wtorek, 2 grudnia 2014

Porządki i...

...wredna matka. Tak, tak, to o mnie. ;)
Tytułem wstępu: Pola ma skręconą nogę i nie może chodzić. W efekcie jesteśmy trochę przykute do mieszkania. Pozytywnie jednak trzeba przekuć całą sytuację, więc może wreszcie wezmę się za sprzątnięcie zarosłych kątów, wywalenie czego się da, spakowanie do przeprowadzki. Na pewno nie można tego czasu zmarnować choć, przy jesiennej, depresyjnej i usypiającej pogodzie nie jest to łatwe.
Więc porządki... Wczoraj ogarnęłam 'po wierzchu', czyli teoretycznie mniej więcej nic się nie powalało. Niemniej nastał wieczór, kolacja, wieczorne mycie, kładzenie się spać. Dzisiaj śniadanie. Czyli sprzątanie od początku. Zabrałam się za układanie rzeczy, czyli branie ich z miejsca gdzie nie powinny leżeć i odkładać w miejsce bardziej oczywiste. Niekoniecznie idealne, bo po drodze np. pranie zdjęte z suszarki wygląda jednak tak, że trzeba będzie je wyprasować.
- Koce poskładać (mamy godzinę 11 a już po raz trzeci);
- ręczniki (wiecznie rozwalone! - naprawdę nie wiem jak to się dzieje) poskładane;
- trzecie sprzątanie po śniadaniu (tego też nie rozumiem! - jedliśmy w dwóch turach);
- gumki do włosów włożone do pudełeczka (wczoraj użyłam na Poli dwie a posprzątałam pięć);
- no i mnóstwo rzeczy, które biorę do ręki i nie wiem, gdzie mam wsadzić (np. kawałek ołowiu, który Mi dostał od dziadka na ciężarki do wędki - Mimi wędki jeszcze nie użył, ciężarki jakieś dostał a dopasowane można kupić, a mnie szkoda wyrzucić bryły ołowiu do śmieci ze względów ekologicznych);
- pozbierane i powieszone na lampie medale z biegów Mi (nikomu w sumie niepotrzebne, ciągle w niewiadomy mi sposób pojawiające się w różnych miejscach, no i kurzące się niemiłosiernie);
- pozgarniane drobiazgi Po (wrzucam do jednego pudła, skąd oczywiście wywędrowują);
- koraliki Po i kulki do strzelania Mi sumiennie zbieram odkurzaczem z nadzieją, że to już ostatnie, a one wyłażą chyba ze wszystkich dziur w ścianach - horror po prostu;
- ścieranie blatu w kuchni (też tak macie, że ilekroć wchodzicie do kuchni, to blat jest brudny?);
- wstawiona zmywarka (za chwilę wywleczone kolejne dwa brudne kubki z półki Mi);
- wstawione pranie (po chwili wygrzebane ubranka Po zza kosza w łazience i ubrania Mi wciśnięte w kąt za półkami ((co już pierdyliard razy skończyło się karczemną awanturą, wywalaniem na środek wszystkiego, samodzielnym sprzątaniem przez Mi, ale ciągle NIE DOTARŁO, że tak się nie robi)) );
- przygotowanie 'dyżurnego' worka na śmieci w dziecięcym pokoju i pudła na recycling (przy każdym sprzątaniu wywalam jakieś tony papierów, połamanych zabawek, pierdółek dodanych do słodyczy (uwierzcie, nigdy nie kupuję zestawów słodycz + zabawka, bo trzęsie mnie na sam widok tych dodatkowych śmieci, ale one ciągle się pojawiają, chyba znowu z 'dziur w ścianie');
- ogarnięte parapety (notorycznie zakurzone, ale ponieważ ciągle ktoś coś na nich kładzie, mimo moich nieustających sprzeciwów, to ot, tak przetrzeć ścierką nie da się - trzeba najpierw odgruzować).

Żeby nie było, że mam czas pisać, to od rozpoczęcia tego posta zdążyłam już postawić czwarte pranie, ugotować dwudaniowy obiad (rosół z makaronem, ziemniaczki z kotletami mielonymi - siedzę w domu, to przynajmniej obiad taki 'po domowemu' w odróżnieniu od tych wszystkich ryżów i makaronów na szybko). Przybyło też parę nowych rzeczy do odgruzowania, bo Po zdążyła wygrzebać z 'dyżurnego' worka na śmieci kilka śmieci, książeczki, gazetki, zaparzaczkę do herbaty, słuchawki itp. (tyle w zasięgu wzroku).

Ponieważ post jest pisany na raty, to i pewnie trochę taki nieskładny wyjdzie. Ale mam nadzieję, że w końcu go skończę. Może i jakąś puentę znajdę?


Sprzątam w każdym razie i sprzątam. W międzyczasie gotuję, czytam bajkę o rybaku i rybce, składamy z Po literki (coraz więcej ich zna i pewnie niedługo zacznie sama coś składać, bo całkiem dobrze jej idzie), bloguję, odbieram telefony od jakiejś zagubionej duszy z ING Bank Śląski (jeśli dobrze zrozumiałam), negocjuję z geodetą, wysyłam Łu dyspozycje co do jakichś wydruków, rozczarowuję się wyceną pani od firanek (najtańsza opcja za zasłony na trzy wielkie okna i dwie rolety rzymskie to około 2200 zł), no to jeszcze zrobiłam sobie kawę. A co! Tak na uspokojenie na skołotane nerwy. I ciągle jeszcze nie dotarłam do planu na dziś, czyli do rozgrzebania jakiejś szafy pod kątem przeglądnięcia rzeczy: co do wyrzucenia, co do spakowania, co do zostawienia 'na ostatnią chwilę'. 'Jakby co, to zrobię to jutro, przynajmniej trochę bardziej posprzątane będzie, to prędzej się do tego zabiorę' - myślę sobie, ale nie, bo dzwoni Łu, że już mi na jutro czas rezerwuje, bo przyjdą panowie drzwi poprawić. A jeszcze mnie Po ciągnie na spacer. I tu mam najwięcej wyrzutów sumienia i w środku woła 'idź na spacer!' a gary wołają 'wyłącz nas i ogarnij', a pralka 'właśnie kończę, zaraz będziesz musiała powyciągać i wsadzić kolejne', a odkurzacz 'to już skończyłaś? to przynajmniej mnie pozbieraj ze środka', pranie: 'ciągle tu leżymy niepoprasowane' itd. itd. Kociokwik jednym słowem. Uff...

O wrednej matce też miało być. No to jestem. Mam nadzieję, że po tym powyższym wywodzie, to jakoś bardziej zrozumiałe będzie, że gdy przyjdzie Mi, zostawi za sobą ścieżkę: plecak, czapka, kurtka, buty; o lekcjach powie, że nic nie ma, po czym, gdy jednak bardziej zainteresuję się zeszytami, okaże się, że jednak są przynajmniej z trzech przedmiotów; gdy go wreszcie pogonię do sprzątnięcia butów, to okaże się, że błoto z nich rozsypane jest po całym korytarzu; gdy po raz n-ty przypomnę o lekcjach; to w pewnym momencie po prostu wyjdę z siebie (stanę obok) i wydrę się w niebogłosy. I wtedy, jeszcze tylko w spojrzeniu, zobaczę: 'jaka wredna matka!'.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz