niedziela, 2 listopada 2014

Piękny dzień...

...mamy dzisiaj. 2. dzień listopada. I zapowiedzi na przyszły tydzień są optymistyczne, czyli że będzie ciepło. Pogoda w sam raz na kładzenie tynków!
Na elewacji nie będzie nic wymyślnego. Na razie narysowałam coś takiego:
Kolory pewnie w rzeczywistości okażą się zupełnie inne. W każdym razie biały i jasnoszary. No i brązowa stolarka. Zupełnie nie wiem czy będziemy zadowoleni z ostatecznego efektu czy nie. Aby nie przedobrzyć staraliśmy się, żeby było jak najprościej. Uda się?
Pierwotnie był plan, żeby drzwi i/lub bramę garażową zrobić szare. Albo bramę garażową zrobić białą - jak elewację. Ale po namyśle stwierdziliśmy, że ani z białym, ani z szarym nie trafimy w kolor. Dlatego stolarka drzwiowa jest jak okienna, czyli winchester. Trochę inny kolor ma podbitka, bo nie było możliwości dobrania bejcy. I w taki sposób na elewacji znalazły się 4 (a z antracytem dachu to 5), a nie (zgodnie z jakąś tam zasadą projektowania) 3 kolory. Mam nadzieję jednak, że nie jest przeładowana. Że troszeczkę będzie odwoływało się do tradycyjnej, lokalnej architektury: ciemniejszymi (w oryginale drewnianymi) szczytami ścian szczytowych; a trochę do aktualnych trendów i prostych kolorów.

Łu skończył projekt schodów i pod koniec tygodnia konstrukcja ma być gotowa. Gorzej ze stopnicami. Jak się pozbieramy (czytaj: sprzedamy mieszkanie) to je zamówimy.

A ze sprzedaży mieszkania na razie nici. Dostałam dwa szablonowe maile z jakimiś dziwnie podobnymi danymi. Raczej jakiś robot zbierający dane je wysłał. Zdawkowo odpowiedziałam, oczywiście bez odzewu. Doczekałam się też spamu telefonicznego (a raczej SMSowego). I wszystko. Może wrzesień przespałam?

We wtorek montaż kuchni (pisałam?), więc Łu dzisiaj robi zabudowę nad częścią mebli. Garaż przez to czeka na swój czas. Ja mam zaplanowane 2-3 dni malowania w przyszły, długi weekend. I to już będzie praktycznie TEN CZAS. Ten czas, czyli czas na przeprowadzkę na stałe. I teraz zaczynają pojawiać się zupełnie inna gama uczuć, niż w trakcie budowy. Nawet nie wiem jak to opisać. W trakcie budowy było dużo takiego napięcia związanego z oczekiwaniem. Gdy się już to coś, na co się oczekiwało, pojawiło, to mówiło się 'fajnie' i trzeba było zaraz przestawiać na planowanie/oczekiwanie czegoś następnego. Nie było czasu na 'cieszenie' się. I patrząc na to od strony praktycznej, to fajnie, że jest kuchnia, ale przecież nie można sobie w niej nawet zrobić herbaty. Gdy będzie można zrobić herbatę, to nie będzie na czym usiąść. Gdy będzie na czym usiąść, to ciągle jeszcze coś nie będzie skończone, co będzie 'uwierało'. Nie znaczy to, że nie będzie cieszyło, ale mam teraz wrażenie, że mimo wszystko nie będzie czasu na to, żeby siąść i się pocieszyć. A może to w ogóle takie materialistyczne? Siąść i się cieszyć z tych murów, nowych sprzętów? W sumie chyba raczej chodziło o to, żebyśmy mieli gdzie wspólnie posiedzieć. Razem. A ja do tej pory nawet nie zdążyłam się walnąć w tę trawę i popatrzeć w płynące chmury. Ani sama, ani tym bardziej z dzieciakami. Pewnie, że bym mogła, ale to nie byłoby to, bo gdzieś by mi tam w głowie szumiało 'wstawaj szybko, bo coś jest do zrobienia'.

Może to za wcześnie na jakieś podsumowania. Najtrudniejszy okres być może dopiero przed nami: odnalezienie się w nowej rzeczywistości, udźwignięcie tych wszystkich kredytów i dociąganie tego wszystkiego, czego jeszcze nie zrobiliśmy, ale na razie radzimy sobie chyba całkiem poprawnie. Łu zajmuje się jednymi sprawami, ja ciągnę inne. Jeśli coś trzeba przerzucić na 'drugą połówkę' to z instrukcją co, gdzie i jak załatwić. Tylko pewnie dzieci ciągle odbijają się od niemających czasu rodziców. Ciekawe, czy to się zmieni? Czy zacznie mi się chcieć, tak jak obecnie mi się nie chce np. grać z nimi w gierki, czytać czytanki? Czy to zmęczenie materiału, czy już jakieś zniechęcenie życiem? Czy patrzenie na ogródek będzie dawało power, czy myśli 'o boziu, znowu trzeba zgrabić/sprzątnąć/wynieść/pozamiatać'?

No nic, w końcu piękny dzień mamy, więc szybciutko obiadek, potem zawieźć też porcję Łu zasuwającemu na budowie. Może wyjdą odwiedziny u sąsiadów, którzy właśnie się wprowadzają i mają podobne dylematy do naszych. A potem, obiecana dzieciakom wyprawa na tor do jazdy na rolkach. Ciekawe, czy zdążymy przed zmierzchem, czy je wystawię do wiatru? Może najpierw z dzieciakami, a potem do sąsiadów? Pa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz