niedziela, 17 czerwca 2018

Lato...

...w pełni. Choć dopiero 17 czerwca. Od początków maja mamy fale upałów. Było już kilka dni z temperaturą powyżej 30 st. C. Nie było w tym roku 'zimnej Zośki'. Lejemy w ogródek hektolitry wody a ziemia jest jak pył. Co gorsza od stycznia nie było praktycznie deszczowego dnia. Zdarzały się opady, ale takie niemrawe.
Co to z tego wszytkiego będzie?

niedziela, 10 czerwca 2018

I tak...

...warto żyć...
Łukasz ubiegł dzisiaj szpaki i pozbierał wiśnie do miseczki.
Ja pozbierałam jedne z ostatnich truskawek i właśnie warzy się z nich kompot. Myślę, że z miętą i limonką będzie pycha.
Do szczęścia brakuje mi czereśni. Jedyną w tym roku zjadłyśmy z Polą na spółkę na początku maja. Zatem faktycznie mamy wczesną odmianę. Nie mogę się doczekać kolejnych lat, gdy drzewko będzie już trochę większe.

Dzisiejsze smakołyki szykujemy na spotkanie z Babcią Łu, czyli Prababcią dzieciaków. Kompot może zdąży się ostudzić na kamiennym wejściu.

I tak jakoś na wspomnienia wzięło domu naszych dziadków w Szklarach. Okno na piętrze, na którym często jadałyśmy obiady. Zamykało się na taki przekręcany wihajster. Miało parapet, na którym często siadałyśmy. Nikt nie przeżywał, że dzieciaki siedzą w oknie i mogą spaść z pierwszego piętra. Kiedyś dostałam od sąsiadki Babci zupę z koperkiem z mszycą. Nie chciałam jeść z robalami, to tę zupę za okno szurnęłam z talerza. Przybiegły kury, wyjadły, co nie popłynęło. I tak zatarły ślady mojej zbrodni.

Pamiętasz Skorka?

wtorek, 5 czerwca 2018

Kierowca roku

Ech, fakt, że mamy tydzień przed dość stresującym wydarzeniem. Zatem dobry moment, żeby się wszystko waliło, paliło, i działo zupełnie inaczej niż zaplanowaliśmy.
Kilka dni temu zaliczyłam zatem lekkie szurnięcie mojego osiołka przez innego kierowcę. Niby drobiazg, ale szurnięcie jest. Zatem spisywanie i ubezpieczalnia.
Straciłam z godzinę cennego czasu, ale zgłosiłam szkodę.
Dzisiaj rano siedzę w pracy, zadzwonił przedstawiciel ubezpieczyciela, czy może obejrzeć szkodę.
Jasne, niech przyjeżdza. To koło południa będzie.
Koło południa telefon, że już prawie jest, żebym wzięła kluczyki i dokumenty i spotkamy się pod budynkiem.
Ok.
Biorę kluczyki i dokumenty. I w tym momencie sobie przypominam, że do pracy przyjechałam na rowerze.

niedziela, 3 czerwca 2018

没办法...

...czyli 'méi bàn fǎ'.
Ślicznie wygląda:
没办法
czyż nie?

Heh, w artykule, który właśnie czytam o Chinach jest to przetłumaczone jako 'nie mam wyboru'. W znaczeniu 'muszę to zrobić'. I tak mnie tknęło, że jak często stoimy przed takim dylematem? Choć mam wrażenie, że w kulturze zachodniej coraz częściej mamy do czynienia z postawą 'zrobię co zechcę i co mi zrobicie?'.
Artykuł, który czytam w skrócie można streścić, że do 26 roku życia młodzi ludzie muszą wyjść za mąż/ożenić się, bo tak nakazuje tradycja, zaś nie mają czasu szukać małżonka, więc rodzina robi to za nich. Małżeństwa zatem wychodzą praktycznie aranżowane. I podsumowaniem młodej (26 lat) kobiety jest właśnie 'mei ban fa'.

Jednak na yabla.com znalazłam tłumaczenie:
'there is nothing to be done
one can't do anything about it'
co jednak zrozumiałabym nieco inaczej niż powyżej, bardziej, że nie mam zupełnie wpływu na to.  Może młodzi Chińczy tak odbierają swoją styuację, jednak chyba troszeczkę mają. Mogą się sprzeciwić tradycji, choć pewnie będzie to kosztem życia i przyjemności z niego. Czego chyba znowu zachodnie podejście nie zrozumie.

Ale nie chciałam się rozpisywać o tym co w Chinach piszczy. Chciałam sobie zachować takie memento o czymś, co się często w życiu przewija. A wybór niby jest, a każdy wydaje się zły.








piątek, 1 czerwca 2018

Troszeczkę wiejskiego folkloru

Wczoraj wieczorem, w zasadzie już nocą, bo gdzieć blisko północy, położyłam się spać. Okno otwarte, bo upały lipcowe, choć to końcówka maja. Tuż za płotem mamy kurnik; z kurnika rozległo się przejmujące gdakanie. Takie trochę inne, niż gdy kura jest po prostu spłoszona i się wydziera.
Stwierdziłam: 'Acha, mamy wizytę liska'. Zajrzałam do okna i faktycznie, przebiegał sobie przez nasz trawnik.
Dzisiaj rano obejrzałam jak wygląda płot. Poprzednim razem (w ubiegłym roku) lisek przelazł pod płotem. Tym razem musiał chyba z kurą przejść górą.  Porozrzucane pióra były świadectwem tragicznego wydarzenia.

wtorek, 29 maja 2018

Klęska...

...urodzaju.
Siedzę właśnie nad durszlakiem nazbieranych truskawek i zastanawiam się, komu je wcis... znaczy się ofiarować. Pachną nieziemsko, a ja już nie mam miejsca, żeby je zmieścić. Powinnam jakieś ciasto zrobić, czy choćby kompoty, ale ciągle nie nastawiam się na robienie przetworów. Jeszcze nie. Mam! Kolega mówił, żeby zrobić mus i zamrozić. I tak zrobię! Wieczorem.
Truskawki swoje, niepryskane. Wszyscy mówią, że kupne wszystkie są pryskane. Że sprzedają przywiezione z Hiszpanii. I że kosztują 8 zł za kilogram. Przy takim urodzaju? Gdy banany są po 2,99 zł za kilogram!


niedziela, 6 maja 2018

Znowu jakiś etap...

...za mną.
Nie mogę w to uwierzyć, ale albo o czymś zapomniałam, albo wszystkie najpilniejsze sprawy w ogrodzie dopięte. Co nie naczy, że wszystko zrobione - co to, to nie - ale mniej więcej wszystko, co nie było na swoim miejscu, już tam trafiło. Aha, zapomniałam o malinach. Ale trudno, najwyżej nie będziemy mieli malin.
To może od malin znacznę, albo w zasadzie od borówki, choć chyba jednak znowu do kompostownika muszę wrócić. Zatem... kompostownik jest na miejscu, i prezentuje się mniej więcej tak:
Jak pisałam posprzątanie w tym zakresie umożliwiło porządki w różnych dziwnych innych miejscach. Obecnie głównie miejsce, gdzie planuję warzywniak, jest nieruszone. Ale zarasta pięknie chwastami, zatem mniemam, że zielony nawóz, który wysiewałam, przyczynił się pięknie do nawiezienia ziemi. Teraz chwasty to wyjałowią. Ale może lepiej, żeby coś rosło, niż nic.

Jakoś zimą z kimś rozmawiałam, że borówki potrzebują dużo wody. A ja dwie miałam właśnie w części ogródkowej. Suchej. I pięć gdzieś między kwiatami, w miejscu jeszcze bardziej suchym. Rosły średnio. Za to maliny posadzone w najniższym i najmokrzejszym miejscu, również rosły bardzo słabo. Zatem w zimie wyszło mi, że dobrze byłoby je zamienić miejscami. Czekały generalnie do dzisiaj. Tzn. dzisiaj borówki się doczekały, a maliny jeszcze nie. Część leży wykopana, a część jeszcze stara się rosnąć tam, gdzie były. Jeśli zdążę przygotować teren, to je wsadzę. Jeśli nie, to się z nimi pożegnam. Trochę trudno, ale ile można się spinać?
Borówki posadzone wyglądają tak:
Jak sprawdziłam na powiększonym zdjęciu, to borówek nie widać. Trzeba uwierzyć na słowo, że po lewej są. Teraz tak myślę, że niedługo może im tam za ciemno będzie? No nic, zobaczymy. Może znowu trzeba będzie przesadzać. A na zdjęciu i kompostownik w tle.

Poza tym przesadziliśmy dzisiaj jarząba szwedzkiego (jadalna jarzębina) w docelowe miejsce. Trochę to nie pora na przesadzanie czegokolwiek, bo wszystko kwitnie w najlepsze, ale mam cichą nadzieję, że szybka akcja, docelowe miejsce i podłożony kompost zrekompensują roślinom niedogodności.

Dodatkowo wsadziłam trzy wisterie przy namiocie z wierzby, co to nie chce rosnąć. Liczę  na to, że w pierwszych latach szczątki wierzby będą konstrukcją dla wisterii, a za kilka lat wisteria sama utworzy namiot. Chyba, że wyjdzie niewypał jak z wierzbą.

Wsadziłam jeszcze nieplanowane, ale dostane pomidory. Nie takie zwykle, ale jakieś fikuśne. Posadziłam je nie na grządce warzywnej, ale pomiędzy kwiatami. Może słabo, ale będzie widać na zdjęciu poniżej.

Aha, nie wsadziłam jeszcze wykopanej dwa tygodnie temu rozplenicy w miejsce docelowe. Może dzisiaj jeszcze zdążę, ale do obrobienia (odchwaszczenia, spulchnienia, obsadzenia) jest jeszcze grządka  naprzeciwko dużych okienTu widoczna trochę od tyłu:


A reszta ogrodu wygląda mniej więcej tak:






Zrobiona przez Łu opaska przed płotem:


I jeszcze sąsiedzkie kurki:
którym podrzucam ogromne pędraki, które znajduję pod jedną z pryzm. Chyba chrząszcza majowego. Jak właśnie wyczytuję w necie, to mają trzyletni okres rozwoju. Te mają rok albo dwa. Kurom smakują przeogromnie, wystarczy, że rękę wyciągnę, to każda się rzuca, aby łapsnąć. Dlatego też tak pięknie pozowały, bo pchają się do mnie, licząc na jakiś smakołyk. Jak nie ma pędraków, to przynajmniej mlecza dostaną.
Koty też się pchają. Ile mamy kotów? Ja bym powiedziała, że żadnego. Łukasz by potwierdził. No, może nasz 'kot sąsiada', czyli Fifi. Ostatnio jednak Stella (vel Fifa) też zaczyna być bezczelna. Przychodzi i mówi 'jestem twoim kotem i masz mnie słuchać'. Kurde, no.


Etykiety

życie rodzinne (124) ogród (121) budowa (102) przetwory (31) marudzenie (28) plany (28) jojczenie (27) dywagacje (21) sso (20) filozofowanie (17) rośliny (17) dach (16) obserwacje (15) przyroda (15) zwierzęta (15) działka (14) mieszkanie (14) przyłącza (14) wnętrza (14) aranżacje (13) finanse (13) ogólne (13) życie na wsi (13) problemy (11) stan 0 (11) woda (11) covid19 (10) droga (10) nalewki (10) przepisy (9) sąsiedzi (9) kalkulacje (8) marzenia (8) okna (8) ptaki (8) wspomnienia (8) z netu (8) święta (8) ciocia dobra rada (7) prąd (7) bździuny (6) ogrzewanie (6) sądziad (6) absurdy (5) instalacje (5) kot (5) książki (5) radości (5) wiosna (5) zasłony (5) zdjęcia (5) zima (5) co ja robię tu? (4) elewacja (4) historycznie (4) kanalizacja (4) nie wiem co powiedzieć (4) politycznie tfu (4) sprawy wsi (4) wygrzebane z lamusa (4) łazienki (4) drzwi (3) fontanna (3) gaz (3) genealogia (3) inspiracje (3) kuchnia (3) odkrycia (3) pory roku (3) schody (3) wino (3) wyczytane (3) cuda natury (2) dokumenty (2) dom (2) energooszczędność (2) kompost (2) ku pamięci (2) ogrodzenie (2) pet challenge (2) piękne słowa (2) podłoga (2) przeprowadzka (2) ssz (2) wymiękam (2) zioła (2) a (1) bruki (1) dialogi (1) domek na drzewie (1) działania (1) kosopleciny (1) krupnik (1) muzyka (1) okolica (1) pogoda (1) poidełko (1) pytania bez odpowiedzi (1) reklama (1) strachy na lachy (1) szkoła (1) słowiańszczyzna (1) taras (1) tydzień Ziemi (1) wynajem (1) wypieki (1) z dialogów (1) zbiory (1) śmieci (1)