wtorek, 20 listopada 2012

Sprzedam mieszkanie. Ktoś kupi?

Jak w tytule. Mieszkanie wystawiliśmy w sierpniu. Mamy listopad i nic. Byli jedni kupujący do oglądania, ale słuch po nich przepadł. Wczoraj napisał ktoś po angielsku. Zdziwiłam się cokolwiek 'czyżby jakiś obcokrajowiec był zainteresowany mieszkaniem w naszej okolicy?'. Oczywiście dr Gógiel wszystko ci powie. Podany mail (jansy500@yahoo.com) przedstawiany jest jako mail jakiegoś oszusta. Chyba nie warto w ogóle odpowiadać.

W naszym planie sprzedaży założyliśmy, że z początkiem listopada zostaną nieco poluzowane cugle kredytowe i zwiększy się ruch na rynku nieruchomości. Listopad mija a tu rząd nic nie robi w tym temacie - rekomendacje T i S trzymają się mocno uniemożliwiając wzięcie kredytów praktycznie większości zainteresowanym. Choć da się zauważyć, że w sierpniu ruch był żaden - na jednym z portali przez tydzień ogłoszenie ODWIEDZIŁO 0 (słownie: ZERO) oglądających. Teraz jest trochę lepiej, jednak bez rewelacji. Zakładam, że gdyby ktokolwiek szukał, to przynajmniej zajrzałby w ogłoszenie.
Patrząc na wcześniejsze tempo wymieniania się sąsiadów i ceny pojawiające się w ogłoszeniach, to zainteresowanie naszym osiedlem było spore. Teraz, od paru miesięcy, ogłoszenia ciągle wiszą te same, zarówno w sieci jak i na oknach czy balkonach. Chyba trochę przespaliśmy czas sprzedaży. Szkoda. Co jednak robić dalej? Jeśli obniżymy cenę, to nie będzie nas stać na budowę. Jak chyba pisałam wcześniej, to zakładając, że zaczynamy od sprzedaży mieszkania, musimy w możliwie szybkim czasie wprowadzić się do chałupki. A tu na razie nawet łopata nie została wbita. Oj, długa ta droga do domu, długa...

Ostatnio odwiedziliśmy znajomych, którzy zaczęli budować się tuż po studiach. Oboje mają (mieli?) ogromne parcie na dom - dziewczyna jest architektem, a 'druga połowa' z 'domowymi' tradycjami. Oboje zasuwają równo przy budowie. Sami zrobili mnóstwo rzeczy: ocieplenia od środka i z zewnątrz, ogrodzenie z granitu (szacun; piękne), zaprojektowali dom. Z rodziną wybudowali wiatę i garaż, kładą podłogi, kominki, robią meble... Mimo ogromu pracy, co pewnie daje wymierne oszczędności przy budowie, to ciągle końca nie widać. Czy nas też to czeka? Trochę się tego boję. Przy dwójce dzieci i pracach na etatach trudno wygrzebać czas i siłę na zmagania z materią. Tym bardziej, że codzienna jazda w ostatnim czasie po raz drugi skończyła się zapaleniem płuc (bo to wyszło na prześwietleniu, a nie, jak wczoraj napisałam oskrzeli). No nic. Dość smęcenia. Chętnie bym zabrała się do jakiejś roboty, a tu leżeć trza. Może to i dobrze, ale w środku podskakuje mi wszystko. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz