sobota, 8 listopada 2014

O wszystkim...

...i o niczym. Z pigwą na koniec.

Mam jakąś blokadę na pisanie. Coś się dzieje, mam jakąś zajawkę, żeby coś mądrego napisać, a potem nic nie pamiętam. 'Coś mądrego' w znaczeniu takiego łapania chwil. Tych momentów, kiedy coś się 'zauważa' i to wydaje się takie... brakuje mi słów... fajne? ważne? podniosłe? W takim małym wymiarze, który zaraz gdzieś ucieka, ale zostaje jakiś okruch w sercu. Boszzz, jak ja nie cierpię takich określeń! ;)

Tydzień kolejny minął. Kuchnia stoi - nie pokażę. A raczej pokażę, ale pod kontrolą. Kto nie ma linka, to poproszę o informację. Ostatnio kilkukrotnie zmienialiśmy zarządzanie zdjęciami, więc stare linki nie działają. Choć, jeśli chodzi o kuchnię, to ostatecznych zdjęć jeszcze nie ma. Może dzisiaj wieczorem wrzucę.
W każdym razie miło, że można sobie herbatę zrobić, usiąść i popatrzeć w okno. Oczywiście zaraz widać, ile jeszcze rzeczy trzeba zrobić i znowu człowieka ogarnia myśl, że tyle już zrobione, a ciągle ta droga daleka. Dziwne to też uczucie, że się siedzi w takiej - jeszcze obcej - kuchni. Ale z tą świadomością, że nie ma nikogo, dla kogo byłaby ona mniej obca. I w najbliższym czasie czeka nas wzajemne oswajanie się. Jak ze zwierzątkiem?
W ramach oswajania zapakowałam już troszkę gratów, jakieś herbaty, sztućce, garnek, i umieściłam w szafkach i szufladach. Dzisiaj prawdopodobnie ugotuję (no, może bardziej odgrzeję) obiadek, czyli na posiłek nie trzeba będzie wracać do mieszkania. Może i na śniadanie tam pojedziemy? Czekam aż Łu wstanie i powie coś na ten pomysł.
Choć w pierwszej kolejności planujemy pojechać na zakupy. Trzeba kupić parę rzeczy do domalowania, czy wykończenia niektórych miejsc. No i chciałabym też kupić wszystkim kapcie, bo albo chodzimy w butach - co zawsze się kończy naniesieniem błota, albo na bosaka - co zaskutkowało dziurami w rajstopkach Po i skarpetach Mi. Znaczy się dzieciaki szaleją, bo miejsca do biegania mają dosyć. W małym pokoju na dole znalazły się wszystkie opakowania tekturowe po meblach i w tej chwili - po szaleństwach - trudno tam wejść. Może więc jednak dla dzieciaków nie jest to taki straszny okres? Mimo naszych ciągłych zakazów, poganiań i połajanek. Ciekawe, jakie będą mieli wspomnienia za kilka lat. Ja w sumie nie mogę narzekać. Nie skończyło się (na razie) jakąś katastrofą. Chałupa stoi, w całkiem (jak myślę) dobrym standardzie zbudowana. Gdy pomyślę sobie, że mogliśmy kupić dom od dewelopera, to wiem, że bym nie chciała. Że to, że ten znam niemalże od podszewki, dużo daje dla takiego poczucia osadzenia w odpowiednim miejscu, oswojenia. Porównując do kuchni: gdybyśmy sami choćby poskładali meble, to pewnie bardziej bym się czuła 'oswojona'.
A dzieciaki znalazły sobie jeszcze jedno zajęcie, mianowicie nocną eksplorację działki. O dziwo Po nie ma żadnego stracha i biega za Miłoszem. Miłosz ostatnio ma fazę bycia w innym świecie. Świecie walki, podchodów, śledzenia. Po ciemku szukał dzikich zwierząt i - podobno - udało mu się zobaczyć kunę, czy coś takiego.
Jeszcze o zwierzątkach: ostatnio, gdy wychodziłam z Po z przedszkola, to na trawniku przed buszował jeż. Pola była zachwycona. Bardzo mnie korciło, żeby go zgarnąć i przywieźć do nas. Tym bardziej, że był stosunkowo niewielki, czyli może zimy nie przetrwać, a obok przechodzi też ruchliwa droga. Ponieważ jednak gdzieś jeszcze jechałyśmy, to jeż został. Mam nadzieję, że powodzi mu się dobrze, choć teraz codziennie, gdy idę po Polę, to wypatruję, czy gdzieś tam się nie kręci. Miło byłoby mieć takiego gościa w ogródku.
W chałupie to nie wszystko. Od poniedziałku trwa tynkowanie. Niestety, prace nie posuwają się jakoś dynamicznie. Muszę jeszcze zobaczyć, co wczoraj zrobili, ale do czwartku to otynkowana była połowa jednej ściany szczytowej. Patrząc na to, że i nie wszystko jest pogruntowane, to robota idzie jak krew z nosa. Na szczęście na razie temperatura ma nie spadać poniżej 5 st.C, ale za to pada i jest mokro. Co chyba też nie jest za korzystne. Mam nadzieję, że do końca przyszłego tygodnia jednak skończą, choć nie zdziwiłabym się, gdyby nie. A obiecywali tydzień. Ech...

Jeśli zaś chodzi o pigwę, to w ramach udomawiania się zrobiłam dzisiaj takie coś, właściwie nie wiem co to jest. Ma być do herbaty. Trzeba było pigwę pokroić, przesypać cukrem, zostawić na parę dni potrząsając od czasu do czasu, po czym zawekować. Ja zmieniłam przepis o tyle, że dodałam limonkę i cytrynę. Zastanawiam się jeszcze, czy ostatecznie nie zalać miodem, ale wtedy musiałoby stać bez wekowania. Może wypróbuję część i w taki sposób.
Z pigwą doświadczenia nie mam żadnego. Podobno po wojnie było ich dużo w poniemieckich ogrodach, ale Polacy jej nie znali i nie wiedzieli co zrobić z tą twardą i niesmaczną 'gruszką'. Mama Łu opowiadała, że większość drzewek wycięli. Ja planowałam posadzić w ogródku, ale przestraszyłam się, że to podobno duże drzewo rośnie. Trochę mam za mało miejsca na duży sad, a tym bardziej duże drzewa. Te co posadziłam będę chciała utrzymać w ryzach. Może jednak kiedyś posadzę pigwowca, bo owoce tych krzewów, z którymi miałam do czynienia, pachniały dużo bardziej niż te pigwy, co je dzisiaj przygotowywałam. Czemu?

2 komentarze:

  1. Z pigwą też nie mam doświadczenia, więc nie odpowiem :)
    Ale co do jeża, to wiem, że Ekostraż z Wrocławie je ratuje. Tzn te małe, które mają mniej niż zdaje się 2 kg, bo mają za mało tkanki tłuszczowej, żeby przetrwać zimę. Gdybyś znowu spotkała jeża, możesz sprawdzić w jakim jest stanie.
    Chętnie zobaczyłabym kuchnie :)
    Pozdrawiam
    Milena

    OdpowiedzUsuń
  2. Ekostraż, żeby uratować, to musi pewnie znaleźć takiego jeża. Mam znajomą starszą panią, która w swoim ogródku zrobiła budkę dla kolczaków. Dogląda ich tam co najmniej kilka.
    Zresztą sama też kiedyś miałam w zimie jeża. Pamiętasz Skorka Titinka? (Titinek miał na imię dlatego, bo jak się do niego mówiło tititi, to podnosił głowę do góry.)
    A adres do zdjęć, podesłałam na maila, którego mi kiedyś podałaś.

    OdpowiedzUsuń