niedziela, 6 września 2015

Łoboziu, wypełniam obowiązek i inne...

...wlazłam dzisiaj na bloga, żeby napisać o wszystkim i o niczym. Znaczy się co dzieje się w sprawie budowy, a tu dostaję na twarz informację od gugla, że leży na mnie obowiązek poinformowania czytających o ciasteczkach. Niniejszym ogłaszam, że żadnych ciasteczek przeglądarkowych nikomu nie serwuję, a te co dostają przeglądając mojego bloga, to nie ja. Kto? Gugiel zapewne i licho wie kto jeszcze. Ja o żadnych ciasteczkach co serwuję internetowo nie mam pojęcia - i jeśli chcecie mnie wsadzić do ciupy to niech próbuje.
Internetowych nie, ale na słodkie zapraszam, bo - tadam - udało nam się nabyć piekarnik. Piekarnik istne cudo, na które czekaliśmy od grudnia. Tzn. nie dokładnie, bo w grudniu planowaliśmy kupić inny, ale nie było nas stać. Potem stwierdziliśmy, że się szarpniemy, ale... okazało się, że już nie ma go w sprzedaży. I tu zonk, bo wybraliśmy specyficzny piekarnik o wymiarach innych niż standardowe i jeszcze miał mieć zintegrowaną mikrofalówkę, więc nie przewidzieliśmy dodatkowego miejsca na tęże. A tu wyszło, że ani nie mamy miejsca na piekarnik (o normalnych gabarytach) ani na mikrofalę. Po krótkiej konsternacji (w okolicach kwietnia) w maju ogłosili, że pojawia się nowa linia sprzętu tego producenta, w której będzie piekarnik o wymaganych przez nas parametrach. Ba! tysiaczka tańszy. To niewiele myśląc zaczęliśmy zamawiać. W jednym sklepie, w maju. Po kilku dniach telefon, że jednak będzie w okolicach połowy czerwca. Nie ma sprawy, poczekamy. Potem już żadnego telefonu nie było tylko anulowanie zamówienia. Łu zamówił gdzie indziej. Podobna sytuacja. Potem jeszcze jeden sklep - to samo. I tak dotarliśmy w sierpniu do NeoNetu, skąd (również z poślizgiem) dostaliśmy informację, że sprzęt jest do odbioru.
W międzyczasie Miłosz chyba pooglądał vloga z serii "5 sposobów na..." zniszczenie mikrofalówki. I w przedostatnie dwa tygodnie wypróbował dwa: wsadził masełko w folijce do zmiękczenia - w efekcie we wnętrzu powstało kilka punktów, jakby ktoś zapałkę przyłożył. Nie do zmycia. Mało to było, bo kilka dni później szykował sobie (przynajmniej tak twierdzi, a jak było to tylko on wie) nugetsy. Odmroził je podobno jak trzeba. A potem nastawił na 10 minut! Szkoda tylko, że w woreczku foliowym, w którym były zapakowane. Wietrzyliśmy tydzień, a lodówkę jak się otwiera, to jeszcze do tej pory wyciąga zza niej zapaszek. Mikrofalówka w środku wygląda przerażająco.
Mam nadzieję, że piekarnik się ostanie trochę dłużej niż mikrofalówka. Choć nie jest to takie pewne, bo do uruchomienia potrzeba nacisnąć minimum trzy punkty (bo guziki to nie są). W mikrofali wystarczył jeden.
Łu się cieszy, bo wygląda na to, że piekarnik zarządzany jest przez linuxa. I teraz słyszę np. po podgrzaniu mleka: linux chce ci coś powiedzieć. Znaczy się kuchenka trąbi, że już skończyła.

Aha, i mamy projekt ogródka. Z projektem ścieżek, ogrodzenia, pergoli, nawodnienia i - oczywiście - nasadzeń. Już wiem, że ogrodzenie pewnie zrobimy inne niż zlecaliśmy, a i pergolę chyba inaczej. Teraz prowadzę rozmowy z brukarzami. Oby przed zimą skończyli. No i jeszcze ogrodzenie żeby stanęło, bo obecne położyła nam częściowo wichura, a właściwie trampolina od sąsiada, którą wichura wyniosła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz