci; zgarniam śmiecia i lecę do kubła na śmieci; kubeł jest pełny, przy okazji upychania śmieci wysypuje się trochę plastików z przepchanego kubła ze śmieciami 'eko', biorę szufelkę, ale na dnie szafki jest wilgotno, bo ktoś wrzucając butelkę przy okazji rozlał resztkę zawartości do szafki; biorę ścierę (dziwnie oślizgła) i zanim wezmę się za szafkę chcę wypłukać ścierę; ale w zlewie studzi się herbatka dla Poli; boczkiem płuczę ręce, wyciągam herbatkę; piorę ścierkę; Pola dobiera się do woreczka z zakrętkami (wszyscy zbierają, to my też); ścieram szafkę; notuję w pamięci, że soli do zmywarki nie ma; upycham śmieci do kubłów, ale że już się nie da, to rozwlekam wszystko na środek, segreguję, upycham po reklamówach, ustawiam pod drzwiami trzy wory; ładuję worki do kubłów, kubły do szafki, jeszcze przecieram drzwiczki, zamykam ufff; odwracam się... Pola zadowolona rozwlokła zakrętki po całym pokoju, poupychała w kanapach (na szczęście wyrzucam wypłukane); Poli jednak przy zakętkach już nie ma, więc zgarniam je i kilka innych zabawek walających się pod nogami; zgarniam Polę i idziemy stawiać pranie. I tu zaczyna się nowy wątek w którym proszek się rozsypuje, z kieszeni na łazienkę sypią się tony piachu, jakieś plamy wymagają zaprania, Pola robi kupę albo krzyczy, że chce pić, nowe zabawki lądują w wannie a mama musi udawać że pije 'niby-kakałko' nalewane pieczołowicie z dzbanuszeczka do filiżaneczki; pranie się pierze, ale trzeba zebrać wcześniejsze, żeby to nowe było gdzie powiesić, latanie z upychaniem rzeczy po szafach; niestety, trudno zmieścić; Pola dzielnie sekunduje naśladując mamę i wywalając to, co udało się przed chwilą niemałym wysiłkiem upchnąć; z braku czasu na kolejne składanie wszystko ląduje w takim stanie w jakim się znalazło w najbliższej szafce/szufladzie (następnym razem z rajstopkami wysypią się klocki); uff... choć 'po wierzchu' pi razy oko nic się nie wala.
Albo nas tu jest za dużo, albo mieszkanie za małe.
To jeszcze nie koniec wniosków, ale ciąg dalszy następnym razem...

sobota, 10 września 2011

Nowy pomysł

Od dłuższego czasu zmagamy się z 'przykrótką kołderką' finansową. Jakoś tak nie chcielibyśmy budować hurraoptymizmem, który skończyłby się nie we własnym domu a w głębokich krzakach. Kombinujemy co zrobić, żeby bezpiecznie przebrnąć przez fazę budowy a i nie zadłużyć się po same uszy na stare lata. Do spokojnego budowania brakuje nam kilkudziesięciu tysięcy. Tak raczej bliżej setki, niż dziesiątki, więc porządne kalkulacje są jak najbardziej na miejscu.
Obecnie mamy dwa kredyty: jeden we frankach, przy obecnym kursie na około 130 tys.; drugi w złotówkach na blisko 110 tys. Razem miesięcznie obciążają nas na ok. 1300 zł. Da się z nimi żyć, ale brać coś więcej nie byłoby najlepszym pomysłem.
Oszczędności mamy za mało, żeby dociągnąć budowę do jakiegoś zaawansowanego etapu. Główna część naszego kapitału jest zamrożona w mieszkaniu - wg mnie ok. 350 tys. Wg Łu trochę mniej.

Pierwotny plan zakładał dociągnięcie budowy do stanu surowego z przychodów bieżących. Ciągle jednak widmo brakujących kilkudziesięciu tysięcy przed nami. Czekać aż je uzbieramy? To koszt budowy wzrośnie o kolejnych parę procent. Klasyczne 'dwa do przodu, trzy do tyłu'.

Dzisiaj poszliśmy na kolejny spacer z serii 'to może już zjemy maliny z własnej działki' (ciągle zielone, albo ktoś nam wyżera). Natknęliśmy się na sąsiadów, ale chyba nie w sosie, więc głowy im nie zawracaliśmy. Niemniej urodził się nowy pomysł...


Gdyby jednak tak...
1. Sprzedać mieszkanie (+350 tys. zł); pozbyć się obu kredytów (1300 zł z miesięcznych obciążeń), (-240 tys zł z portfela);
2. zamieszkać w mieszkaniu wynajętym na tym samym osiedlu, lub - jeszcze lepiej - bliżej budowy (koszt miesięczny ok. 1300--1500 zł);

W ten sposób, przy podobnych wydatkach na życie zyskujemy 110 tys. zł. Z 50 tys. oszczędności daje ok. 150 tys. zł na rozpoczęcie budowy.

3. Za tą kwotę dociągnąć budowę do stanu surowego otwartego;
4. z czystym kontem kredytowym wziąć kredyt na 250-300 tys. zł (ok. 1500 zł miesięcznej raty);
5. możliwie szybko doprowadzić dom do stanu używalności;
6. zamieszkać u siebie.

Proste? ;)

Minusy:
- Trudny na pewno byłby etap, gdy trzeba byłoby płacić za wynajem i kredyt (3000 zł!!!);
- przez cały czas budowy wynajmujemy mieszkanie;
- trzeba gdzieś składować wszystkie posiadane przez nas graty;
-

Plusy:
+ Na wstępie mamy wkładu własnego ponad 50% (gotówka + działka bez hipoteki).
+ W takim przypadku realna staje się budowa przez jednego wykonawcę -- od fundamentów do wykończeń -- obniży to cenę robocizny i materiałów;

No i ciągle aktualny jest temat, co zostawić 'na później', żeby zmieścić się w budżecie. Czas siadać do kalkulacji...

niedziela, 31 lipca 2011

Deszczowo i marzennie

Pogoda lipcowa skłania do siedzenia w chałupie pod lampą. Pod kocem i z książką na kolanach. Czyli przytulny dom w takim przypadku to podstawa.
Dzisiaj również ołowiane chmury nie zachęcają do wyjścia. Lać miało i pod Wrocławiem padało równo, ale jakoś nam wyszło, że się ruszyliśmy troszkę na południe i spędziliśmy większość dnia biegając pod chmurami w Arboretum w Wojsławicach. Tam aż tak ołowiano nie było. Choć chłodno, to jednak zielona trawa skłoniła dzieciaki do biegania po trawie na bosaka. Otaczające nas drzewa, drzewka, krzewy, krzewinki, byliny, bylinki i inne takie zmusiły do zachwytów i zastanawiań nad ogrodem.
Żebym nie zapomniała, wrzucam sobie zdjęcie banalnie prostego a jednak nigdzie nie widziałam, żeby wykorzystywanego pomysłu na parkan wierzbowy.

Wierzbowe patyki są powtykane w ziemię. Za parę lat utworzą (jak myślę) równy płotek. W Wojsławicach było więcej wierzbowych, plecionych 'ozdób' ogrodowych. Nasza działka jest dość wilgotna, żeby nie powiedzieć mokra. Wierzba powinna się dobrze trzymać.

Zazwyczaj w takich ogrodach zachwyca ilość i różnorodność form, gatunków, kolorów. Każdy szczegół jest ważny i piękny, a wszystkie tworzą całość, która o żadnej porze roku się nie nudzi. Wracając więc rozmyślałam, jak zagospodarować te nasze 10 i (prawie) pół ara, żeby było pięknie, przytulnie, niepowtarzalnie. Po powrocie do domu trafiłam tutaj: http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/56,35751,10024399,Domy_jak_marzenie___wybieraja_wroclawscy_architekci.html i mała konsternacja. Ogrody przy tych domach są zazwyczaj minimalistyczne. Zresztą, co to za ogrody - kawałek trawnika, ścieżka, beton, drzewo/drzewko.

A jednak ogród w Wojsławicach i ogródki przy współczesnej, dobrej architekturze mają wspólny mianownik. Jak na razie, to co zauważyłam to dopracowanie szczegółów i dobre materiały. Mam nadzieję, że u nas tego (i na to) nie zabraknie.

A na koniec pierwsze kroki w butach Poli, czyli Pola W Butach wygląda tak:

piątek, 1 lipca 2011

Finanse i maliny

Kolejne pół roku minęło. Sprawy dzieciowo-zawodowe trafiły w swoje codzienne koleiny, czyli ja pracuję, Pola zostaje z opiekunką. Dzięki temu (że wszystko jest w koleinach) mogliśmy się trochę pozbierać i zacząć kalkulować czy z wiosną uda nam się ruszyć z budową. Wydawało nam się, że jeśli będziemy mieć ok. 40 tys. w gotówce, to można startować. Ale wydawanie wydawaniem -- wszystko trzeba mieć na papierze (no, desce czy innym desku) skalkulowane.
Wydatki, które musimy ponieść do stanu 'zero', czyli pierwszego etapu budowy:
  • droga -- 2400 zł;
  • szambo -- 3700 zł;
  • przyłącze wody -- 5500 zł;
  • przyłącze prądu (budowlane) -- 1700 zł;
  • prace geodezyjne -- 900 zł;
  • wyprowadzenia instalacji w płycie podłogowej -- (jeszcze kalkuluję co trzeba, ale myślę, że nie więcej niż) -- 500 zł;
  • roboty ziemne (wg kosztorysu) -- 9600 zł;
  • fundamenty (wg kosztorysu) -- 34000 zł;
  • posadzki i podłogi (wg kosztorysu) -- 21500 zł.
Co daje kwotę blisko 80 000 zł !!!

A ceny kalkulowane na koniec 2010 r. Chyba nam przyjdzie czekać na gwiazdkę z nieba. :(

A gdzie maliny?
Byliśmy dziś na działce. W chaszczowisku rosły sobie krzaczuszki. Nieduże. Na nim ze dwie malinki, ale jeszcze zielone. Obok - kupa kupy - wywalona przez sąsiada za płot zawartość kosiarki. Chyba będę musiała z nim 'poważnie porozmawiać'. Tyle optymistycznego akcentu. ;)

Etykiety

życie rodzinne (124) ogród (121) budowa (102) przetwory (31) marudzenie (28) plany (28) jojczenie (27) dywagacje (21) sso (20) filozofowanie (17) rośliny (17) dach (16) obserwacje (15) przyroda (15) zwierzęta (15) działka (14) mieszkanie (14) przyłącza (14) wnętrza (14) aranżacje (13) finanse (13) ogólne (13) życie na wsi (13) problemy (11) stan 0 (11) woda (11) covid19 (10) droga (10) nalewki (10) przepisy (9) sąsiedzi (9) kalkulacje (8) marzenia (8) okna (8) ptaki (8) wspomnienia (8) z netu (8) święta (8) ciocia dobra rada (7) prąd (7) bździuny (6) ogrzewanie (6) sądziad (6) absurdy (5) instalacje (5) kot (5) książki (5) radości (5) wiosna (5) zasłony (5) zdjęcia (5) zima (5) co ja robię tu? (4) elewacja (4) historycznie (4) kanalizacja (4) nie wiem co powiedzieć (4) politycznie tfu (4) sprawy wsi (4) wygrzebane z lamusa (4) łazienki (4) drzwi (3) fontanna (3) gaz (3) genealogia (3) inspiracje (3) kuchnia (3) odkrycia (3) pory roku (3) schody (3) wino (3) wyczytane (3) cuda natury (2) dokumenty (2) dom (2) energooszczędność (2) kompost (2) ku pamięci (2) ogrodzenie (2) pet challenge (2) piękne słowa (2) podłoga (2) przeprowadzka (2) ssz (2) wymiękam (2) zioła (2) a (1) bruki (1) dialogi (1) domek na drzewie (1) działania (1) kosopleciny (1) krupnik (1) muzyka (1) okolica (1) pogoda (1) poidełko (1) pytania bez odpowiedzi (1) reklama (1) strachy na lachy (1) szkoła (1) słowiańszczyzna (1) taras (1) tydzień Ziemi (1) wynajem (1) wypieki (1) z dialogów (1) zbiory (1) śmieci (1)