sobota, 24 stycznia 2015

Opowieści spod karmnika - Nieudany atak

Tekst napisany w okolicach świąt, ale wtedy nie miałam dostępu do netu, więc zakonserwowałam na później.

Bycie 'przy ziemi' (w przeciwieństwie do mieszkania na drugim piętrze), oraz okna otwierające perspektywy w każdą stronę (w tym odsłonięta praktycznie cała jedna ściana) powodują, że wzrok nie zatrzymuje się po kilku metrach, ale swobodnie wędruje aż po horyzont. Co prawda nie wszędzie ten horyzont widać, bo jednak otacza nas sporo domów, ale widoki otwartej przestrzeni ciągle jeszcze powodują u mnie poczucie takiego wewnętrznego 'wow!'. Tym bardziej, że na dworze ciągle coś się dzieje: kołyszą się trawy, przesuwają chmury, zmienia się światło i kolory. Nie brakuje też ptaków. Innych zwierząt w zasadzie też – w końcu to wieś, a właściwie ciągle zabudowywane pole – ale nie widać ich tak intensywnie, choć się zdarza.
W ogródku zawiesiliśmy karmnik dla ptaków. Nic wielkiego: plastikowa butelka ze zbiorniczkiem, do którego wysypuje się zawartość. Wystarczy jednak, żeby zainteresowały się okoliczne stada wróbli, mazurków, sikorek, czyżyków. Sporadycznie pokazuje się też rudzik. Z daleka widać też sporo innych 'zimowych' gatunków, ale one nie są zainteresowane naszą skromną stołówką.
Za ptakami ciągną oczywiście ich konsumenci. Głównie odwiedzają nas trzy okoliczne koty. Mam nadzieję jednak, że nasz karmnik nie jest dla nich łatwym miejscem polowania.
Dzisiaj jednak trafił się wyjątkowy gość-bandyta.

Odsłaniałam rano zasłony. Kątem oka zauważyłam przy karmniku nieprzeciętny tłok. 'Fajnie' – pomyślałam – 'siądę sobie z kawką i poobserwuję tałatajstwo'. Nie skończyłam jeszcze odsuwać pierwszej zasłony gdy cała chmara zrobiła frrru. Żal z mojej strony, że widowisko się skończyło, ale nie, jednak coś się dzieje bo w krzew wpadło coś większego. Krogulec!

Krogulec jest chyba najmniejszym, obok pustułki, naszym drapieżnym ptakiem. Pustułki wolą jednak wysokości: widywałam je na kamieniołomach w Strzelinie i w pobliżu wież wrocławskich kościołów. Krogulec jest chyba bardziej pospolity na wsi, gdzie – jak widać – poluje na małe ptaki.

[zdjęcie za wikipedią]

Wpadł i siedzi. I nic. Praktycznie go nie widać na tle błyszczących lekko gałązek mirabelki. Siedzi i siedzi i nie chce lecieć. 'Zaplątał się?' - pomyślałam. 'Może tak głęboko wbił się w krzew, że teraz nie ma jak rozwinąć skrzydeł, żeby odlecieć?' Siedział tak dłuższą chwilę kręcąc głową w prawo i lewo po czym zaczął po gałązkach zeskakiwać. I wtedy dopiero zobaczyłam powód dłuższego zastanawiania się: spod drzewka zaczęły po kilka wyfruwać wróbelki: gdy większość stada odleciała część schroniła się w trawie.
Krogulcowi nie było za wygodnie przedzierać się przez gęste gałęzie. Zeskoczył do podnóża, furgnął i usiadł na jakiejś wygodniejszej gałęzi, jednak wszystkie ptaszki w tym czasie albo odleciały, albo schowały się jeszcze głębiej. Zanim drapieżnik ruszył dalej mogłam jeszcze poobserwować jego grafitowoszare upierzenie i piękny wzór z piórek na brzuchu. Odleciał po chwili walcząc z silnym wiatrem.
A tałatajstwo? Nie minęły trzy minuty, a karmnik przyciągnął kolejnych amatorów ziaren. Nie minęło kolejnych pięć, a na pobliskim dachu usiadła sroka – znowu powodując nerwowe napięcie przy karmniku. Ile niebezpieczeństw czeka w każdej chwili na ten drobiazg?
I na koniec pojawił się samotny rudzik.
[zdjęcie również za wikipedią]
W przeciwieństwie do wróbli, które wolą obserwować okolicę z górnych partii mirabelki a sfrunięcie do karmnika często przerywają długimi obserwacjami i powrotami w bezpieczny krzak, to rudzik trzyma się nisko przy ziemi. Siada na kupie desek, zastyga stając się niewidocznym, przeskakuje kawałek dalej. Ziarna zbiera z ziemi – nigdy nie widziałam go na karmniku. No i w przeciwieństwie do sikor czy wróbli jest chyba samotny jak palec, bo widuję go rzadko i zawsze jednego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz