czwartek, 10 lipca 2014

Pracowity tydzień...

...powoli nam ucieka, ale prac wykonanych przybywa.
Przygotowaliśmy 'górkę' w garażu na montaż rigipsów. Na dole przygotowujemy miejsce pod montaż pompy ciepła. Zagruntowane są ściany, sufit i podłoga; dzisiaj będziemy akrylować połączenie ścian i podłogi, a jutro chcielibyśmy pomalować ten fragment betondurem. Taką jakąś powłoką na beton, która ma zastąpić posadzkę. Nie wiem jak się to sprawdzi, ale opinie są raczej pozytywne, a oszczędność czasu i pieniędzy - w porównaniu z kładzeniem płytek - znaczna. Szkoda tylko, że nie możemy zrobić za jednym zamachem całego garażu. Rozbijamy się o problem, że tu i tam jeszcze coś niewykończone, no i nie ma gdzie zwalić tej masy rzeczy, które obecnie przechowujemy w garażu.

Jako że środek domu jest mniej więcej opanowany i czeka na jakieś konkretniejsze prace (schody, łazienki, podłogi), to zabraliśmy się za ogarnianie okolicy i rozmontowanie gór piachu i ziemi, które w ilości pięciu zawalają teren w koło chałupy, szczególnie dostęp od frontu. Czyli zabraliśmy się za przygotowanie opaski drenażowej i wyrównanie terenu ziemią. Całkiem fajnie nam wczoraj szło. Najpierw kupiliśmy sobie taczkę. I tu mała dygresja, bo w pierwszym momencie pojechaliśmy do Castoramy, gdzie do wyboru były dwie, w cenach ok. 150 i 200 zł. Ale jakość wykonania obu była tra-gicz-na. Stwierdziliśmy, że szkoda pieniędzy. To gdzie kupić? Może w sklepie ogrodniczym? Pojechaliśmy do tego, w którym kupowałam pomidorki. Nie mają, ale obok jest sklep 'Gwoździk', to może tam. Tam też akurat 'wyszły', ale w piątek będą; a w zasadzie, to może jeszcze dzisiaj?; to może zostawmy nr telefonu. Zostawiliśmy, wróciliśmy do chałupki i już był telefon, że można przyjeżdżać. Taczka sztuk raz, ale wyraźnie solidniejsza.
Gdy Łu jeździł po taczkę, to ja sobie zmontowałam ustrojstwo do podlewania działki. Od kilku dni miało padać. Zapowiadali, że będą takie burze, że hej. A tu nic. Tylko było widać, jak burze przechodziły z prawa bądź lewa, a u nas sucho. A że umówiliśmy się z gościem od glebogryzarki, że przyjedzie, to trzeba było przygotować ziemię, czyli ją trochę nawilżyć. No to zaczęłam lać hektolitry wody w grunt. I co? I zaczęło się chmurzyć. Oczywiście wiedziałam, że jeśli nie będę podlewać tej mojej działki, to burza sobie pójdzie, więc lałam dalej. No i wieczorem jak się rozpadało, to zgoniło nas z placu roboty. A deszcze zrobiły się jakieś takie trzydniowe, bo w nocy solidnie też padało i teraz rano (6:25) też. Ciekawe kiedy przestanie. Bo zanim wpuścimy glebogryzarkę, to musimy jeszcze co najmniej przewalić tę kupę ziemi, którą wywaliłam z wgłębnika. A w tej chwili to już pewnie kupa błota. Oj, nie dane nam w tym roku zrobienie tej działki. No i z trzech kup od frontu wczoraj dwie miały zniknąć zupełnie, a są tylko nadgryzione. No i jeszcze jedna rzecz podnosiła mi ciśnienie. Walające się wszędzie w koło pozostałości pianki. Zgadnijcie jakiej! Wrr...

Milenko, pytałaś się o piankę. Sama technologia nie jest zła. Całe poddasze otulone jest, raczej bez przewiewów, warstwą ocieplenia o podobno świetnych właściwościach izolacyjnych. Problemy są takie, że pianka jest rozpylana, czyli ląduje na wszystkim, co się znajduje w okolicy. Najlepiej, gdyby wszystko było osłonięte. W sumie nie powinno to być dużym problemem, bo podłogę można przykryć folią, a przy ścianach przygotować takie konstrukcje z folią na badylu, którą można oprzeć o ścianę, lub jedna osoba może trzymać, a druga w tym czasie pryskać. My wszystko przygotowaliśmy, tylko gościom nie chciało się użyć i wmawiali nam, że bez problemu zejdzie. Nie tak do końca, bo przyklejona część zostawała i np. na ścianach okazało się, że nie każda farba kryje ciapki. No i wygodniej przez moment poosłaniać, niż później latać ze szpachelką i wszystko zdzierać. Szczególnie do gładkich powierzchni dobrze i trwale pianka się przyczepia. Na strychu mieliśmy zeskładowane resztki rynien i obróbek blacharskich. Teraz nie nadają się ani do wykorzystania na dachu, ani do oddania. Ponieważ wypełnienie pianką robiliśmy nie tylko między krokwiami ale również 10 cm ponad nimi, to wcześniej zrobiliśmy stelaż pod rigipsy. Nie był to dobry pomysł, bo pianka ze stelaży nie chciała schodzić wcale i nie można było przykleić folii paroszczelnej do stelaża. Można to było zrobić tak, że tylko zamocować wieszaki pod konstrukcję. Ten wykonawca, który u nas robił, jest gdzieś chyba z opolskiego. Nie pamiętam (i nie chcę ;) ) nazwy, ale jakby coś, to poszukam.
Jak widzę, to rynek pianek się rozszerza i niedługo pewnie technologia bardzo potanieje, bo wydaje mi się, że jest zdecydowanie przeszacowana.
Aha, i jak stwierdził jeden z pracowników, to ponieważ do nas trafił materiał prosto od producenta, 'to przynajmniej mamy pewność, że pianka nie jest rozcieńczona'. Czyli oszustwa na jakości też się zdarzają.

1 komentarz:

  1. Straszne przeboje mieliście z tym ociepleniem. To co zrobiliście ze stelażem, ściągaliście go czy czyściliście go?
    Milena

    OdpowiedzUsuń