piątek, 13 lipca 2012

Rośnie ogródek...

...choć może raczej powinnam napisać 'ogródek'.

Na chaszczowisku jakiś czas temu przekopałam kawalątek. Dosłownie metr na metr. Żeby posadzić dostane pomidorki (trzy) i poziomki. Z myślą o plantacji przekopałam jeszcze kawałeczek i powstała grządka jakoś dziwnie z grobem się kojarząca - bo mniej więcej metr na dwa i pół. ;) Wczoraj rozgrzebałam kawał pola, czyli uprawa urosła do niebotycznych rozmiarów mniej więcej trzy na trzy metry. Hihi. (Jak widać, przynajmniej radochy mam z tego trochę :) )

Oczywiście wyjazd na działkę nie obył się bez piętrzących problemów. Miałam jechać rano - padało. Później - znowu padało. Pojechałyśmy jak przestało i troszkę obeschło; po około pół godzinie, gdy Po zjadła już dwie buły i wypiła butlę picia (czyli wszystko co miałyśmy ze sobą w wałówce) znowu zaczęło lać. Myślałam, że nic z prac ogródkowych nie wyjdzie, a miałam trochę pnączy do posadzenia na płot (rdest auberta i wino) i przygotowane na sadzonki ciski. Za czwartym podejściem, gdy już pojechałam sama udało mi się skopać, powsadzać szczątki roślinek, które przeżyły przekładanie tam i siam i wożenie w te i we wte. No i na koniec wygoniła mnie burza z ulewą. W sumie dobrze, bo woda do podlewania mi się skończyła przedwcześnie. Hehe, tym razem to aura zrobiła się w jajo, zamiast mi dokopać, to mi pomogła. ;)

Jadę dziś zobaczyć, czy to co posadziłam przeżyło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz