czwartek, 16 marca 2017

Ogrodzeniowe...

Kolejny post wygrzebany z wersji roboczych, czyli nieskończony. Myślałam, że wskoczą w daty, gdy były pisane. Teraz nawet nie mam ich jak dobrze zlokalizować w czasie, ale szkoda by mi było tracić.
Będą więc pod wspólnym tagiem 'wygrzebane z lamusa'.

* * *

Wiosna 2016 r.

...zżymania inwestora.
O ogrodzeniach głównie będzie, choć zacznę od bruków. Pisałam już chyba, że skończone są, ale ciągle zdjęć nie zrobiłam. Głównie chyba dlatego, że próbujemy okiełznać ziemię, kamienie i różne śmieci pobudowlane. Praca bez końca. Przygotowane są trzy niewielkie rabatki, a w pozostałych albo będziemy jeszcze grzebać (przy budowie ogrodzenia), albo jest taki śmietnik, że nie wiadomo jak się za to zabrać. Powoli do przodu. O, dam jedno zdjęcie, na którym widać kawałek wgłębnika:
No i widać piękną tęczę, jaka dwa dni temu pojawiła się u nas. Na końcu tęczy, jak śmieje się Łu, jest dzbanek z tymi 500 zł dla każdego dziecka.
I jeszcze jedno:
na którym widać kawałej jednej przygotowanej rabatki i wszystko inne w rozsypce. A przynajmniej dzbanek z pieniędzmi siedzi u nas za kominem. ;)
Widać też kawałek trampoliny, którą po raz drugi do nas przywiało od sąsiada. Na pierwszym zdjęciu widać również, że chałupa sąsiada rośnie. Rosną też kwasy. Gdzieś około kwietnia przyszedł do nas sąsiad, czy byśmy mu prądu w wiaderko nie nalali, bo jakieś  ma problemy z podłączeniem. Że za 2-3 miesiące będzie już miał swój. Że same drobne rzeczy będą, żadne betoniarki, bo nie chcą do byle wiertarki generatora odpalać. Co tam będę sąsiadowi żałować, niech bierze. I tak z dwóch miesięcy zrobił się cały sezon (grudzień za pasem). Chałupa prawie stoi. Drobny sprzęt wygląda tak:
No faktycznie, mniejsza ta betorniarka, niż ta co u nas pracowała.
Ostatnio mieliśmy jeszcze taką przyjemność, że siedzimy sobie raniutko, wcinamy śniadanie. Łu w piżamie, ja już prawie do pracy wychodziłam, więc bardziej ubrana. A tu pod samymi oknami tup, tup, ktoś przemyka. Ale jak to? Wychodzę na dwór idę za gościem, przyglądam się jak mi z kranika wodę bezczelnie kradnie. Ze dziwnym zbiegiem okoliczności nasz wykonawca akurat stał na rusztowaniu przy chałupce z drugiej strony, to krzyczę do niego:
- 'Panie Janie, ale o co chodzi? Nie umawialiśmy się na żadną wodę.'
- 'Ale to nie ode mnie!' - znaczy się od tego sąsiada, co prąd dostaje (na wodę nie umawialiśmy się). Kradziej wody sobie nabrał i tup, tup, pomyka do siebie.
- 'A kto panu tu pozwolił wejść?'
- 'No, Kowalski powiedział, że można.'
- 'Jaki Kowalski? Nie znam człowieka!'
- 'No, bo on powiedział, że prąd można sobie wziąć. Nie chcieliśmy pani budzić, to się podłączyliśmy.'
Znaczy się sami wleźli nam do garażu i się obsłużyli.
Szlag mnie trafił, wywaliłam im kable i powiedziałam, że prądu nie dam. Cieśle musieli sobie poradzić bez prądu. Kilka dni temu przyszedł Kowalski, żeby jednak prą dać, to Łu dał. A tu taki kolejny zonk. Ech...
Ale o ogrodzeniach miało być. Może najpierw o bocznych. Miały być najprostsze (najtańsze), ale w miarę porządne. Czyli jakaś grubsza siatka ocynkowana i powlekana na słupkach. Sąsiedzi znaleźli w miarę ciekawą ofertę, za 68 zł/mb. Wszyscy się zgodzili. Panowie przyjechali. Pokiwali głową, że krzywo. Grzebnęli w ziemi dwa razy, stwierdzili, że twardo

* * *

Post nieskończony, ale znalazłam w roboczych, to daję. Ku pamięci.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz