niedziela, 10 listopada 2013

Domowy patriotyzm

Jutro 11. listopada. Chyba najbardziej narodowe polskie święto. Choć ostatnio, gdy obserwuję co się przy jego okazji dzieje, to trochę nacjonalizmem zaczyna mi trącić. Ale nic, od polityki trzymajmy się z daleka.

Kilka dni temu był z kolei 1. listopada. Dzień, kiedy myśli się o przeszłości, o rodzinie, o swoich korzeniach. Zarówno ja jak i Łu, że już o dzieciach nie wspomnę, chyba jesteśmy już pokoleniem, które może powiedzieć, że tu, na Dolnym Śląsku jest nasza Ojczyzna. Mamy tu pochowanych pradziadków, dziadków, bliższą i dalszą rodzinę. Żyjący dziadkowie (oby jak najdłużej) mieszkają tu praktycznie od czasów wojny. Blisko 70 lat. Rodzice się tu rodzili, lub mieszkali od bardzo wczesnego dzieciństwa. Nie wiem, być może w ich młodości nie było takiego poczucia stabilizacji, być może jeszcze się mówiło, że to tymczasowe, ale teraz już chyba nikt nie wierzy w to, że te ziemie nie są 'nasze'. Choć sama z dzieciństwa pamiętam obchody bodajże czterdziestolecia 'powrotu ziem zachodnich do macierzy'. I nikt się nie zająkał, że praktycznie pół tysiąca lat Polacy może i mieszkali na tych ziemiach, ale jako mniejszość w krajach innych narodów.

Kiedyś w rozmowie z Łu stwierdziłam, że mniej się czuję związana z Państwem Polskim w pojęciu organizacji, struktury, a bardziej z miejscem, kulturą, która opisuje to miejsce: architekturą, słowem, mentalnością. Nawet, jeśli architektura, to poniemieckie domki, z dwuspadowym dachem, osiową symetrią i drewnianym szczytem. Rozważaliśmy wtedy trochę, co by było, gdyby granica Polski przesunęła się na tyle, że tu byłby jakiś inny kraj. Pewnie, jeśli by tylko przesunęła się kreska na mapie, to nie czułabym potrzeby przeniesienia się gdzieś w jej granice administracyjne. Chciałabym zostać tu, bo czuję, że tu jest nasze miejsce. Trochę mam w związku z tym dylemat, czy patriotyzm, to związek z miejscem czy nacją.

Chopin zachwycał się mazowieckim krajobrazem, iwami nad rzeką, a ja, że jeszcze raz wrócę do budowlanych skojarzeń: co poradzę na to, że dla mnie ideałem proporcji, funkcjonalności itp. jest 'bauerhaus' (słówko moje własne), a nie polski dworek czy mazowieckie domy z czterospadowym dachem (pewnie też mają jakieś swoje określenie).

Ostatnio Łu przyjechał z budowy i powiedział, nie bez radości, że z okien będzie widać Ślężę. I znowu się jakoś cieplej na serduchu zrobiło.

A na własnej chałupie pewnie będziemy sobie wieszać polską flagę na 11. listopada. I miło widzieć w koło, że nie będziemy sami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz