sobota, 11 marca 2017

Kolejna sobota...

...i kolejna szansa na zrobienie czegoś w ogródku.
Po pierwsze pewnie będę się powtarzać. Rośliny rosną, słońce świeci, trochę zrgabiłam, coś posadziłam. Ale w sumie sprawia mi to przyjemność, to sobie opiszę.

Pogoda niby ładna, ale temperatura w okolicach 0 st. C. Zimno więc, i wychodzić się nie bardzo chciało. Tym bardziej, że poranek mieliśmy z przygodami i może od tego zacznę. Mi jechał dzisiaj na wycieczkę o godz. 6 rano. Położyliśmy się dość późno, ale jeszcze wieczorem pytałam Łu, czy na pewno nastawił budzik. W nocy miałam bezsenne godziny - starość nie radość i już tak mam, że np. godzinę muszę sobie zrobić przerwy w spaniu - za to o 6 spałam jak zabita. O 6.11 zadzwonił telefon, że przecież wycieczka i czy Miłosz będzie. 8 minut trwało zbieranie się chłopaków, o 6.25 Łu przekazał Mimona do busa przy wyjeździe na autostradę. Czyli od zera do setki przyspieszenie mieliśmy na poziomie jakiegoś GTX (to chyba jakiś wyścigowy, a nie na przykład terenówka?).
Łu chciał od rana, od tej szóstej biegać, ale w sumie padliśmy na kanapie w salonie i nie mieliśmy siły się już wczołgać na górę. Przed 8 jednak się pozbierał i poszedł biegać budząc mnie, żebym wstała. Padłam dalej i dopiero 8.30 radosny telefon taty obudził mnie. Nie powiem, że na dobre, bo ćmiło mnie chyba do południa. Ale do ogródka się wygrzebałam i do obiadu zdążyłam:
- przekopać do końca grządkę przy narożniku tarasu;
- posadzić tam kilka krzaczków rozchodnika okazałego;
- posadzić tam trzy rozplenice. Jak dobrze, że w ubiegłym roku kupiłam 8 zamiast 18. Dopiero w tym roku będzie miejsce na resztę, a - mam nadzieję - kępki rozrosły się na tyle, że można je już podzielić. Taka mała oszczędność, a cieszy. Zresztą rozchodniki też mają źródło tylko z jednego okazu. Najpierw był jeden, którego w ubiegłym roku udało mi się rozszczepić na cztery małe kępki. W tym roku z dwóch już właśnie zrobiłam 6 kolejnych. Pozostałe dwie chyba zostaną, może w części rozdzielone, ale w tym samym miejscu.
- Poza tym wycięłam pozostałe trawy i kocimiętki (jak one ładnie pachną!, tak trochę żywicznie, może ambrą?);
- znalazłam jeszcze jedno miejsce gdzie nawsadzałam tulipany i teraz wychodzi mi, że kolorowych kęp powinno być na wiosnę około dziewięciu. Mało to czy dużo, w każdym razie w które okno się nie popatrzy, to coś powinno się kolorowić za oknem.
Za porządki w ogródku wzięli się też sąsiedzi, więc praca miło mijała wszystkim na pracy na świeżym powietrzu. I git.

Przelecieliśmy się też po sklepach. Pozytywy, że w miarę porządne spodnie dla dzieciaków można kupić za 45 zł. Szukanych róż jednak nie znalazłam. Czekam aż na Biedronkę i Dino rzucą.

Na koniec pracy miałam jeszcze taki dziwny przebłysk, że 'kurcze, ile to już jest zrobione, ile roślin posadzonych!'. Zazwyczaj jak patrzę na ogród, to widzę tylko to, co trzeba jeszcze zrobić. Nie mam zupełnie poczucia, czy wygląda ładnie, czy brzydko, czy jest harmonijny, czy coś może kłuć po oczach. Widzę tylko niedoróbki, to, czego brakuje, szmaty leżące i łysą ziemię tam, gdzie nic nie ma. I chwasta na chwaście, co to właśnie ruszyły pełną parą do boju o miejsce do życia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz