piątek, 17 lutego 2017

Ile mamy kotów?

No ile?
Ja powiedziałabym, że żadnego. Przychodzi jeden rezydent, czyli Fifi, która już dorobiła się swoich mich, sypia u Poli w łóżku i dzisiaj udało się jej przespać do rana i nie musiałam się w nocy zrywać. Fifi jednak jest sąsiadów. Co bardzo mi odpowiada.
Wczoraj jednak Kota przyszła, najadła się, a tu nagle za oknem zaroiło się od jej kopii. 'Pukało w szybkę' jej dwóch wnuków i ich ciotka, czyli córka Fifi czyli Stella. Wszystkie bure. Stella jest cała mamusia, tylko ma oczy nie zielone a miodowe. Wnuki o nieznanych mi imionach są nieco (jeszcze) mniejsze i jaśniejsze.
W każdym razie koty przyszły, siadły na parapetach i tarasie i patrzyły się na nas takim wzrokiem, że... Otworzyłam okno tarasowe i z wielkim zdziwieniem obserwowałam jak koty - jakby nie było obce - pakują mi się do chałupy. Wlazły wszystkie. Do miski się nie dobrały, bo Fifi zaraz czuła się w potrzebie pokazania, czyje to. Wygoniłam tałatajstwo na dwór, wystawiłam im michę.
I co to teraz będzie? Nalot burasów? Jest jeszcze jeden buras - tatuś - i ostatnio pojawił się jeden czarnuch i drugi biało-czarny.
Jednego tylko nie wiem, co Fifi im wszystkim nawygadywała, że wszystkie pakują się nam do ogródka, a i - jak widać - do chałupy bez problemu.
Ratunku!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz