...ile spraw w tym tygodniu!
Łu mi właśnie uświadomił...
- jutro cd. rozmów dot. kuchni,
- pojutrze pomiary drzwi,
- w czwartek ruszają prace przy łazienkach i podłogach na dole (płytki),
- w piątek wchodzi ekipa położyć podłogi na górze (panele).
Poza tym już robią się schody do garażu i pewnie niedługo będą mogły być zamontowane. Na montaż również czeka barierka okna balkonowego, ale to już raczej po elewacjach. Elewacje - mam nadzieję, że do końca września. Do skończenia jest próg najazdowy do garażu, czekają materiały na wykończenie poddasza. No i ogródek. Nie ma kiedy go skosić! Kupiłam w niedzielę porzeczki (czarną i czerwoną) oraz aktinidię. Stoją w doniczkach i czekają, aż je wysadzę. Dobrze, że chociaż pada.
A ja w niedzielę wyjeżdżam na tydzień i zostawiam Łu z dzieciakami i całym tym majdanem. Da radę!
niedziela, 7 września 2014
piątek, 5 września 2014
Niektórzy chodzą na spacer ze zwierzątkiem...
...a ja się dzisiaj wybrałam na przejażdżkę rowerową z kwiatkiem. A właściwie z trawką. Trawą! ;) I jeszcze rozmarynem. Trawkę (trawę!) dostałam od Mamy Łu taką ładną ozdobną. Zieloną, z żółtym paskiem przez środek.
Najpierw wsadziłam rozmaryn do plecaka, a trawka za bardzo wystawała i nie miałam jak zamknąć plecaka. Łu powiedział, żebym takimi gumami z haczykami (przy rowerze były na stanie) przyczepiła. Taa, najlepiej na głowie. ;-/ Trawkę wzięłam, wsadziłam do torby na kierownicy, faktycznie gumą z haczykami oplotłam i przytroczyłam do kierownicy i pojechałam. Śmiesznie musiałam wyglądać. ;)
W każdym razie trawka, nie licząc jednej katastrofy na klatce schodowej, dojechała na budowę i posadziłam ją na skraju skarpy w kilku kępkach. Na razie pewnie oszałamiająco nie wygląda, bo jedną kępkę rozdzieliłam, ale pewnie się rozrośnie.
Poza trawą powsadzałam kilkadziesiąt cebul kwiatów wiosennych. Głównie narcyzów, ale również szafirki i kolorowe zawilce. Mam nadzieję, że wiosną trawnik uraduje nas barwną plamą. Zastanawiam się tylko, czy potem cebule z ziemi wyciągać i wsadzać znowu jesienią? Czy zostawić w ziemi?
Wetknęłam jeszcze rozmaryn.
A budowlańcy kończą obrabiać wejścia + wjazd do garażu. Mam nadzieję, że we wrześniu zrobią elewację. Wrr...
Najpierw wsadziłam rozmaryn do plecaka, a trawka za bardzo wystawała i nie miałam jak zamknąć plecaka. Łu powiedział, żebym takimi gumami z haczykami (przy rowerze były na stanie) przyczepiła. Taa, najlepiej na głowie. ;-/ Trawkę wzięłam, wsadziłam do torby na kierownicy, faktycznie gumą z haczykami oplotłam i przytroczyłam do kierownicy i pojechałam. Śmiesznie musiałam wyglądać. ;)
W każdym razie trawka, nie licząc jednej katastrofy na klatce schodowej, dojechała na budowę i posadziłam ją na skraju skarpy w kilku kępkach. Na razie pewnie oszałamiająco nie wygląda, bo jedną kępkę rozdzieliłam, ale pewnie się rozrośnie.
Poza trawą powsadzałam kilkadziesiąt cebul kwiatów wiosennych. Głównie narcyzów, ale również szafirki i kolorowe zawilce. Mam nadzieję, że wiosną trawnik uraduje nas barwną plamą. Zastanawiam się tylko, czy potem cebule z ziemi wyciągać i wsadzać znowu jesienią? Czy zostawić w ziemi?
Wetknęłam jeszcze rozmaryn.
A budowlańcy kończą obrabiać wejścia + wjazd do garażu. Mam nadzieję, że we wrześniu zrobią elewację. Wrr...
środa, 3 września 2014
Jeszcze wakacyjnie...
...choć zdjęć nie będzie. Wiem, wiem, obiecywałam. Może dzięki temu powstanie jakiś jeszcze jeden wakacyjny post.
A wakacyjnie, bo przypomniała mi się anegdotka z dzieciakami.
W Bieszczadach na szczęście nie było całego jarmarcznego chłamu i dzieciaki nie naciągały nas co chwilę. Jednak w ramach jakiejś nagrody powiedziałam (w łaskawości swojej), że na stoisku lokalnego wykonawcy mogą sobie coś wybrać. Mi przebierał i przebierał, utonął w książce, jakiejś antologii słowiańskich straszydeł. Strasznie chciałam mu ją kupić, bo w sumie ciekawe są te wszystkie dziwożony, konopielki, dziady leśne, dusiołki i inne takie. Mitologia słowiańska miała tego nie mniej niż celtycka czy germańska, a jednak rodzime są jakby mniej znane. Ostatecznie jednak Miłosz zrezygnował z książki.
Po spodobały się ptaszki gliniane, a że w pamięci miałam jednego ptaszka, który ślicznie świergolił gdy wlało się do niego wody, to chciałyśmy przetestować. Trochę wybrakowane były. Pierwszy nie świergolił. Następny trochę lepiej, ale nie tak pięknie jak ten z pamięci. Mimo wszystko Polce tak się podobał, że nic innego już nie chciała i ptaszek został nabyty. Mi przebierał i przebierał, ale na nic nie mógł się zdecydować. W końcu też wziął ptaszka. I tak oboje świergoląc i chlapiąc się wodą - bo co chwilę trzeba było dolewać, żeby świergoliły - mieli zabawę, a my pękające czaszki.
Ptaszki były fajne, Po tak się przywiązała do swojego, że przez trzy dni nosiła praktycznie nie wypuszczając z dłoni. Trzeciego dnia ptaszek zakończył żywot, a choć Łu obiecał, że sklei, to ciągle jest w kawałkach.
Niemniej z tymi ptaszkami to mieliśmy, bo wyobraźcie sobie, że mieszaliśmy w tzw. jaskółce, nad pięterkiem. Na pięterku mieszkały sobie inne osoby, które słyszały od nas z góry dialogi typu:
- Miłek, daj mi swojego ptaszka!
- Pola, nie ruszaj! To mój ptaszek!
- Mamo! a ona rusza mojego ptaszka!
- Miłek, mogę się pobawić twoim ptaszkiem?
- Masz swojego, pobaw się swoim.
I w ten deseń. ;)
Aha, a Mimon tak się przejął książką, że w nocy nie mógł spać. I mi też przez to nie dał. A Po za to spała, ale spadła z łóżka, co w spaniu dalej wcale jej nie przeszkadzało.
A wakacyjnie, bo przypomniała mi się anegdotka z dzieciakami.
W Bieszczadach na szczęście nie było całego jarmarcznego chłamu i dzieciaki nie naciągały nas co chwilę. Jednak w ramach jakiejś nagrody powiedziałam (w łaskawości swojej), że na stoisku lokalnego wykonawcy mogą sobie coś wybrać. Mi przebierał i przebierał, utonął w książce, jakiejś antologii słowiańskich straszydeł. Strasznie chciałam mu ją kupić, bo w sumie ciekawe są te wszystkie dziwożony, konopielki, dziady leśne, dusiołki i inne takie. Mitologia słowiańska miała tego nie mniej niż celtycka czy germańska, a jednak rodzime są jakby mniej znane. Ostatecznie jednak Miłosz zrezygnował z książki.
Po spodobały się ptaszki gliniane, a że w pamięci miałam jednego ptaszka, który ślicznie świergolił gdy wlało się do niego wody, to chciałyśmy przetestować. Trochę wybrakowane były. Pierwszy nie świergolił. Następny trochę lepiej, ale nie tak pięknie jak ten z pamięci. Mimo wszystko Polce tak się podobał, że nic innego już nie chciała i ptaszek został nabyty. Mi przebierał i przebierał, ale na nic nie mógł się zdecydować. W końcu też wziął ptaszka. I tak oboje świergoląc i chlapiąc się wodą - bo co chwilę trzeba było dolewać, żeby świergoliły - mieli zabawę, a my pękające czaszki.
Ptaszki były fajne, Po tak się przywiązała do swojego, że przez trzy dni nosiła praktycznie nie wypuszczając z dłoni. Trzeciego dnia ptaszek zakończył żywot, a choć Łu obiecał, że sklei, to ciągle jest w kawałkach.
Niemniej z tymi ptaszkami to mieliśmy, bo wyobraźcie sobie, że mieszaliśmy w tzw. jaskółce, nad pięterkiem. Na pięterku mieszkały sobie inne osoby, które słyszały od nas z góry dialogi typu:
- Miłek, daj mi swojego ptaszka!
- Pola, nie ruszaj! To mój ptaszek!
- Mamo! a ona rusza mojego ptaszka!
- Miłek, mogę się pobawić twoim ptaszkiem?
- Masz swojego, pobaw się swoim.
I w ten deseń. ;)
Aha, a Mimon tak się przejął książką, że w nocy nie mógł spać. I mi też przez to nie dał. A Po za to spała, ale spadła z łóżka, co w spaniu dalej wcale jej nie przeszkadzało.
poniedziałek, 1 września 2014
Jeszcze bardziej...
...jesień.
Przyszedł 1. września. Bla bla bla. Wracając tylko do posta z 27. sierpnia, gdzie wydawało mi się, że jesień już przyszła, to tam odwołuję. Przyszła właśnie dzisiaj. Pada, leje, pada, jest ciemno, zimno i do domu daleko.
* * *
Mieliśmy małe perturbacje z transzą. No, nie wszystko zrobiliśmy, co powinniśmy, bo mieszkanie nadal niesprzedane. Patrząc na to, że wisi od miesiąca z obniżoną ceną i nikt się nie zainteresował, to w najbliższym czasie ze sprzedaży nic nie będzie. Zaś bank na zapytanie, czy transzę wypłaci najpierw odpowiedział twierdząco, później prowadzący doradca poszedł na urlop i zrobiło się małe zamieszanie, bo po inspekcji dali odpowiedź odmowną. Po ponownym pytaniu, 'ale jak to?' znowu się namyślili i jednak do przodu. Możemy kończyć łazienki, podłogi, elewację i stolarkę wewnętrzną. Na kuchnię to już niekoniecznie wystarczy. Postawimy dwa stołki i płytę elektryczną - na początek będzie git.
Bank zwrócił też uwagę na drobiazg, że brakuje nam tablicy informacyjnej. No, brakuje. Wykonawca zabrał barak, do którego sam przyczepił tablicę. I mimo próśb i gróźb, że będzie pokrywał koszty mandatu, nie oddaje. Z tego powodu wybrałam się dziś w drodze powrotnej do domu na Bielany. Odwiedziliśmy najpierw Lerła Merlę - nie ma! OBI - zostało tylko puste miejsce. Casto - jest! Zmarnowałyśmy jakieś 1,5 godziny życia, ale tablicę nabyłyśmy. Kurde, nieprzepisową, bo powinna mieć 90x70 cm, a ma jakieś 70x50 cm. Literki też niekoniecznie na 4 cm napisałam. Trudno. Tablica sztuk raz jutro pojawi się w oknie, zaś koszt odliczę wykonawcy.
* * *
Poza tablicą budowlaną nabyłam dzisiaj małpkę (? 0,2 litra) spirytusu i zalałam maliny z borówką amerykańską i cukrem na nalewkę. Ciekawe jak wyjdzie. I poszukuję obecnie pigwy. Ale takiej prawdziwej, nie pigwowca. Tylko gdzie ja ją wsadzę?
Przyszedł 1. września. Bla bla bla. Wracając tylko do posta z 27. sierpnia, gdzie wydawało mi się, że jesień już przyszła, to tam odwołuję. Przyszła właśnie dzisiaj. Pada, leje, pada, jest ciemno, zimno i do domu daleko.
* * *
Mieliśmy małe perturbacje z transzą. No, nie wszystko zrobiliśmy, co powinniśmy, bo mieszkanie nadal niesprzedane. Patrząc na to, że wisi od miesiąca z obniżoną ceną i nikt się nie zainteresował, to w najbliższym czasie ze sprzedaży nic nie będzie. Zaś bank na zapytanie, czy transzę wypłaci najpierw odpowiedział twierdząco, później prowadzący doradca poszedł na urlop i zrobiło się małe zamieszanie, bo po inspekcji dali odpowiedź odmowną. Po ponownym pytaniu, 'ale jak to?' znowu się namyślili i jednak do przodu. Możemy kończyć łazienki, podłogi, elewację i stolarkę wewnętrzną. Na kuchnię to już niekoniecznie wystarczy. Postawimy dwa stołki i płytę elektryczną - na początek będzie git.
Bank zwrócił też uwagę na drobiazg, że brakuje nam tablicy informacyjnej. No, brakuje. Wykonawca zabrał barak, do którego sam przyczepił tablicę. I mimo próśb i gróźb, że będzie pokrywał koszty mandatu, nie oddaje. Z tego powodu wybrałam się dziś w drodze powrotnej do domu na Bielany. Odwiedziliśmy najpierw Lerła Merlę - nie ma! OBI - zostało tylko puste miejsce. Casto - jest! Zmarnowałyśmy jakieś 1,5 godziny życia, ale tablicę nabyłyśmy. Kurde, nieprzepisową, bo powinna mieć 90x70 cm, a ma jakieś 70x50 cm. Literki też niekoniecznie na 4 cm napisałam. Trudno. Tablica sztuk raz jutro pojawi się w oknie, zaś koszt odliczę wykonawcy.
* * *
Poza tablicą budowlaną nabyłam dzisiaj małpkę (? 0,2 litra) spirytusu i zalałam maliny z borówką amerykańską i cukrem na nalewkę. Ciekawe jak wyjdzie. I poszukuję obecnie pigwy. Ale takiej prawdziwej, nie pigwowca. Tylko gdzie ja ją wsadzę?
piątek, 29 sierpnia 2014
Dyskusja...
...w samochodzie.
Po ostatnio kilkukrotnie już przeżywała wielkość rekina wielorybiego. Dodatkowo, niedawno zaczęła mówić pięknie 'r', co czasem kończy się dziwnymi zestawieniami w stylu 'are kororowe kredki'. Więc:
Po: [coś tam, coś tam] rekin wierorybi!
Jo: Rekin wielorybi...
Po: Rekin wierorybi!
Jo: Pola, rekin WIELORYBI!
Po: Mama, nie powtarzaj się! Rekin wierorybi!
I druga, parę minut później i już po wyjściu z samochodu:
Po: A ja chcę mieć drugie imię!
Jo: OK, Pola, to jak chciałabyś mieć na imię? To będziemy do Ciebie tak mówić.
Po: Śledź!
Zatkało mnie, ale nic.
Jo: Dobrze, mój Śledziku, idziemy...
Po: [obraziła się].
Po ostatnio kilkukrotnie już przeżywała wielkość rekina wielorybiego. Dodatkowo, niedawno zaczęła mówić pięknie 'r', co czasem kończy się dziwnymi zestawieniami w stylu 'are kororowe kredki'. Więc:
Po: [coś tam, coś tam] rekin wierorybi!
Jo: Rekin wielorybi...
Po: Rekin wierorybi!
Jo: Pola, rekin WIELORYBI!
Po: Mama, nie powtarzaj się! Rekin wierorybi!
I druga, parę minut później i już po wyjściu z samochodu:
Po: A ja chcę mieć drugie imię!
Jo: OK, Pola, to jak chciałabyś mieć na imię? To będziemy do Ciebie tak mówić.
Po: Śledź!
Zatkało mnie, ale nic.
Jo: Dobrze, mój Śledziku, idziemy...
Po: [obraziła się].
czwartek, 28 sierpnia 2014
Czas na przeprosiny...
...z Ikeą?
Jak napisałam parę postów wcześniej idea ikeowych mebli kuchennych upadła. Zmienili meble, szafki przestały się nam mieścić w przygotowane miejsca. No i w sumie nie ma frontów, które by się nam podobały. Fajne byłyby HYTTAN, ale te karbowania plus frez dookoła - masakra. Łu podobają się białe, ale jasnoszara podłoga plus białe ściany i białe meble, to już chyba przesada. Tym bardziej, że białe meble teraz wszyscy robią i mam wrażenie, że to będzie taki 'znak czasu', że nie wspomnę o problemach w utrzymaniu ich nieskazitelnej bieli. Rok czy dwa i wszyscy będą od tego uciekać. Ale może się nie znam.
Jako, że jednak jakieś decyzje trzeba podjąć i kuchnię rozpracować, to ruszyliśmy się wczoraj do sklepów na Bielanach. Kilka jest w jednym rządku, to liczyliśmy, że czasowo wyjdzie to korzystnie. Sklepy raczej z tych droższych, ale miały być punktem odniesienia. Odwiedziliśmy trzy. Oferta dość zbliżona. Ceny pewnie też. Obsługa zresztą też stosowała podobne 'chłyty'.
Do rozmów, jak myślę, byliśmy już dość dobrze przygotowani. W zasadzie wszyscy mniej bądź bardziej chwalili nasz plan (nic rewelacyjnego, poukładane po prostu wszytko wg zasad ergonomii; choć być może niewiele więcej dałoby się z niego wycisnąć?). Po wstępnych uprzejmościach i przedstawieniu projektu i naszych 'wizji' nieodmiennie musiało paść pytanie o nasz budżet. Do tego też byliśmy przygotowani. Po wymienieniu kwoty nieodmiennie wszystkim mina się wyciągała, po dodaniu, że to ze sprzętem, widziałam moment paniki w oczach. Nikt się jednak nie wycofał, każdy obiecywał, że coś się da zrobić. Nawet jeden się wygadał, że do 25% rabatu może dać. Jedna wycena, jaką dostaliśmy 'od ręki' opiewała na zakładaną kwotę całkowitą. Jednak obejmowała same meble. Na resztę ofert czekamy. Efekt jednak tych spacerów i oglądania jest taki, że przypomniałam sobie rozwiązanie, które mamy zastosowane w mieszkaniu. Zamiast szafki narożnej daliśmy zwykłą szafkę, zaś drzwiczki zrobiliśmy przesuwne. Stwierdziłam, że też dam Szafkę 80cm, w której jedne drzwiczki będą otwierane. Rankiem siadłam, opracowałam na nowo kuchnię w systemie Ikei. Cena znośna, sporo niższa niż zakładana. Do dogadania kilka szczegółów, m.in. czy szafki zmieszczą się pod okno, bo na wysokość również urosły. Pojechaliśmy pogadać z doradcą. Pod okno się zmieszczą, ba - ta szafka narożna, która rozwaliła nam cały plan, również się zmieści! Trzeba będzie tylko przyciąć jeden element. Jeszcze parę pierdółek ustaliliśmy i git. Tylko jeden szkopuł, że nie ma frontów, które by się nam podobały. :( A mogę się założyć, że jeśli kupimy tam meble, to w ciągu trzech miesięcy pojawią się jakieś fajne fronty. Buuu...
Jak napisałam parę postów wcześniej idea ikeowych mebli kuchennych upadła. Zmienili meble, szafki przestały się nam mieścić w przygotowane miejsca. No i w sumie nie ma frontów, które by się nam podobały. Fajne byłyby HYTTAN, ale te karbowania plus frez dookoła - masakra. Łu podobają się białe, ale jasnoszara podłoga plus białe ściany i białe meble, to już chyba przesada. Tym bardziej, że białe meble teraz wszyscy robią i mam wrażenie, że to będzie taki 'znak czasu', że nie wspomnę o problemach w utrzymaniu ich nieskazitelnej bieli. Rok czy dwa i wszyscy będą od tego uciekać. Ale może się nie znam.
Jako, że jednak jakieś decyzje trzeba podjąć i kuchnię rozpracować, to ruszyliśmy się wczoraj do sklepów na Bielanach. Kilka jest w jednym rządku, to liczyliśmy, że czasowo wyjdzie to korzystnie. Sklepy raczej z tych droższych, ale miały być punktem odniesienia. Odwiedziliśmy trzy. Oferta dość zbliżona. Ceny pewnie też. Obsługa zresztą też stosowała podobne 'chłyty'.
Do rozmów, jak myślę, byliśmy już dość dobrze przygotowani. W zasadzie wszyscy mniej bądź bardziej chwalili nasz plan (nic rewelacyjnego, poukładane po prostu wszytko wg zasad ergonomii; choć być może niewiele więcej dałoby się z niego wycisnąć?). Po wstępnych uprzejmościach i przedstawieniu projektu i naszych 'wizji' nieodmiennie musiało paść pytanie o nasz budżet. Do tego też byliśmy przygotowani. Po wymienieniu kwoty nieodmiennie wszystkim mina się wyciągała, po dodaniu, że to ze sprzętem, widziałam moment paniki w oczach. Nikt się jednak nie wycofał, każdy obiecywał, że coś się da zrobić. Nawet jeden się wygadał, że do 25% rabatu może dać. Jedna wycena, jaką dostaliśmy 'od ręki' opiewała na zakładaną kwotę całkowitą. Jednak obejmowała same meble. Na resztę ofert czekamy. Efekt jednak tych spacerów i oglądania jest taki, że przypomniałam sobie rozwiązanie, które mamy zastosowane w mieszkaniu. Zamiast szafki narożnej daliśmy zwykłą szafkę, zaś drzwiczki zrobiliśmy przesuwne. Stwierdziłam, że też dam Szafkę 80cm, w której jedne drzwiczki będą otwierane. Rankiem siadłam, opracowałam na nowo kuchnię w systemie Ikei. Cena znośna, sporo niższa niż zakładana. Do dogadania kilka szczegółów, m.in. czy szafki zmieszczą się pod okno, bo na wysokość również urosły. Pojechaliśmy pogadać z doradcą. Pod okno się zmieszczą, ba - ta szafka narożna, która rozwaliła nam cały plan, również się zmieści! Trzeba będzie tylko przyciąć jeden element. Jeszcze parę pierdółek ustaliliśmy i git. Tylko jeden szkopuł, że nie ma frontów, które by się nam podobały. :( A mogę się założyć, że jeśli kupimy tam meble, to w ciągu trzech miesięcy pojawią się jakieś fajne fronty. Buuu...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Etykiety
życie rodzinne
(124)
ogród
(121)
budowa
(102)
przetwory
(31)
marudzenie
(28)
plany
(28)
jojczenie
(27)
dywagacje
(21)
sso
(20)
filozofowanie
(17)
rośliny
(17)
dach
(16)
obserwacje
(15)
przyroda
(15)
zwierzęta
(15)
działka
(14)
mieszkanie
(14)
przyłącza
(14)
wnętrza
(14)
aranżacje
(13)
finanse
(13)
ogólne
(13)
życie na wsi
(13)
problemy
(11)
stan 0
(11)
woda
(11)
covid19
(10)
droga
(10)
nalewki
(10)
przepisy
(9)
sąsiedzi
(9)
kalkulacje
(8)
marzenia
(8)
okna
(8)
ptaki
(8)
wspomnienia
(8)
z netu
(8)
święta
(8)
ciocia dobra rada
(7)
prąd
(7)
bździuny
(6)
ogrzewanie
(6)
sądziad
(6)
absurdy
(5)
instalacje
(5)
kot
(5)
książki
(5)
radości
(5)
wiosna
(5)
zasłony
(5)
zdjęcia
(5)
zima
(5)
co ja robię tu?
(4)
elewacja
(4)
historycznie
(4)
kanalizacja
(4)
nie wiem co powiedzieć
(4)
politycznie tfu
(4)
sprawy wsi
(4)
wygrzebane z lamusa
(4)
łazienki
(4)
drzwi
(3)
fontanna
(3)
gaz
(3)
genealogia
(3)
inspiracje
(3)
kuchnia
(3)
odkrycia
(3)
pory roku
(3)
schody
(3)
wino
(3)
wyczytane
(3)
cuda natury
(2)
dokumenty
(2)
dom
(2)
energooszczędność
(2)
kompost
(2)
ku pamięci
(2)
ogrodzenie
(2)
pet challenge
(2)
piękne słowa
(2)
podłoga
(2)
przeprowadzka
(2)
ssz
(2)
wymiękam
(2)
zioła
(2)
a
(1)
bruki
(1)
dialogi
(1)
domek na drzewie
(1)
działania
(1)
kosopleciny
(1)
krupnik
(1)
muzyka
(1)
okolica
(1)
pogoda
(1)
poidełko
(1)
pytania bez odpowiedzi
(1)
reklama
(1)
strachy na lachy
(1)
szkoła
(1)
słowiańszczyzna
(1)
taras
(1)
tydzień Ziemi
(1)
wynajem
(1)
wypieki
(1)
z dialogów
(1)
zbiory
(1)
śmieci
(1)





