piątek, 15 kwietnia 2016

Niecierpliwość...

...ludzkie uczucie. Ciągle na coś czekam i ciągle chodzę poirytowana, że 'nie da się'.
Złamałam się. Stwierdziłam, że nie dam rady przekopać tego całego perzu. Ręce zaczęły mi odmawiać posłuszeństwa i po prostu po kopaniu odzywają się jakimś artretyzmem czy coś. Już lepiej moje połamane plecy reagują. No nic, trzeba się trochę pooszczędzać i skopanie zlecić komuś. Ale nie wierzę, że zlecenie będzie oznaczało pozbycie się tego cholernego perzu. Została podjęta decyzja, że kupujemy roundup. W pięć minut po podjęciu byliśmy już w drodze do Casto. Kupiony herbicyd i pryskawka. Że było już późno to realizacja została na następny dzień.
Następnego dnia pędem z pracy. Pogoda idealna: lekkie słoneczko, bezwietrznie. Wszystko naszykowane, akurat miałam godzinkę przed dość ważnym spotkaniem, więc do roboty. Najpierw zmartwiłam się, że butla nie ma tryskawki na lancy, czyli takim przedłużaczu. Stwierdziłam jednak, że dam przecież radę. Prysku, prysku, a tu chlapu, chlapu. Chyba nie powinno chlapać? Sprawdzam końcówkę, jakaś niepryskająca, tylko taka dziurka, że widać, że akurat rurka byłaby ok. A rurki, czyli tej lancy niet. I dupa. Nie popryskałam. Następnego dnia poleciałam do Casto, udało się doprosić o lancę z końcówką. Po powrocie do domu jednak wiało. W nocy zaczęło padać. Dzisiaj rano było pięknie, gdybym była w domu do 10, to ze wszytkim bym się uporała. Ale nie byłam. Punkt 17:00, czyli akurat byłam w drodze z pracy, rozpadało się. Mamy 19:13 i nie pada, ale jest mokro i trochę wieje. Do jutra by obeschło, ale od rana do wieczora ma padać. W nocy znowu ma być sucho, ale w niedzielę znowu od rana do wieczora ma padać. W poneidziałek rano do pracy. Gdyby udało mi się wtedy w środę popryskać, to w następny weekend już moglibyśmy sadzić. A tak może się w maju uda.
Druga sprawa kupiłam róże, które mogłabym już wsadzić na docelowej rabacie. W Dino były. Nie wiem czy będą ładne rosły, ale że akurat ta odmiana, której potrzebuję, to kupiłam. Nie było 10, tylko 7. Chciałam wsadzić jutro. Będzie padać.
No i pada ciągle akurat wtedy, gdy ja chciałabym coś zrobić. Dobrze, że pada, że ziemia po ubiegłym suchym jak pieprz roku się trochę nasączy, ale wiosna ciągle się ślimaczy. Już może nie 0-5 stopni, ale 5-10. No ale, kurde, ile można?
Wiecie, ciągle mam wrażenie, że z tym ogródkiem to jak piachem po oczach ciągle mam. Choć może obecnie raczej błotem.


1 komentarz:

  1. No popaczpani, u mnie tak samo... Ciągle pada, temperatura poniżej 10*C. Dosiana trawa nie chce rosnąć, mam wrażenie, że miejscami wygniła. W przerwach między deszczami nawtykałam w ziemię roślinek, a na moją żałosną skargę, że stoją w miejscu, Kuba zakpił 'A co, mają tańczyć po ogrodzie?'. Ot, jesień przyszła - nie ma na to rady...

    OdpowiedzUsuń