czwartek, 27 marca 2014

Jak patrzeć...

...żeby widzieć. Post z serii filozofowania.
Mam urlop. Całe trzy dni. Wszystkie już zaplanowane: wczoraj zawiozłam matulę do szpitala na trzytygodniową rehabilitację, dzisiaj miał być dzień wiosennych porządków w mieszkaniu, jutro podobnie, ale u babci Łu. Porządki zaczęłam. Choć nie wiedziałam w co ręce włożyć. Już wczoraj starałam się ogarnąć 'po wierzchu', żeby dzisiaj móc 'szerokim frontem' z miskami i ścierkami wejść do akcji. Efektów wczorajszych starań dzisiaj oczywiście nie było widać i z wielkim dylematem od czego zacząć obleciałam wszystko, postawiłam dwa prania, zmywarkę, namoczyłam koc i poduszki na krzesła i wzięłam się za pokój dzieci. I poległam. Dwie godziny trwało przekładanie rzeczy 'z prawa na lewo i z lewa na prawo'. Dzielenie klocków i wrzucanie do pudełek, wygarnianie papierków po gumach, puszek po sprite (ukrytych przed wzrokiem mamy i taty), pistoletów, rysunków, czołgów, kart wszelakich, gier, kredek, doświadczeń (woda w szalce Petriego z 'hodowlą' bakterii; kubeczki z roztworem jakiejś soli i kamyczkiem - hodowla kryształów), wywleczonych ze świnki monet, fragmentów składanek dinozaurów, całych dinozaurów, elementów puzzli (szukanie gdzie który powinien być) i samotnych pionków do gier, i tak dalej, i tak dalej. Dwie godziny jak w pysk a ja nawet miski z wodą nie zdążyłam naszykować. A chciałam nie tylko poukładać co się da, ale i pomyć okna, podłogi, poprać pościele, pochować zimowe rzeczy. Usapałam się trochę, wyniosłam pierwszą partię rzeczy do śmietnika i siadłam nad kawą. I tu dopadł mnie luksus na jaki rzadko mnie stać. Siąść i popatrzeć na swoje mieszkanie. Na mieszkanie w którym jestem codziennie, w którym codziennie coś robię, przestawiam, znam każdą rzecz. Na mieszkanie, którego ciągle nie widzę! Patrzę, ale nie widzę. W natłoku codziennych spraw, gdy ciągle, bez ustanku coś się robi i ciągle myślami jest się 'gdzieś z przodu', między tym co się powinno zrobić, co trzeba zrobić, brakuje miejsca na takie bycie TU. Bycie tu i teraz. Gdy się jest TU i TERAZ, to widać nie to, że 'ojej, kwiaty nie są podlane od dwóch tygodni, trzeba to zrobić', tylko 'o, na kwiatku są nowe listki'.

Nie wiem, czy to tylko mój problem, żeby widzieć. Że tak rzadko mam czas usiąść na kanapie i z otwartą głową ogarnąć te cztery kąty (lub coś innego). Przeraża mnie jednak trochę taka myśl: kupujemy przedmioty do chałupy, żeby było wygodnie i ładnie. I potem stajemy się niewolnikami tych rzeczy, bo na okrągło trzeba je wycierać, sprzątać, układać, przekładać, prać, odkurzać. Na tyle skupiamy się na obsłudze tych rzeczy, że w głowie powstaje jeden wielki szum. I czy po przeprowadzeniu się z mieszkania do chałupy nie będzie tylko gorzej? Więcej miejsca na stawianie kolejnych zniewalających przedmiotów; więcej podłóg do zawalenia zabawkami, do mycia, sprzątania, odkurzania. Czy człowiek sam siebie przez to nie gubi?

A na marginesie: do posta skłonił mnie śliniak, którego przed chwilą ZOBACZYŁAM. Śliniak wisi nieużywany od paru miesięcy przy zlewie. Jak widać nie przeszkadzał, ale nie był też potrzebny i wisieć nie musiał. Stał się jednak tłem, po którym pewnie kilkadziesiąt razy dziennie przejeżdżałam wzrokiem. Ile takich niepotrzebnych rzeczy jest w koło. A ile prawie niepotrzebnych, takich 'przydasiów'. Jak to ogarnąć?

4 komentarze:

  1. Też się czasem zastanawiam, po co mi tyle gratów. Dzisiaj również wzięłam się za sprzątanie (o rany, drugi raz w tym miesiącu!) i jadąc ścierką po powierzchniach płaskich i stojących na nich powierzchniach urozmaiconych myślałam o bezsensie takiego zajęcia. Dżizasss... Naprawdę wolę trzy razy dziennie umyć naczynia za pomocą własnych łap, niż raz w miesiącu zetrzeć syf z półek i wywlec z pudła odkurzacz. No, a Ty masz to bardziej urozmaicone, bo my, we dwoje, nie generujemy wielkiego bałaganu i łatwo to ogarnąć.

    Na mnożenie się gratów nie mam przepisu. Raz na jakiś czas robię akcję typu 'wywalam to, czego nie używałam od dwóch lat' (wyłączam z tego książki czy pamiątki) i niekiedy nawet widać różnicę. Na przykład w szafie robi się nieco luźniej.

    A w domu Ci się to rozbiegnie po kątach i nie będzie gorzej, wręcz przeciwnie. Będzie więcej miejsca na to, żeby móc utrzymać porządek, nie zagracając minimalnej dostępnej przestrzeni, którą masz w mieszkaniu. I dzieci dorosną i (teoretycznie) zaczną być samoobsługowe. Ale fajnie, prawda? ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. No nie wiem czy w domu lepiej bo dochodzą dodatkowe graty :) Za 7 miesięcy czeka mnie przeprowadzka z jednego domu do nowego, zajrzałam na strych i ... zamknęłam właz. zajrzałam do garażu i przeszła mi ochota na segregowanie. Pomyślę o tym później :)
    Przeprowadzka z mieszkania do domu zajęła nam dwa dni, ale wtedy mieliśmy tylko siebie i koty. Teraz mamy dzieci, psa, kota i kupę gratów. A segregacja przyprawia o ból głowy. Bo na przykład odwijałam przykryte na zimę rośliny i jak co roku ułożyłam materiał w kosteczkę, wcisnęłam w kącik w garażu a potem pomyślała, że za rok to mi się nie przyda bo ogrodu nie będzie. Nie wiem nawet czy przyda się za dwa lata, bo mam dość okrywania na zimę i w nowym ogrodzie nic takiego nie posadzę. No ale przecież nie wyrzucę dobrego materiału, co z moimi zasadami i recyklingiem, nie można marnować tego co jest dobre. No i nie wiem, przecież nie oddam tego komuś a sama będę się z tym bujać dwa lata. No i temu podobne dylematy.
    Milena

    OdpowiedzUsuń
  3. Heh, my z mieszkania do mieszkania (Mimon miał już 4 lata) przeprowadziliśmy się dwoma kursami naszego rumaka. Fakt, że to duży rumak, ale w tych dwóch kursach zmieściło się wszystko, łącznie z szafkami kuchennymi. Po ułożeniu wszystkiego w obecnym mieszkaniu echo się roznosiło. Za parę miesięcy pewnie będziemy mieć podobne odczucia.

    OdpowiedzUsuń
  4. To my mamy więcej gratów. w domu szybko się zbiera. Dochodzą rzeczy do ogrodu: kosiarka, narzędzia. Dobrze, że macie duże pomieszczenie gospodarcze nad garażem.
    Z powodu ilości rzeczy tak szybko budujemy. Stary dom opuszczamy do końca października i zależy mi na przeprowadzce z domu do domu.
    Początki w nowym domu były dziwne, wszędzie echo, mało mebli. Nawet koty chodziły przyczajone pod ścianą, przestrzeń je trochę przerażała. Ale po kilku miesiącach, jak dojechały wszystkie zamówione meble to zrobiło się po domowemu.

    OdpowiedzUsuń