sobota, 22 listopada 2014

Nie wiem kto ma więcej szczęścia...

...my czy wykonawca, ale fakt faktem, że znowu zima odwołana. A przynajmniej przymrozki przeniosły się dopiero na piątek. I dzisiaj... tadam... wykonawca obtrąbił skończenie elewacji. Mały drobiazg, że jedna ze ścianek (na głównym budynku, na styku z garażem) jest szara, a druga w połowie szara a w połowie biała. Cudnie jest, robota skończona. Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdyby coś jeszcze nie było do zrobienia, mianowicie listwy trzymające folię kubełkową. Ale to taki drobiazg, że nie będziemy zaprzątać sobie nim głowy. Dodatkowo wykonawca wybetonował najazd do garażu. Oczywiście znowu nie byłby sobą, gdyby nie zabrakło dwóch worków cementu. Łukasz pomknął do Castoramy uratować sytuację.

Z dzieciakami wzięliśmy szpadel i chcieliśmy kopać tego batata, o którym pisałam w poprzednim poście. A tu mały zonk, bo żadnej bulwy nie było. A wilec to na pewno, bo nawet kwiaty ma identyczne, jak na tym obrazku [zdjęcie ukradzione z forum ogrodniczego.]
No i o co chodzi? A już mi się roiły pieczone w ognisku bataty. W każdym razie roślinę wykopałam, usunęłam wszystkie przemarźnięte pędy, powsadzałam do trzech doniczek. I tu mały problem, bo rośliny docelowo mają zimować w pomieszczeniu nad garażem, a pomieszczenie dopiero 'się robi'. Wetknęłam doniczki pod schody w garażu, żeby za bardzo nie przeszkadzały. Pewnie powinnam je podlewać co jakiś czas, ale znając mój czas, to obawiam się, że do wiosny mogą nie przetrwać. Ale może...
Zagłębiłam też w ziemi doniczki z szczepkami na żywopłot. Trochę się obawiałam, czy stojąc w doniczkach nie poprzemarzają za bardzo. Cieszę się ogromnie, bo wygląda na to, że przyjęły się zarówno ogniki (w dużej ilości) jak i co najmniej 2 ostrokrzewy, i te takie krzewy o liściach podobnych do laura (znowu nie pamiętam nazwy). I nawet jedna trzmielina malutka rośnie w doniczce. Lubię takie roślinki, co je 'od małego' mam. Czasem sama się dziwię, że ze mną wytrzymują, bo traktuję je często po macoszemu, znaczy się przypominam sobie o nich, gdy już wołają rozpaczliwie. Ale jakoś dają radę. Pewnie, gdybym o nie bardziej dbała, nawoziła jak trzeba, przesadzała na czas (a nie gdy już z doniczki wychodzą), byłyby piękniejsze i zdrowsze. Ciągle jednak jakoś dają radę. Kwiatki w doniczkach, które przeniosłam już tydzień czy dwa temu do chałupy, jakieś takie bardziej zadowolone i puszczają nowe listki.

Łu dzisiaj poprzykręcał wszystkie klamki. I znowu kroczek bardziej domowo. Ja z kolei pomalowałam przedsionek (miałam nadzieję ostatni raz) farbą, z takim dodatkiem strukturalnym, który miał ukryć niedoskonałości gładziowania. I kicha. Ani wady nie są ukryte, ani struktura nie powala urodą. Wygląda ble... Miał być taki zwykły baranek, ale jakoś tak strasznie nierówno to powychodziło, choć się starałam. Dodatkowo jeszcze zabrakło na część ściany (na szczęście tam będzie szafa). I teraz nie wiemy co robić: dokupić jeszcze struktury i starać się wyrównać rzucik, czy zdzierać wszystko i wrócić do gładziowania? Miał być koniec roboty, a jest jej jeszcze więcej. Jutro pomyślimy.
Udało się za to udomowić jeszcze Poli łóżeczko. Łóżeczko ma na wezgłowiu psa i kota. Jakoś go w ofercie Ikei nie widzę, to nie pokażę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz