...stara jestem. Jedno, co mnie ratuje, to że w sytuacjach kryzysowych nie panikuję. Za to w sytuacjach niekryzysowych zazwyczaj szlag mnie trafia. Kurde, człowiek powinien mieć dzieci gdy ma naście, dwadzieścia lat. I później już nie. Wtedy jest na tyle wyluzowany, że różne głupoty spływają po nim. A mnie teraz wkurza to, że każdego dnia - jak w tych horrorach, czy thrilerach - najpierw jest wielkie łubudubu a potem napięcie tylko rośnie. Fajnie jest od czasu do czasu przeżyć takie emocje i człowiek jest wtedy zadowolony, że jakieś 'wow', inaczej, gdy te 'wow' dotyczą życia codziennego i są fundowane raz po raz.
Przyszedł Mi ze szkoły i zafundował jedno 'wow'. Malutkie. Jutro nie idzie do szkoły, bo szóstoklasiści piszą test. Czemu reszta szkoły ma przez to być nieobecna? Tym bardziej, że test trwa aż godzinę. Co przez cały dzień rodzice mają robić z dzieciakami? A kogo to obchodzi. Ty rodzicu się zmóżdżaj. Szczęście w nieszczęściu - jestem chora. Mam zapalenie spojówek i zaropiałe, czerwone oczy. W każdym razie mogę jutro zostać z dzieckiem.
[Ciach: właśnie Miłosz mówi, że coś go boli nad okiem]
Uff, problem co zrobić z Mi z głowy. Miłosz siada do l
[ciach: wrzaski z pokoju - Miłosz tłucze się z Po]
Miłosz siada do lekcji, co kończy się wrzaskiem, że 'on nie wie'. Mądre Podręczniki każą z rodzicielską cierpliwością wytłumaczyć problem. Więc tłumaczę. Ciągle wrzask, że 'ja nie wiem' i 'to jest trudne'. Zero nastawienia na zrozumienie. W końcu wychodzę z siebie i zostawiam Mi z problemem, że i tak do czasu, gdy nie skończy lekcji nie wyjdzie na dwór. Niedługo daje mi 'odrobione' lekcje. Jakieś drobne poprawki i
[ciach: Łu wyszedł z siebie i unicestwił balonik, którym Po tłukła Mi, rozpacz Po trwała kilkadziesiąt minut, więc pisanie musiałam zaprzestać i mogę kontynuować, gdy już tałatajstwo poszło spać]
Odrobione lekcje Miłosza wyglądały tak, że całkiem nieźle poszły mu dwie strony zadań, z wyjątkiem dwóch ostatnich (zadań). Dwa ostatnie polegały na porównaniu zapisów łączących ułamki zwykłe i dziesiętne z różnymi jednostkami: g, dag, kg, t lub m, km, i poszeregowaniu ich w kolejności. No cóż, trochę trzeba się pobawić w przeliczanie. Powinien to umieć, w razie czego można mu trochę pomóc. A tu na 'odwal się' drugie z tych zadań wpisana numeracja jak leci. Szlag mnie trafił po raz kolejny, bo to próba oszukiwania. Wtedy nie ma odpuść. I się zaczęło. Na marginesie, to drabianie tych dwóch zadań, później już z dużym udziałem Łu, trwało do 20:30. Ale to nie wszystko wszystkie atrakcje. Większe 'wow' dopiero na mnie czekało...
Ja z Mi w pokoju, a tymczasem Po poszła zrobić siusiu. Siedzi w tej łazience coś za długo.
[ciach: Mimi jęczy, bo go głowa boli :( Wcześniej dostał tabletkę. Trochę musiałam pójść go pogłaskać. Mam nadzieję, że zaraz mu przejdzie. :( ]
W każdym razie poszłam w końcu do Po w łazience, a tu... Po siedzi na nocniku i robi kupę, a na szyję ma założoną taką podkładkę, co to nakłada się na toaletę, żeby dziecko do środka nie wpadło. I niemalże ją oblizuje. Z jednej strony ręce mi opadły, z drugiej śmiać się chce, ale widzę, że Po minę ma nietęgą i coś mnie tknęło. Tak. Podkładki nie dało się zdjąć bez oberwania któregoś ucha. Coś tam zaczęłam zagadywać do Po na spokojnie, żeby dziecko nie spanikowało. Zabezpieczyłam przed oblizywaniem. Zadzwoniłam do Łu (jedyny plus, że wcześniej wyszedł z pracy ;) ) i zaczęłam kombinować, co tu robić, zanim dziecko zacznie się denerwować. Wygodne to przecież nie było. Ani z tym chomątem chodzić, ani się bawić; Łu wróci najwcześniej za pół godziny; a tu efekt prawie jakby Polka głowę w toalecie trzymała. Znalazłam piłkę. Taką okrągłą. Do metalu znaczy się. I bziut, bziut; no utnę; albo nos, albo ramię może Polka stracić. Poowijałam ją ręcznikami, żeby piłą po ciele jej nie pojechać i tnę. I tu Poli ryk, bo na czym ona teraz będzie siusiu robić. Wzięłam się za przekupstwo (kurde, coś ostatnio za często to robię) i obiecałam jej, że jej kupię ładniejszą podkładkę - różową. I tak bziut, bziut podkładkę przepiłowałam i dziecko uratowałam.
Konkluzja jest taka, że gdybym miała teraz dwadzieścia lat, to uśmiałabym się jak norka. A tak, to już wcale nie chce mi się śmiać. Fifka, jak Tobie to ciągle wychodzi?
Zdjęcia z akcji piłowania mam, ale nie dam.
poniedziałek, 31 marca 2014
Dlaczego pompa ciepła?
Kilka osób już nas o to pytało. Tym bardziej, że w okolicy jest gaz sieciowy i przyłączenie się to nie są duże koszty - bodajże ryczałtowa opłata mieści się w 2 tys. zł.
Przyłączenie gazu zablokowała nam jedna z sąsiadek, która przestała wyrażać zgody na prowadzenie instalacji we wspólnej drodze. Czemu? A bo to ktoś wie, co ktoś inny ma pod kopułką? Nie jest to tylko nasz problem i w tej chwili kilku innych sąsiadów zmaga się z materią, przez co sprawa trafiła do sądu. Jednak my budujemy teraz i teraz potrzebujemy jakichś logicznych rozwiązań problemu.
Dlaczego nie ekogroszek lub inny piec na paliwo stałe? Ze względu na to, że nie przewidujemy zajmować się obsługą pieca, jego sprzątaniem, dokładaniem, zakupem i noszeniem paliwa. Czyli z jednej strony jesteśmy wygodniccy, z drugiej, ze względu na życie w ciągłym pędzie, trudno nam to sobie wyobrazić. Piec taki wymaga regularnych zabiegów, nawet, jeśli robi się to raz w tygodniu. Dodatkowo, jak wszędzie trąbią, paliwa stałe rozmijają się energooszczędnością. Są pewnie tacy, co by polemizowali z tym, czy wytworzenie np. prądu w elektrowni i jego transport z dużej odległości jest bardziej ekologiczne niż mała kotłownia. Nie bez znaczenia było też, że nie chcieliśmy robić sobie tutaj drugiego Krakowa*. Miejscowe plany zagospodarowania tuż obok wykluczają kotłownie na paliwo stałe. Nasz mpz nie reguluje tej kwestii, ale jeśli chcemy mieć czystą wieś, to sami też powinniśmy się postarać coś zrobić ku temu.
Prąd rozważaliśmy. Sąsiedzi obok (nie mogąc skorzystać z pieca gazowego z tego samego powodu co my) zamontowali ogrzewanie katodowe. Malutki element praktycznie nie zajmuje miejsca. I git. Nie wiem jak koszty, podobno też nie są jakieś ogromne, ale...
Inżynier Łu wziął się do liczenia i porównań poszczególnych sposobów ogrzewania. Ponieważ zrobił to na etapie stanu zero wyszło mu, że podliczając koszty rezygnacji z komina, budowy instalacji gazowej, pieca i przyłączenia, są one porównywalne z budową instalacji dla powietrznej pompy ciepła. Kwot w tej chwili nie pamiętam. Eksploatacja pompy jest porównywalna z gazem, lub nawet trochę tańsza. A trzeba pamiętać, że w cenie gazu również lwią część zajmują opłaty stałe i przesyłowe, a nie sam gaz. Ponieważ wcześniej już wiedzieliśmy, że nie będziemy gotować na gazie (ze względu na koszmarną smołę lepiącą się do wszystkiego) i byłby on potrzebny tylko do ogrzewania, dlatego tym łatwiej było nam zdecydować się na jakąś alternatywę.
Dlaczego nie pompa wodna? Koszt pompy i instalacji podobny, z jednym wyjątkiem - wykonanie odwiertów to mniej więcej drugie tyle.
Pompa ciepła, to nie tylko zalety ekologiczne, które wszędzie są podkreślane, ale również problemy wynikające np. z małej znajomości tego typu ogrzewania. My, po namowach instalatorów, zdecydowaliśmy się na ogrzewanie wyłącznie podłogowe. Zyskaliśmy dzięki temu prostszą instalację (nie trzeba łączyć podłogówki z kaloryferami), w żadnym pomieszczeniu (z wyjątkiem łazienek) nie będzie kaloryferów, ale... bezwładność takiej instalacji jest znaczna. Co to będzie oznaczało dla komfortu? Zobaczymy. Nigdzie nie mieliśmy okazji zobaczyć na żywo takiego rozwiązania, więc robimy eksperyment sami na sobie. Źeby nie było, to nie jest to taki hurraoptymizm. Poczytaliśmy trochę na temat domów pasywnych (a nasz będzie zbliżony) i czas wychłodzenia takiego domku w zimie, to np. ok. 3 st.C po tygodniu stania domu bez ogrzewania. Więc ta duża bezwładność może całkiem dobrze sobie radzić. Tym bardziej, że domek jest pomyślany na pozyskiwanie i akumulowanie energii np. słonecznej. Dodatkowo wyposażony będzie w niewielki piec akumulacyjny, który, jak myślę, bez problemu pokryje lub uzupełni straty ciepła. Kształt domu i jego otwarty środek będzie wpływał na szybkie rozprowadzenie ciepła po każdym kącie. W sumie to nie zdziwiłabym się, gdyby jedna farelka była w stanie ogrzać całość. Tak mniej więcej wynika z wyliczeń, ale bez sprawdzenia w praktyce trudno to sobie wyobrazić.
Nie mówię, że pompa to najlepsze rozwiązanie, bo 'parametrów', które są do rozważenia jest dużo i dla każdego inaczej ułożą się priorytety. Myślę jednak, że Łu jest świetnie przygotowany do tematu. A jak Łu jest przygotowany, to - nie ma bata - jest dobrze. :)
*Dla niezorientowanych, to smog w Krakowie, ze względu na grzanie piecami, jest ogromnym problemem tego miasta.
Przyłączenie gazu zablokowała nam jedna z sąsiadek, która przestała wyrażać zgody na prowadzenie instalacji we wspólnej drodze. Czemu? A bo to ktoś wie, co ktoś inny ma pod kopułką? Nie jest to tylko nasz problem i w tej chwili kilku innych sąsiadów zmaga się z materią, przez co sprawa trafiła do sądu. Jednak my budujemy teraz i teraz potrzebujemy jakichś logicznych rozwiązań problemu.
Dlaczego nie ekogroszek lub inny piec na paliwo stałe? Ze względu na to, że nie przewidujemy zajmować się obsługą pieca, jego sprzątaniem, dokładaniem, zakupem i noszeniem paliwa. Czyli z jednej strony jesteśmy wygodniccy, z drugiej, ze względu na życie w ciągłym pędzie, trudno nam to sobie wyobrazić. Piec taki wymaga regularnych zabiegów, nawet, jeśli robi się to raz w tygodniu. Dodatkowo, jak wszędzie trąbią, paliwa stałe rozmijają się energooszczędnością. Są pewnie tacy, co by polemizowali z tym, czy wytworzenie np. prądu w elektrowni i jego transport z dużej odległości jest bardziej ekologiczne niż mała kotłownia. Nie bez znaczenia było też, że nie chcieliśmy robić sobie tutaj drugiego Krakowa*. Miejscowe plany zagospodarowania tuż obok wykluczają kotłownie na paliwo stałe. Nasz mpz nie reguluje tej kwestii, ale jeśli chcemy mieć czystą wieś, to sami też powinniśmy się postarać coś zrobić ku temu.
Prąd rozważaliśmy. Sąsiedzi obok (nie mogąc skorzystać z pieca gazowego z tego samego powodu co my) zamontowali ogrzewanie katodowe. Malutki element praktycznie nie zajmuje miejsca. I git. Nie wiem jak koszty, podobno też nie są jakieś ogromne, ale...
Inżynier Łu wziął się do liczenia i porównań poszczególnych sposobów ogrzewania. Ponieważ zrobił to na etapie stanu zero wyszło mu, że podliczając koszty rezygnacji z komina, budowy instalacji gazowej, pieca i przyłączenia, są one porównywalne z budową instalacji dla powietrznej pompy ciepła. Kwot w tej chwili nie pamiętam. Eksploatacja pompy jest porównywalna z gazem, lub nawet trochę tańsza. A trzeba pamiętać, że w cenie gazu również lwią część zajmują opłaty stałe i przesyłowe, a nie sam gaz. Ponieważ wcześniej już wiedzieliśmy, że nie będziemy gotować na gazie (ze względu na koszmarną smołę lepiącą się do wszystkiego) i byłby on potrzebny tylko do ogrzewania, dlatego tym łatwiej było nam zdecydować się na jakąś alternatywę.
Dlaczego nie pompa wodna? Koszt pompy i instalacji podobny, z jednym wyjątkiem - wykonanie odwiertów to mniej więcej drugie tyle.
Pompa ciepła, to nie tylko zalety ekologiczne, które wszędzie są podkreślane, ale również problemy wynikające np. z małej znajomości tego typu ogrzewania. My, po namowach instalatorów, zdecydowaliśmy się na ogrzewanie wyłącznie podłogowe. Zyskaliśmy dzięki temu prostszą instalację (nie trzeba łączyć podłogówki z kaloryferami), w żadnym pomieszczeniu (z wyjątkiem łazienek) nie będzie kaloryferów, ale... bezwładność takiej instalacji jest znaczna. Co to będzie oznaczało dla komfortu? Zobaczymy. Nigdzie nie mieliśmy okazji zobaczyć na żywo takiego rozwiązania, więc robimy eksperyment sami na sobie. Źeby nie było, to nie jest to taki hurraoptymizm. Poczytaliśmy trochę na temat domów pasywnych (a nasz będzie zbliżony) i czas wychłodzenia takiego domku w zimie, to np. ok. 3 st.C po tygodniu stania domu bez ogrzewania. Więc ta duża bezwładność może całkiem dobrze sobie radzić. Tym bardziej, że domek jest pomyślany na pozyskiwanie i akumulowanie energii np. słonecznej. Dodatkowo wyposażony będzie w niewielki piec akumulacyjny, który, jak myślę, bez problemu pokryje lub uzupełni straty ciepła. Kształt domu i jego otwarty środek będzie wpływał na szybkie rozprowadzenie ciepła po każdym kącie. W sumie to nie zdziwiłabym się, gdyby jedna farelka była w stanie ogrzać całość. Tak mniej więcej wynika z wyliczeń, ale bez sprawdzenia w praktyce trudno to sobie wyobrazić.
Nie mówię, że pompa to najlepsze rozwiązanie, bo 'parametrów', które są do rozważenia jest dużo i dla każdego inaczej ułożą się priorytety. Myślę jednak, że Łu jest świetnie przygotowany do tematu. A jak Łu jest przygotowany, to - nie ma bata - jest dobrze. :)
*Dla niezorientowanych, to smog w Krakowie, ze względu na grzanie piecami, jest ogromnym problemem tego miasta.
sobota, 29 marca 2014
Inspiracje...
A tak dla pamięci zamieszczę sobie zdjęcie z nowego domu jednej celebrytki:
Na zdjęciu podoba mi się ognisko w glinianej donicy. Może to jakiś pomysł na nasze miejsce ogniskowe. Zobaczy się. ;)
Na zdjęciu podoba mi się ognisko w glinianej donicy. Może to jakiś pomysł na nasze miejsce ogniskowe. Zobaczy się. ;)
piątek, 28 marca 2014
"Tyle słońca..."
"...w całym mieście". No, na wsi też. A my mamy okna na całą południową ścianę, która w zimie ma dawać dużo ciepła i światła. Oczywiście w lecie też. I co z tym zrobić?
W zasadzie temat mamy przemyślany. Nie chcieliśmy rolet, nie tylko ze względu na mostek, który się robi przy roletach zabudowanych. Ździorbne takie są. Po prostu. Mnie się nie podobają. Są inne sposoby na osłonę i ochronę.
Wzdłuż południowej i wschodniej ściany będzie taras. Duży. Nad tarasem planujemy pergolę, podobną do tej:
Pergolę chcielibyśmy zachwaścić szybko rosnącymi rdestem d'auberta i wisterią, a z czasem wyciąć rdest na rzecz winogron. W lecie taras i okna byłyby przesłonięte, w zimie liście by spadły i sporą część roślin można by prześwietlać. Problem będzie przez pierwszych parę lat, zanim rośliny wybujają. Drugi poważny problem, to kiedy postawimy pergolę. Zobaczymy. ;)
W zasadzie temat mamy przemyślany. Nie chcieliśmy rolet, nie tylko ze względu na mostek, który się robi przy roletach zabudowanych. Ździorbne takie są. Po prostu. Mnie się nie podobają. Są inne sposoby na osłonę i ochronę.
Wzdłuż południowej i wschodniej ściany będzie taras. Duży. Nad tarasem planujemy pergolę, podobną do tej:
Pergolę chcielibyśmy zachwaścić szybko rosnącymi rdestem d'auberta i wisterią, a z czasem wyciąć rdest na rzecz winogron. W lecie taras i okna byłyby przesłonięte, w zimie liście by spadły i sporą część roślin można by prześwietlać. Problem będzie przez pierwszych parę lat, zanim rośliny wybujają. Drugi poważny problem, to kiedy postawimy pergolę. Zobaczymy. ;)
czwartek, 27 marca 2014
Jak patrzeć...
...żeby widzieć. Post z serii filozofowania.
Mam urlop. Całe trzy dni. Wszystkie już zaplanowane: wczoraj zawiozłam matulę do szpitala na trzytygodniową rehabilitację, dzisiaj miał być dzień wiosennych porządków w mieszkaniu, jutro podobnie, ale u babci Łu. Porządki zaczęłam. Choć nie wiedziałam w co ręce włożyć. Już wczoraj starałam się ogarnąć 'po wierzchu', żeby dzisiaj móc 'szerokim frontem' z miskami i ścierkami wejść do akcji. Efektów wczorajszych starań dzisiaj oczywiście nie było widać i z wielkim dylematem od czego zacząć obleciałam wszystko, postawiłam dwa prania, zmywarkę, namoczyłam koc i poduszki na krzesła i wzięłam się za pokój dzieci. I poległam. Dwie godziny trwało przekładanie rzeczy 'z prawa na lewo i z lewa na prawo'. Dzielenie klocków i wrzucanie do pudełek, wygarnianie papierków po gumach, puszek po sprite (ukrytych przed wzrokiem mamy i taty), pistoletów, rysunków, czołgów, kart wszelakich, gier, kredek, doświadczeń (woda w szalce Petriego z 'hodowlą' bakterii; kubeczki z roztworem jakiejś soli i kamyczkiem - hodowla kryształów), wywleczonych ze świnki monet, fragmentów składanek dinozaurów, całych dinozaurów, elementów puzzli (szukanie gdzie który powinien być) i samotnych pionków do gier, i tak dalej, i tak dalej. Dwie godziny jak w pysk a ja nawet miski z wodą nie zdążyłam naszykować. A chciałam nie tylko poukładać co się da, ale i pomyć okna, podłogi, poprać pościele, pochować zimowe rzeczy. Usapałam się trochę, wyniosłam pierwszą partię rzeczy do śmietnika i siadłam nad kawą. I tu dopadł mnie luksus na jaki rzadko mnie stać. Siąść i popatrzeć na swoje mieszkanie. Na mieszkanie w którym jestem codziennie, w którym codziennie coś robię, przestawiam, znam każdą rzecz. Na mieszkanie, którego ciągle nie widzę! Patrzę, ale nie widzę. W natłoku codziennych spraw, gdy ciągle, bez ustanku coś się robi i ciągle myślami jest się 'gdzieś z przodu', między tym co się powinno zrobić, co trzeba zrobić, brakuje miejsca na takie bycie TU. Bycie tu i teraz. Gdy się jest TU i TERAZ, to widać nie to, że 'ojej, kwiaty nie są podlane od dwóch tygodni, trzeba to zrobić', tylko 'o, na kwiatku są nowe listki'.
Nie wiem, czy to tylko mój problem, żeby widzieć. Że tak rzadko mam czas usiąść na kanapie i z otwartą głową ogarnąć te cztery kąty (lub coś innego). Przeraża mnie jednak trochę taka myśl: kupujemy przedmioty do chałupy, żeby było wygodnie i ładnie. I potem stajemy się niewolnikami tych rzeczy, bo na okrągło trzeba je wycierać, sprzątać, układać, przekładać, prać, odkurzać. Na tyle skupiamy się na obsłudze tych rzeczy, że w głowie powstaje jeden wielki szum. I czy po przeprowadzeniu się z mieszkania do chałupy nie będzie tylko gorzej? Więcej miejsca na stawianie kolejnych zniewalających przedmiotów; więcej podłóg do zawalenia zabawkami, do mycia, sprzątania, odkurzania. Czy człowiek sam siebie przez to nie gubi?
A na marginesie: do posta skłonił mnie śliniak, którego przed chwilą ZOBACZYŁAM. Śliniak wisi nieużywany od paru miesięcy przy zlewie. Jak widać nie przeszkadzał, ale nie był też potrzebny i wisieć nie musiał. Stał się jednak tłem, po którym pewnie kilkadziesiąt razy dziennie przejeżdżałam wzrokiem. Ile takich niepotrzebnych rzeczy jest w koło. A ile prawie niepotrzebnych, takich 'przydasiów'. Jak to ogarnąć?
Mam urlop. Całe trzy dni. Wszystkie już zaplanowane: wczoraj zawiozłam matulę do szpitala na trzytygodniową rehabilitację, dzisiaj miał być dzień wiosennych porządków w mieszkaniu, jutro podobnie, ale u babci Łu. Porządki zaczęłam. Choć nie wiedziałam w co ręce włożyć. Już wczoraj starałam się ogarnąć 'po wierzchu', żeby dzisiaj móc 'szerokim frontem' z miskami i ścierkami wejść do akcji. Efektów wczorajszych starań dzisiaj oczywiście nie było widać i z wielkim dylematem od czego zacząć obleciałam wszystko, postawiłam dwa prania, zmywarkę, namoczyłam koc i poduszki na krzesła i wzięłam się za pokój dzieci. I poległam. Dwie godziny trwało przekładanie rzeczy 'z prawa na lewo i z lewa na prawo'. Dzielenie klocków i wrzucanie do pudełek, wygarnianie papierków po gumach, puszek po sprite (ukrytych przed wzrokiem mamy i taty), pistoletów, rysunków, czołgów, kart wszelakich, gier, kredek, doświadczeń (woda w szalce Petriego z 'hodowlą' bakterii; kubeczki z roztworem jakiejś soli i kamyczkiem - hodowla kryształów), wywleczonych ze świnki monet, fragmentów składanek dinozaurów, całych dinozaurów, elementów puzzli (szukanie gdzie który powinien być) i samotnych pionków do gier, i tak dalej, i tak dalej. Dwie godziny jak w pysk a ja nawet miski z wodą nie zdążyłam naszykować. A chciałam nie tylko poukładać co się da, ale i pomyć okna, podłogi, poprać pościele, pochować zimowe rzeczy. Usapałam się trochę, wyniosłam pierwszą partię rzeczy do śmietnika i siadłam nad kawą. I tu dopadł mnie luksus na jaki rzadko mnie stać. Siąść i popatrzeć na swoje mieszkanie. Na mieszkanie w którym jestem codziennie, w którym codziennie coś robię, przestawiam, znam każdą rzecz. Na mieszkanie, którego ciągle nie widzę! Patrzę, ale nie widzę. W natłoku codziennych spraw, gdy ciągle, bez ustanku coś się robi i ciągle myślami jest się 'gdzieś z przodu', między tym co się powinno zrobić, co trzeba zrobić, brakuje miejsca na takie bycie TU. Bycie tu i teraz. Gdy się jest TU i TERAZ, to widać nie to, że 'ojej, kwiaty nie są podlane od dwóch tygodni, trzeba to zrobić', tylko 'o, na kwiatku są nowe listki'.
Nie wiem, czy to tylko mój problem, żeby widzieć. Że tak rzadko mam czas usiąść na kanapie i z otwartą głową ogarnąć te cztery kąty (lub coś innego). Przeraża mnie jednak trochę taka myśl: kupujemy przedmioty do chałupy, żeby było wygodnie i ładnie. I potem stajemy się niewolnikami tych rzeczy, bo na okrągło trzeba je wycierać, sprzątać, układać, przekładać, prać, odkurzać. Na tyle skupiamy się na obsłudze tych rzeczy, że w głowie powstaje jeden wielki szum. I czy po przeprowadzeniu się z mieszkania do chałupy nie będzie tylko gorzej? Więcej miejsca na stawianie kolejnych zniewalających przedmiotów; więcej podłóg do zawalenia zabawkami, do mycia, sprzątania, odkurzania. Czy człowiek sam siebie przez to nie gubi?
A na marginesie: do posta skłonił mnie śliniak, którego przed chwilą ZOBACZYŁAM. Śliniak wisi nieużywany od paru miesięcy przy zlewie. Jak widać nie przeszkadzał, ale nie był też potrzebny i wisieć nie musiał. Stał się jednak tłem, po którym pewnie kilkadziesiąt razy dziennie przejeżdżałam wzrokiem. Ile takich niepotrzebnych rzeczy jest w koło. A ile prawie niepotrzebnych, takich 'przydasiów'. Jak to ogarnąć?
Przejścia z budowlańcami
...bezsennie nie jest (to w nawiązaniu do wcześniejszych postów), przynajmniej ja śpię jak zabita. Niemniej z wykonawcą mamy przepały. Ma duży problem z wykończeniem 'drobiazgów', a my go ciśniemy. Dach miał być skończony w styczniu. Mamy końcówkę marca. Wczoraj był kierbud i odbierał dach. Zgłosił ileś uwag. Na moje pytanie, czy mam uznać dach za odebrany powiedział, że dopiero po poprawkach i w przyszłym tygodniu przyjdzie zobaczyć. Sama też byłam na budowie. W głównym budynku nie miałam czego szukać (robota przy tynkach wre), więc wlazłam sobie na stryszek w garażu. Popatrzyłam przez okno, rozejrzałam się po dachu i...
- folia pod oknem dachowym wyglądała nieźle, ale coś mnie zaniepokoiło - górna była włożona pod dolną. Ruszyłam, rozlazło się i w ogóle okazało się, że jest niewykończone. Babol, znaczy się.
- później zainteresowało mnie, w jaki sposób skręcili ostatnie krokwie, takie przylegające do ściany budynku. No po prostu z jednej strony krokwi jest ściana, z góry krokiew leży przy dachu; a widzę, że śruba sterczy, więc jak włożyli podkładkę i nakrętkę z drugiej strony? Od zewnątrz budynku też nie było szans!
- popatrzyłam na inne śruby i skręcenia krokwi. I co? I część krokwi ma śruby i nakrętki, a część ma tylko włożone śruby. Bez nakrętek. Czyli wcale nie jest skręcona.
Ciekawa jestem, czy kierbud to widział.
Z kolei Łu gdy wrócił do domu i usłyszał, to aż go trafiło (i być może nie mógł spać), bo wykonawca stwierdził, że kierbud odebrał dach i że może by mu coś skapnęło. Ja rozumiem, że za coś trzeba żyć, ale wg umowy to za dach miało być płacone PO robocie. A tu dach właściwie zapłacony (co parę dni wyciągane po kilka stówek) a nieskończony.
W ramach wcześniejszych 'przepałów', w piątek, zapowiedziałam już wykonawcy, że nie dostanie ani grosza do skończenia dachu. I na tym się to skończy. Howgh!
Żeby nie było, to niejedyny numer. Wcześniej już tak sobie pograli z tynkami, że gdy w poniedziałek wpadłam, okazało się, że stan jest inny niż ten, o którym Łu mówił rano. Poprosiłam więc pana na boczek, powiedziałam, że po robocie oczekujemy go u siebie:
- Ale on nie może, bo brata musi odwieźć.
- No to kiedy może?
- Jutro.
- Dobrze, to proszę być jurto.
- To on będzie.
'Jutro' nawet nie zaglądnęłam na budowę - nie mogąc na nich patrzeć. ;) Za to Łu podjechał i się dowiedział, że budowlaniec też nie może, bo... brata musi odwieźć. Będzie w czwartek. Gdy się o tym dowiedziałam, zadzwoniłam do wykonawcy, że w czwartek to już nie będziemy mieć o czym gadać i że czekamy na niego teraz, dzisiaj. Przyjechał wieczorem. Ustaliliśmy część szczegółów dalszej współpracy (zakres, terminy), co do szczegółów płatności, to miał określić sposób mierzenia powierzchni, spisać na kartce i przedstawić nam. Nie zrobił tego. Coś czuję, że dzisiaj zostanie poinformowany, że w takim razie powierzchnia będzie liczona 'po naszemu'. Howgh.
Podsumowując: na moje oko to takie stare metody wyciągania pieniędzy. Po troszeczkę, ile się da. Dopóki inwestor się nie zorientuje i nie powie 'stop', to pieniążki wypływają. Jak inwestor zapomni o jakichś 'drobnych' wypłaconych, to nawet jeśli prowadzi buchalterię, to może zapłaci więcej. Do końca nie będzie ustalony sposób zapłaty, bo cena niby jest, to potem się powie 'jeszcze za to i jeszcze za tamto'. I tak po grosiku. A ty, niezorientowany inwestorze, dajesz się skubać po piórku. No i tak dajemy się skubać. Wrrr...
- folia pod oknem dachowym wyglądała nieźle, ale coś mnie zaniepokoiło - górna była włożona pod dolną. Ruszyłam, rozlazło się i w ogóle okazało się, że jest niewykończone. Babol, znaczy się.
- później zainteresowało mnie, w jaki sposób skręcili ostatnie krokwie, takie przylegające do ściany budynku. No po prostu z jednej strony krokwi jest ściana, z góry krokiew leży przy dachu; a widzę, że śruba sterczy, więc jak włożyli podkładkę i nakrętkę z drugiej strony? Od zewnątrz budynku też nie było szans!
- popatrzyłam na inne śruby i skręcenia krokwi. I co? I część krokwi ma śruby i nakrętki, a część ma tylko włożone śruby. Bez nakrętek. Czyli wcale nie jest skręcona.
Ciekawa jestem, czy kierbud to widział.
Z kolei Łu gdy wrócił do domu i usłyszał, to aż go trafiło (i być może nie mógł spać), bo wykonawca stwierdził, że kierbud odebrał dach i że może by mu coś skapnęło. Ja rozumiem, że za coś trzeba żyć, ale wg umowy to za dach miało być płacone PO robocie. A tu dach właściwie zapłacony (co parę dni wyciągane po kilka stówek) a nieskończony.
W ramach wcześniejszych 'przepałów', w piątek, zapowiedziałam już wykonawcy, że nie dostanie ani grosza do skończenia dachu. I na tym się to skończy. Howgh!
Żeby nie było, to niejedyny numer. Wcześniej już tak sobie pograli z tynkami, że gdy w poniedziałek wpadłam, okazało się, że stan jest inny niż ten, o którym Łu mówił rano. Poprosiłam więc pana na boczek, powiedziałam, że po robocie oczekujemy go u siebie:
- Ale on nie może, bo brata musi odwieźć.
- No to kiedy może?
- Jutro.
- Dobrze, to proszę być jurto.
- To on będzie.
'Jutro' nawet nie zaglądnęłam na budowę - nie mogąc na nich patrzeć. ;) Za to Łu podjechał i się dowiedział, że budowlaniec też nie może, bo... brata musi odwieźć. Będzie w czwartek. Gdy się o tym dowiedziałam, zadzwoniłam do wykonawcy, że w czwartek to już nie będziemy mieć o czym gadać i że czekamy na niego teraz, dzisiaj. Przyjechał wieczorem. Ustaliliśmy część szczegółów dalszej współpracy (zakres, terminy), co do szczegółów płatności, to miał określić sposób mierzenia powierzchni, spisać na kartce i przedstawić nam. Nie zrobił tego. Coś czuję, że dzisiaj zostanie poinformowany, że w takim razie powierzchnia będzie liczona 'po naszemu'. Howgh.
Podsumowując: na moje oko to takie stare metody wyciągania pieniędzy. Po troszeczkę, ile się da. Dopóki inwestor się nie zorientuje i nie powie 'stop', to pieniążki wypływają. Jak inwestor zapomni o jakichś 'drobnych' wypłaconych, to nawet jeśli prowadzi buchalterię, to może zapłaci więcej. Do końca nie będzie ustalony sposób zapłaty, bo cena niby jest, to potem się powie 'jeszcze za to i jeszcze za tamto'. I tak po grosiku. A ty, niezorientowany inwestorze, dajesz się skubać po piórku. No i tak dajemy się skubać. Wrrr...
poniedziałek, 24 marca 2014
Bezsennie?..
...to się dopiero zobaczy, ale dzisiaj wykonawcy podnieśli nam ciśnienie. Szczegółów nie będę rozpisywać, bo po pierwsze byłoby długo, a po drugie - po co? Myślę, że sprawa mimo wszystko rozwiąże się pozytywnie. Na pewno takie 'spięcia' są mobilizujące. Dla mnie, bo przygotowałam dwie umowy na jutro; dla Łu, bo na oferteo czy innym portalu wystawił zapytania o wykonania różnych rzeczy i odzew był optymistyczny; dla wykonawcy, bo powinien się trochę sprężyć. W każdym razie jutro ciąg dalszy batalii.
Łu zadowolony, bo jemu wypadła rola 'dobrego policjanta', a ja za straszydło musiałam robić. Jak ja nie lubię takich sytuacji. Wrr...
Łu zadowolony, bo jemu wypadła rola 'dobrego policjanta', a ja za straszydło musiałam robić. Jak ja nie lubię takich sytuacji. Wrr...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Etykiety
życie rodzinne
(124)
ogród
(121)
budowa
(102)
przetwory
(31)
marudzenie
(28)
plany
(28)
jojczenie
(27)
dywagacje
(21)
sso
(20)
filozofowanie
(17)
rośliny
(17)
dach
(16)
obserwacje
(15)
przyroda
(15)
zwierzęta
(15)
działka
(14)
mieszkanie
(14)
przyłącza
(14)
wnętrza
(14)
aranżacje
(13)
finanse
(13)
ogólne
(13)
życie na wsi
(13)
problemy
(11)
stan 0
(11)
woda
(11)
covid19
(10)
droga
(10)
nalewki
(10)
przepisy
(9)
sąsiedzi
(9)
kalkulacje
(8)
marzenia
(8)
okna
(8)
ptaki
(8)
wspomnienia
(8)
z netu
(8)
święta
(8)
ciocia dobra rada
(7)
prąd
(7)
bździuny
(6)
ogrzewanie
(6)
sądziad
(6)
absurdy
(5)
instalacje
(5)
kot
(5)
książki
(5)
radości
(5)
wiosna
(5)
zasłony
(5)
zdjęcia
(5)
zima
(5)
co ja robię tu?
(4)
elewacja
(4)
historycznie
(4)
kanalizacja
(4)
nie wiem co powiedzieć
(4)
politycznie tfu
(4)
sprawy wsi
(4)
wygrzebane z lamusa
(4)
łazienki
(4)
drzwi
(3)
fontanna
(3)
gaz
(3)
genealogia
(3)
inspiracje
(3)
kuchnia
(3)
odkrycia
(3)
pory roku
(3)
schody
(3)
wino
(3)
wyczytane
(3)
cuda natury
(2)
dokumenty
(2)
dom
(2)
energooszczędność
(2)
kompost
(2)
ku pamięci
(2)
ogrodzenie
(2)
pet challenge
(2)
piękne słowa
(2)
podłoga
(2)
przeprowadzka
(2)
ssz
(2)
wymiękam
(2)
zioła
(2)
a
(1)
bruki
(1)
dialogi
(1)
domek na drzewie
(1)
działania
(1)
kosopleciny
(1)
krupnik
(1)
muzyka
(1)
okolica
(1)
pogoda
(1)
poidełko
(1)
pytania bez odpowiedzi
(1)
reklama
(1)
strachy na lachy
(1)
szkoła
(1)
słowiańszczyzna
(1)
taras
(1)
tydzień Ziemi
(1)
wynajem
(1)
wypieki
(1)
z dialogów
(1)
zbiory
(1)
śmieci
(1)
