niedziela, 14 grudnia 2014

Trzy wieczory...

...z maszyną do szycia przede mną. Maszyna ma takie ciepłe światełko, to przyjemnie się przy niej siedzi. Trochę tylko plecy bolą. ;)
Jak pisałam: wczoraj pojechaliśmy do hurtowni tkanin. Dużo różnych było, ale w zieleniach i w czerwieniach nie. W każdym razie nie takich, jak chcieliśmy. Znaleźliśmy jeden szary (taki w tonacji płytek podłogowych, tylko jaśniejszy) materiał z grubym splotem, bodajże lniano-bawełniano-poliestrowy. Cena materiału i dodatków to 450 zł. Dzisiaj dotarła do mnie maszyna pożyczona od rodziców i cały wieczór obszywałam i zszywałam bryty. Pierwszy poszedł średnio - Łu potem pracowicie rozpruwał łączenie - ale kolejne już lepiej. Największy problem jest z zszyciem dwóch brytów, żeby za bardzo łączenia nie było widać. Grunt to nie naciągać tkaniny - sama ma się układać.
Maszyna szyje całkiem dobrze, nic się nie plącze, nie ściąga. Nici też chyba dobre (jedną całą szpulkę już 'wydziergałam' bez problemów). Zostały mi jeszcze trzy firanki do uszycia i taśmy do wszycia. Potem pranie - żeby się materiał zbiegł - i ostateczne podszycie. Chyba, że macie jakieś inne doświadczenia co do kolejności?
Mileno, jak widać namiaru na szycie zasłon już nie potrzebuję. Ale roletki przydadzą się. Szczególnie godne polecenia. Te, co mamy w mieszkaniu, po kilku latach (7?) rozpadają się. Choć być może, siłą rozpędu, uszyję również rolety rzymskie na okna w kuchni i jadalni.

piątek, 12 grudnia 2014

Znowu w domu...

...a właściwie w mieszkaniu. Tym razem pochorował się trochę Mi. W efekcie mam czas, żeby spędzić go z dzieckiem. Pogadaliśmy na tematy, na które zazwyczaj nie mamy czasu rozmawiać; spakowaliśmy trochę kolejnych rzeczy - dzisiaj Łu będzie woził; zaplanowałam menu na święta; przeglądnęłam przepisy, pomysły na prezenty. Okazja, żeby pobyć trochę w domu (no, w mieszkaniu) nie zdarza się często, więc trzeba ją wykorzystać maksymalnie!
O dziwo uda się dzisiaj załatwić kilka spraw, które nie byłyby załatwione, ale i nie były też zaplanowane. Z samego rana zadzwonił kurier, że czeka pod domem, bo przywiózł stację wentylacyjną. Ponieważ właśnie jechałam zarejestrować Mi do lekarza, to przy okazji wyładowaliśmy sprzęt. Potem przyszedł ktoś z firmy budującej przyłącze dla sąsiada. Zdziwił się, gdy mu powiedziałam, że przecież nie musi załatwiać podpisów wszystkich współwłaścicieli działki drogowej, bo jest to załatwione sądownie. Kolejna sprawa, to zadzwonił do Łu gość od bramy garażowej, okien i drzwi zewnętrznych, że dzisiaj mógłby poregulować i zobaczyć, czemu brama odstaje (Łu zauważył szczelinę). Czyli też dzisiaj uda się to chyba załatwić.

* * *
Dwa dni później:
Bramy nie udało się załatwić, bo gość się więcej nie odezwał. Szkoda trochę.

Na budowę zawieźliśmy już co się dało. Można by tylko zapakować pudła z ubraniami, środki do mycia, artykuły szkolne i pójść nocować tam. Ale... ale nie ma tam zasłon, a my musielibyśmy spać na dole, bo schodów jeszcze nie ma. Ponieważ do świąt już mniej więcej wszytko obmyślone, to te zasłony spędzają mi sen z powiek (i obecny post również powinien mieć tytuł 'bezsenne noce inwestora', bo wstałam przed 5). Jak napisałam krawcowa-firanowa wyceniła mi uszycie zasłon i rolet na 2200 zł. Zaczęłam więc grzebać po necie i netowe ceny były nie tak wiele mniejsze, to stwierdziłam, że gdy zrezygnujemy z rolet (ok. 700 zł), to u niej przynajmniej materiał zobaczę i dobiorę taki, żeby fakturowo mi się podobał. Poszłam, powybierałam, po czym wyszłam z wielkimi oczyma. Materiały, które w miarę mi pasowały powyceniała,ale na 2200-3600 zł za sam materiał! Najtańszy na 1600 zł (również za sam materiał). Podziękowałam i poszłam. Znowu wyceniłam sobie w necie (materiał dobierając 'na oko'):
(zdjęcia pochodzą z portalu Dekoria.pl)
Jednak znowu cena rzędu 1600-1800 zł, za materiał, który nie do końca nam się spodobał (ale był najładniejszy - w naszym mniemaniu - z tych wszystkich), to chyba jednak przesada. Jak gdzieś napisali: firanki zawsze można wymienić. Choć w naszym przypadku mówimy w każdym przypadku o całkiem sporej kwocie, w związku z czym nie przewiduję zasłon jednorazowych.
Ponieważ potrzeba około 32 m materiału szerokości 140cm, to w wariancie 10 zł/m wychodzi 320 zł za materiał. W Ikei znalazłam:
w cenach 16-20 zł. Już bardziej znośnie. Tym bardziej, że same tkaniny chwali mama Łu: że bawełna, że gruba, że się nie gniecie praktycznie. My chcieliśmy kolory trochę inne. Niebieski odpadł - przymierzyliśmy się z niebieskim szalem przy zapalonym świetle, i to zupełnie nie było TO. Za to soczysty zielony lub coś z dodatkiem czerwonego wyglądało, że będzie OK. A takich kolorów jakoś nigdzie nie możemy znaleźć. W jednolicie czerwonym materiale z Ikei czerwonego jest za dużo, a czegoś z dodatkiem, ale bez pstrokacizny nie znaleźliśmy. A te zielone i żółte nie pasują nam do czerwonej (wpadającej w pomarańczowy) zastawy, którą 'od Mikołaja', a conto prezentu dostaliśmy.
Znalazłam jeszcze namiary na hurtownię tkanin, gdzie się pewnie udam w sobotę. Jeśli tam nic nie znajdę, to będziemy się Ikeą ratować.

* * *
Tak to czytam, jakie próżne problemy mam. Może dobrze, że tylko takie?

czwartek, 4 grudnia 2014

Zwijamy się

Właściwie to data przeprowadzki nie była zaplanowana.
I dalej nie jest.
Jednak w ferworze walki z kurzem popakowałam różne durnostojki i kurzołapy - sama nie wiedziałam, że tyle ich mam! Jak zapakowałam, to załadowałam na osiołka i - wio - wywiozłam.
Idąc za ciosem poznosiłam pudła z kołdrami, śpiworami i innymi nie-niezbędnymi rzeczami. Zniosłam szafeczkę nocną.
Łu przyjechał przywożąc trochę pudeł. Widząc mnie walczącą z materią też się zabrał za pakowanie książek. Teraz korytarz mamy cały zawalony, ale regalik stoi pusty.
Ponieważ dzisiaj rano przybył pan wyprać kanapy (żeby nie wieźć brudnych), a wczoraj poprałam wszystkie pokrowce - to pokój obwieszony jest różnymi szmatami, niezbyt urodziwe poduchy w watolinie walają się po kątach, półki puste, kanapy i stół poprzesuwane. Żadnego ładu i składu, ale - mam nadzieję - jutro lub pojutrze wyklaruje się już.
Za kilka dni pewnie okaże się, że bardzo potrzebujemy czegoś, co jest wywiezione. I to będzie już chyba ten czas, żeby szybko zapakować ostatnie rzeczy i przenieść się do nowej rzeczywistości. Ciekawe jak będzie?...

Z suchych faktów... Spotkałam dzisiaj geodetę. Przez przypadek, bo umówieni byliśmy na jutro. Pogadaliśmy co gdzie przebiega. W poniedziałek ma zanieść mapy do 'powiatu', skąd gotowe papiery mają być za jakieś trzy tygodnie. Czyli może się okazać, że nie uda się nam wprowadzić do zgłoszonej chałupki. Mam nadzieję, że nikt nas przez te parę tygodni nie będzie ścigał. A może nie będzie o co?
Ubezpieczałam dzisiaj nieruchomości. Namieszałam zupełnie z cesjami, w chałupie wpisałam bank mieszkania, w mieszkaniu zapomniałam zaznaczyć cesję. Napisałam już gdzie trzeba, żeby sprawę odkręcić, ale nie dostałam jeszcze odpowiedzi.
Z firankami nie ruszyłam się. Za to wypytałam na okolicznej budowie drogi o dostawcę tłucznia granitowego. Namiary dostałam, zadzwoniłam: 860 zł za 25 ton materiału brutto. Zakładając, że na podjazd do garażu i kawałek drogi potrzeba dwie wywroty i jakieś 600-700 zł za pracę koparki, to w sumie wychodzi ok. 2400 zł. Ostatnio prosiłam 'koparkowego', który 'gładził' nam ogródek o wycenę. Wyszło mu 4,5 tys. zł!

środa, 3 grudnia 2014

- 'Mamo,...

...nie mogę oglądać tych głupotów, bo jestem małkowcem!'
To oczywiście Po. :)

Porządki, czyli...

...idą święta... idą święta...
Skręconą nogę Po (Po już szaleje, choć czasem noga o sobie przypomina) mogę traktować jak prezent przedświąteczny. Grzejemy się w rodzinnym ciepełku. Porządki na całego, co oznacza obwieszone wszystko praniami (wczoraj zrobiłam siedem, dzisiaj na razie cztery czy pięć), porozrzucane poduchy z kanap, powyciągane różne rzeczy z łazienki (szczotka do wc stoi obok drzwi wejściowych), wyrzucona część z szafek (zapudłowałam i wywiozłam już wszystkie płyty z muzyką i filmami). Trudno przejść, ale widać, że dzieciaki są szczęśliwe. Wcześniej było małe Waterloo, teraz jakoś spokojniej, ale widać, że kooperacja kwitnie. Aż trudno jakoś zagonić Mi do lekcji.
Od wczoraj na oknie czekają dwa listy do Mikołaja i jeszcze jedna karteczka, z komentarzem, że staruszek będzie sobie mógł wziąć drugą kanapkę z nutellą, jak rozwiąże zagadkę matematyczną. Listy leżą od wczoraj, może dlatego, że ktoś zapomniał przygotować te kanapki. ;)

Tak piorę te wszystkie rzeczy, coś staram się poukładać (już trzeci dzień) i myślę sobie: ile to czasu trzeba na przedświąteczne porządki! Patrząc na to, że zostały tylko trzy tygodnie, a tu termin przeprowadzki ciągle nieustalony, Łu zmaga się ze schodami i samochodem (konieczna naprawa), ja z zasłonami, geodetą, ubezpieczeniami, to czasu jakby nie było wcale. Chyba zaczynam wpadać w przedświąteczną panikę.

wtorek, 2 grudnia 2014

Porządki i...

...wredna matka. Tak, tak, to o mnie. ;)
Tytułem wstępu: Pola ma skręconą nogę i nie może chodzić. W efekcie jesteśmy trochę przykute do mieszkania. Pozytywnie jednak trzeba przekuć całą sytuację, więc może wreszcie wezmę się za sprzątnięcie zarosłych kątów, wywalenie czego się da, spakowanie do przeprowadzki. Na pewno nie można tego czasu zmarnować choć, przy jesiennej, depresyjnej i usypiającej pogodzie nie jest to łatwe.
Więc porządki... Wczoraj ogarnęłam 'po wierzchu', czyli teoretycznie mniej więcej nic się nie powalało. Niemniej nastał wieczór, kolacja, wieczorne mycie, kładzenie się spać. Dzisiaj śniadanie. Czyli sprzątanie od początku. Zabrałam się za układanie rzeczy, czyli branie ich z miejsca gdzie nie powinny leżeć i odkładać w miejsce bardziej oczywiste. Niekoniecznie idealne, bo po drodze np. pranie zdjęte z suszarki wygląda jednak tak, że trzeba będzie je wyprasować.
- Koce poskładać (mamy godzinę 11 a już po raz trzeci);
- ręczniki (wiecznie rozwalone! - naprawdę nie wiem jak to się dzieje) poskładane;
- trzecie sprzątanie po śniadaniu (tego też nie rozumiem! - jedliśmy w dwóch turach);
- gumki do włosów włożone do pudełeczka (wczoraj użyłam na Poli dwie a posprzątałam pięć);
- no i mnóstwo rzeczy, które biorę do ręki i nie wiem, gdzie mam wsadzić (np. kawałek ołowiu, który Mi dostał od dziadka na ciężarki do wędki - Mimi wędki jeszcze nie użył, ciężarki jakieś dostał a dopasowane można kupić, a mnie szkoda wyrzucić bryły ołowiu do śmieci ze względów ekologicznych);
- pozbierane i powieszone na lampie medale z biegów Mi (nikomu w sumie niepotrzebne, ciągle w niewiadomy mi sposób pojawiające się w różnych miejscach, no i kurzące się niemiłosiernie);
- pozgarniane drobiazgi Po (wrzucam do jednego pudła, skąd oczywiście wywędrowują);
- koraliki Po i kulki do strzelania Mi sumiennie zbieram odkurzaczem z nadzieją, że to już ostatnie, a one wyłażą chyba ze wszystkich dziur w ścianach - horror po prostu;
- ścieranie blatu w kuchni (też tak macie, że ilekroć wchodzicie do kuchni, to blat jest brudny?);
- wstawiona zmywarka (za chwilę wywleczone kolejne dwa brudne kubki z półki Mi);
- wstawione pranie (po chwili wygrzebane ubranka Po zza kosza w łazience i ubrania Mi wciśnięte w kąt za półkami ((co już pierdyliard razy skończyło się karczemną awanturą, wywalaniem na środek wszystkiego, samodzielnym sprzątaniem przez Mi, ale ciągle NIE DOTARŁO, że tak się nie robi)) );
- przygotowanie 'dyżurnego' worka na śmieci w dziecięcym pokoju i pudła na recycling (przy każdym sprzątaniu wywalam jakieś tony papierów, połamanych zabawek, pierdółek dodanych do słodyczy (uwierzcie, nigdy nie kupuję zestawów słodycz + zabawka, bo trzęsie mnie na sam widok tych dodatkowych śmieci, ale one ciągle się pojawiają, chyba znowu z 'dziur w ścianie');
- ogarnięte parapety (notorycznie zakurzone, ale ponieważ ciągle ktoś coś na nich kładzie, mimo moich nieustających sprzeciwów, to ot, tak przetrzeć ścierką nie da się - trzeba najpierw odgruzować).

Żeby nie było, że mam czas pisać, to od rozpoczęcia tego posta zdążyłam już postawić czwarte pranie, ugotować dwudaniowy obiad (rosół z makaronem, ziemniaczki z kotletami mielonymi - siedzę w domu, to przynajmniej obiad taki 'po domowemu' w odróżnieniu od tych wszystkich ryżów i makaronów na szybko). Przybyło też parę nowych rzeczy do odgruzowania, bo Po zdążyła wygrzebać z 'dyżurnego' worka na śmieci kilka śmieci, książeczki, gazetki, zaparzaczkę do herbaty, słuchawki itp. (tyle w zasięgu wzroku).

Ponieważ post jest pisany na raty, to i pewnie trochę taki nieskładny wyjdzie. Ale mam nadzieję, że w końcu go skończę. Może i jakąś puentę znajdę?


Sprzątam w każdym razie i sprzątam. W międzyczasie gotuję, czytam bajkę o rybaku i rybce, składamy z Po literki (coraz więcej ich zna i pewnie niedługo zacznie sama coś składać, bo całkiem dobrze jej idzie), bloguję, odbieram telefony od jakiejś zagubionej duszy z ING Bank Śląski (jeśli dobrze zrozumiałam), negocjuję z geodetą, wysyłam Łu dyspozycje co do jakichś wydruków, rozczarowuję się wyceną pani od firanek (najtańsza opcja za zasłony na trzy wielkie okna i dwie rolety rzymskie to około 2200 zł), no to jeszcze zrobiłam sobie kawę. A co! Tak na uspokojenie na skołotane nerwy. I ciągle jeszcze nie dotarłam do planu na dziś, czyli do rozgrzebania jakiejś szafy pod kątem przeglądnięcia rzeczy: co do wyrzucenia, co do spakowania, co do zostawienia 'na ostatnią chwilę'. 'Jakby co, to zrobię to jutro, przynajmniej trochę bardziej posprzątane będzie, to prędzej się do tego zabiorę' - myślę sobie, ale nie, bo dzwoni Łu, że już mi na jutro czas rezerwuje, bo przyjdą panowie drzwi poprawić. A jeszcze mnie Po ciągnie na spacer. I tu mam najwięcej wyrzutów sumienia i w środku woła 'idź na spacer!' a gary wołają 'wyłącz nas i ogarnij', a pralka 'właśnie kończę, zaraz będziesz musiała powyciągać i wsadzić kolejne', a odkurzacz 'to już skończyłaś? to przynajmniej mnie pozbieraj ze środka', pranie: 'ciągle tu leżymy niepoprasowane' itd. itd. Kociokwik jednym słowem. Uff...

O wrednej matce też miało być. No to jestem. Mam nadzieję, że po tym powyższym wywodzie, to jakoś bardziej zrozumiałe będzie, że gdy przyjdzie Mi, zostawi za sobą ścieżkę: plecak, czapka, kurtka, buty; o lekcjach powie, że nic nie ma, po czym, gdy jednak bardziej zainteresuję się zeszytami, okaże się, że jednak są przynajmniej z trzech przedmiotów; gdy go wreszcie pogonię do sprzątnięcia butów, to okaże się, że błoto z nich rozsypane jest po całym korytarzu; gdy po raz n-ty przypomnę o lekcjach; to w pewnym momencie po prostu wyjdę z siebie (stanę obok) i wydrę się w niebogłosy. I wtedy, jeszcze tylko w spojrzeniu, zobaczę: 'jaka wredna matka!'.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Życie rodzinne

- Mama, jesteś ode mnie wyższa o część portretową! - powiedział Miłosz, gdy przymierzyliśmy się 'dokąd mi sięga'. :)

* * *

Jedziemy sobie samochodem, Polka zagaja dyskusję na temat zwierząt zasypiających na zimę:
- No, bo są różne zwierzęta, które zasypiają na zimę. Na przykład zebra...

* * *

Większość weekendu spędziliśmy w domu. Trochę coś robiliśmy, trochę sprzątaliśmy, trochę skręcaliśmy meble dla dzieci. Z dzieciakami kupiliśmy też karmnik dla ptaków (taka butelka, z której wysypują się ziarenka do podstawki) i karmę. Karmnik zawiesiliśmy na jesionku. W niedzielę mogliśmy się walnąć na podłodze w jadalni i obserwować zza szyby stadko czyżyków pędzlujących karmnik. Wypatrzyliśmy też rudzika, który chyba mieszka w stercie desek i innych drewnianych odpadów pobudowlanych. Nagle jednak słyszymy, jak Po mówi:
- Ja to jednak najbardziej lubię sikorkę zimoworkę!


Etykiety

życie rodzinne (124) ogród (121) budowa (102) przetwory (31) marudzenie (28) plany (28) jojczenie (27) dywagacje (21) sso (20) filozofowanie (17) rośliny (17) dach (16) obserwacje (15) przyroda (15) zwierzęta (15) działka (14) mieszkanie (14) przyłącza (14) wnętrza (14) aranżacje (13) finanse (13) ogólne (13) życie na wsi (13) problemy (11) stan 0 (11) woda (11) covid19 (10) droga (10) nalewki (10) przepisy (9) sąsiedzi (9) kalkulacje (8) marzenia (8) okna (8) ptaki (8) wspomnienia (8) z netu (8) święta (8) ciocia dobra rada (7) prąd (7) bździuny (6) ogrzewanie (6) sądziad (6) absurdy (5) instalacje (5) kot (5) książki (5) radości (5) wiosna (5) zasłony (5) zdjęcia (5) zima (5) co ja robię tu? (4) elewacja (4) historycznie (4) kanalizacja (4) nie wiem co powiedzieć (4) politycznie tfu (4) sprawy wsi (4) wygrzebane z lamusa (4) łazienki (4) drzwi (3) fontanna (3) gaz (3) genealogia (3) inspiracje (3) kuchnia (3) odkrycia (3) pory roku (3) schody (3) wino (3) wyczytane (3) cuda natury (2) dokumenty (2) dom (2) energooszczędność (2) kompost (2) ku pamięci (2) ogrodzenie (2) pet challenge (2) piękne słowa (2) podłoga (2) przeprowadzka (2) ssz (2) wymiękam (2) zioła (2) a (1) bruki (1) dialogi (1) domek na drzewie (1) działania (1) kosopleciny (1) krupnik (1) muzyka (1) okolica (1) pogoda (1) poidełko (1) pytania bez odpowiedzi (1) reklama (1) strachy na lachy (1) szkoła (1) słowiańszczyzna (1) taras (1) tydzień Ziemi (1) wynajem (1) wypieki (1) z dialogów (1) zbiory (1) śmieci (1)