wtorek, 28 października 2014

Pierwszy papierek...

...do odbioru budynku przygotowany. Czytaj: kominiarz wystawił dokument odbioru wentylacji. Ale tylko wentylacji. Trochę dziwnie to wyglądało, bo popatrzył tylko na komin, resztę - czyli moje wywody na temat wentylacji mechanicznej - jakby słuchał jednym uchem. Pomieszczenia z piecem, czyli pompą ciepła, nawet nie chciał oglądać. Za 10 minut pracy zgarnął 250 zł i poleciał robić odbiory na pobliskim osiedlu. Teraz tylko trochę mnie męczy, czy ktoś nie będzie żądał jeszcze odbioru komina jako przewodu dymowego czy spalinowego. Komin w końcu jest. Nie będzie używany w najbliższym czasie, ale może ktoś będzie drążył?
Zadzwonił też do mnie geodeta dopytać się jakie instalacje będzie miał jeszcze zinwentaryzować. Faktycznie, elektryk nic nie inwentaryzował. Podobnie z instalacją sanitarną. Woda już jest na mapach, więc chyba to nam darują. Sam budynek ma prostą bryłę, bo to dwa przyległe prostokąty, bez żadnych wcięć czy ryzalitów. Czyli tu powinno być w miarę rozsądnie.
Rozmawiałam też z kierownikiem budowy, czy nie będzie problemów ze zgłoszeniem budynku do użytkowania, ze względu na brak schodów. Powiedział, że nie. Czyli jakby wszystkie przeszkody odsuwały się na bok.
Jeszcze tylko kwestia dojazdu (czyli fragmentu drogi, którego nie ma i jest błoto) oraz podjazdu do garażu - czy przypadkiem nie będzie musiał być przed pomiarem geodezyjnym. Coś tam załatwiam w tym temacie, ale ciągle się nie dowiedziałam jaki może być koszt takiego przedsięwzięcia, czyli pod znakiem zapytania jest w ogóle wykonanie podjazdu. Ech, gdyby udało się sprzedać wreszcie to mieszkanie, to ogarnęlibyśmy wszystko i mieli spokojne głowy. Wprowadzać, na upartego, można się choćby dzisiaj. Na szczęście nie musimy się tak upierać. Może by coś zaczarować z tym mieszkaniem? Żeby się już wreszcie sprzedało. Chyba znowu zapłacę haracz za wystawienie na portalach. Trzymajcie kciuki. Mocno... mocno.

Jeszcze...
Idąc za ciosem wystawiłam mieszkanie. Mam przeczucie, że coś z tego będzie. Choć, niestety, moje przeczucia zazwyczaj zawodzą. Ale ciiii...
Nie napisałam też, że Łu odebrał już płytę (indukcyjną, do kuchni), a ja właśnie smsa, że bateria już jedzie. Aha, i maila, że mogę się zgłaszać po resztę rzeczy do kuchni, bo już wszytko zgromadzili (a pisali o 28 dniach roboczych). Dużo tego, ale chałupa, to nie tylko cztery ściany i jakoś z życiem rodzinnym czterech osób trzeba ruszyć.
Ciągle nie wiemy przy czym i na czym będziemy siedzieć. Na cieplutkiej podłodze też będzie przyjemnie, tylko jakąś miękką poduchę pod cztery litery trzeba by podłożyć.
I teraz znowu będę miała dylematy, czy święta u nas? Już niby wszystko jest, ale nie do końca. Z babciami siedzenie na podłodze nie przejdzie. Spinać się, czy się nie spinać? Bardzo nie chcę się spinać. Bardzo chciałabym, żeby było już spokojnie i bez większych perturbacji.

Tak na koniec tylko mi przyszło do głowy po napisaniu tego posta, że Nadzieja moją Matką. Wiesz Matulu. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz