sobota, 17 maja 2014

Wczoraj...

...nie miałam siły już pisać. Zresztą nie było o czym, w znaczeniu: brak progresu. Jest za to trochę nerwów no i babrania się w błocie. Ale po kolei...
Sprawa wyglądała na początek dnia tak, że wykonawca miał przyjechać, materiał miał dotrzeć do 11. Wykonawca miał zrobić swoje i pojechać. Ciąg zdarzeń jednak wyglądał zupełnie inaczej.
Wykonawca przyjechał jak należy, porozkładał się, posprawdzał, czy może się podpiąć do prądu (wymagane bodajże zabezpieczenie 20A). W budynku tyle było, ale w skrzynce na zewnątrz nie, bo było 16A. Zmienili na 20A - również maszyna nie ruszyła.
Łu najpierw musiał jeszcze wszystko przygotować (pozabezpieczać okna, ściany, 'odciąć' od ocieplania szczyt), więc roboty miał dość sporo. Potem jeszcze leciał po bezpiecznik 25A, który dopiero dał radę.
W międzyczasie zaczęło lać.
Materiał przywieźli o 15. Łu zamówił więc noclegi dla wykonawców w pobliskim hoteliku.
Gdy ja przybyłam po 17 zastałam:
- materiał stojący na środku drogi. Na szczęście naszej prywatnej, to może nikomu (znaczy się sąsiadowi za nami) nie zdąży przeszkadzać;
- wszystko unurzane w błocie i wszechlejącym deszczu;
- maszyna pracowała, ale właściciel z pracownikiem stali, bądź chodzili po błocie, znaczy się - nie pracują.
Coś się zapaliło, jakiś wężyk, czy kabel, trzeba było wyłączyć naprawić i teraz trzeba na nowo rozgrzewać materiał. To grzeją. Zajrzałam do środka, zrobione może 10 m2.
Pogadałam chwilę z pracownikiem. Jedne z pierwszych słów, jakie usłyszałam od właściciela, to:
'Będą państwo zadowoleni!', wtedy nogi się pode mną ugięły. Próbowałam się dopytać co w przypadku takich problemów, jak rozwiązania, głównie dowiedziałam się, że tak się zdarza. Zero jakieś refleksji.
Stanie trwało jakieś pół godziny, po czym roboty ruszyły.
Nie na długo. Nie dopytywałam o co chodzi, żeby nie stresować, widziałam, że coś zmieniali dysze. Stwierdziłam, że nie ma co im stać nad karkami, dałam telefon do siebie i pojechałam do domu.
W domu, po niedługiej chwili telefon, że coś tam i muszą pojechać naprawić, i żeby przyjechać zamknąć chałupę. A tak w ogóle, to że nie mają pieniędzy na naprawę i żeby im dać 1000 zł.
W jakiej ciemnej dupie trzeba być, żeby dojść do takiego stanu?
- Pieniędzy nie dam.
- Czy może zadzwonić do męża?
- A niech dzwoni.
Dotarłam na działkę. Nikt do mnie nie wyszedł z busa. Pokręciłam się i widzę, że odjeżdżają. To podeszłam i się pytam, czy ten materiał (4 beczki) ma tak zostać na środku drogi?
- No, a jak mają go przenieść, skoro to tonę waży?
- Ale przecież można było rozładować na terenie działki?
A postawili tak, że teraz busem nie może zza nich wyjechać! Zero pomyślunku jakiegokolwiek. Zaczęłam się jeszcze pytać co się stało.
- Wąż pękł i trzeba naprawić.
- I co dalej?
- No, pojedzie do Opola, tam mu zarobią i przyjedzie.
- I kiedy skończy robotę?
- No jak to!, przecież termin ma na poniedziałek, wiec co ja chcę, skoro wszystko jest na czas?
- Ale w poniedziałek pracownik wyjeżdża, to jak to zrobi?
- Przyjedzie z drugim.
- I to tak w porządku, że ten materiał zostaje? że tyle awarii w ciągu jednego dnia?
- A co pani sobie wyobraża! To maszyna jest, zawsze może się zepsuć!
Zero poczucia odpowiedzialności za zaistniałą sytuację. Jeszcze wcześniej mi wytknął, że przecież miało być przygotowane zabezpieczenie na 20A, a było tylko 16A i on musiał nam elektrykę robić! Nic to, że na 20A również nie zadziałało.
Ja już słuchać nie chciałam, więc sobie poszłam.
Gość chyba nie mógł na mnie patrzeć, bo wyjechał do głównej drogi i tam czekał na Łu.
Coś tam uradzili, w sumie nawet nie wiem co, gościa nie chcę oglądać.
Suzuki zostawiliśmy przy działce zastawiając beczki, żeby nikt nam nie porwał.
Beczki musieliśmy zabezpieczyć, bo niby były przykryte folią, ale w taki sposób, że pod folią, na beczkach, było mnóstwo wody.
W poniedziałek zacznę szukać wykonawcy, który wykona to nam z materiału, który w końcu jest nasz, bo Łu za niego zapłacił. Ciekawe, czy gość w ogóle wróci w poniedziałek.
Nie wiem jeszcze jak się ta sprawa dalej rozwinie. Przez to zwodzenie trudno podjąć też decyzję, że odcinamy gościa, bo przypomnijmy, że poza materiałem zapłacone ma 6000 zł, które leży na koncie zajętym przez komornika. Skoro usługa niewykonana, czyli gość ich nie zarobił, to teoretycznie pieniądze są nadal nasze. Chyba?
Może jakieś rady, jak je ewentualnie odzyskać?

1 komentarz: